Gra cieni, z elementami farsy

Czytelnicy nowej wersji bloga jeszcze tego nie wiedzą, ale w wersji starej drugim najpopularniejszym tagiem (po “fantastyka”) był tag “Sherlock Holmes”. Być może to jest dobry moment, żeby o tym powiedzieć: pierwszy tekst Arthura Conan Doyle’a przeczytałam, mając dwanaście lat, i od tamtej pory nie przestałam. Podejrzewam, że w miarę rozwoju tego bloga (Oby! Bardzo bym chciała, żeby, jak poprzedni, ten też przetrwał co najmniej dekadę…) ten dotychczasowy niedobór tekstów o Holmesie (raptem parę recenzji z klasycznych filmów i doskonałych animacji) będzie uzupełniany.

Plakat kinowy, źródło: wikipedia

Sherlock Holmes ledwie niedawno (szóstego stycznia) miał urodziny, a ja wczoraj, nie mogąc zasnąć, postanowiłam powtórzyć sobie po dziewięciu latach nieoglądany od kinowej premiery film: Grę cieni, w reżyserii Guya Ritchiego, gdzie do Holmesa (Robert Downey Jr.), Watsona (Jude Law) i przez chwilę Irene Adler (Rachel McAdams) dołączają Mycroft (Stephen Fry) i, na szczęście, bo to chyba najjaśniejszy punkt tego filmu, Jared Harris w roli profesora Moriarty’ego.

W czeluściach pogrzebanego przez blox.pl bloga spoczywa gdzieś recenzja napisana na bieżąco, po wyjściu z kina, w której, o ile pamiętam, narzekałam na całego. Nie powiem, żeby po dziewięciu latach opinia mi się jakoś znacząco zmieniła.

Jared Harris (Moriarty) i Robert Downey Jr. (Sherlock Holmes) w Grze cieni. Zdjęcie stąd.

Widzicie, jest tak: ten film ma dwie główne zalety (obsada i pomysły scenarzystów) i dwie zasadnicze wady (obsada i pomysły scenarzystów). I w związku z tym jest to chyba najbardziej nierówny Holmesowy film, jaki widziałam. Bo widziałam sporo dobrych i znakomitych, co najmniej kilka naprawdę słabych, kilka będących odważnym upadkiem z wysokiego konia – ale takiego miszmaszu dobrego z żenującym, jak tutaj, i to w każdej możliwej kategorii, to chyba nigdy.

Scenariusz (autorstwa małżeństwa Michele i Kierana Mulroney) jest luźno oparty na Ostatniej zagadce, z elementami Pustego domu, czyli, że przypomnę czytelni(cz)kom nie podzielającym mojej obsesji na punkcie Holmesa, na tym opowiadaniu, gdzie po raz pierwszy pojawia się profesor Moriarty, a Sherlock Holmes ginie w wodospadzie Reichenbach, oraz na tym, gdzie Holmes okazuje się jednak, wbrew gorliwym staraniom Moriarty’ego, Sebastiana Morana i samego Arthura Conan Doyle’a, jak najbardziej żywy. Innymi słowy – scenariusz sięga po ten najmocniej emocjonalny i grający na uczuciach czytelnika kawałek, a co więcej – po najbardziej intrygującą i najważniejszą postać, której Conan Doyle właściwie nie napisał.

O profesorze Moriartym z samych tekstów Holmesowskiego kanonu wiemy wbrew pozorom niewiele (ale to naprawdę temat na osobną notkę) i adaptacje mają tutaj sporo do zrobienia. I to jest ten kawałek, który wychodzi Ritchemu i jego scenarzystom świetnie, naprawdę błyskotliwie. Nie wiem, czy z filmowych ujęć postaci Moriarty’ego to nie jest najlepsze. Po pierwsze, scenarzyści tę postać napisali: nie “wrzucili jej kilka efektownych scen”, tylko rzeczywiście stworzyli Moriarty’emu motywacje, osobowość i charakter. Nie przestając być enigmą, staje się jednak bardziej namacalny i konkretny. Ten Moriarty bardziej chce być Napoleonem niż zbrodniarzem. Obserwujemy go w momencie, kiedy jednocześnie buduje swoją pozycję w świecie oficjalnym (ze znanego uczonego staje się jednym z wiodących i najpopularniejszych intelektualistów swoich czasów) i w półświatku (gdzie kradnąc, mordując i oszukując stał się właścicielem ogromnego majątku, ulokowanego w zakładach zbrojeniowych, farmaceutycznych i innych, które będą kluczowe dla zbliżającej się wojny).

Jude Law (Watson). Zdjęcie ze strony The Arthur Conan Doyle Encyclopedia

Akcja dzieje się w roku 1891, a pomysł, by Moriarty planował doprowadzić do wcześniejszego wybuchu wojny światowej, by się na niej monstrualnie wręcz wzbogacić, jest fabularnie znakomity, zwłaszcza że poparty jest wrażeniem wizualnym, jakie robi strzelanina w niemieckim Heibronnie, gdzie znajdują się zakłady, od niedawna należące do Moriarty’ego. Nie chodzi tu o konkretne historyczne aluzje, ale raczej o pewne elementy – ujęcia armat, haubic i co oni to tam jeszcze mają do strzelania, samych żołnierze, niemieckie komendy – które przywołują w umyśle widza skojarzenia z awanturniczym kinem wojennym, bardziej może nawet tym o II wojnie. Filmowo daje to znakomity efekt, zwłaszcza w połączeniu z faktem, że strzelanina w lesie nakręcona w serii urywanych scen, zwalnianych i zatrzymywanych w momentach eksplozji, jest stylowa i robi duże wrażenie. W samej strukturze fabularnej fakt, że ambicje Moriaty’ego sięgają aż tak daleko i wykraczają poza sekretne kierowanie syndykatem zbrodni, działa w tym filmie bardzo dobrze, nadaje mu, jako złoczyńcy, nieco bardziej epicki wymiar. Jednocześnie zaś do tej konkretnej postaci (to jest na pewno jeden z pierwszych superzłoczyńców kultury, duchowy ojciec wszelkiego sortu Jokerów i Lexów Luthorów) pasują tego rodzaju ambicje – Moriarty nigdy zresztą ich nie dopowiada, nigdy nie wygłasza wielkiej mowy złoczyńcy, pozostaje do końca enigmatyczny i nie zdradza swoich motywów ani planów. Fakt, że to on przewiduje poprawnie dalszą historię Europy (“za parę lat oni sami zaczną wojnę”, odpowiada lekceważąco Holmesowi, gdy detektyw podkreśla, że zatrzymał wojenne plany profesora), dokłada się do skutecznej kreacji jego postaci jako wyrastającej wizją i intelektem ponad wszystkie, chyba łącznie z samym Holmesem.

To ostatnie by nie wyszło, gdyby nie świetna rola Jareda Harrisa. To jest obsada idealna, on tego chłodnego, intelektualnego, złego bliźniaka Holmesa gra tutaj naprawdę błyskotliwie. Aktorska charyzma sprawia, że od jego bohatera – który nie ma łajdackiego wdzięku i urody takiego Jude’a Lawa, na przykład – trudno oderwać wzrok, ile razy jest na ekranie. Mentalne (ale i te konkretne) pojedynki Holmesa z Moriartym, w zasadzie każda ich wspólna scena, to jest skarb i powód, by do tego filmu wracać.

A reszta? No… cóż. Mój największy Holmesowski autorytet, autorka bloga Sherlockiana, powiedziała kiedyś, że niewybaczalnym grzechem aktora (i scenarzysty) wobec postaci Holmesa jest niepotrzebne tej postaci ośmieszanie. Absolutnie się z tym zgadzam i dlatego mam problem ze sporą częścią pomysłów zarówno twórców filmu, jak i odtwórców głównych ról.

O co mi chodzi? Generalnie uważam, że pomysł na obsadzenie roli Holmesa w pierwszym filmie Ritchiego (2009) przez Roberta Downeya Jr. rok po tym, jak zaczął grać swoją, jak się miało okazać, najbardziej rozpoznawalną popkulturową rolę (pierwszy Iron Man jest z 2008) był błyskotliwy i on ma IMHO w tej roli przebłyski geniuszu. Podobnie dobra była idea, żeby Watsona zagrał niespełna wówczas czterdziestoletni, cieszący się opinią zdecydowanie przystojnego Jude Law, co pozwoliło wygrać w postaci doktora widoczne przecież u Conan Doyle’a cechy (czarujący mężczyzna cieszący się dużym powodzeniem u kobiet, człowiek towarzyski i światowy). Obaj na dodatek mają znakomitą ekranową chemię i świetnie grają razem (co po trochu może być specjalnością RDJ, on miewał na ekranie podobną chemię z co najmniej paroma postaciami w filmach Marvela). W Grze cieni obaj panowie nadal wyglądają dobrze w swoich rolach, dalej też miewają momenty i sceny znakomite. No, miewają.

I tu właśnie wchodzi, niestety, ten moment, kiedy reżyser i scenarzyści mówią sobie: “Róbmy tak dalej, ale bardziej”. Efektem jest przerysowanie tendencji do zgrywy i niskiej komedii, które były wyraźne w pierwszym filmie – przerysowanie, które sprawiało, że momentami podczas oglądania wyglądałam, niestety, jak RDJ na poniższym obrazku:

To, co szkodzi temu filmowi, to po pierwsze farsa, a tej farsy jest tu stanowczo za dużo. Cała pijacko-bójkowa scenka na wieczorze kawalerskim Watsona, wcześniejsze spotkanie w zamienionym w dżunglę mieszkaniu na Baker Street, farsowo przegięte seksualne dwuznaczniki w dialogach Holmesa i Watsona, żenujące przebrania detektywa – nie, nie mam problemu z wielkim detektywem w kobiecym przebraniu, mam problem z tym, że jest to stereotypowe przebranie z przerysowanym makijażem, ograne dla farsowego efektu; podobnie ze strojem Chińczyka z pierwszej sceny. Nudzi mnie to, po prostu. Ja wiem, że w 2021 już pisze się inaczej, niż w 2011, kiedy film powstawał, ale serio, może po prostu napiszcie im w trzeciej części, która ma się jakoś kiedyś niedługo podobno pojawić, po prostu romans, i tyle? Farsowe ogrywanie rzeczy w rodzaju “Watson, lie down with me” troszkę już się w tej serii przeżyło. Aha, chyba nawet w 2011 goły Mycroft Stephena Fry’a wychodzący na spotkanie Mary Watson, której udzielił schronienia, był trochę jakby mało śmieszny.

Noomi Rapace w Grze cieni; zdjęcie stąd

Druga rzecz, jaka nie działa tu IMHO do końca, to wątek z Sim i jej towarzyszami. Noomi Rapace to bardzo dobra aktorka, która w tym filmie świetnie wygląda i stara się coś zrobić z mdłym materiałem, który dostała, ale wątek romskiej wróżki, która jest eks-anarchistką, a teraz próbuje znaleźć brata, któremu lekarz na usługach Moriarty’ego całkowicie zmienił wygląd (!), upodabniając go idealnie do kogoś innego, by ten dokonał zamachu na kongresie pokojowym w Reichenbach – to nie miało szans zadziałać. Podobnie jak nie działa zupełnie chyba na przyczepkę dodany motyw ze śmiercią Irene Adler. No, nie miały panie szczęścia do tego filmu, bo bardzo fajnie jako postać pomyślana i zagrana (przez Kelly Reilly) Mary Watson też nie bardzo ma tu co robić – choć doceniam pomysł, żeby wplątać ją w intrygę z szyfrem Moriarty’ego, zważywszy, co o pani Watson wiemy z pierwszego filmu.

Co natomiast w samej konstrukcji fabuły działa? Otóż fajnie i nienachalnie działa zasada pokazywania strzelb, które potem wystrzelą – co może najlepiej udaje się w finale, gdzie ograna jest i scena z osobistym zapasem tlenu Mycrofta, i wcześniejszy miejski kamuflaż jego brata. Takich scenek – uratowanie Holmesa zastrzykiem z adrenaliny, którą widzieliśmy wcześniej użytą na psie Watsona – jest tutaj więcej, i to akurat wychodzi. No i wielki plus za Holmesa, któremu przyszło do głowy, że Watson może, na przykład, chciałby jednak WIEDZIEĆ, że detektyw przeżył przygodę nad wodospadem? Brawo, zawsze mnie cieszy, jak adaptator dostrzega, że Holmes ma serce (bo ma!).

Nieźle działają chwilami w tym filmie plenery i wnętrza (scena w Operze Paryskiej jest udana, bo wygląda na to, że będziemy mieć jakąś powtórkę z Upiora opery, a dostajemy element charakterystyki Moriarty’ego jako zbira z wysublimowanym gustem i dobrze zrobioną zmyłkę), muzyka Hansa Zimmera, z wyjątkiem kawałków z cytatami z Don Giovanniego, jest tu akurat dość powtarzalna i raczej do zapomnienia, zdjęcia i kostiumy ładne – ale, rany, to jest naprawdę najbardziej nierówny Holmesowy film, jaki znam.

Hmmm, może by sobie inne adaptacje Ostatniej zagadki / Pustego domu znowu pooglądać?

2 thoughts on “Gra cieni, z elementami farsy

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s