Było tak. W 2007 w wigilię założyłam bloga na platformie Blox.pl. W 2019 Agora zamknęła bloxa na amen. Między 2007 a 2019 pisałam bloga, którego serdecznie kochałam, w sensie: poświęciłam mu sporo czasu i wysiłku, był ważną częścią mojego życia, powiedzmy, twórczego i na tamtym etapie – jedynym moim stałym miejscem do publikowania tekstów krytycznych i publicystyki, głównie o fantastyce.
Teoretycznie blox dał szansę ściągnięcia tekstów z bloga, w praktyce – zrobiłam jakieś dzikie zamieszanie ze spakowanymi plikami, które się nie otwierały. I tak straciłam tę robotę, a z czasem przestałam nawet czuć z tego powodu żal – w końcu to ja zawaliłam.
I tak, co jakiś czas przychodziło mi do głowy “A może by zajrzeć do Wayback Machine”? Ale – ale zajrzałam dopiero dzisiaj. I, jak się okazało, odzyskałam całkiem sporo. A skoro już to mam, to uznałam, że wrzucę tu część z tych starych notek, zerknę, na ile dzisiaj zgadzam się z sobą sprzed tych -nastu czasem lat. I na początek recyklingu: notka z 2009, o Maladie.

John Duncan, Tristan and Isolde, Museum and Galleries Edinburgh, źródło: wikimedia
[Po niespecjalnie udanym podejściu do Trylogii husyckiej, jakoś w 2009] postanowiłam sobie przypomnieć Sapkowskiego w wersji bardziej klasycznej. I zacząć może niekoniecznie od wiedźmina. Wybór padł więc na tekst, który mnie swego czasu absolutnie zachwycił i który – w momencie, kiedy czytałam jego pierwodruk w Fantastyce w 1992, mając dziewiętnaście lat – był w mojej opinii najlepszym tekstem Sapkowskiego: na Maladie, jego własną wersję opowieści o Tristanie i Izoldzie.
Wiele z tego, co mnie wtedy urzekło, niekoniecznie trafia do mnie dzisiaj: barwne opisy (mokre brylanty w kobiecych oczach, na przykład) wydają się lekko pretensjonalne, podobnie jak patetyczne dialogi Branwen i Morholta; przemieszanie patosu i (młodopolskiej momentami) egzaltowanej stylizacji z typowym dla Sapkowskiego humorem (a chwilami humorkiem, jak w postmodernistycznie współczesnych kwestiach zbójców na plaży czy aluzjach do wojen religijnych w Ulsterze) też czasami owocuje raczej niezamierzonym zgrzytem niż harmonią.
Tyle, że dla mojej opinii o tym tekście jest to co najmniej drugorzędne. I mówię to ja, z moim fiołem na punkcie stylistyki.
Co Sapkowski wobec tego robi w tym tekście bezbłędnie? Po pierwsze – kreuje nastrój deszczowej, kołysanej szumem morza Kornwalii. Nastrój ten autor przywołuje niekoniecznie przy pomocy samych opisów szarego morza, ciężkich chmur i mżawki – podkreślają go także na pozór luźne skojarzenia ogarniętego amnezją Morholta (zapach jabłek, przywołujący skojarzenia z Avalonem). Nastrój ten jest nie tyle jednak romantyczny, co ewokujący nieskończony smutek: coś się nieodwołalnie kończy – o tym wiemy od początku. Od uwag Morholta o tym, że rycerski kodeks zaczyna zamieniać się w sztywny zestaw reguł po deklarację Iseult o Białych Dłoniach, że legenda się kończy, od początku mamy poczucie, że czas spotkania Morholta i Branwen jest czasem schyłku, końca – i wiemy to zanim dowiemy się, że Tristan umiera.
Bo na pozór, oczywiście, ten koniec to koniec rycerskich, legendarnych czasów, czasów Artura i Tristana, Guinevere i Izoldy. Nieprzypadkowo Branwen ( z jej krągłą figurą i miłą – nie olśniewającą – buzią) i Morholt (duży, ciężki, krępy) są wyraźnie skontrastowani wyglądem z Tristanem (młodziutkim i nieludzko sprawnym w Morholtowych wspomnieniach pojedynku, jaki stoczyli) i obiema elfio pięknymi Izoldami. Morholt zresztą stwierdza to w swoim monologu wewnętrznym: uważa się człowieka prostego, kochającego proste przyjemności; nie ma w nim, jak mówi, nic z la tristesse trubadurów. Branwen i Morholt są ludźmi, z tego, zwykłego, przyziemnego świata; Tristan, Iseult Złotowłosa i Iseult o Białych Dłoniach – na pozór nie. Ludzie pozostaną – trochę jak u Tolkiena – a nadludzkie, heroiczne postacie z mitu odejdą. Na pozór.
Ale tylko na pozór, bo Sapkowski jest pisarzem zbyt inteligentnym na takie proste rozróżnienie, taką tanią nostalgię. To nie jest świat, w którym wzniośli rycerze i damy z romansów są prostym zastępstwem dla odchodzących na Zachód elfów Tolkiena, a ich ładniutkie służące i prostaccy wojacy – odpowiednikiem tych, co zostają. Wersja Sapkowskiego jest znacznie bardziej ironiczna i znacznie bardziej – jak u ująć? – humanistyczna? – niż proste przepisanie przejmującej wizji Tolkiena na inne realia.
To jest właśnie moje po drugie. Po drugie, Sapkowski znakomicie – jak chyba żaden polski pisarz-fantasta – radzi sobie z postaciami; czy to ze swoimi własnymi, czy z retellingami tradycyjnych, mitycznych charakterów. Wierna Brangien, podająca się za Izoldę i oddająca swe dziewictwo królowi z miłości do królowej, zamienia się u Sapkowskiego w psychologicznie prawdziwą kobietę, która wiele wycierpiała i z pogodnej dziewczynki z dworu w Tarze wyrosła na smutną, nie wierzącą w siebie i pozbawioną szacunku do samej siebie i perspektyw życiowych kobietę. Morholt Sapkowskiego jest daleki od demonicznego smoczego rycerza, znanego z romansowych wersji. W swym ironicznym i cynicznym oglądzie świata przypomina Geralta – podobnie jak on, niewiele ma złudzeń na temat siebie i innych. Mistrzowski jest opis najbardziej chyba tragicznej postaci z legendy o Tristanie – niekochanej i samotnej w kamiennej twierdzy Izoldy o Białych Dłoniach, cały czas świadomej, że jej mąż kocha inną. Znakomicie też wyszedł Sapkowskiemu bardzo ludzki Tristan, pełen wad – zadufany w sobie, bezwzględny, gotowy podporządkować wszystko i wszystkich swoim uczuciom i potrzebom – a zarazem przejmujący w tym, jak się miota i jak próbuje nadać jakiś sens temu, co dał mu los. Sapkowski lekceważy i odrzuca tradycję o miłosnym napoju – przez to, paradoksalnie, podkreśla po pierwsze, potęgę miłości Iseult i Tristana, a po drugie – fakt jej nieuchronności. Tu nie było innej możliwości, nie było “a gdybyśmy nie wypili” – tu bohaterowie są na siebie skazani nieodwołalnie; dla Tristana, jeśli można sparafrazować poetę, jest tylko Izolda – i właśnie jej nie ma. Ale to właśnie wieloznaczność postaci, a przede wszystkim rola Morholta i Branwen w legendzie miłości królowej i rycerza – to, innymi słowy, jak Sapkowski traktuje mit – jest moim po trzecie.
Jedynym, co nas łączy, jest legenda o miłości, która nie jest naszą legendą, mówi Branwen do Morholta – i nie ma racji. Z jednej strony, może ją ma – może Morholt umarł z ran, ona utonęła i oboje z otchłani śmierci wyciągnęła tylko rola, jaką mają do odegrania w ciągle trwającym micie. Ale może też jest zupełnie inaczej.
I tu, po trzecie, wracamy do mojego po pierwsze i po drugie. Dzieje Tristana i Iseult rozgrywają się u Sapkowskiego na dwóch planach. Z jednej strony, są niezaprzeczalne i bardzo przyziemne fakty. Morholt ranił Tristana, opiekowała się nim królewna, wylądowali w łóżku; Iseult sypiała i z Markiem, i z Tristanem, a Branwen zdarzało się zastępować ją i przy jednym, i przy drugim. Tristan unieszczęśliwił inną, by się odegrać na Iseult. Życie, ot co, i to niekoniecznie w najpiękniejszym wydaniu. To jest ta demaskatorska, przyziemna, mało wzniosła i mało nawet romantyczna strona miłości Tristana i Izoldy, którzy się wcale niczym od Morholta i jego kompanów, od Branwen i jej towarzyszek, nie różnią; żadni z nich tak naprawdę nadludzie, żadni herosi.
Ale jest też ta druga strona – ta, o której mówi Tristan, kiedy opisuje, co czuł, kiedy po raz pierwszy zobaczył królową, ta, przez którą umiera Iseult o Białych Dłoniach. Morholt może sobie powtarzać, że tego nie rozumie, nie czuje – ale sam tymi samymi słowy mówi przecież o Branwen. W tym sensie Morholt i Branwen są Tristanem i Izoldą – jak wszyscy kochankowie, wszyscy zakochani. Ponad i poza romansem Tristana i Iseult jest jeszcze miłość jako taka – mit, legenda, coś, co żyje wiecznie. I to jest to, co przetrwa. Zawsze. To jest mit, który chce zabić – w imię moralności i wyższych spraw – czterech pozbawionych indywidualności, mówiących tylko “my” rycerzy. Ale mitu zabić się nie da: tajemniczy zakonnik, ciągle się przez fabułę przewijający (wysłannik Boga? Bóg we własnej osobie?), pomaga Morholtowi z nim walczyć i Morholt wygrywa. Legenda będzie żyła w opowieściach minstreli – ale także, przecież, w życiu. W życiu Branwen i Morholta i – wbrew woli tych czterech, we wszystkich ludziach, którzy kiedykolwiek mówili do siebie: “Jesteśmy jak Tristan i Iseult”.























