Dobra powieść, zła science fiction

Mary Doria Russell, The Sparrow, 1996 (polskie wydanie: Wróbel , przeł. A. Polkowski, Rebis 1999)

No, rzadko mi się zdarza mieć po lekturze uczucia tak mieszane, jak po tej powieści.

Uwaga: recenzja zawiera szczegółowe spojlery, a w przypadku tej powieści jest to szczególnie zabójcze. Krótkie bezspojlerowe podsumowanie znajduje się na końcu, po trzeciej ilustracji.

Okładka I wydania

Zacznijmy może od pewnego paradoksu. The Sparrow, debiutancka Mary Dorii Russell, antropolożki z tytułem i osiągnięciami, dzieje się na dwóch planach czasowych. Jeden to rok 2060, drugi – 2019 i jest rzeczą naprawdę ciekawą, jak bardzo prognozy Russell z 1996 na 2019 się nie sprawdziły. Dajcie mi szansę: naprawdę nie robię tej wyliczanki po to, żeby się zabawić w wytykanie SF, że jest kiepską futurologią,- mam swój znacznie bardziej perfidny literacki cel w tej zabawie.

Teoretycznie w 2019 mogliśmy jeszcze odebrać sygnał z programu SETI, choć już niekoniecznie przez wycofywany sukcesywnie z eksploatacji od 2006 teleskop Arecibo. Gdybyśmy nawet go odebrali, bardzo, bardzo niewielka byłaby jednak szansa, żeby pierwszą misję na obcą planetę zorganizował akurat Kościół katolicki, a konkretnie – jezuici. A już zwłaszcza żeby zorganizowali ją w taki sposób, jak opisany w powieści.
Nie, nie chcę w tym miejscu robić złośliwych uwag na temat tego, że Kościół miał w 2019 własne problemy i że na wysyłanie misji na obcą planetę mógłby po prostu nie mieć czasu ani funduszy (choć przyznam, że nie mam bladego pojęcia o finansowej sytuacji zakonu jezuitów). Mam raczej na myśli to, jak bohaterowie w tej powieści i generalnie cały w niej ukazany świat podchodzi do tematu kolonizacji i eksploracji.

Założeniem Russell – założeniem, które IMHO miało gigantyczny wpływ na cały kształt i koncepcję jej powieści – jest oparcie swojej historii o Pierwszym Kontakcie na historiach misji, głównie jezuickich, w na kontynencie amerykańskim w XVII w. Kluczowe są dla niej przede wszystkim historie dwóch świętych: wspomnianego explicite w powieści torturowanego męczennika Isaaca Joguesa, oraz Jeana de Brébeuf, nawracającego Huronów w dzisiejszej Kanadzie jezuity, który był przy tym wybitnym lingwistą. Zarówno Jogues, jak i de Brébeuf wydają się bezpośrednimi modelami dla kreacji postaci głównego bohatera powieści, Emilio Sandoza. Jak obydwaj święci, Sandoz jest jezuitą. Jak de Brébeuf, ma przy tym wybitny talent do nauki języków; a tortury, jakim poddali go obcy, przypominają te, które spotkały Joguesa (makabryczne okaleczenia dłoni). Ponieważ zaś bohaterami i punktami widzenia w powieści są w sporej części jezuici albo ich bliscy, przyjaciele, sympatycy – ich (ich, podkreślmy, bohaterów; to, jak widzi sprawy autorka, to kwestia osobna i do omówienia nieco później) stosunek do samej idei misji u obcej cywilizacji, misji eksploracyjnej oczywiście (o chrystianizacji nie ma w powieści mowy, ale naprawdę trudno zapomnieć o niej w tym kontekście) jest jednoznacznie i bezrefleksyjnie pozytywny. Bohaterowie – patrząc po tym, co robią, nie po tym, co mówią – kompletnie nie mają świadomości możliwych zagrożeń. Mowa tu z jednej strony o zagrożeniu dla nich samych – oni, trafiwszy na PIERWSZĄ W HISTORII LUDZKOŚCI OBCĄ PLANETĘ, Z PIERWSZĄ OBCĄ CYWILIZACJĄ, testują powietrze metodą “wyjdźmy na zewnątrz z gołą głową”, a miejscowe rośliny i zwierzęta użyte jako jedzenie metodą “dajmy Jimmy’emu, bo to największy żarłok, i zobaczmy, co będzie”. Lądując, biorą ze sobą zapas kawy, ale zostawiają na pokładzie statku-matki sól fizjologiczną i kroplówkę… Co gorsza, bohaterowie, trafiwszy na obcy świat, traktują go bez chwili zastanowienia jak swoją własność: nadają nazwy żywym istotom, polują, snują rozważania o tym, jak jest to miejsce stworzone, by uwiarygodnić i uwznioślić ich wiarę, ich doświadczenia, mimo że wiedzą, że planeta jest zamieszkana – innymi słowy, zachowują się jak pełną gębą kolonizatorzy. Bezmyślni kolonizatorzy, na dodatek, bo robią na przykład takie rzeczy: chowają zmarłego załoganta w miejscowej ziemi (zauważywszy beztrosko, że i tak już przez samą swoją obecność ją skazili ziemskimi bakteriami, więc co za problem – trzymanie ciała w chłodni na statku matce byłoby “nieludzkie”) albo zasadzenie ogródka z ziemskimi roślinami, za których smakiem tęsknią. A tęsknią, bo wypalili całe paliwo lądownika i NIE MOGĄ wrócić na statek-matkę. A wypalili, bo nikt poza jednym pilotem – w tym dodatkowa pilotka! – nie wiedział, na ile w zasadzie mają paliwa.

Jeżeli macie w tym momencie dwie intuicje – że mało obca ta obca planeta, a bohaterowie to zbieranina przypadkowych niekompetentnych bałwanów, która jakimś cudem właśnie służy za ambasadorów całej ludzkości w pierwszym kontakcie z Obcymi – to ja też je miałam.

W opisie Rakhat i jej mieszkańców bardzo, bardzo, bardzo widać, że jest ona wariantem nieznanego białym kawałka Ziemi: trochę północą Ameryki Pn., trochę terenami Amazonii w XVII/ XVIII wieku. Jest mniej więcej tak obca, jak te planety, na które załoga SG-1 przechodzi w serialu Stargate albo na które kapitan Kirk posyła nieszczęśników w czerwonych koszulach: spoko się oddycha, można jeść miejscowe żarcie i generalnie wszystko wygląda jak jakiś nieznany Amerykanom kawałek naszego świata. No dobra: w Star Treku: TOS bywają obcy zdecydowanie bardziej obcy niż Runa i Jana’ata, obie rasy opisane przez Russell. Żeby nie było: przepadam za obiema wymienionymi seriami TV, ale nie poszukuję w nich oryginalności w ujęciu tematu Pierwszego Kontaktu, a (chyba zupełnie niesłusznie) spodziewałam się jej po powieści Russell.

Pora wyłożyć karty na stół. Pierwsza konkluzja jest taka: The Sparrow to jest naprawdę serdecznie niedobra powieść SF. I – powiedzmy to sobie szczerze – niedobra powieść przygodowa jako taka.

Dlaczego? Ano, z kilku powodów.

Po pierwsze, wątki fantastyczne są tu mało oryginalne, mówiąc najoględniej, i dla osoby znającej gatunek nie będą specjalnie atrakcyjne – po lekturze Fiaska czy (też przecież ukazującej cywilizację zrozumiałą dla ludzi, w odróżnieniu od wspomnianej powieści Lema) Lewej ręki ciemności wizja Russell warta była dla mnie co najwyżej wzruszenia ramion: OK, czyli to tak sobie mainstreamowi autorka i czytelnik wyobrażają oryginalne ujęcie tematu obcości.

No właśnie, mainstreamowa autorka. Russell dostała za The Sparrow kilka nagród fantastycznych, i to ważnych, ale też trzeba podkreślić: ta powieść i jej kontynuacja były jej jedynymi próbami pisania fantastyki, od tamtej pory skoncentrowała się na powieściach historycznych. Obie swoje SF wydała w wydawnictwie na co dzień publikującym teksty spoza literatury gatunkowej (Villard, który opublikował m. in. The Wonder Boys Michaela Chabona i teksty Eve Ensler). To nie jest powieść dla czytelnika wychowanego od lat 60. na coraz bardziej ambitnych i złożonych konceptach obcości, które wypracowywała SF; autorka też ich chyba nie zna, mam wrażenie.

Założeniem autorki jest pokazanie nam, że bohaterowie potykają się na obcości tego świata – niezadanie kilku pytań, niewyciągnięcie wniosków z posiadanych informacji, niezrozumienie jednego elementu równowagi ekologiczno-społecznej Rakhat owocuje koszmarną katastrofą. No tylko że widać, że jej bohaterowie TEŻ nie czytają klasyki SF. Domyślenie się, co musi być podstawą wyżywienia Jana’ata – w kontekście podanych nam faktów – zajęło mi pięć minut. Ale ja czytuję klasykę SF, może to dlatego.

Dobra, złośliwości na bok. To nie jest też tekst dla osób przekonanych, że powieść – zwłaszcza awanturnicza – musi kierować się logiką i ładem narracyjnym, a nie autorskim widzimisię. Tu CAŁOŚĆ oparta jest na autorskim widzimisię.

No bo popatrzcie. Przypadkiem ludzkość odkrywa przekaz Obcych – OK. Młody astronom, który to odkrył, mówi o tym najpierw nie szefom, a grupie bliskich: 60+ letniej lekarce i jej mężowi – emerytowanemu inżynierowi złotej rączce (oboje hippisujący agnostycy) , pięknej i zdystansowanej emocjonalnie programistce AI (Żydówka), w której bez wzajemności się kocha, i genialnemu lingwiście- jezuicie, którego wiara w Boga jest wiarą chłodną i opartą na intelekcie. OK, psychologicznie rozumiem, czemu Jimmy potrzebował, żeby ktoś spojrzał na jego badania i powiedział “Nie, nie odbiło ci, to JEST muzyka i ona nie jest z tego świata”.

No i dalej: jezuita, Emilio Sandoz, uznaje muzykę za znak od Boga, dany sobie – wreszcie, po latach. Zawiadamia przełożonych. Planeta Obcych jest o siedemnaście lat świetlnych od Ziemi. Ergo, w 2019, ludzkość, która NIE PROWADZI eksploracji nawet bliskiego kosmosu, choć umie bez problemu rozpędzić wydrążony asteroid, zaadaptowany na statek matkę, DO PRĘDKOŚCI ŚWIATŁA (!!), może wysłać misję na Pierwszy Kontakt. No ale tego nie robi, bo po cichu i w tajemnicy przed światem robią to jezuici. Załogę zaś będzie stanowić odkrywca, jego przyjaciele, którzy pierwsi usłyszeli o odkryciu, wysoki rangą jezuita z USA (eks-wojskowy) i dwaj inni jezuici, w tym muzykolog.

Oni w czasie względnym spędzą na statku rok, nie trzydzieści lat, ale popatrzcie na tę załogę. Emilio Sandoz, wybitny lingwista, 40 lat, spore doświadczenie organizacyjne i ewidentnie magnes na erotyczne uczucia osób płci dowolnej – OK. Muzykolog – OK, zważywszy, że przekaz był w formie muzyki. Były wojskowy – hmmm, OK (poza faktem, że wiele wskazuje, że będąc gejem, kocha(ł) się w Emiliu przez lata). Annie i George – po około 65 lat w momencie wylotu, bez specjalizacji, Annie po cichu kochająca się w Emiliu, George tego świadomy. Sofia, programistka, po koszmarnych traumach (straciła rodzinę, wpadła w nędzę, była dziecięcą prostytutką w zniszczonym wojną mieście, potem de facto niewolnicą) i z niezaleczonym PTSD, trudna w kontaktach, kochająca się, dla odmiany, w Emiliu. W niej z kolei uporczywie i w zasadzie stalkersko kocha się Jimmy, odkrywca Obcych (i w końcu samą cierpliwością wychodzi sobie jej miłość, ugh). Żaden psycholog nie zamknąłby tych ludzi razem na rok z hakiem plus eksplorację obcego świata, to jest gotowa katastrofa. Nie ma za to mechanika, nie ma lekarza-chirurga, nie ma botanika (George jest ogrodnikiem-amatorem), psychologa przecież też nie ma. Sofia jest zapasową pilotką, wyszkoloną ad hoc na symulatorze. No ludzie, idea tej świadomie dobranej przy mnóstwie czasu na to załogi dla czytelnika obeznanego z SF i wymagającego od niej prawdopodobieństwa wewnętrznego będzie śmiechu warta.

Mówiłam wcześniej, że 2019 rok autorki mocno różni się od naszego (nie wiem co prawda, jak będzie wyglądał 2060, którego mam spore szanse nie dożyć). Ale nawet w 1996 dość mało realistyczna wydaje mi się sekwencja wydarzeń i reakcji: jezuici w sekrecie posyłają misję – urywa się kontakt z misją – ludzkość wysyła drugą misję – druga misja znajduje jedynego żyjącego członka pierwszej, uwięzionego, w koszmarnym stanie fizycznym i psychicznym – druga misja, a potem cała ludzkość, czują wobec jedynego ocalałego pogardę i nienawiść, bo na oczach innych przedstawicieli ludzkości, po traumie i więzieniu (oni go widzą, w brudzie, w ciemności, skutego!) zaatakował i zabił Obcą (nieletnią), a także, co jest najstraszniejsze, ZNALEZIONO GO W DOMU PUBLICZNYM, GDZIE EWIDENTNIE “PRACOWAŁ”. Z powodu tejże prostytucji i złamania celibatu, jak również ze względu na morderstwo – a wieści o nich poprzedziły powrót bohatera – jest on znienawidzonym pariasem. Dopiero pod koniec, po wielu, wielu trudach, współbracia i przełożeni wymuszą na Sandozie wyznanie, które IMHO jest oczywiste od pierwszej chwili i dla każdego, i chyba nie tylko dziś: “Nie zajmowałem się prostytucją; byłem ofiarą gwałtu”.

Z tym gwałtem to też trudny temat, w kontekście powieści Russell. “Prostytucja” pojawia się u niej w biografiach dwóch kluczowych postaci. Sofia jako dziecko (nawet nie nastolatka, dziecko) w zniszczonym wojną Stambule zarabiała na życie, sprzedając swoje ciało do gwałcenia mężczyznom, których było na to stać; następnie zaś jeden z nich zauważył jej intelektualny potencjał i postanowił, że sprzedawanie jej intelektu będzie dla niego niezwykle korzystne (przez co Sofia stała się w zasadzie jego niewolnicą). Emilio z kolei, który na Rakhat w Sofii się ze wzajemnością zakochuje, decyduje się nie próbować związku, zachować celibat, spełnić to, co postrzega jako wolę Boga i pozwolić, by odrzucona przez niego Sofia w końcu pozwoliła się zdobyć kochającemu się w niej od lat Jimmy’emu. Zachowuje więc mimo trudności celibat i żyje w poczuciu, że pełni wolę bożą. Ba! Uwięziony, okaleczony, po strasznej śmierci wszystkich przyjaciół, żyjąc z poczuciem, że przyczynił się do niektórych z nich, żywiąc się mięsem niemowląt z inteligentnej rasy, wśród której miał przyjaciół – Sandoz, oddany w ręce arystokraty-poety Hlavina Kitheri, ciągle wierzy, że za chwilę w końcu staną się te cudowne rzeczy, po które przybył na Rakhat, że wypełnią się boże zamiary:

And then, suddenly, everything made sense to him, and the joy of this moment took his breath away. He had been brought here, step by step, to meet this man: Hlavin Kitheri, a poet – perhaps even a prophet – who of all his kind might know the God, whom Emilio Sandoz served. It was a moment of redemption so profound he almost wept, ashamed that his faith has been so badly eroded by the inchoate fear and isolation.

Biedny, naiwny, bezmyślny Emilio. Supaari, ich pierwszy kontakt wśród Jana’ata, ostrzegał ich przed swoimi. Emilio widział, jak żyjący poza społeczeństwem przedstawiciel tego samego gatunku zabił i częściowo pożarł jego towarzyszy. Wiedział, że rasa, której śpiew słyszeli, to drapieżniki-mięsożercy. Widział, jak Jana’ata zabijali gołymi rękami niemowlęta ludu Runa, które hodowali na mięso. Po tym, jak kompletnie nie zrozumiał, na czym ma polegać – objaśniana mu przez Supaariego – ceremonia uczynienia z niego osoby całkowicie zależnej, domownika-poddanego, i zgodził się na całkowicie okaleczenie dłoni swoich i przyjaciela – nie stracił wiary w swoje rozumienie języka i kultury, z uporem odmawiał zaakceptowania, że znalazł się w beznadziejnej sytuacji i że NIC NIE ROZUMIE. Nawet kiedy rozebrano go do naga, kiedy obcy arystokrata podszedł do niego od tyłu, nawet mimo że wiedział, że jest własnością i częścią prywatnej menażerii, a będąc z portorykańskiej rodziny handlarzy narkotyków i pracując przez lata z najuboższymi, znając przecież Sofię i jej losy, dokładnie wiedział, jakie koszmary mogą spotykać ludzi zależnych, uwięzionych, ubogich – nawet wtedy szukał w Obcych PO ZIEMSKU I KATOLICKU ROZUMIANEJ etyki i zrozumienia Boga. I nie przyszło mu do głowy, że jest jeszcze jeden, obrzydliwy i boleśnie przewidywalny sposób, w jaki może zostać wykorzystany.
Jest jedna postać w światowej literaturze, która w podobnie zaślepiony i bezmyślny sposób wierzyła we własne iluzje i wizję siebie jako wybitnie inteligentnego i zdolnego do rozwiązania wszelkich zagadek, bo kiedyś udało mu się rozwiązać jedną, i mam wrażenie, że podobieństwo między tym bohaterem a Sandozem jest bardziej znaczące, niż by się wydawało… Ale o niej za chwilę 🙂

Generalnie dla wielu czytelników prawdopodobieństwo opisu misji załamie się również na ilości koszmarów, które na bohaterów spadają w ostatniej części powieści. Przez 3/4 akcji Russell umiejętnie buduje wizerunki swoich bohaterów, nie bojąc się pokazać ich słabostek, ale też podkreślając człowieczeństwo i tworząc galerię powiązanych emocjonalnie, życzliwych sobie wzajemnie, sympatycznych postaci. Potem zaś na przestrzeni chyba mniejszej ilości stron, niż zrobił to swoim postaciom Andrzej Sapkowski, obrzydliwie i okrutnie morduje większość z nich. Anne i D. W. rozszarpani na strzępy przez drapieżników, George zabity w ataku komanda Jana’ata, Sofia zamordowana (1) w zaawansowanej ciąży po tym, jak była świadkiem śmierci męża, Robichaux de facto zagładzający się na śmierć, młoda Obca Askama zabita przez Emilia, którego kochała jak ojca ze wzajemnością, a w tle okaleczenia, gwałty, konieczność żywienia się ciałami istot, o których myślało się jako o przyjaciołach. Do tego świadomość, że samemu się do tego dopuściło, i pogarda rodaków z Ziemi, kiedy w końcu znajdą ledwo żywego Sandoza. Nie wiem, czy cokolwiek, poza antropofagią, dałoby się tu jeszcze dołożyć. Raj, jakim zdawała się planeta, zamienia się nader prędko w piekło, i to takie z gatunku “teraz, ja, autorka, będę SZOKOWAĆ”.

Ale dajcie mi jeszcze chwilę, bo mnie nie o stawianie zagadek ani nie o wyśmiewanie się z autorki chodzi. Ba, mam wrażenie, że dla niej te idee, przedstawione przeze mnie powyżej jako nielogiczne, konstrukcyjnie błędne, nie były tak naprawdę szczególnie istotne. A dlaczego, o tym poniżej.

Znakomita IMHO okładka rumuńskiego wydania z 2013 (nie wiem niestety, czyjego autorstwa)

I teraz tak. Poprzednie dziesięć minut do czytania poświęcone zostało przeze mnie na wykazanie, gdzie powieść Russell nie działa. To teraz dla odmiany – gdzie działa. I to IMHO bardzo dobrze.

Zróbmy eksperyment. A gdyby tak zapomnieć o SF? I w ogóle o logice narracji? I potraktować The Sparrow nie jako powieść, ale jako czystą alegorię? Przypowieść o współczesnym Hiobie? (albo nie całkiem Hiobie?).

Wiele wskazuje, że to jest takie odczytanie, jakie chciałaby autorka. Bo, widzicie, Russell jest – wbrew temu wszystkiemu, co przeczytały/liście powyżej, już w debiucie dobrą pisarką. Tylko że ona wymaga od czytelnika jednego: żeby, jak egzegeta czytający świętą księgę, tropił w niej nieoczywiste i niejasne ślady autorki i jej idei. SF pisarka wykorzystuje zaś jako konwencję i tylko konwencję, pozwalającą na uzyskanie potrzebnych jej założeń świata (np. różnica w subiektywnym czasie między powrotem Sandoza z misji – dla niego rok, dla ludzkości prawie 40 lat).

Przy takich założeniach wyjdzie, że być może cała absurdalność tego, jak doszło do wyprawy, jest celowa. Bo mamy zobaczyć, za tymi zbiegami okoliczności i piętrzącymi się szczęśliwymi trafami, to, co widzi Emilio Sandoz. Rękę Boga. Nieprzypadkowo fraza Deus vult, Bóg tak chce, powtarza się tak często w powieści.

Naukowe analizy powieści Russell (na przykład ta), skupiały się głównie na teodycei – kwestii pogodzenia istnienie miłosiernego Boga będącego ostatecznym dobrem, z istnieniem zła na świecie. I rzeczywiście, ten element teodycei tu jest, ale mam wrażenie, że jest trochę zasłoną dymną; a może nie tyle zasłoną, co elementem większej całości. Spójrzmy bowiem na źródło tytułu powieści, bezpośrednio w niej przytoczone:

Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa ? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię . U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone . Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli [Mt 10: 29-31]

Kiedy padają te słowa, Sandoz zimno zauważa: ale jednak wróble spadają. Ludzie płacą cierpieniem i bólem za niepojęte boże plany. A tego Sandoz dłużej akceptować nie zamierza.

W końcowej części powieści Sandoz z przyszłego świętego i, jak go nazywano, ukochanego [przez] Boga, zmienia się w rozgoryczonego, cynicznego i wściekłego na Boga buntownika. Zapowiedzi tego są już wcześniej (kiedy mowa jest o młodym Sandozie, tak pięknym i doskonałym, tak umiłowanym przez Boga, że niewiele brakuje, by powiódł zastępy do upadku z nieba…), w końcowej części bywa wprost nazwany wrogim Bogu Mefistofelesem. Russell konsekwentnie używa metafor rodem z literatury mistycznej do opisania relacji Sandoza z Bogiem: miłość, zakochanie, bycie ukochanym. Pod koniec Sandoz mówi z goryczą, że został zgwałcony przez Boga. Nie tyle traci wiarę jako taką – traci wiarę w to, że wiara w dobrego Boga ma sens.
Debata rzeczywiście poniekąd toczy się wokół pytania “Jak dobry Bóg mógł komuś tak go kochającemu, współczesnemu Hiobowi, zrobić takie rzeczy?”. Ale tak naprawdę, mam wrażenie, pod tym wszystkim jest jeszcze jedno pytanie. Równie istotne. Pytanie, które brzmi: Jak to się stało, że Emilio Sandoz, człowiek o niezwykłym intelekcie, uczony, znawca języków, teolog, uwierzył w swoją własną interpretację woli bożej aż tak bezkrytycznie? A inni uwierzyli za nim?

W to ostatnie uwierzyć łatwiej: Emilio ma wyraźne cechy mesjańskiego proroka-lidera, plus (że będę złośliwa) połowa bohaterów i bohaterek i tak się w nim kocha, platonicznie lub nie. Ale mam wrażenie, że to, co Russell chce nam w swojej przypowieści powiedzieć, to przede wszystkim ostrzeżenie: Sandoz i jego załoga uwierzyli w potęgę swoich umysłów, w nieomylność swojego doświadczenia i rozumienia. Może nie zrozumieli woli Boga. Ale na pewno, na sto procent, nie zrozumieli dość z pobytu na Rakhat. Nie dopytywali. Nie próbowali wyjść poza siebie. Bez śladu pokory wobec OBCOŚCI, z którą się zetknęli, przyłożyli do niej ludzką miarę i ludzkie oceny.

Autorka bardzo powoli odkrywa przed nami karty, długo nie ujawnia, czym był koszmarny błąd w ocenie, który bohaterowie popełnili i który doprowadził do całego szeregu tragedii. Kiedy w końcu to ujawni, w pierwszej chwili czytelnikowi trudno jest nadążyć za jej konceptem. Jak w biblijnym Edenie, początkiem końca raju okazało się zjedzenie zakazanego owocu. A konkretnie – posadzenie zakazanego owocu.

Podobieństwo wyprawy na Rakhat do jezuickich misji w Quebecu, podobieństwo Sandoza do jezuickich męczenników, też, jak sądzę, jest narzędziem. Bo Russell jest tu, IMHO, daleka jest tu od bezkrytycznej akceptacji dla łagodnego, ale bezdyskusyjnego kolonializmu swoich bohaterów.

Zobaczmy, co się dzieje. Bohaterowie mają dość lokalnego jedzenia. George, zapalony ogrodnik, zyskuje pozwolenie miejscowych Runa na założenie warzywnika. Ponieważ Rakhat ma niezwykle żyzną ziemię, uprawa udaje się cudownie. I ludzie, i Runa jedzą do syta. Runa, dotychczas polegający na zbieractwie, mają wreszcie dość jedzenia. Raj, prawda?

No ale czego bohaterowie w swojej pysze i naiwności się nie dowiedzieli, choć, jak mówi później Sandoz, mieli już wszelkie poszlaki: to oznacza, że kobiety Runa zaczną mieć ruję, zachodzić w ciążę i rodzić. A ponieważ wioski Runa bez przerwy wymieniają się towarami, via handel te ogródki rozprzestrzenią się po całym rejonie. A to zachwieje delikatną równowagą demograficzną, na której całość lokalnej kultury jest oparta. A o to – o to, czemu jest tak mało dzieci Runa, co jest znaczące w fakcie, że Supaari podkreśla, że jest trzecim synem, jakie są tak naprawdę relacje między Runa a Jana’ata – o to nikt nie spytał, choć kilkoro z bohaterów języka Runa szybko i łatwo się nauczyło. A jeśli spytał – nie słuchał odpowiedzi.

Owoc z drzewa wiadomości dobrego i złego został zjedzony. Kobiety zaczęły rodzić dużo, dużo dzieci. A – jak się czytelnik SF domyśli szybciutko, a czytelnik nie znający konwencji gatunku dowie później – to oznacza, że przyjdą Jana’ata i zabiją niemowlęta na mięso, natomiast obcych, którzy ich bronią, zmasakrują.

Wielkim plusem opowieści Russell jest dla mnie to, że nie tworzy prościutkiej dychotomii między łagodnymi rolnikami-niewolnikami Runa, dobrymi do szpiku kości, a złymi Jana’ata. Tych ostatnich ukazuje konsekwentnie z ich własnego punktu widzenia (Supaari, Hlavin Kitheri). Opisuje ich jako kulturę, którą stworzyła rasa hierarchicznych mięsożerców-drapieżników, z wszystkimi tego skutkami; kulturę opartą na zastałych układach społecznych (radykalna segregacja kobiet od mężczyzn, tylko ci ostatni obecni w życiu publicznym, kategoryczny zakaz rozmnażania się dla trzeciego dziecka, jeśli ono w ogóle przyjdzie na świat, ścisłe role społeczne przypisane pierwszym i drugim synom). Hlavin Kitheri, który wielokrotnie gwałcił Emilio Sandoza i niemal zabił w nim wolę życia i człowieczeństwo, działa w granicach etycznych akceptowalnych w swojej kulturze; kulturze, w której on sam – poeta, piewca aktu seksualnego jako takiego, który swoim podejściem uwolnił swoje i kolejne pokolenia trzecich synów od poczucia bezsensu i od patrzenia na życie wyłącznie przez dominującą perspektywę “jedynie prokreacja, której nam zakazano, ma znaczenie i nadaje życiu sens” – jest postacią o rewolucyjnym znaczeniu. Z punktu widzenia Sandoza i z punktu widzenia ludzkiej etyki jest potworem; dla swoich jest kulturowym błogosławieństwem i katalizatorem zmiany. I ta paradoksalność, ta dwuznaczność jest zamierzona: Kitheri, drapieżnik, który chciałby dominować, ale jako “zapasowy” książę nie może, nie zapyta przecież obiektu o jego uczucia, wartości i cele. Sandoz, przekonany, że wie, jaka jest wola Boga, nie zastanowi się nad tym, jak może jego samego postrzegać drapieżnik.

EDIT: Co mi poniewczasie przyszło do głowy, to że tam gdzieś jeszcze jest ta sama myśl, która jest w słynnym wierszu Williama Blake’a Tygrys. Że to ten sam Bóg stworzył i jagnię (Sandoz) i tygrysa (Kitheri). I ani jagnię, ani tygrys nie mogą rościć sobie prawo do jedynego rozumienia, czym jest Bóg i niezrozumiałe plany boże (cf. Rzym. 11: 33-34: O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! /Kto bowiem poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą?).

Nieprzypadkowo, jak sądzę, u Russell Hlavin i Sandoz nigdy nie rozmawiają, choć to po to Sandoz przybył na Rakhat, to Hlavina jego głos jako pierwszy usłyszał. Tu nie ma porozumienia: ani Jana’ata, ANI LUDZIE nie byli gotowi na wyjście poza swoje własne perspektywy, na zadawanie pytań, na niedopuszczenie do sytuacji, w której Sandoz, sponiewierany i zmaltretowany, zostanie już tylko ofiarą. Nieprzypadkowo też my, czytelnicy, wiemy, że Supaari może i lubi ludzi, ale ma swój cel w życiu, cel dla niego najważniejszy, którego nie odpuści, nie dla obcych. Czytelnik rozumie, czemu Supaari oddał Sandoza księciu, sam Emilio – nie. Tu nie ma rozmów, nie ma porozumienia, ani zrozumienia dwóch światów. Patrzymy na festiwal tragicznej ironii, fatalnych przypadków, złych decyzji. Kontakt, choć pozornie łatwy, jest niemożliwy. Ale dlaczego?

Napisałam powyżej taki akapit:

Jest jedna postać w światowej literaturze, która w podobnie zaślepiony i bezmyślny sposób wierzyła we własne iluzje i wizję siebie jako wybitnie inteligentnego i zdolnego do rozwiązania wszelkich zagadek, bo kiedyś udało mu się rozwiązać jedną, i mam wrażenie, że podobieństwo między tym bohaterem a Sandozem jest bardziej znaczące, niż by się wydawało.

Wiecie, co to za postać? Nie, żaden bohater biblijny. Edyp.

Mam wrażenie, że Emilio Sandoz w co najmniej takim samym stopniu, co biblijnym Hiobem i co postacią mesjańską (bo on ma z takiego Chrystusowego bohatera sporo), jest bohaterem greckiej tragedii. Edyp w Królu Edypie Sofoklesa jest tragiczny i cierpi w absolutnie niewspółmierny do winy sposób, sprowadzając przy tym klątwę i cierpienie na bliskich. A co jest jego winą? Nie tyle zabicie ojca i ślub z matką; to było nieuniknione, choć straszne. Jest nią natomiast hybris, każąca odrzucić rady Tejrezjasza i wolę Apollina. Jest nią też hamartia, katastrofalny w skutkach błąd w ocenie sytuacji, kiedy uparł się, że sam rozwiąże zagadkę śmierci poprzedniego władcy.

Widzicie to, prawda? Emilio Sandoz popełnia pierwszy raz hybris w momencie, kiedy odebraną przypadkowo przez Ziemian pieśń Hlavina, sygnalizującą zmianę w jego, Hlavina, świecie, uznaje za głos Boga skierowany do siebie samego. Drugi raz – kiedy, jak Edyp samodzielnie interpretujący wyrocznię o zabiciu ojca i ślubie z matką jako odnoszące się do adopcyjnych rodziców – zaczyna wierzyć we własne interpretacje bożej woli. Kolejne, kiedy przecenia swoją znajomość języków i kultur Rakhat i uznaje, że już wie, jak tu jest i jak ma być. Hamartia natomiast zdarza się bohaterom, kiedy bez pełnej wiedzy o możliwych skutkach swoich działań ingerują w system ekologiczno-społeczny, ucząc Runa uprawy i zmieniając ich obyczaje żywieniowe. To ma być dobre dla wszystkich; ale nie jest i prowadzi do tragedii i niewyobrażalnego cierpienia.

Emilio Sandoz jest dla mnie po części bohaterem tragicznym, w greckim rozumieniu – i dla autorki chyba poniekąd też. Jak bowiem wygląda jedna z jego ostatnich rozmów z Giulianim, jego opiekunem-jezuitą? Otóż Giuliani bierze z półki tekst i cytuje te oto słowa po grecku:

τὸν φρονεῖν βροτοὺς ὁδώ-
σαντα, τὸν πάθει μάθος
θέντα κυρίως ἔχειν.
στάζει δ᾽ ἔν θ᾽ ὕπνῳ πρὸ καρδίας
μνησιπήμων πόνος: καὶ παρ᾽ ἄ-
κοντας ἦλθε σωφρονεῖν.
δαιμόνων δέ που χάρις βίαιος
σέλμα σεμνὸν ἡμένων.

No dobra, Russell przytacza po angielsku, ale bohaterowi i tak obrywa się za bycie pozerem, a skoro on może, to ja też. Powyższy passus pochodzi z Orestei Ajschylosa, konkretnie z jej pierwszej części, Agamemnona. W roboczym moim przekładzie passus ten (Ag. 176 – 83) brzmi następująco (2):

który powiódł śmiertelnych drogą ku mądrości, drogą nauki przez cierpienie, który jak pan tak to ustalił. Nawet więc w nocy w serce kapie cierpienie z powodu zapamiętanego bólu. I choćbyśmy wcale tego nie pragnęli, dochodzimy do zrozumienia /mądrości. Pełna przemocy / straszliwa jest łaska bóstw, zasiadających na budzących podziw/grozę miejscach.

Kim jest ten, który nam naznaczył takie perspektywy? Passus powyższy jest częścią tego, co się określa, w obrębie pierwszej pieśni chóru Agamemnona, jako Hymn do Zeusa. Jest to – a niech ja użyję tego słowa, co się go klasycy boją – głęboka teologiczna refleksja nad tym, czym jest Zeus (zaczyna się od słów Zeusie, kimkolwiek jesteś i jak chcesz, by cię nazywać [przekł. własny]) i nad sensem istnienia zła w świecie. Teodycea, jeśli można tego nieadekwatnego słowa tu użyć, w greckim sensie.

Cierpienie, mówi Ajschylos, jest częścią świata i pochodzi od bogów, a jego celem jest – nauka. Ma ono nauczyć σωφρονεῖν [sofronejn], być rozsądnym, czyli pogodzić się z otaczającą nas rzeczywistością i własną naturą. Ale to nie znaczy, że człowiek akceptuje je chętnie albo że jest ono łatwe: Ajschylos zdecydowanie nie próbuje nam tu powiedzieć, że cierpienie uszlachetnia. Raczej, że kondycja ludzka jest taka, że musimy się nauczyć z nim żyć. A żeby dorzucić jeszcze meta-perspektywę: postacie literackie – bohaterowie tragedii – istnieją po to, żebyśmy mogli przeżyć pewien typ cierpień per procura, oglądając ich losy i przejmując się nimi, tak jak przejmujemy się historiami bohaterów Russell.

Tak to, jak sądzę, do dwóch wielkich debat o naturze zła i roli Boga – żydowskiej i chrześcijańskiej (tu: katolickiej) i do perspektywy agnostyczki Anne autorka dołącza czwartą wizję – grecką tragiczną koncepcję cierpienia, winy, kary i uleczenia. Moja druga konkluzja byłaby więc taka: jako debata o a) teodycei, b) ograniczeniach natury ludzkiej i ludzkiego poznania, jest to powieść inspirująca, intrygująca i udana.

Powiem Wam, że dawno nie miałam takich mieszanych wrażeń po lekturze – a jednocześnie takiej satysfakcji. A dla Was co jest ważniejsze w tekście kultury, po który sięgacie – idee czy literackie /filmowe ujęcie? Zła SF czy dobra dyskusja o naturze człowieka i Boga? Bardzo bym chętnie podyskutowała.

(1) Albo nie, patrz sequel.
(2) Mam pod ręką polski przekład Kasprowicza, tego się nie da czytać.

Warto przeczytać: jeżeli się szuka często paradoksalnej, bolesnej przypowieści o poszukiwaniu (i odnalezieniu?) Absolutu, o tym, że niezbadane są wyroki Pana i że właściwy kontakt z niepojętą Obcością to nie jest spotkanie z kosmitą, tylko próba racjonalizacji po ludzku wydarzeń rozumianych jako boskie wyroki i wpisywania ich w ludzkie kategorie dobra i zła, błogosławieństwa i przekleństwa. I że pycha kroczy przed upadkiem.

Nie warto czytać: jeżeli chce człowiek przeczytać ciekawą i oryginalną wizję obcej cywilizacji (nie ma tu takiej), jeżeli generalnie interesuje nas dobrze skonstruowana i prawdopodobna SF. To wbrew pozorom nie jest o tym.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s