Czekoladka z wkładką

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, Wydawnictwo W. A. B., 2021

Między polskimi opowiadaniami fantastycznymi a kolejną lekturą Ady Palmer łyknęłam – sama nie wiem, kiedy – komedyjkę kryminalną Marty Kisiel.

UWAGA: Dalsza część recenzji zawiera niewielkie spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Serio, sama nie zauważyłam, kiedy ze strony piętnastej zrobiła się przedostatnia i skończyłam.

Dywan z wkładką to pierwsza powieść autorki Dożywocia i Toń bez elementów fantastycznych (za to z wkładką w postaci antypatycznego trupa), ale to nie znaczy, że znajdziemy tu jakąś rewolucję konceptualną czy stylistyczną w porównaniu do wcześniejszych tekstów autorki. Kisiel nadal skupia się przede wszystkim na tym, co od początku wychodziło jej najlepiej: humorze językowym, związanym z mocną stylizacją tekstu, i ogrywaniu typów postaci z klasycznego repozytorium komedii. Trup i jego dzieje są w tym wszystkim, powiedzmy sobie szczerze, raczej drugorzędnym elementem.

Na spotkaniu autorskim, w którym uczestniczyłam, Marta Kisiel mówiła o roli powieści Joanny Chmielewskiej w swojej własnej czytelniczej edukacji, ale nawet gdybyśmy nie wiedzieli tego od autorki, słychać to w jej prozie – także w tej fantastycznej. Pisząc Dywan z wkładką, Kisiel stworzyła powieść a la Chmielewska, ale na nasze czasy.

Historia w Dywanie… koncentruje się wokół bohaterek (co zresztą u Chmielewskiej też bywało): księgowej Tereski, którą szalony pomysł męża skazał na mieszkanie w wiejskim domu, jej energicznej i pełnej życia (i to jeszcze jak!) sześćdziesięcioletniej teściowej Miry, nastoletniej, a mocno przejętej problemami całego świata córki Zoi, a także sąsiadek – gadatliwej pani Edziowej i ochrzczonej przez Tereskę Stefcią idealnej żony pretensjonalnego marudy z sąsiedztwa (odpowiednio przezwanego przez panie Ordynatem) – a, i nie zapominajmy o dwóch innych fabularnie ważnych postaciach płci żeńskiej, suczkach Fifi i Pindzi! Ta pierwsza ma do odegrania małą, ale ważną rólkę, ta druga zaś to pełnoprawna i pierwszoplanowa postać, bez której cała fabuła wyglądałaby zupełnie inaczej.

Bohaterki są główną atrakcją – i główną siłą – tej powieści. Kisiel umie w bardzo skuteczny sposób ogrywać konwencjonalne komediowe typy i nadawać im ludzkie, sympatyczne oblicze. Daleko jesteśmy już od karykaturalnej wielbicielki Konrada z Dożywocia: w nowszych tekstach siłą autorki stało się właśnie odważne pożyczanie postaci z lamusa konwencji i mówienie “A teraz zobaczcie, jakiego fajnego człowieka można z tej kupy schematów zrobić”. Z sympatią podchodzi autorka do nastoletnich emocji Zoi, pokazując jej troskę o środowisko i o problemy wszystkich ludzi na całym świecie nie jako coś, z czego można się pośmiać, ale jako szczere, nawet jeśli naiwne i młodzieńcze, zaangażowanie. Mira, wesoła wdówka 60+, nie jest siwiuteńką babuleńką z fotela, ale pełną energii i zawsze gotową na ognisty romans kobietą. Kisiel bardzo zresztą udanie ogrywa w jej postaci stereotyp męczącej matki i teściowej: Mira ma tendencje do narzucania swojej woli, syna traktuje jak dziecko, a z Tereską się, najoględniej mówiąc, nie do końca dogaduje, ale nie dlatego, że jest schematyczną Straszną Babą, tylko dlatego, że długo musi uczyć się akceptować fakt, że nie wszyscy ludzie lubią to, co ona i są do niej podobni. Z kolei w postaci Tereski Kisiel dała nam detektyw-amatorkę o dość, hmm, nieoczekiwanym profilu: Tereska, mniej więcej czterdziestolatka, jest kochającą wygody i czekoladki księgową o obfitych kształtach, szczęśliwą żoną nieidealnego męża i matką zupełnie zwykłych dzieci. Owszem, to, co robi, robi świetnie, cyfry są jej ucieczką od chaosu świata, ale poza tym nadaje się na detektywa jak ja na primabalerinę (1). Bardzo mi się podoba to, jak Kisiel konsekwentnie czyni swoim bohaterkami zwykłe dziewczyny i kobiety, niekoniecznie zachwycające mądrością i głębokimi zrozumieniem świata, czasem porywcze, często naiwne, robiące zwykłe, codzienne rzeczy i pracujące w zupełnie nieromantycznych zawodach.

Mężczyźni z kolei odgrywają w Dywanie albo role ofiar (trup, znany też jako Olszyna lub dziad olchowy), albo wręcz damsels in distress. Mira i Tereska podejmują niechętną współpracę, ponieważ ich pierwszym podejrzanym o dokonanie zabójstwa jest Andrzej, koncyliacyjny, spokojny i generalnie nie stanowiący materiału na zabójcę mąż jednej, a syn drugiej z nich. Maciejka, młodsze dziecko Tereski, jest ciągłą ofiarą a to matki (jak można zabrać dwunastolatkowi internet potrzebny do grania z powodu konieczności robienia czegoś tak przyziemnego, jak praca, no jak?!), a to energicznej i skłonnej do komenderowania wszystkimi starszej siostry. Nawet ostateczny motyw zabójstwa Olszyny wiąże się z nadopiekuńczością pewnej żony wobec mężusia…

To bardzo zdecydowanie nie jest powieść dla wielbicieli skandynawskich kryminałów czy zwolenniczek Raymonda Chandlera. Dywan z wkładką jest, jak w moim tytule, gorącą czekoladą z pianką i odrobiną pikantnego chili: lekką, przyjemną, poprawiającą humor w ponury dzień, nie mającą ambicji mówienia czegoś wprost o społeczeństwie i rzeczywistości dookoła (choć, oczywiście, sam dobór postaci i ich charakterystyka coś jednak o naszej rzeczywistości i sympatiach autorki mówi). Fabularnie jest nieco przewidywalny – ale w tego typu komedii kryminalnej to raczej typowe.

Czytało mi się bardzo przyjemnie, ładnych parę razy zachichotałam głośno przy co bardziej udanych powiedzonkach i cały czas dręczyła mnie jedna myśl. A mianowicie pytanie, czy między kolejnymi odsłonami popularnego i udanego Małego licha a bawieniem nas naprawdę fajnymi komediami kryminalnymi Marta Kisiel będzie jeszcze mieć czas, ochotę i w ogóle plan, żeby napisać tę książkę, którą sobie ja, egoistycznie i nie pytając autorki o zgodę, u niej wymarzyłam. To arcydzieło nieoczywistej fantasy, wokół którego Kisiel krążyła w pojedynczych scenach swoich dotychczasowych tekstów, które gdzieś majaczyło w tle jej dobrych, udanych powieści i opowiadań, w takich momentach, kiedy czytając, czułam dreszcz na plecach albo łzy w oczach. Nie wiem, czy taka powieść – podkarmiona gotyckimi nastrojami i grozą, które Kisiel pisze świetnie, ubrana w klimaty polskiego romantyzmu, które akurat ta autorka rozumie jak mało kto, skupiona wokół postaci, których kreacja, niebanalna i pełna zrozumienia dla ludzkiej natury, zawsze była jej mocną stroną, opowiedziana aluzyjnym, a jednocześnie charakterystycznie humorystycznym stylem autorki, która, jak dla mnie, pierwsza po Sapkowskim i Brzezińskiej ma w polskiej fantasy własną, natychmiast rozpoznawalną stylistykę – jest czymś, co Marta Kisiel by chciała pisać, ale możliwości ma na to z całą pewnością. A ja bym czytała jak potłuczona.

(1) Przez lata nawet kroków do walca się nie nauczyłam, taki mam talent.

Dywan z wkładką. Obrazek niepowiązany.

DLA KOGO: Dla wielbicieli/ek Joanny Chmielewskiej i ogólnie osób lubiących cosy mysteries i komedie kryminalne. Dla fanów/-ek autorki, bo mimo braku fantastyki to bardzo charakterystyczna dla niej powieść. Dla czytelników/-czek lubiących skupiać się na postaciach. Niekoniecznie dla osób preferujących skomponowaną jak złożona maszyneria fabułę kryminalną albo dla wielbicieli kryminałów z zacięciem społecznym. Na pewno nie dla osób szukających w kryminale elementów gore (to jest dosłownie drugi koniec tej osi, na pierwszym końcu której jest Max Czornyj).

Gra cieni, z elementami farsy

Czytelnicy nowej wersji bloga jeszcze tego nie wiedzą, ale w wersji starej drugim najpopularniejszym tagiem (po “fantastyka”) był tag “Sherlock Holmes”. Być może to jest dobry moment, żeby o tym powiedzieć: pierwszy tekst Arthura Conan Doyle’a przeczytałam, mając dwanaście lat, i od tamtej pory nie przestałam. Podejrzewam, że w miarę rozwoju tego bloga (Oby! Bardzo bym chciała, żeby, jak poprzedni, ten też przetrwał co najmniej dekadę…) ten dotychczasowy niedobór tekstów o Holmesie (raptem parę recenzji z klasycznych filmów i doskonałych animacji) będzie uzupełniany.

Plakat kinowy, źródło: wikipedia

Sherlock Holmes ledwie niedawno (szóstego stycznia) miał urodziny, a ja wczoraj, nie mogąc zasnąć, postanowiłam powtórzyć sobie po dziewięciu latach nieoglądany od kinowej premiery film: Grę cieni, w reżyserii Guya Ritchiego, gdzie do Holmesa (Robert Downey Jr.), Watsona (Jude Law) i przez chwilę Irene Adler (Rachel McAdams) dołączają Mycroft (Stephen Fry) i, na szczęście, bo to chyba najjaśniejszy punkt tego filmu, Jared Harris w roli profesora Moriarty’ego.

W czeluściach pogrzebanego przez blox.pl bloga spoczywa gdzieś recenzja napisana na bieżąco, po wyjściu z kina, w której, o ile pamiętam, narzekałam na całego. Nie powiem, żeby po dziewięciu latach opinia mi się jakoś znacząco zmieniła.

Jared Harris (Moriarty) i Robert Downey Jr. (Sherlock Holmes) w Grze cieni. Zdjęcie stąd.

Widzicie, jest tak: ten film ma dwie główne zalety (obsada i pomysły scenarzystów) i dwie zasadnicze wady (obsada i pomysły scenarzystów). I w związku z tym jest to chyba najbardziej nierówny Holmesowy film, jaki widziałam. Bo widziałam sporo dobrych i znakomitych, co najmniej kilka naprawdę słabych, kilka będących odważnym upadkiem z wysokiego konia – ale takiego miszmaszu dobrego z żenującym, jak tutaj, i to w każdej możliwej kategorii, to chyba nigdy.

Scenariusz (autorstwa małżeństwa Michele i Kierana Mulroney) jest luźno oparty na Ostatniej zagadce, z elementami Pustego domu, czyli, że przypomnę czytelni(cz)kom nie podzielającym mojej obsesji na punkcie Holmesa, na tym opowiadaniu, gdzie po raz pierwszy pojawia się profesor Moriarty, a Sherlock Holmes ginie w wodospadzie Reichenbach, oraz na tym, gdzie Holmes okazuje się jednak, wbrew gorliwym staraniom Moriarty’ego, Sebastiana Morana i samego Arthura Conan Doyle’a, jak najbardziej żywy. Innymi słowy – scenariusz sięga po ten najmocniej emocjonalny i grający na uczuciach czytelnika kawałek, a co więcej – po najbardziej intrygującą i najważniejszą postać, której Conan Doyle właściwie nie napisał.

O profesorze Moriartym z samych tekstów Holmesowskiego kanonu wiemy wbrew pozorom niewiele (ale to naprawdę temat na osobną notkę) i adaptacje mają tutaj sporo do zrobienia. I to jest ten kawałek, który wychodzi Ritchemu i jego scenarzystom świetnie, naprawdę błyskotliwie. Nie wiem, czy z filmowych ujęć postaci Moriarty’ego to nie jest najlepsze. Po pierwsze, scenarzyści tę postać napisali: nie “wrzucili jej kilka efektownych scen”, tylko rzeczywiście stworzyli Moriarty’emu motywacje, osobowość i charakter. Nie przestając być enigmą, staje się jednak bardziej namacalny i konkretny. Ten Moriarty bardziej chce być Napoleonem niż zbrodniarzem. Obserwujemy go w momencie, kiedy jednocześnie buduje swoją pozycję w świecie oficjalnym (ze znanego uczonego staje się jednym z wiodących i najpopularniejszych intelektualistów swoich czasów) i w półświatku (gdzie kradnąc, mordując i oszukując stał się właścicielem ogromnego majątku, ulokowanego w zakładach zbrojeniowych, farmaceutycznych i innych, które będą kluczowe dla zbliżającej się wojny).

Jude Law (Watson). Zdjęcie ze strony The Arthur Conan Doyle Encyclopedia

Akcja dzieje się w roku 1891, a pomysł, by Moriarty planował doprowadzić do wcześniejszego wybuchu wojny światowej, by się na niej monstrualnie wręcz wzbogacić, jest fabularnie znakomity, zwłaszcza że poparty jest wrażeniem wizualnym, jakie robi strzelanina w niemieckim Heibronnie, gdzie znajdują się zakłady, od niedawna należące do Moriarty’ego. Nie chodzi tu o konkretne historyczne aluzje, ale raczej o pewne elementy – ujęcia armat, haubic i co oni to tam jeszcze mają do strzelania, samych żołnierze, niemieckie komendy – które przywołują w umyśle widza skojarzenia z awanturniczym kinem wojennym, bardziej może nawet tym o II wojnie. Filmowo daje to znakomity efekt, zwłaszcza w połączeniu z faktem, że strzelanina w lesie nakręcona w serii urywanych scen, zwalnianych i zatrzymywanych w momentach eksplozji, jest stylowa i robi duże wrażenie. W samej strukturze fabularnej fakt, że ambicje Moriaty’ego sięgają aż tak daleko i wykraczają poza sekretne kierowanie syndykatem zbrodni, działa w tym filmie bardzo dobrze, nadaje mu, jako złoczyńcy, nieco bardziej epicki wymiar. Jednocześnie zaś do tej konkretnej postaci (to jest na pewno jeden z pierwszych superzłoczyńców kultury, duchowy ojciec wszelkiego sortu Jokerów i Lexów Luthorów) pasują tego rodzaju ambicje – Moriarty nigdy zresztą ich nie dopowiada, nigdy nie wygłasza wielkiej mowy złoczyńcy, pozostaje do końca enigmatyczny i nie zdradza swoich motywów ani planów. Fakt, że to on przewiduje poprawnie dalszą historię Europy (“za parę lat oni sami zaczną wojnę”, odpowiada lekceważąco Holmesowi, gdy detektyw podkreśla, że zatrzymał wojenne plany profesora), dokłada się do skutecznej kreacji jego postaci jako wyrastającej wizją i intelektem ponad wszystkie, chyba łącznie z samym Holmesem.

To ostatnie by nie wyszło, gdyby nie świetna rola Jareda Harrisa. To jest obsada idealna, on tego chłodnego, intelektualnego, złego bliźniaka Holmesa gra tutaj naprawdę błyskotliwie. Aktorska charyzma sprawia, że od jego bohatera – który nie ma łajdackiego wdzięku i urody takiego Jude’a Lawa, na przykład – trudno oderwać wzrok, ile razy jest na ekranie. Mentalne (ale i te konkretne) pojedynki Holmesa z Moriartym, w zasadzie każda ich wspólna scena, to jest skarb i powód, by do tego filmu wracać.

A reszta? No… cóż. Mój największy Holmesowski autorytet, autorka bloga Sherlockiana, powiedziała kiedyś, że niewybaczalnym grzechem aktora (i scenarzysty) wobec postaci Holmesa jest niepotrzebne tej postaci ośmieszanie. Absolutnie się z tym zgadzam i dlatego mam problem ze sporą częścią pomysłów zarówno twórców filmu, jak i odtwórców głównych ról.

O co mi chodzi? Generalnie uważam, że pomysł na obsadzenie roli Holmesa w pierwszym filmie Ritchiego (2009) przez Roberta Downeya Jr. rok po tym, jak zaczął grać swoją, jak się miało okazać, najbardziej rozpoznawalną popkulturową rolę (pierwszy Iron Man jest z 2008) był błyskotliwy i on ma IMHO w tej roli przebłyski geniuszu. Podobnie dobra była idea, żeby Watsona zagrał niespełna wówczas czterdziestoletni, cieszący się opinią zdecydowanie przystojnego Jude Law, co pozwoliło wygrać w postaci doktora widoczne przecież u Conan Doyle’a cechy (czarujący mężczyzna cieszący się dużym powodzeniem u kobiet, człowiek towarzyski i światowy). Obaj na dodatek mają znakomitą ekranową chemię i świetnie grają razem (co po trochu może być specjalnością RDJ, on miewał na ekranie podobną chemię z co najmniej paroma postaciami w filmach Marvela). W Grze cieni obaj panowie nadal wyglądają dobrze w swoich rolach, dalej też miewają momenty i sceny znakomite. No, miewają.

I tu właśnie wchodzi, niestety, ten moment, kiedy reżyser i scenarzyści mówią sobie: “Róbmy tak dalej, ale bardziej”. Efektem jest przerysowanie tendencji do zgrywy i niskiej komedii, które były wyraźne w pierwszym filmie – przerysowanie, które sprawiało, że momentami podczas oglądania wyglądałam, niestety, jak RDJ na poniższym obrazku:

To, co szkodzi temu filmowi, to po pierwsze farsa, a tej farsy jest tu stanowczo za dużo. Cała pijacko-bójkowa scenka na wieczorze kawalerskim Watsona, wcześniejsze spotkanie w zamienionym w dżunglę mieszkaniu na Baker Street, farsowo przegięte seksualne dwuznaczniki w dialogach Holmesa i Watsona, żenujące przebrania detektywa – nie, nie mam problemu z wielkim detektywem w kobiecym przebraniu, mam problem z tym, że jest to stereotypowe przebranie z przerysowanym makijażem, ograne dla farsowego efektu; podobnie ze strojem Chińczyka z pierwszej sceny. Nudzi mnie to, po prostu. Ja wiem, że w 2021 już pisze się inaczej, niż w 2011, kiedy film powstawał, ale serio, może po prostu napiszcie im w trzeciej części, która ma się jakoś kiedyś niedługo podobno pojawić, po prostu romans, i tyle? Farsowe ogrywanie rzeczy w rodzaju “Watson, lie down with me” troszkę już się w tej serii przeżyło. Aha, chyba nawet w 2011 goły Mycroft Stephena Fry’a wychodzący na spotkanie Mary Watson, której udzielił schronienia, był trochę jakby mało śmieszny.

Noomi Rapace w Grze cieni; zdjęcie stąd

Druga rzecz, jaka nie działa tu IMHO do końca, to wątek z Sim i jej towarzyszami. Noomi Rapace to bardzo dobra aktorka, która w tym filmie świetnie wygląda i stara się coś zrobić z mdłym materiałem, który dostała, ale wątek romskiej wróżki, która jest eks-anarchistką, a teraz próbuje znaleźć brata, któremu lekarz na usługach Moriarty’ego całkowicie zmienił wygląd (!), upodabniając go idealnie do kogoś innego, by ten dokonał zamachu na kongresie pokojowym w Reichenbach – to nie miało szans zadziałać. Podobnie jak nie działa zupełnie chyba na przyczepkę dodany motyw ze śmiercią Irene Adler. No, nie miały panie szczęścia do tego filmu, bo bardzo fajnie jako postać pomyślana i zagrana (przez Kelly Reilly) Mary Watson też nie bardzo ma tu co robić – choć doceniam pomysł, żeby wplątać ją w intrygę z szyfrem Moriarty’ego, zważywszy, co o pani Watson wiemy z pierwszego filmu.

Co natomiast w samej konstrukcji fabuły działa? Otóż fajnie i nienachalnie działa zasada pokazywania strzelb, które potem wystrzelą – co może najlepiej udaje się w finale, gdzie ograna jest i scena z osobistym zapasem tlenu Mycrofta, i wcześniejszy miejski kamuflaż jego brata. Takich scenek – uratowanie Holmesa zastrzykiem z adrenaliny, którą widzieliśmy wcześniej użytą na psie Watsona – jest tutaj więcej, i to akurat wychodzi. No i wielki plus za Holmesa, któremu przyszło do głowy, że Watson może, na przykład, chciałby jednak WIEDZIEĆ, że detektyw przeżył przygodę nad wodospadem? Brawo, zawsze mnie cieszy, jak adaptator dostrzega, że Holmes ma serce (bo ma!).

Nieźle działają chwilami w tym filmie plenery i wnętrza (scena w Operze Paryskiej jest udana, bo wygląda na to, że będziemy mieć jakąś powtórkę z Upiora opery, a dostajemy element charakterystyki Moriarty’ego jako zbira z wysublimowanym gustem i dobrze zrobioną zmyłkę), muzyka Hansa Zimmera, z wyjątkiem kawałków z cytatami z Don Giovanniego, jest tu akurat dość powtarzalna i raczej do zapomnienia, zdjęcia i kostiumy ładne – ale, rany, to jest naprawdę najbardziej nierówny Holmesowy film, jaki znam.

Hmmm, może by sobie inne adaptacje Ostatniej zagadki / Pustego domu znowu pooglądać?

Wielki detektyw, choć mysz

Najkrótsza recenzja powinna brzmieć tak: w 1986 roku, adaptując serię książeczek dla dzieci, Disney wyprodukował pierwszego steampunkowego Sherlocka Holmesa, lepszego niż większość steampunkowych/steampunkujących wersji przygód wielkiego detektywa, jakie później napisano i nakręcono. Jednocześnie, na dobrych piętnaście lat przed eksplozją Shrekopodobnego pisania scenariuszy animacji jednocześnie dla dorosłych i dla dzieci, team scenarzystów Wielkiego mysiego detektywa napisał taką właśnie historię – choć to, co jest w niej nie dla dzieci, wiąże się raczej z poziomem fanowskiej wiedzy o twórczości Conan Doyle’a i jej klasycznych ekranizacjach.

Jak pewnie trochę widać z tego bloga, twórczość Conan Doyle’a lubię i znam ją – w miarę, z prawdziwymi znawcami nie mogę się równać. Wielki mysi detektyw, oglądany po raz pierwszy lata temu, sprawił mi, jako czytelniczce Doyle’a od jakichś niepamiętnych ponad trzydziestu lat, niesamowitą radość. No bo przyjrzyjmy się, na ilu poziomach ten film bawi się Holmesowską tradycją.

Na pierwszym, podstawowym poziomie jest, oczywiście, sam zarys fabuły. Na Baker Street pod numerem 221B mieszkają słynny detektyw Sherlock Holmes i jego towarzysz doktor Watson; sylwetkę Holmesa, grającego na skrzypcach, widzimy nawet w pewnym momencie w filmie, a obu panów słyszymi (o czym za moment). Ale nie są oni jedynymi lokatorami tego mieszkania. Pod 221 B na Baker Street miesza jeszcze jeden detektyw.

Basil, tytułowy wielki mysi detektyw, ma odpowiedni kapelusz, lupę i ekscentryczne nawyki: gdyby Sherlock Holmes miał bliźniaka-mysz, Basil by nim był. Mieszka z gospodynią, panią Judson, ale nie ma nikogo, kto mógłby pomagać mu w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek i kto wsparły go w morderczym, wieloletnim pojedynku intelektów, jaki Basil toczy z mysim (he he) Napoleonem zbrodni, złowieszczym profesorem Ratiganem. Znaczy, nie ma aż do dnia, kiedy u jego drzwi stanie mała, zagubiona Olivia Flaversham, której tatę, mysiego mistrza-zabawkarza, uprowadził jednonogi nietoperz. A dziewczynce towarzyszy dżentelmen, doktor David Q. Dawson, weteran z Afganistanu, gdzie służył w 66t regimencie Jej Królewskiej Mysiej Wysokości. Doktor spotkał małą na deszczowej londyńskiej ulicy i pomógł jej znaleźć drogę – a Basil szybciutko się zorientował, że za porwaniem jej taty stoi wspomniany wyżej złowieszczy mysz (he he).


And, honey, you should see me in a crown…

Jak Ratigan mógłby nie być złowieszczy? Nie dość, że oparty jest na postaci profesora Moriarty’ego, nie dość, że ma perfidny plan przejęcia, bagatelka, władzy nad imperium, to jeszcze na dodatek mówi głosem Vincenta Price’a. To jest kolejny poziom gry z Holmesowskim kanonem i generalnie z tradycją w tym filmie: odwołania wychodzące poza fabułę i poza schematy wizualne czy cechy charakteru postaci. Vincent Price wnosi przecież do postaci Ratigana całą swoją aktorską przeszłość, całą wielką tradycję popkulturową, jaką reprezentuje. W tym samym duchu utrzymane są decyzje użycia, dla Holmesa i Watsona, fragmentów nagranych głosów Basila Rathbone’a i Nigela Bruce’a, klasycznych wykonawców tych ról których nie trzeba przedstawiać nikomu, kto o świat ekranizacji Conan Doyle’a się choćby otarł. Obaj panowie już nie żyli, kiedy kręcono Detektywa, użyto więc fragmentów ich dialogów z ról, jakże by inaczej, Holmesa i Watsona. A i w tej samej konwencji mieści się ta urocza nie-całkiem-dla-dzieci scena z oszołomionym Dawsonem tańczącym z tancerkami na scenie – kto widział cudowne Prywatne życie Sherlocka Holmesa będzie wiedział, o czym mówię.

Basil jest zresztą równie Holmesowski jak sam Holmes. Film fantastycznie wręcz podchwytuje pewne specyficzne cechy tej postaci: Basil jest błyskotliwy, ekscentryczny i nieprzewidywalny. Bywa obcesowy i wydaje się chwilami bez serca (ten moment, kiedy mówi Olivii, że nie ma czasu na zaginionych tatusiów), jest przy tym skłonny do depresji i więcej niż trochę zakochany we własnym intelekcie (och, on by wolał umrzeć niż uznać, że Ratigan go ostatecznie pokonał!). Jest jednak przy tym lojalny i zdolny do poświęceń, a o przyjaźni nie umie mówić, za to umie ją okazać. Jest, innymi słowy, znakomitą wariacją na temat postaci Holmesa.

Sama kompozycja narracji i świat, w którym się to wszystko dzieje, jest też, oczywiście, jak z Conan Doyle’a, ale w ogóle troszeńkę też jak z czarnego kryminału (ten bar, gdzie panna Kitty Mouse śpiewa piosenkę wyjątkowo nie dla dzieci!). Mamy porwania, podstępy, perfidny plan zawładnięcia królową i królestwem w dniu diamentowego jubileuszu. Mamy galerię łotrów spod ciemnej gwiazdy, z rozkosznie durnowatym Fidgetem i tą nieszczęsną myszą-pijakiem, której niebacznie wyrywa się słowo na „sz”…. Mamy śmiertelne niebezpieczeństwo wiszące nad bohaterami i cudowne ocalenie dzięki szlachetności Dawsona i błyskotliwości Basila.

No i mamy, w 1986, zupełnie fantastyczną steampunkową historię, zanim jeszcze steampunk na szerszą skalę zaistniał w czytelniczej świadomości (to są niemal dokładnie lata powstawania pierwszych ważniejszych steampunkowych powieści, patrz Tim Powers). No bo popatrzcie: jest pełna suspensu scena w sklepie z mechanicznymi zabawkami. Są dziwaczne latające pojazdy, którymi poruszają się bohaterowie. Jest mistrz-konstruktor jako ofiara porwania, no i jest, w centrum intrygi, mechaniczna kopia królowej Mousetorii, użyta do zastąpienia jej samej i przejęcia władzy przez Ratigana. Jest królowa Wiktoria i jej mysi odpowiednik, są ponure londyńskie uliczki i tylko Kuby Rozpruwacza brakuje (ale jest mordercza kocica). No i są (acz to już nie steampunkowo) absolutnie urocze piosenki.

Bardzo, bardzo polecam. Szczerze mówiąc, polecam także i tym, którzy nie przepadają za klasycznymi Disneyowskimi animacjami. Wizualnie Detektyw to podobny styl, co, powiedzmy, 101 dalmatyńczyków, ale historię obejrzy z przyjemnością także i ta osoba, która woli kryminały od kreskówek.

Urodziny bohatera

Szósty stycznia, słoneczka. Urodziny Sherlocka Holmesa. Jednego z TYCH bohaterów mojego życia.
Z tej okazji przez tydzień codziennie będę przypominała stare okołoholmesowe notki. Dzisiaj na początek – o bardzo klasycznym Psie i równie klasycznej oryginalnie filmowej przygodzie.

The Hound of the Baskervilles, reż. Sidney Lanfield, scen. Ernest Pascal, 1939

Richard Greene (sir Henry) i Wendy Barrie (Beryl Stapleton, jego ukochana)

Basil Rathbone, podobnie jak później Jeremy Brett, urodził się, by grać Sherlocka Holmesa. Jego wersja wielkiego detektywa dla wielu pozostała kanoniczną -i, paradoksalnie, często mówimy tu o ludziach, którzy jego Holmesa nigdy świadomie nie widzieli.

Tym ciekawiej jest zauważyć, co się dzieje na początku tej legendy: w pierwszej adaptacji z parą Rathbone – Bruce, w roku 1939, kiedy obaj panowie spotkali się, jako Holmes i Watson, na planie Psa Baskerville’ów.  Scenarzyści, wówczas jeszcze ewidentnie nie cierpiący na powszechną dziś w Hollywood obsesję na punkcie origin story, postanowili nie dawać nam na początek spotkania Holmesa z Watsonem i Studium w szkarłacie, zamiast tego skupiając się na gatunkowo chyba najbardziej eklektycznej z historii Doyle’a, Psie Baskerville’ów.

Adaptacja Sidneya Lanfielda jest bardzo wierna fabule powieści Doyle’a: mamy wrzosowisko, dom Baskerville’ów, sąsiadów i ich sprawki, służącego (który się tu nazywa Barryman, żeby się nie mylił z supergwiazdą), jest zbiegły przestępca i wielki pies na bagnach i romans i Holmes udający komiwojażera… Jednocześnie warto jednak podkreślić, że to, jak dobrane są pewne elementy, co jest naświetlone, a co zepchnięte na dalszy plan, też wiele mówi.

Charakterystycznie, w tym filmie na liście obsady na pierwszym miejscu są popularny w latach 30. amant John Greene, grający sir Henry’ego Baskerville’a i partnerująca mu jako obiekt jego uczuć Wanda Barrie – konkretniej, są oni numerami jeden i trzy listy obsadowej. Między nimi jest Basil Rathbone, a Nigel Bruce został relegowany do numeru co prawda jeden, ale na liście pt. „W pozostałych rolach”. Jest to o tyle bez sensu, że akurat w tym filmie rola Watsona jest szczególnie ważna i znacząca – ale też wyraźnie podkreśla, co wytwórnia 20th Century Fox chciała w tym filmie wyciągnąć na pierwszy plan.

Pies Baskerville’ów – to znaczy powieść będąca wyjściowym materiałem tego filmu – jest z definicji powieścią kryminalną, z zagadką stojącą w jej centrum; tak mają w końcu wszystkie opowieści Conan Doyle’a o Holmesie. Jednocześnie w Psie autor dość skutecznie nas co do gatunku oszukuje: sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z powieścią gotycką z elementami być może nawet horroru (Dom na wrzosowiskach! Klątwa rodowa! Potworny pies! Tajemnicze światła, ponury służący, zagadkowa śmierć dziedzica!). W rzeczywistości jednak Psu bliżej do, paradoksalnie, powieści obyczajowej – w tle jest przecież nie tyle klątwa i ogar piekielny, co dziedziczenie, testamenty i małżeństwo… Te elementy obyczajowo-romansowe są w tej konkretnej adaptacji wyraźnie wydobyte na światło i podkreślone – nieprzypadkowo wizyty, spotkania i flirty zajmują tu co najmniej tyle samo czasu ekranowego, co pościgi i malownicze (studyjne) ujęcia wrzosowiska we mgle. Scenki w domu sąsiadów, nieudany seans spirytystyczny, komiczny pieniacz z sąsiedztwa, rozwój romansu sir Henry’ego z panną Stapleton zajmują widza przez sporą część akcji, podkreślając, że Pies…, nie tylko w tej wersji, ma co najmniej tyle samo wspólnego z Dickensem, by nie rzec – z Jane Austen, co z M. G. Lewisem….

Szalenie ładnie poprowadzona jest tutaj postać Watsona. Nigel Bruce nie wygląda jeszcze aż tak bardzo jak emerytowany wujaszek, a i postać, którą kreuje, ma mniej elementów komicznych, a więcej – awanturniczych. Watson jest tu, dla fabuły i ze względu na poświęcony mu czas ekranowy, zdecydowanie ważniejszy od Holmesa. Dostaje też szanse, że pokazać się jako odważny, zdecydowany i rozsądny facet, eks-wojskowy, w którego kompetencje trudno wątpić. Bardzo, bardzo mi się też podoba to, jak reaguje, odkrywszy podstęp Holmesa – jest urażony i wściekły, że został oszukany przez przyjaciela, oświadcza, że mu tego nie zapomni i Holmes musi się trochę postarać, zanim zyska jego wybaczenie.

To jest, generalnie, bardzo wierna i udana adaptacja – i często potem przywoływana; wystarczy zobaczyć, jak wiele z tej klasycznej adaptacji widać w pozornie zupełnie innych Psach z Baskerville duetu Gattiss – Moffat, żeby się przekonać o jej znaczeniu dla rozwoju zjawiska pt. filmowy wizerunek Sherlocka Holmesa.

***********************************************************

Dressed to Kill, reż. Roy William Neill, scen. Frank Gruber i Leonard Lee, 1946

Patricia Morison, która, z jej urodą, klasą i faktem, że była szkoloną mezzosopranistką, byłaby Ireną Adler idealną.

Ostatnie z cyklu Holmesów z Rathbonem, Dressed to Kill, ma bardzo dobrze napisaną i wymyśloną fabułę, opartą dość luźno na Sześciu popiersiach Napoleona. Na niewielkiej, raczej taniej aukcji zostają sprzedane trzy pozytywki, wyprodukowane, o czym wiemy z przedakcji, przez więźniów z zakładu karnego w Dartmoor. Jedna trafia w ręce młodej właścicielki sklepiku z różnościami, druga – do ojca szukającego prezentu dla małej córeczki, a trzecia staje się własnością nieco ekscentrycznego kolekcjonera, który przypadkiem jest także starym kumplem doktora Watsona. Julian Emery może lekceważyć dziwne włamanie, którego padł ofiarą – w końcu ukradziono najmniej cenną z jego pozytywek, prawie identyczną jak ta, którą właśnie nabył! – a Watson może, jak to ten Watson, nie zwrócić uwagi, ale Holmesowi, jak zwykle, niewiele umknie…

Dressed to Kill zaczyna się od wspomnienia o Irene Adler i jej roli w życiu Holmesa – a po prawdzie tutejsza główna przeciwniczka Holmesa, grana przez Patricię Morison Hilda Courtney, jest, pod wieloma względami, wariantem Adler. Inteligentna i bystra, a przy tym bezwzględna, mistrzyni przebrań i udawanego akcentu, zdeterminowana szefowa grupy chcącej odzyskać skradzione płyty służące do drukowania  fałszywych pięciofuntówek, pod wieloma względami wystylizowana na hollywoodzką femme fatale, panna Courtney bardzo przypomina jedną z popularnych wersji rozwoju postaci Adler. Autorzy powieści, filmów i innych adaptacji Sherlocka Holmesa bardzo przecież chętnie robią z Adler superprzestępczynię – którą tutaj Hilda niewątpliwie jest. Dyskusja o Adler na początku podpowiada zresztą, że już w 1946 scenarzystom takie skojarzenie także przyszło do głowy – podobnie jak autotematyczna refleksja Holmesa, przypominającego Watsonowi, że panna C. ograła go dokładnie tak, jak – w opisie samego Watsona – Holmes usiłował ograć pannę Adler…

Moim ulubionym chyba trickiem w Dressed to Kill jest to, jak używana jest w nim muzyka i tejże muzyki rola w życiu Sherlocka Holmesa. Rozwiązanie zagadki kryje się tu mianowicie w fakcie, ze na pierwszy rzut ucha wszystkie trzy pozytywki, o których mowa, grają tę samą melodię – a tak przynajmniej zdaje się przypadkowym słuchaczom, jak doktor Watson i znacząca część, jak podejrzewam, widowni. Sherlock Holmes natomiast, muzyk-amator z ewidentnie dużą wiedzą, nie tylko jest w stanie zanucić po jednokrotnym usłyszeniu jej wersję z pierwszej pozytywki, ale i zauważyć, że kolejne minimalnie różnią się od siebie… Daje to filmowcom pretekst do zaprowadzenia nas, razem z bohaterami, do pewnej nader malowniczej knajpy, posłuchania piosenki i spotkania się z jednym z typowych Holmesowych informatorów z półświatka (ech, informatorzy z półświatka w filmach z tamtych czasów…).  

Tradycyjnie, jak zwykle w przypadku Holmesów z Rathbonem i Brucem, grany przez tego ostatniego doktor Watson jest – bardziej niż czymkolwiek – komicznym przerywnikiem, którego rolą jest, poza zachwycaniem się mądrością swego najlepszego przyjaciela, rozbawianie widza. Bodaj najlepiej wychodzi to w sekwencji od stwierdzenia Holmesa, że cenną pozytywkę zostawił pod opieką doktora, przez wizytę rzekomej panny Williams, udawany pożar (I see what you did there, writer!) i samozadowoloną uwagę Watsona, że kobiety zawsze tracą głowę w trudnych chwilach (nie to, co on – w domyśle) sekundę przed tym, zanim się zorientuje, że został gładko ograny i oszukany przez na pozór delikatną i słabą kobietkę…

Powiem tak: te 70+ lat później, to jest ciągle efektowny, wciągający, dobrze się oglądający kryminał. Ze znakomicie pomyślanym Holmesem-dżentelmenem. Ciekawam, o ilu współczesnych wersjach opowieści o mieszkańcach Baker Street 221B będzie to można z perspektywy czasu powiedzieć.