Urodziny bohatera

Szósty stycznia, słoneczka. Urodziny Sherlocka Holmesa. Jednego z TYCH bohaterów mojego życia.
Z tej okazji przez tydzień codziennie będę przypominała stare okołoholmesowe notki. Dzisiaj na początek – o bardzo klasycznym Psie i równie klasycznej oryginalnie filmowej przygodzie.

The Hound of the Baskervilles, reż. Sidney Lanfield, scen. Ernest Pascal, 1939

Richard Greene (sir Henry) i Wendy Barrie (Beryl Stapleton, jego ukochana)

Basil Rathbone, podobnie jak później Jeremy Brett, urodził się, by grać Sherlocka Holmesa. Jego wersja wielkiego detektywa dla wielu pozostała kanoniczną -i, paradoksalnie, często mówimy tu o ludziach, którzy jego Holmesa nigdy świadomie nie widzieli.

Tym ciekawiej jest zauważyć, co się dzieje na początku tej legendy: w pierwszej adaptacji z parą Rathbone – Bruce, w roku 1939, kiedy obaj panowie spotkali się, jako Holmes i Watson, na planie Psa Baskerville’ów.  Scenarzyści, wówczas jeszcze ewidentnie nie cierpiący na powszechną dziś w Hollywood obsesję na punkcie origin story, postanowili nie dawać nam na początek spotkania Holmesa z Watsonem i Studium w szkarłacie, zamiast tego skupiając się na gatunkowo chyba najbardziej eklektycznej z historii Doyle’a, Psie Baskerville’ów.

Adaptacja Sidneya Lanfielda jest bardzo wierna fabule powieści Doyle’a: mamy wrzosowisko, dom Baskerville’ów, sąsiadów i ich sprawki, służącego (który się tu nazywa Barryman, żeby się nie mylił z supergwiazdą), jest zbiegły przestępca i wielki pies na bagnach i romans i Holmes udający komiwojażera… Jednocześnie warto jednak podkreślić, że to, jak dobrane są pewne elementy, co jest naświetlone, a co zepchnięte na dalszy plan, też wiele mówi.

Charakterystycznie, w tym filmie na liście obsady na pierwszym miejscu są popularny w latach 30. amant John Greene, grający sir Henry’ego Baskerville’a i partnerująca mu jako obiekt jego uczuć Wanda Barrie – konkretniej, są oni numerami jeden i trzy listy obsadowej. Między nimi jest Basil Rathbone, a Nigel Bruce został relegowany do numeru co prawda jeden, ale na liście pt. „W pozostałych rolach”. Jest to o tyle bez sensu, że akurat w tym filmie rola Watsona jest szczególnie ważna i znacząca – ale też wyraźnie podkreśla, co wytwórnia 20th Century Fox chciała w tym filmie wyciągnąć na pierwszy plan.

Pies Baskerville’ów – to znaczy powieść będąca wyjściowym materiałem tego filmu – jest z definicji powieścią kryminalną, z zagadką stojącą w jej centrum; tak mają w końcu wszystkie opowieści Conan Doyle’a o Holmesie. Jednocześnie w Psie autor dość skutecznie nas co do gatunku oszukuje: sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z powieścią gotycką z elementami być może nawet horroru (Dom na wrzosowiskach! Klątwa rodowa! Potworny pies! Tajemnicze światła, ponury służący, zagadkowa śmierć dziedzica!). W rzeczywistości jednak Psu bliżej do, paradoksalnie, powieści obyczajowej – w tle jest przecież nie tyle klątwa i ogar piekielny, co dziedziczenie, testamenty i małżeństwo… Te elementy obyczajowo-romansowe są w tej konkretnej adaptacji wyraźnie wydobyte na światło i podkreślone – nieprzypadkowo wizyty, spotkania i flirty zajmują tu co najmniej tyle samo czasu ekranowego, co pościgi i malownicze (studyjne) ujęcia wrzosowiska we mgle. Scenki w domu sąsiadów, nieudany seans spirytystyczny, komiczny pieniacz z sąsiedztwa, rozwój romansu sir Henry’ego z panną Stapleton zajmują widza przez sporą część akcji, podkreślając, że Pies…, nie tylko w tej wersji, ma co najmniej tyle samo wspólnego z Dickensem, by nie rzec – z Jane Austen, co z M. G. Lewisem….

Szalenie ładnie poprowadzona jest tutaj postać Watsona. Nigel Bruce nie wygląda jeszcze aż tak bardzo jak emerytowany wujaszek, a i postać, którą kreuje, ma mniej elementów komicznych, a więcej – awanturniczych. Watson jest tu, dla fabuły i ze względu na poświęcony mu czas ekranowy, zdecydowanie ważniejszy od Holmesa. Dostaje też szanse, że pokazać się jako odważny, zdecydowany i rozsądny facet, eks-wojskowy, w którego kompetencje trudno wątpić. Bardzo, bardzo mi się też podoba to, jak reaguje, odkrywszy podstęp Holmesa – jest urażony i wściekły, że został oszukany przez przyjaciela, oświadcza, że mu tego nie zapomni i Holmes musi się trochę postarać, zanim zyska jego wybaczenie.

To jest, generalnie, bardzo wierna i udana adaptacja – i często potem przywoływana; wystarczy zobaczyć, jak wiele z tej klasycznej adaptacji widać w pozornie zupełnie innych Psach z Baskerville duetu Gattiss – Moffat, żeby się przekonać o jej znaczeniu dla rozwoju zjawiska pt. filmowy wizerunek Sherlocka Holmesa.

***********************************************************

Dressed to Kill, reż. Roy William Neill, scen. Frank Gruber i Leonard Lee, 1946

Patricia Morison, która, z jej urodą, klasą i faktem, że była szkoloną mezzosopranistką, byłaby Ireną Adler idealną.

Ostatnie z cyklu Holmesów z Rathbonem, Dressed to Kill, ma bardzo dobrze napisaną i wymyśloną fabułę, opartą dość luźno na Sześciu popiersiach Napoleona. Na niewielkiej, raczej taniej aukcji zostają sprzedane trzy pozytywki, wyprodukowane, o czym wiemy z przedakcji, przez więźniów z zakładu karnego w Dartmoor. Jedna trafia w ręce młodej właścicielki sklepiku z różnościami, druga – do ojca szukającego prezentu dla małej córeczki, a trzecia staje się własnością nieco ekscentrycznego kolekcjonera, który przypadkiem jest także starym kumplem doktora Watsona. Julian Emery może lekceważyć dziwne włamanie, którego padł ofiarą – w końcu ukradziono najmniej cenną z jego pozytywek, prawie identyczną jak ta, którą właśnie nabył! – a Watson może, jak to ten Watson, nie zwrócić uwagi, ale Holmesowi, jak zwykle, niewiele umknie…

Dressed to Kill zaczyna się od wspomnienia o Irene Adler i jej roli w życiu Holmesa – a po prawdzie tutejsza główna przeciwniczka Holmesa, grana przez Patricię Morison Hilda Courtney, jest, pod wieloma względami, wariantem Adler. Inteligentna i bystra, a przy tym bezwzględna, mistrzyni przebrań i udawanego akcentu, zdeterminowana szefowa grupy chcącej odzyskać skradzione płyty służące do drukowania  fałszywych pięciofuntówek, pod wieloma względami wystylizowana na hollywoodzką femme fatale, panna Courtney bardzo przypomina jedną z popularnych wersji rozwoju postaci Adler. Autorzy powieści, filmów i innych adaptacji Sherlocka Holmesa bardzo przecież chętnie robią z Adler superprzestępczynię – którą tutaj Hilda niewątpliwie jest. Dyskusja o Adler na początku podpowiada zresztą, że już w 1946 scenarzystom takie skojarzenie także przyszło do głowy – podobnie jak autotematyczna refleksja Holmesa, przypominającego Watsonowi, że panna C. ograła go dokładnie tak, jak – w opisie samego Watsona – Holmes usiłował ograć pannę Adler…

Moim ulubionym chyba trickiem w Dressed to Kill jest to, jak używana jest w nim muzyka i tejże muzyki rola w życiu Sherlocka Holmesa. Rozwiązanie zagadki kryje się tu mianowicie w fakcie, ze na pierwszy rzut ucha wszystkie trzy pozytywki, o których mowa, grają tę samą melodię – a tak przynajmniej zdaje się przypadkowym słuchaczom, jak doktor Watson i znacząca część, jak podejrzewam, widowni. Sherlock Holmes natomiast, muzyk-amator z ewidentnie dużą wiedzą, nie tylko jest w stanie zanucić po jednokrotnym usłyszeniu jej wersję z pierwszej pozytywki, ale i zauważyć, że kolejne minimalnie różnią się od siebie… Daje to filmowcom pretekst do zaprowadzenia nas, razem z bohaterami, do pewnej nader malowniczej knajpy, posłuchania piosenki i spotkania się z jednym z typowych Holmesowych informatorów z półświatka (ech, informatorzy z półświatka w filmach z tamtych czasów…).  

Tradycyjnie, jak zwykle w przypadku Holmesów z Rathbonem i Brucem, grany przez tego ostatniego doktor Watson jest – bardziej niż czymkolwiek – komicznym przerywnikiem, którego rolą jest, poza zachwycaniem się mądrością swego najlepszego przyjaciela, rozbawianie widza. Bodaj najlepiej wychodzi to w sekwencji od stwierdzenia Holmesa, że cenną pozytywkę zostawił pod opieką doktora, przez wizytę rzekomej panny Williams, udawany pożar (I see what you did there, writer!) i samozadowoloną uwagę Watsona, że kobiety zawsze tracą głowę w trudnych chwilach (nie to, co on – w domyśle) sekundę przed tym, zanim się zorientuje, że został gładko ograny i oszukany przez na pozór delikatną i słabą kobietkę…

Powiem tak: te 70+ lat później, to jest ciągle efektowny, wciągający, dobrze się oglądający kryminał. Ze znakomicie pomyślanym Holmesem-dżentelmenem. Ciekawam, o ilu współczesnych wersjach opowieści o mieszkańcach Baker Street 221B będzie to można z perspektywy czasu powiedzieć.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s