Zew Zajdla 2020: opowiadania (10): Wiktor Orłowski, “Głębia snuff”

To już ostatnie dni głosowania na najważniejszą z polskich fanowskich nagród fantastycznych! W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Rekomendowałam już opowiadanie z tomu Sny umarłych 2020 tom I – “Teatr chemiczny” a pod koniec serii wracam do tego tomu z propozycją innego z zawartych w nim opowiadań. Tym razem jest to “W głębi snuff” Wiktora Orłowskiego.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Podtytułem tekstu Orłowskiego – ale podtytułem fatalnym, bo za dużo zdradzającym – mogłoby być “Witajcie w piekle”. Bo niemal dosłownie tam właśnie bohaterowie się znajdują.

Okej, to nie jest piekło. To raczej swoisty czyściec, jeśli rozumieć czyściec jako miejsce oczekiwania. Zmarli w czyśćcu, który proponuje nam Orłowski, nie czekają na odkupienie ani na moment, kiedy dostąpią ostatecznego oczyszczenia. Tutaj to oczyszczenie przychodzi wraz z pamięcią.

Orłowski to autor, który lubi emocjonalne jazdy i gwałtowne granie uczuciami czytelników. Realizuje te idee przede wszystkim przy pomocy efektownie wymyślonych literackich pomysłów. Autor lubi mocne, emocjonalnie naładowane tematy – tak było w opowiadaniu “Śmierć w Mountain Green” w Fantazjach zielonogórskich IX, gdzie pojawia się para nadnaturalnych śledczych, odgrywających emocje mordercy i ofiary, podobnie wygląda też główny koncept opowiadania “Pamiętasz mit o Tanatosie” w zbiorze Umieranie to parszywa robota, gdzie Orłowski nowatorsko ogrywa motyw zombie.

“W głębi snuff” też wpisuje się w ten sposób pisania – bo żeby wyjść z tego stanu zawieszenia, bohaterowie muszą przeżyć jeszcze raz własną śmierć, odzyskać wspomnienia po niej, jak makabryczna by nie była. W klasycznym micie dusze piją wodę Lete, rzeki zapomnienia; w tekście Orłowskiego jest wręcz przeciwnie, tutaj kluczem do spokoju jest pamięć – pamięć i ponowne przeżycie traumy.

Orłowski te traumatyczne wspomnienia pisze jak zwykle bardzo efektownie, dając czytającym emocjonalną jazdę po bandzie. To jest tekst zasadniczo inny od większości tego, co dotychczas polecałam: o szybszej akcji, bardziej skupiony na pomyśle i fabule niż na refleksji i języku, ale może też dzięki temu trafi do innych czytelników niż na przykład literackie odloty Brzozowskiego. A Wiktor Orłowski to autor, którego warto obserwować – mam wrażenie, że jest w jego pisaniu spory potencjał na literacki sukces.

Francis Bacon, Tryptyk – sierpień 1972, jeden z serii czarnych tryptyków malarza, namalowany po samobójstwie wieloletniego partnera; skojarzył mi się nastrój tego obrazu jakoś z klimatem tekstu Orłowskiego.

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Sny umarłych 2020 , tom I, wydawnictwa Phantom Books.

ZA ILE: Obecnie w sklepie Okolicy Strachu za 38 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction, ale bez klimatu groteski, raczej idące w poważniej rozumianą niesamowitość. Dla ceniących w prozie przede wszystkim pomysłowość i oryginalne koncepty. Dla lubiących emocjonalną jazdę bez trzymanki.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (9): Paweł Majka, “Efialtes”

Powtórzę – dla osób, które przyszły przeczytać tylko tę notkę, a nie cykl Zajdlowy – o co w tym wszystkim chodzi. W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Wśród tekstów, które zwróciły moją uwagę, jest kilka opowiadań opublikowanych w Nowej Fantastyce. Jest wśród nich także opowiadanie Pawła Majki “Efialtes”.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Opowiadanie Pawła Majki trochę nie miało szans mi się nie podobać. Autor – co widać doskonale w jego powieściach Pokój światów i Wojny przestrzeni, które zresztą obie zdecydowanie lubię – nie tylko w nich bardzo sprawnie i pomysłowo posługuje się odwołaniami do kulturowej tradycji i pomysłowo tę tradycję przetwarza. A skoro na dodatek “Efialtes” odwołuje się do tego kawałka historii, który znam i którym, poniekąd, zawodowo się zajmuję, oczywiste było, że mnie ten tekst skusi. I z przyjemnością stwierdziłam, że kupił mnie od pierwszych słów.

Pierwszoosobowym narratorem, opowiadającym nam w rwanych, impresyjnych scenach swoją historię, jest w opowiadaniu Pawła Majki tytułowy Efialtes – arcyzdrajca spod Termopil, który wedle przekazów greckich historyków pokazał Persom drogę, pozwalającą obejść spartańską armię i ją zaskoczyć, doprowadzając do perskiego triumfu w bitwie. Ta postać nieraz wcześniej pojawiała się w kulturze, w tym – popularnej: Efialtes Pawła Majki na pewno zawdzięcza sporo swojemu odpowiednikowi z 300 Franka Millera i jego komiksowej adaptacji, bo – podobnie jak bohater komiksu, a inaczej niż historyczna postać, o której nic takiego nie wiemy – urodził się dotknięty kalectwem. To jest, oczywiście, bardzo kusząca perspektywa, by tak tę postać wykreować – przede wszystkim dlatego, że jednym z kluczowych faktów powiedzmy-historycznych o Sparcie, jakie większość z nas zna, jest przekonanie, że urodzone z widoczną niepełnosprawnością niemowlęta skazywano w niej na natychmiastową śmierć przez zrzucenie ze skały. Historyczność tego faktu jest dość wątpliwa (1), ale jego kulturowe znaczenie ogromne, bo dla mnóstwa osób Sparta kojarzy się właśnie z tymi dwoma faktami: zabijaniem “nieidealnych” dzieci i bohaterską obroną Termopil.

Efialtes Pawła Majki jest bohaterem niedoskonałym, nie tylko ze względu na swoją historię. Jego ciało jest kalekie, a umysł – przekształcony ciągłym kontaktem z bóstwem, z tym, co przerasta człowieka. Jak Merlin w niektórych wariantach legendy, żyje jednocześnie we wszystkich czasach, we własnym teraz, dawniej, wkrótce.

Wszyscy jesteśmy opowieściami, mówi (jak Jedenasty Doktor w odcinku The Big Bang, skądinąd, wybaczcie fanowski wtręt) u Majki Efialtes. Autor bardzo efektownie buduje w tym tekście paralele i skojarzenia: między Efialtesem a kamieniem, który zamiast niego zrzucono ze skały, między Efialtesem a jego siostrą, którzy oboje żyją w cieniu Sparty, ale tak naprawdę poza tym, co ją stanowi, poza rytuałami wojny; między tym, czym Efialtes jest, a tym, czym – ucząc się samotnie walki bronią odebraną martwemu wojownikowi – powoli się staje. Między Ateną a Aresem, boginią wysublimowanej wojennej mądrości i chwały, a bogiem przelanej krwi, poszarpanych ciał i udręki konających na polu bitwy.

Majka nie tworzy w tym tekście prostych opozycji dobro-zło, nie kreuje Efialtesa ani na zdrajcę szlachetnej, doskonałej Sparty, ani na mściciela krzywd. Stosunek narratora do Sparty jest złożony, nieoczywisty – bo jest w nim i fascynacja pięknem, fizyczną doskonałością Spartiatów i obsesyjnością ich jedynego celu, ale widać też i świadomość wiążących się ze spartańskimi obyczajami okrucieństw. Jest też, przede wszystkim, potrzeba wyrwania się – bogom, ludziom, Sparcie, przeznaczeniu, poczuciu, że jeśli jesteśmy opowieściami, to przez kogoś innego opowiadanymi – i zaznaczenia swojego śladu. Choćby w śmierci.

Literacko to jest bardzo udany tekst, napisany impresyjnym językiem, nastrojowy – wiele w nim z tego, jak widział antyku przywołany w cytacie-motcie Zygmunt Kubiak. Trafił do mnie ten tekst i zdecydowanie zrobił wrażenie; warto go wśród opowiadań z NF 2020 odszukać.

(1) Potwierdza ten fakt zasadniczo jedno (!) źródło, i to z przełomu I/II wieku n.e. (“Żywot Likurga” Plutarcha), które bardzo mocno skupia się na Sparcie jako kreacji swoistego “państwa idealnego”, konsekwentnego (w sposób, który ma wydawać się obcy czytelnikom!) w swojej polityce posiadania “tylko najlepszych obywateli”. Generalnie tekst Plutarcha jest wszystkim, tylko nie obiektywnym raportem o Sparcie IX w. p.n.e. i gdyby to kogoś ciekawiło, chętnie napiszę o tym na moim drugim, poświęconym starożytności blogu.

Jacques-Louis David, “Leonidas w Termopilach”, olej na płótnie, 1814, Luwr; malarze neoklasyczni i historyzujący też lubili idealnych Spartan;

GDZIE ZNALEŹĆ: w Nowej Fantastyce 09/2020.

ZA ILE: Numer NF w aplikacji można kupić za 8.99 PLN.

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę historyczną, odwołującą się twórczo do konkretnej przeszłej rzeczywistości. Dla osób szukających w fantastyce refleksji i – nawet w krótkiej formie – dyskusji o sensie historii i ludzkiej natury. Dla preferujących impresyjną, pierwszoosobową, wymagającą narrację.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (8): Krzysztof Matkowski, Krzysztof Rewiuk, “Święci z Vukovaru”

Powtórzę – dla osób, które przyszły przeczytać tylko tę notkę, a nie cykl Zajdlowy – o co w tym wszystkim chodzi. W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Dzisiaj chciałam spojrzeć na drugi z tych tekstów 2020, które zrobiły dla mnie najmocniejsze wrażenie. Pierwszym z nich jest ciemne, baśniowe fantasy Marty Kisiel. Drugim, które zrobiło na mnie równie mocne wrażenie, są zupełnie inni w klimacie, współcześni i w nieoczywisty sposób fantastyczni “Święci z Vukovaru” Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa Rewiuka.

To nie jest pierwszy wspólny tekst Rewiuka i Matkowskiego – w zeszłym roku ich “Dziewczyna z papieru i ognia” miała Zajdlową nominację, którą uzyskały też solowe teksty Matkowskiego. Obaj autorzy są zdecydowanie na wznoszącej – publikują w NF, wydają udane powieści (a raczej Krzysztof Matkowski wydaje, Krzysztof Rewiuk to zdeklarowany autor opowiadań), coraz częściej mówi się o nich obu jako o zdecydowanie obiecujących pisarzach. W zeszłym roku moim prywatnym opowiadaniem roku było “Siej kwiaty, zbieraj ogień” Matkowskiego. W tym roku do grona najlepszych bez wahania zaliczam zupełnie innych klimatem “Świętych z Vukovaru”.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Opowiadanie Rewiuka i Matkowskiego wiąże się fabularnie z wydarzeniami jak najbardziej realnymi, z paskudną najnowszą historią Europy – w tle ma bowiem wojnę w byłej Jugosławii i przede wszystkim, choć akcja dzieje się zupełnie gdzie indziej, konflikt serbsko-chorwacki w Vukovarze, którego ukoronowaniem była masakra szpitala w tym mieście.

Spotykają się w tym tekście dwaj bohaterowie – starzejący się Chorwat którego życie złamała tamta wojna, i młody Polak, który, jak wiele postaci Krzysztofa Matkowskiego (taki był na przykład główny bohater ubiegłorocznych “Słów, których nie powiem Łucji”) snuje się po świecie, by jakoś tam znaleźć siebie, a może – od siebie uciec, bo taki jest przecież wstępny plan bohatera. Tu obaj stają twarzą w twarz – Petar, chorwacki weteran i polski młody lekarz / student medycyny Krzysztof – z czymś, co nie powinno mieć miejsca, ze swoistym cudem a rebours. Cudem, a może klątwą.

Petar, weteran jugosłowiańskiej wojny, jest rzeźbiarzem, rzeźbi świętych do kapliczek. A raczej – rzeźbił, bo teraz materia rozpada mu się pod palcami, a moc tworzenia została mu odebrana. To tylko jeden, choć najdobitniejszy, z przejawów tego, jak świat i życie rozsypują się bohaterom pod palcami: rozpada się język, dziwaczna i nie pozwalająca na pełną komunikację mieszanka polskiego i chorwackiego z angielskim i niemieckim, rozpadają się wspomnienia i tożsamości (jak w przypadku Krzyśka, który chce odrzucić to, czym był – Krzyśka-lekarza, Krzyśka-syna, Krzyśka-brata, Krzyśka w ogóle – kiedy go poznajemy, powoli zrzuca z siebie dawne, polskie imię; we śnie widzi, jak jego świat rozpada się jak kamień pod dłutem Petara). Dręczeni wspomnieniami i myślami o tym, co zrobili źle, Krzysiek i Petar dzielą nie tyle przyjaźń – pewnie obaj wzdrygnęliby się na tak wielkie słowo – co jakiś rodzaj nieoczekiwanego porozumienia, które pozwoli im przystąpić razem do naprawy świata. Nie, nie tego wielkiego, tego małego wokół nich samych. Skoro obaj musimy się błąkać, to przynajmniej błąkajmy się razem, myśli Krzysiek.

Matkowski i Rewiuk bardzo udanie ogrywają postać Krzyśka i jej znaczenia w tekście. Bo tak, na jednym planie on jest sobą, chłopakiem z Polski z poplątanym życiorysem i kompulsywną potrzebą ucieczki. Ale jednocześnie dla Petara staje się – jako Krzysztof, święty Krzysztof psiogłowiec, jak go często tradycja przedstawia – odpowiednikiem psa Vuko, który uratował mu życie, wyprowadzając z vukovarskiego szpitala niedługo przed masakrą. Jak święty Krzysztof, który według legend przenosił wędrowców przez rzekę, Krzysiek przenosi przez wodę ku kapliczce Petara, upadłego jak święty Piotr, którego imię nosi; ku kapliczce, do której Petar go prowadzi. I ten gest bliskości, pomocy, wsparcia między dwiema tak różnymi, różnie doświadczonymi osobami wyprowadza z ciemności ich obu. Krzysiek zabiera Petara z Vukovaru, tym razem symbolicznie, uwalniając go od winy. Ten gest i pomoc Petara dają jednocześnie Krzyśkowi szansę na pogodzenie się ze sobą samym.

To jest ostatecznie zaskakująco optymistyczny tekst jak na smutek, który go przenika: melancholię małego turystycznego miasteczka poza sezonem, deszczowej zimy, prześladujących wspomnień, dręczącego poczucia osobistej klęski… Subtelnie też i z poszanowaniem dla trudnej historii regionu potraktowana jest tematyka wojennej przeszłości i tego, co się w Vukovarze stało. To jest bardzo dojrzały tekst, przemyślany i mądry – zrobił na mnie wielkie wrażenie już za pierwszą lekturą, a kolejne tylko to poczucie wzmacniały.

Jak to zwykle bywa u obu autorów, postacie są wiarygodne i psychologicznie prawdziwe, a ich historie opisane w poruszający, ale nie epatujący nadmiarem emocji sposób. Pozostawił mnie ten tekst w zamyśleniu, z plastycznie opisanymi scenami z dalmatyńskiego miasteczka Omiš stojącymi przed oczyma i z poczuciem, że na kolejne teksty autorów będę czekać. A, i że ten tekst jest moim nominacyjnym pewniakiem.

Święty Krzysztof psiogłowiec, ikona z Kermiry w Kapadocji, XVII wiek

GDZIE ZNALEŹĆ: w Nowej Fantastyce 10/2020 oraz na portalu Nowej Fantastyki.

ZA ILE: Numer NF w aplikacji można kupić za 8.99 PLN. Tekst na portalu Nowej Fantastyki dostępny jest za darmo.

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę bliskiego zasięgu, nieoczywistą, skupioną na wiarygodnych psychologicznie postaciach. Dla ceniących łączenie fantastyki z realizmem. Dla osób lubiących wcześniejsze opowiadania autorów, przede wszystkim Krzysztofa Matkowskiego.

BONUS: Jakby komuś było mało, to w 2020 solowe opowiadanie Krzysztofa Matkowskiego ukazało się w Snach umarłych 2020 tom I (“Między”), a teksty Krzysztofa Rewiuka – w tych samych Snach umarłych (“Świerszcze i gwiazdy”), w tomiku Świętologia (“Transformacja Jessiego Lorentza”), w tomie Weird fiction po polsku (“Córka poławiacza żachw”) i w Fantazmatowej Zbrodni doskonałej (“Al”).

Zew Zajdla 2020: opowiadania (7): Łukasz Redelbach, “Smakołyk dla dżdżownicy”

Powtórzę – dla osób, które przyszły przeczytać tylko tę notkę, a nie cykl Zajdlowy – o co w tym wszystkim chodzi. W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Ostatnie dwa polecane teksty, opowiadania Marty Kisiel i Agnieszki Hałas, były utrzymane w konwencji fantasy, w przypadku “Róż…” lekko nostalgicznej, subtelnej mimo odniesień do koszmarnych scen z przeszłości. Dzisiejszy tekst jest – no, inny. Zupełnie inny.

Łukasz Redelbach to autor młody, którego dorobek (publikowany w antologiach i czasopismach) nie jest jeszcze duży, ale który zdecydowanie zasługuje na uwagę. Zapamiętajcie sobie to nazwisko, zwłaszcza jeśli gustujecie w fikcji niesamowitej, weirdzie, chwilami idącym w kierunku makabry – bo niewielu czytałam polskich młodych autorów o takiej wyobraźni i wyczuciu. W 2020 Redelbach opublikował kilka różnych tekstów – ja wybieram spośród nich “Smakołyk dla dżdżownicy” z antologii portalu NF “Fantastyczne pióra”. Antologia ta jest zbiorem tekstów, które zostały uznane za najlepsze opowiadania danego roku na portalu Nowej Fantastyki i od roku 2020 ma ukazywać się cyklicznie.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

“Smakołyk dla dżdżownicy” w sposób błyskotliwy łączy makabrę i niesamowitość, która, paradoksalnie, chwilami wydaje się prawie rodem z fantasy, z body horrorem i groteskową chwilami, choć, podkreślmy, nigdy nie idącą w czarny humor czy komizm makabrą.

Dzieje bohatera-narratora, kiedy je nam opowiada, zaczynają się pozornie właśnie jak ponura baśń: bohater-sierota, podrzutek wychowany przez wszechwładną, upiorną babkę, która jest rozpięta, jako postać, w pół drogi między jak najbardziej realistyczną patologiczną i molestującą dręczycielką a baśniową złą czarownicą (skojarzenie z tym, że Baba Jaga chciała zjeść Jasia i Małgosię, nie jest całkiem nie na miejscu…), w końcu decyduje się ją zabić. I nie zdaje sobie sprawy, co to oznacza – dla niego, dla jego też przez starą jędzę przygarniętej żony, dla adoptowanych dzieci…

Redelbach bardzo sprawnie i umiejętnie rozgrywa swój tekst na trzech planach: realistycznym, baśniowym i weirdowo-horrorowym, przy czym im dalej w tekst, tym mocniej wybrzmiewa ten ostatni. Widać w tym opowiadaniu bardzo dużą sprawność literacką, umiejętność pisania w przekonujący – i przerażający – sposób o rzeczach i zjawiskach wymykających się racjonalnemu poznaniu. Pod piórem autora o mniejszej wyobraźni i dyscyplinie rozpad ciała bohatera i jego upiorna droga, w niemal-zombie postaci, z Polski do Estonii, z powrotem do metaforycznego łona, z którego wyszedł, mogłyby łatwo osunąć się w niesmaczny, groteskowy humor – tu jest starannie przez Redelbacha kontrolowana makabra i ciemny, dręczący smutek.

Jestem od pierwszej lektury tego tekstu pod ogromnym wrażeniem tego, jak skutecznie kreuje w nim pisarz nastrój beznadziei i rozpadu, wszechobecnej cielesności umierania, która jednak ma w sobie jakąś paradoksalną – wiem, to nie jest najlepszy termin – metafizykę, a może raczej metafizyczność: życie jest obiegiem zamkniętym, wiecznym kręgiem, w którym trwa wszystko, w tym przypadku – także pamięć i także jednostkowość. Spotworniałe, przerażające, ale zachowujące jakiś strzęp dawnych tożsamości, dawnej natury istoty wyklute z ciała zapłodnionej dżdżownicami Mii mają w sobie przecież zdolność do uczuć. Do miłości. Do nienawiści. Do obrony tego, co kochają. Granice między tym, co cielesne i podlegające rozkładowi a tym, co trwałe i przekazywalne, są u Redelbacha zatarte i nieoczywiste. Bohater przez większość tekstu jest swoim ciałem – to o nim, o jego cierpieniu, rozpadzie, gniciu, odorze, umieraniu ciągle nam mówi – ale jednocześnie każdym krokiem w drodze do Estonii to ciało pokonuje, dokonuje niemożliwego, zmuszając gnijące tkanki i sypiące się kości do posłuszeństwa swej woli. Jednocześnie zaciera się granica między tym, co ludzkie, a resztą natury – dżdżownice, koniczyny, łąka, wilgotna ziemia, w której bohater zanurza palce podczas wizyty w parku są częścią jego doświadczenia i samej jego istoty.

Zrobił na mnie ten tekst swego czasu, kiedy czytałam go jeszcze na forum NF, ogromne wrażenie, i ono tylko pogłębia się z każdą kolejną lekturą.

GDZIE ZNALEŹĆ: w antologii portalu Nowej Fantastyki Fantastyczne pióra 2018. Tak, to nie pomyłka, antologia ukazała się z poślizgiem w roku 2020.

ZA ILE: do ściągnięcia za darmo w różnych formatach.

DLA KOGO: Dla wielbicieli i wielbicielek horroru, w tym przede wszystkim horroru idącego w makabrę i body horror. UWAGA: to zdecydowanie nie jest tekst dla osób z fobiami na tle a) rozkładu, gnicia, rozpadu ciała, b) tzw. robactwa, przede wszystkim dżdżownic i im podobnych. Ja, która nie mam kompletnie tego typu fobii, noszę w głowie niektóre obrazu do dziś, a tekst pierwszy raz czytałam w 2018 – to jest pochwała dla autora, ale może też być ostrzeżeniem :). Jest to za to tekst dla osób ceniących coś stosunkowo rzadko spotykanego: nieskrępowaną wyobraźnię ujętą mocno w karby literackiej formy i stylu, znakomicie przez autora przemyślanych.

BONUS: Dla osób, które mają powyższe fobie / nie lubią takiej stylistyki, a autor wydaje im się intrygujący: w tym samym tomie jest jego drugie opowiadanie “Luminescencyjny pokrak” – bardziej fantasy, dużo mniej makabryczne, ale napisane z tą samą fenomenalną wyobraźnią i warsztatową sprawnością.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (6): Agnieszka Hałas, “Róże świętej Elżbiety”

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Do zestawu postanowiłam – bo przeczytaniu metodą “lepiej późno, niż wcale” – dorzucić, poza olśniewającym tekstem Marty Kisiel, jeszcze jedną rekomendację z tomu Harde baśnie. Tekstem, który zwrócił moją uwagę, było opowiadanie Agnieszki Hałas “Róże świętej Elżbiety”.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

W założeniu Harde baśnie oparte są na baśniowych retellingach, ale nawet nie przeczytawszy jeszcze całości widzę wyraźnie, że w rzeczywistości nie wszystkie (by nie rzec: nie aż tak wiele) tekstów tak czyni. Opowiadanie Anny Kańtoch, na przykład, oparte jest raczej na ogólnej idei baśniowości i baśniowej rzeczywistości, tekst Anny Nieznaj odwołuje się do Trylogii Sienkiewicza, bardzo interesujące i świetnie skądinąd napisane Białe Aleksandry Zielińskiej ma Brzydkie Kaczątko doklejone nieco na siłę, bo można je z tekstu wyciąć kompletnie bez żadnej szkody. No a “Róże świętej Elżbiety” oparte są na hagiograficznej legendzie – i na Tannhäuserze Wagnera.

Autorka w posłowiu mówi o inspiracji operą i chęci przetworzenia libretta. Wagnerowską zmysłową Wenus, skontrastowaną z niewinną siostrzenicą landgrafa Hermana, Elżbietą, zastępuje innymi wariacjami tych postaci, na nowo też opowiada o tytułowym herosie-śpiewaku, który nie może się zdecydować, czego chce od życia (1). Wenus, królową miłości, zamienia na Persefonę – tak przynajmniej odczytuję tę drugą śmierć, do której kieruje bohatera ta pierwsza, spotkana podczas strasznej nocy masakry miasta Béziers w czasie krucjaty przeciw Albigensom w roku 1209. Nieprzypadkowo przytaczam te daty i nazwy – kontekst historyczny, ale też kontekst heretyckiej religijności bohatera, jest dla tekstu istotny. W dzieciństwie główny bohater znał dwóch bogów, przed dwiema śmierciami stanie, podwójna jest jego natura, ludzka i magiczna, podwójna rola rycerza i śpiewaka – podwójność gra w tym tekście dużą rolę.

Podwójna jest też inspiracja autorki, z jednej strony wagnerowska, z drugiej – hagiograficzna. Elżbietę z operowego libretta zastępuje jej daleki pierwowzór, Erzsébet, przyszła święta, której bohater przygląda się od jej dzieciństwa i która pozostanie na zawsze w jego pamięci. Cud z różami, który pojawia się jako jeden z kluczowych punktów w jej hagiografiach, jest tu przypisany nie boskiej, a magicznej interwencji: rolę ocaliciela królowej przyjmuje na siebie główny bohater, rycerz-śpiewak wykształcony w zaświatach przez królową umarłych.

Tekst Agnieszki Hałas jest oparty na kulturowych skojarzeniach niekoniecznie dla każdego czytelnych (nie aż tak bardzo wiele osób czytających fantastykę zna się na operze i nieco w Polsce zapomnianych średniowiecznych świętych); ten kontekst go wzbogaca i ubarwia, ale nie jest tak, że bez niego ten tekst jest niezrozumiały – jeśli się lubi lekko poetycką, subtelną fantastykę, to szkoda by było rezygnować. Przy całej makabrze masakry albigensów i krwawej śmierci, jaką w końcu bohater funduje znienawidzonemu Konradowi, opowiadanie Agnieszki Hałas jest raczej spokojne, wyciszone, może dlatego, że opowiadane z daleka, z dystansu lat wobec tego, co się działo w życiu narratora-bohatera, dawno temu.

Relacja między Erzsébet a jej śpiewakiem jest też wyciszona, też oparta na obserwacji z daleka, na tym, co może łączyć wielką panią i minnesängera. To nie jest romans i to opowiadanie nie jest o miłości, w sensie – o zakochaniu, choć jest jednocześnie, jak najbardziej o miłości, o uczuciu – uczuciach – jakie łączą śpiewaka z boginią i z kobietą. Ferrant, bo takiego imienia bohater używa, nie próbuje nawet wpływać na głęboką – i autodestrukcyjną, bez wątpienia – religijność Elżbiety, choć sam poznał inny świat, inną rzeczywistość. Trudno się czytelnikowi do końca w tę relację emocjonalnie zaangażować, ale nawet tam, gdzie emocjonalnie tekst nie do końca przekonuje, jest ciągle wart uwagi ze względu na swoje inne walory: jest pięknie napisany, zanurzony w tradycji w intrygujący sposób i fascynujący w swoich opisach zaświatów, tonących w woni asfodeli i hiacyntów.

(1) Dobra, to jest trochę złośliwe, ale, uwierzcie, nigdzie, nawet w złej fantastyce, nie ma tylu bohaterów-bałwanów, pacanów i, jak mawiała Bridget Jones, czystej wody popaprańców, co w operze. Mam ich prywatny ranking, i tak, Heinrich von Tannhäuser spokojnie mieści się w Top Ten, choć numerowi jeden raczej nie zagrozi. Chcecie wiedzieć, kto jest numerem jeden? Pytajcie XD.

Karl von Blaas, Święta Elżbieta Węgierska: cud z różami, olej na płótnie, 1839

GDZIE ZNALEŹĆ: w tomie Harde baśnie, wydanym przez SQN i dostępnym zarówno w postaci papierowej, jak i elektronicznej.

ZA ILE: Dostępne w rozmaitych zestawach w sklepie SQN, od 55 PLN/ ebook. Ta wysoka cena i trudność dostępu (książkę sprzedaje oficjalnie tylko sklep SQN) to chyba główna bariera dostępności tego tekstu.

DLA KOGO: dla lubiących mitologię, teksty z literackimi i kulturowymi odniesieniami, oryginalne przetworzenia średniowiecza w fantasy.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (5): Marta Kisiel, “Idzie, powtarzał wiatr”

No to się doczekałam. Przy prywatnej liście opowiadań-“kandydatów” do tegorocznego Zajdla liczącej w tej chwili kilkanaście pozycji dostałam nagle jak obuchem tekstem, który do piątki, na listę pewniaków trafił z marszu, dzisiaj.

Krótko mówiąc, jest tak:

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Dzisiaj, niespodziewanie, piszę o opowiadaniu autorki, która tak naprawdę reklamy nie potrzebuje. Marta Kisiel ma nie tylko kilka nominacji do Nagrody Zajdla i dwie wygrane za opowiadania – ma też od wielu lat, co najmniej od 2010, oddaną grupę fanów i fanek, ma dość nieprzeliczone nagrody za swoje książki dla dorosłych i zwłaszcza dla dzieci, w tym roku w dorobku doskonale przyjęty komiczny kryminał… Jej opowiadanie ma ogromne nagrodowe szanse nawet bez wsparcia niszowego bloga.

Ale nie mogę o nim nie napisać, choć staram się pisać te Zajdlowe notki raczej o autor(k)ach mniej jeszcze znanych. Bo ten tekst mnie, przyznam, wbił w ziemię.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Harde baśnie to kontynuacja świetnie przyjętej Hardej Hordy, z tekstami tym razem przetwarzającymi baśniową klasykę. Opowiadanie Marty Kisiel nie jest jedynym wartym uwagi w tym zbiorze, ale jest – no, znakomite. Koncepcyjnie i wykonaniem.

Kisiel wychodzi, jak pisze w swoim małym odautorskim komentarzu, od pojedynczej sceny z baśni braci Grimm – tej o dziecku, które nawet zza grobu musiało doczekać się chłosty rózgą w wyciągniętą nad grobem dłoń, by zaznać spokoju. Ten krótki tekst dziś wydaje się porażająco okrutny: któż dzieci tak bije, zwłaszcza zmarłe, że powtórzę niedokładnie za wieszczem? Jest w nim jednak jakiś rodzaj strasznej, pierwotnej sprawiedliwości, tej samej, która każe duchom dzieci w Dziadach błagać o dwa ziarnka gorczycy, bo za słodko im, mimo przedwczesnej śmierci, było w życiu, by mogły wejść do nieba.

Och, ale ten tekst nie jest o dzieciach. On jest, przy wszelkich różnicach między tym, przeciw komu bohaterowie Mickiewicza i Kisiel zawinili, o widmie złego pana.

Kisiel realizuje zadanie, jakie stawia antologia – napisz nową baśń, zakorzenioną w starych – w sposób, moim zdaniem, błyskotliwy. Wychodząc koncepcyjnie od sceny w której dłoń winnego (winnej, w tym przypadku) wystaje z grobu, wskazując, gdzie jest pochowana ta, która nie spocznie w spokoju, autorka wplata w swój tekst także inne klasyczne motywy rodem z baśni, w tym przede wszystkim opowieść o zmiennokształtnej żonie. Jest takich historii w korpusach baśni wiele, i czasem, czytając je, zastanawiamy się: po co było Andersenowskiej Elizie wracać do męża, który omal jej pod wpływem intryg nie spalił na stosie, nie uwierzył w jej historię? Czy naprawdę sądziła, że to się nie powtórzy? Kolejny motyw, jaki się tu pojawia, to kobieta zmuszona do milczenia – przysięgą, jak wspomniana bohaterka Dzikich łabędzi, albo i przemocą. Jaśnie pani – biała jak śnieg, czerwona jak krew, czarna jak bez, scharakteryzowana wizualnie jak królewna Śnieżka, którą też przecież swoisty a niechciany pakt życia i śmierci związał z łanią, serce której przyniósł myśliwy złej królowej – pani snująca się w rozpaczy po nieużytkach i ponurych zakątkach jak Andersenowska Eliza, to kobieta, której wyrwano język, jak mitycznej Filomeli. Magiczną przemocą wyrwana ze swojego świata dziewczyna-łania zostaje żoną jaśnie pana – i zobaczcie, jak świetnie autorka ogrywa tu kolejne klasyczne literackie tropy: skojarzenie ofiary z lasem, naturą, dzikością, samotnością, krzywdą. Krzywda, wyrządzona pani, jest dojmująca i wielostronna: wyrwano ją magią lalki-motanki z jej stanu zmiennokształtnej, uczyniono żoną, zmuszono do podporządkowania się ludzkim zasadom, a potem zdradzono, okaleczono i niesłusznie skazano na śmierć, nie dając prawa do obrony.

To jest tekst, który skojarzyłabym, koncepcyjnie i ideowo, tak z klasyczną, grecką tragedią, jak z ludową pieśnią. W jego centrum stoi temat krzywdy słabych i niewinnych – krzywdy, wyrządzanej im przez możnych tego świata, takich jak jaśnie pan. Tymi krzywdzonymi są przede wszystkim kobiety, dwie główne bohaterki, ta umarła i ta wiecznie żywa; i popatrzcie, jak efektownie Marta Kisiel buduje między nimi paralelę, opartą na powtórzonej tytułowej frazie. Po raz pierwszy idzie, powtarzał wiatr pada na początku pierwszej części tekstu, w odniesieniu do widmy Hyczki. Po raz drugi pojawia się na początku części ostatniej i wtedy idzie, powtarzał wiatr odnosi się do bezimiennej pani-łani, która przyszła zza grobu, przyzwana po należną jej pomstę.

Świetnie wybrzmiewa ta paralela między bohaterkami w zestawieniu ich losów: obydwie wezwane przez pana, obydwie nie-całkiem-ludzkie, obydwie zabite za nic – i obydwie przywrócone do życia, jedna zmartwychwstała siłą swojej natury i potęgą magicznej rośliny, łączącej ten świat z tym drugim, druga przez tę pierwszą przyprowadzona z zaświatów. To nie jest świat, w którym łatwo być kobietą, zwłaszcza – nie-arystokratką, obojętne, czy jest się młodą żoną, która straciła miłość męża, czy starą, pozornie kruchą wysłanniczką śmierci.

Po drugiej stronie mamy krzywdziciela, jaśnie pana, pięknego i pysznego i ufnego w swą bezkarność, a obok niego – współwinowajczynię, tę prawdziwą panią wioski. Zwodzi nas tu autorka, ech, zwodzi: kiedy pierwszy raz słyszymy o zarazie, która pozabijała dzieci w wiosce, pada także informacja, że grabarz pochować musiał i jaśnie panią. Dopiero podczas odczynianego przez Hyczkę rytuału dowiemy się, że tą pochowaną z szacunkiem była pani matka, nie żona – ludzka dama, a nie zmiennokształtna z lasu, która na dodatek nie urodziła panu syna. A jeszcze później poznamy, że jaśnie pani, w odróżnieniu od swojej nieszczęsnej synowej, owszem, jak najbardziej była czarownicą, i to skuteczną, uroki motała wyjątkowo biegle, no ale kto by chciał karać prawdziwą damę za to, za co na śmierć skazuje się zwykłe kobiety?

Zdawało się wam, że wiecie o mnie wszystko, choć wiedzieliście, tyle, co nic, mówi Hyczka do pana, zanim wymierzy mu sprawiedliwość, i to jest niezwykle prawdziwe i niezwykle symptomatyczne, bo przecież część winy pana i jego matki polega na tym, że robią tylko to, czego sami pragną i naprawdę nie obchodzi ich reszta świata. I za tę pychę, za tę hybris, oboje zapłacą, tak jak płacą za nią Kreon czy Edyp czy Jazon, bo jak po tamtych, przyjdzie po nich bezlitosna sprawiedliwość, wcielona w postać naznaczonej, istniejącej w pół drogi między życiem a śmiercią kobiety.

Wspomniałam wcześniej o pieśni ludowej – w tekście Kisiel wyczuwa się bardzo wyraźnie podobną mentalność, jak znana z takich właśnie tekstów. Hyczka, główna bohaterka, jest widmą. Wyraźne są w tym słowie skojarzenia zarówno z widmem, jak i z wiedźmą. Widma jest sługą sprawiedliwości, a jej zadaniem jest odprawianie rytuałów wokół zmarłych, a konkretnie – wokół skazańców; uspokajanie ich dusz i odsyłanie w zaświaty, by nie szkodziły żywym i nie szukały zemsty.

No chyba, że to zemsta jest sprawiedliwa. A to jest dokładnie ten przypadek. Hyczka, wiedząc, że za to zapłaci, i domyślając się, że ceną będzie jej życie, decyduje się mimo to na poszukiwanie sprawiedliwości dla okaleczonej, niesłusznie oskarżonej, w majestacie prawa zamordowanej pani. Za to spotka ją śmierć z ręki pana, który zakłada, że jeśli pozbędzie się świadków, nikt nie odkryje, co zrobił.

I tu się myli, i u następuje wstrząsająca i znakomicie napisana scena kary, kiedy z zaświatów wracają obie zamordowane i przynoszą ze sobą tę okrutną sprawiedliwość, taką, jaką znamy z ludowej tradycji, ale i z II części Dziadów, gdzie duchy zamęczonych sług bezlitośnie dręczą widmo swego złego pana.

Z ludowej tradycji wywodzi się także postać pomocnika i towarzysza Hyczki, Pokraka. Kisiel używa tej postaci, bardzo zresztą umiejętnie, dla przełamania dominującego w tekście elegijno-tragicznego nastroju. Pokrak wyraża się sarkastycznie, z prostym ludowym humorem, by nie rzec – prostacko, świat ocenia trzeźwo i bez jakichkolwiek sentymentów, a o ludziach opinię ma jak najbardziej niską. Jego głos przypomina tonem wypowiedzi z ludowych tekstów, nie tylko pieśni, także z opowiastek i dowcipów o sowizdrzalskim charakterze.

A jak już jesteśmy przy Pokraku, to powiedzmy jeszcze parę słów o tym, jak bardzo mocno zanurzony jest świat tego tekst w naturze. Hyczka nosi imię rośliny, czarnego bzu, zakorzenionego w polskiej, i nie tylko, kulturze jako rośliny o potężnych magicznych mocach, korzeniami sięgającej zaświatów, koroną – nieba. To jej używa się w rytuałach uspokajających dusze ofiar kata i to spod jej korzeni powstanie wskrzeszona Hyczka, wcielenie zemsty za krzywdę swoją i nie swoją. Mity i legendy związane z bzem, są w tekście Kisiel wszechobecne i posługuje się ona nimi w subtelny, ale jednocześnie bardzo znaczący sposób. Czarny bez nie jest jednak jedyną magiczną rośliną przywołaną w tym opowiadaniu – mamy w nim przecież także, w bardzo ważnej roli, mandragorę. Kisiel robi do niej aluzje na kilku poziomach, odwołując się i do legend związanych z jej narodzinami, i z tym, jak powstaje, a także – z mitem mandragory jako żywej istoty.

Powiedzmy jeszcze na koniec w paru słowach coś o stylu opowiadania – bo Kisiel jest znana z bardzo rozpoznawalnego stylu, lekko komicznego, aluzyjnego, opartego na słownych skojarzeniach i nieco przywodzącego na myśl, chwilami, pisarstwo Joanny Chmielewskiej. Tu jest inaczej, choć uważni czytelnicy rozpoznają tu ton, który u Kisiel już się pojawiał, jak w opowiadaniu “Jawor” z poprzedniego tomu Hardej Hordy: ton archaicznej pieśni, rozlewny, oparty na powtórzeniach, na stałych epitetach (jaśnie pan, cud-małżonka, cud-skóra), na archaicznych rytmach prawie-poetyckich wypowiedzi, kontrapunktowanych współcześniej i odważniej stylistycznie zaprojektowanymi, choć też poetyckimi passusami (porównajmy frazę taką jak grała piszczałka, grała tęskną melodię o strachu, bólu i śmierci z passusem takimi, jak powietrze pachniało już mrozem i zimą, śniegiem i niedostatkiem. Te poetyckie frazy zestawione są z kolei z prostszą, mniej poetycką narracją trzecioosobową i ostro skontrastowane z wypowiedziami Pokraka – a wszystko to tworzy harmonijną i szalenie efektowną całość.

Ten tekst dał mi rzeczywiste poczucie katharsis – odebrałam go emocjonalnie, przede wszystkim ze względu na to, jak czysto wybrzmiewa w tekście idea sprawiedliwości – archaicznej, strasznej, bezlitosnej, ale też nieuchronnej. Trafiła tym tekstem Kisiel w moją wrażliwość bardzo mocno – mam wrażenie, że mam tu do czynienia nie tylko z kandydaturą do Zajdla, ale z tekstem, który trafi na moją listę klasyki polskich opowiadań fantastycznych.

Sambucus nigra, albo hyćka. Zdjęcie z Wikipedii, na licencji Creative Commons

GDZIE ZNALEŹĆ: w tomie Harde baśnie, wydanym przez SQN i dostępnym zarówno w postaci papierowej, jak i elektronicznej.

ZA ILE: Dostępne w rozmaitych zestawach w sklepie SQN, od 55 PLN/ ebook. Ta wysoka cena i trudność dostępu (książkę sprzedaje oficjalnie tylko sklep SQN) to chyba główna bariera dostępności tego tekstu.

DLA KOGO: Dla osób lubiących poważną, dramatyczną fantasy i niebanalne retellingi baśni. Dla osób szukających niebanalnych postaci i ciekawie ujętych motywów folklorystycznych. Paradoksalnie, także dla tych, których nie przekonuje na co dzień proza Marty Kisiel, z jej komicznymi bohaterami i specyficznym stylem, bo ten tekst, choć też stylistycznie mocno naznaczony indywidualnością autorki, jest jednak zupełnie inny – to jest dobry punkt, od którego taka osoba może zacząć zapoznawanie się z pisarstwem autorki.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (4): Marta Magdalena Lasik, “Głos Słońca”

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Dzisiaj chciałabym w paru słowach zareklamować opowiadanie autorki, która pierwszy raz zwróciła moją uwagę kilka lat temu, opowiadaniem “Zwierciadło w dziurce od klucza” opublikowanym w antologii ŚKF Skafander i melonik. Bardzo mnie wtedy zaintrygował ten tekst oryginalnością pomysłu i od tej pory śledzę pisarstwo autorki – która, poza tym, jest także utalentowaną fotograficzką. Jej inspirowane kulturą japońską opowiadanie z NF jest jednym z tych, które bardzo pozytywnie zapamiętałam z Nowej Fantastyki w roku 2020.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka numeru NF z opowiadaniem

Opowiadanie Marty Magdaleny Lasik gatunkowo mieści się gdzieś pomiędzy subtelną niemal-science fiction a lekko naszkicowaną (urban) fantasy. Mocno zanurzone w japońskim klimacie, pełne obcych nazw i określeń, zmusza do lektury uważnej i starannej, ale czytelnik/-czka lubiący taką fantastykę – niespieszną, wysmakowaną, nastrojową, pozbawioną szybkich zwrotów akcji – doceni klimat i pomysł.

Pod pewnymi względami opowiadanie Lasik kojarzy mi się z jednym z moich ulubionych tekstów z Hardej Hordy – “Dróżniczką” Aleksandry Janusz. Te skojarzenia nie wiążą się tylko z japońskim tłem – raczej z nastrojem schyłkowości, nostalgiczności, z kluczową rolą osób starszych jako bohaterów.

Nie każdy młody autor, a z taką osobą piszącą mamy do czynienia, radzi sobie ze skutecznym i wiarygodnym kreowaniem postaci ludzi starszych – nie oszukujmy się, tacy bohaterowie i bohaterki nie są codziennością fantastyki, choć oczywiście są wyjątki. Marcie Magdalenie Lasik wychodzi to bardzo dobrze. Zarówno główna bohaterka, pani Wèi jak i obecny w pamięci bohaterów jej nieżyjący mąż Ootori Mikihiko, a także zauroczony wdową-emigrantką od lat sklepikarz, pan Nishimura, to są postacie prawdziwe i psychologicznie przekonujące, ukazane w subtelnym detalu. Popatrzmy na scenę, kiedy pani Wèi przez pomyłkę tłucze ostatni kupiony przez męża talerzyk i konstatuje smutno z rzeczy jej męża pozostała już tylko ona.

Pani Wèi myśli o sobie jako o rzeczy swojego męża. Choć może ona sama o tym nie wie, jest, w pewnym sensie, ciągle przez niego związana, choć on od dość dawna nie żyje. Tylko pan Nishimura wie, że Ootori Mihiko zakopał pod drzewem w pobliżu wioski serce swojej przywiezionej z podbitej ziemi żony.

Historia w opowiadaniu Lasik obraca się wokół dwóch głównych motywów – tej właśnie kwestii serca pani Wèi i tytułowego Głosu Słońca. To, czym jest Głos, poznajemy powoli, z rozmów bohaterów, z uwag cesarskiego urzędnika Ikeuchi Kaoru, przybyłego do wymierającej, zamieszkałej jedynie przez starców wioski Itoeru – autorka nie serwuje nam przekazywanych wprost informacji, tylko prowadzi nas powoli, krok po kroku, do odkrycia kluczowego fantastycznego tematu, jakim jest taiyō no koe, Głos Słońca, potężna broń związana w jakiś sposób z duszami mieszkańców. Lasik w ogóle prowadzi nas ku sekretom swojego tekstu powoli – o panu Mikihiko na początku wiemy tylko tyle, że był mężem pani Wèi i człowiekiem cenionym za uczciwość, dopiero z czasem poznajemy prawdę o jego działalności jako wielkiego cesarskiego mistrza splatania, twórcy Głosów Słońca, mistrza wojny i jako tego, który – z miłości, tak jak sam ją rozumiał? – zrobił krzywdę ukochanej żonie, wiążąc ją na zawsze z miejscem, w którym żyli. Ta subtelność, to powolne odkrywanie świata, po którego ścieżkach autorka nas prowadzi, to, jak dla mnie, jeden z wielkich uroków tego opowiadania.

Marta Magdalena Lasik to jeden z tych głosów w polskiej fantastyce, który mnie intryguje, autorka, której teksty śledzę i czytam na bieżąco – także wtedy, kiedy odchodzi od będącej jej specjalnością SF w kierunku takich niejednoznacznych gatunkowo tekstów, jak “Głos słońca”.

Kano Sanraku, “Drzewa śliwy”, XVII wiek

GDZIE ZNALEŹĆ: W Nowej Fantastyce 8/2020; PS. W tej samej NF jest też intrygujące i oryginalne opowiadanie Radka Raka, ale szczerze wątpię, żeby laureat Nike potrzebował mojej reklamy 🙂

ZA ILE: 8.99 PLN w aplikacji Nowej Fantastyki

DLA KOGO: dla lubiących fantastykę nieoczywistą gatunkowo, z pogranicza, subtelną. Dla osób, którym mało w fantastyce postaci trochę nietypowych – w tym przypadku, starszych, w jesieni życia. Dla lubiących japońskie klimaty w literaturze.

Słońce, kwiaty i krew

Arkady Martine, A Memory Called Empire, Tor Books 2019

Oczekując na tom II space opery Martine, przeczytałam jeszcze raz pierwszy, za który autorka dostała nagrodę Hugo, a który ja zaliczam na najciekawszych tekstów przeczytanych w roku 2020. Od początku planowałam napisać o tej powieści, ale to, co znajdziecie poniżej, to bardziej analiza niż recenzja – innymi słowy, będą spojlery. Kto chce krótkiej bezspojlerowej rekomendacji, może przejść na koniec, pod ostatnią ilustrację (mapę imperium Azteków).

UWAGA: Jakkolwiek przeczytałam już część II, A Desolation Called Peace, postaram się nie zamieszczać spojlerów do tej części, może poza tymi, które są już na okładce (na poziomie: że imperium dalej istnieje). Jeżeli ktoś absolutnie nie chce żadnych skojarzeń i podpowiedzi, może też pominąć przypisy w nawiasach, choć one nie są sensu stricto spojlerowe, wskazują jedynie na to, co ma później duże konsekwencje.

Gdyby mnie ktoś zapytał, o czym jest ta powieść, odesłałabym do tytułu. Bo właśnie ten tytuł znakomicie oddaje to, co jest sercem tej historii – w centrum znaczeń tekstu stoją właśnie te dwa problemy, pamięci i związanej z nią indywidualności/tożsamości oraz imperium, z całym ciężarem (a i tego słowa używam tu nieprzypadkowo, o czym później) związanych z tym terminem skojarzeń: dominacji, wielkości, kulturowej hegemonii, brutalności, podboju, trwania i tradycji, przemocy.

Fabularnie A Memory Called Empire wpisuje się przede wszystkim w konwencję space opery, choć widoczne są i inne – Martine w spaceoperową fabułę włącza również motywy i koncepcje cyberpunkowe (koncepcja imago, kluczowa dla akcji powieści), a także kryminalne oraz te typowe dla politycznego thrillera. W stolicy – na stołecznej planecie, tworzącej jedno, gigantyczne miasto – kosmicznego imperium Teixcalaan zjawia się wezwana w trybie pilnym i bez większego przygotowania nowa przedstawicielka dyplomatyczna stacji górniczej Lsel, ambasador Mahit Dzmare. Mahit ma dwadzieścia sześć lat i jest ledwie gotowa do pełnienia swoich obowiązków – co prawda jej kompetencje kulturowe i językowe nie ulegają wątpliwości, zważywszy, że cywilizacja imperium fascynowała ją od dzieciństwa i popchnęła ku studiowaniu z dużymi sukcesami imperialnej literatury, języka i kultury, ale nigdy wcześniej tam nie była; może w teorii znać zasady funkcjonowania dworu, specyfiki lokalnej polityki i jej problemów, ale nie ma pojęcia, jak wyglądają nieoficjalne układy sił w cesarstwie, sekretne sojusze i koterie, nieujawniane cudzoziemcom konflikty…

To znaczy, w teorii nie ma. W praktyce w głowie Mahit, widoczne jedynie jako niewielka blizna na karku, spoczywa wszczepione imago: zapis całej wiedzy i osobowości jej poprzednika na urzędzie, mający dać jej niezbędną wiedzę, której nie mogła zaczerpnąć skądinąd. Praktyka kultywowania linii imago i przekazywania także w ten sposób wiedzy jest wysoko ceniona na stacji Lsel i zazdrośnie strzeżona. W imperium Teixcalaan (teoretycznie) nikt nie wie, że Mahit posiada (też teoretycznie) całość doświadczenia poprzedniego ambasadora, Yskandra Aghavna, którego tajemnicze zniknięcie – a tak naprawdę, jak się dowiemy zaraz na początku, śmierć w wyniku otrucia – spowodowało konieczność wysłania nowej reprezentantki Lsel, natychmiast.

No ale, jak zaznaczyłam powyżej, obie te rzeczy są wysoce teoretyczne. Mahit bardzo szybko przyjdzie się przekonać, że po pierwsze, tajemnica nie jest tajemnicą zupełnie dla wszystkich – wysoko postawiona na dworze funkcjonariuszka, Nineteen Adze, którą łączyła z martwym ambasadorem zagadkowa relacja, przy oględzinach jego ciała bez wahania dotyka dokładnie tego miejsca, w której znajduje się imago. Po drugie zaś – ech, po drugie, na widok swojego własnego martwego ciała zawarta w imago pamięć Yskandra znika. Mahit podejrzewa szok, tym bardziej, że – i to po trzecie – imago i tak nie było takie, jak powinno. Yskandr Aghavn bowiem, z powodów, których nigdy nie wyjawił, złamał obowiązuje na stacji Lsel zasady i od piętnastu lat nie uaktualniał nagrania swoich wspomnień.

W punkcie wyjścia mamy więc Mahit pozostawioną samej sobie na głębokich wodach imperialno-dworskiej polityki, zmuszoną chwytać się wszelkich sposobów, by powstrzymać Imperium przed podbojem jej stacji i włączeniem jej przemocą w struktury Teixcalaan. Pozbawiona wiedzy poprzednika, a na dodatek – oddzielona dwoma miesiącami od chwili jego śmierci (tyle zajęła podróż) i postawiona przed sytuacją polityczną jeszcze inna niż ta, którą zostawił Yskandr, wcale przy tym nie wspierana jakoś specjalnie przez własny rząd, którego machinacje też nie są jej do końca znane, Mahit musi w pewnym momencie podjąć decyzję, komu w skomplikowanej imperialnej machinie – najwyraźniej śmiertelnie chory cesarz, dwoje następców-regentów (starsza już wiekiem de facto przyrodnia siostra imperatora oraz piekielnie ambitny dworzanin Thirty Larkspur), dziesięcioletni klon władcy szykowany na właściwego następcę, zżerany ambicjami One Lightining, yaotlek (naczelny wódz) armii gotowej ruszać na podbój kawałka przestrzeni, w której jest stacja Lsel, kolejni ministrowie i ezuazuacatim, najbliżsi towarzysze cesarza – może zaufać, bo komuś musi.

Jej wybór pada na Three Seagrass, naturalną sojuszniczkę: ambitna i utalentowana, a jednocześnie zafascynowana obcymi (no dobra, nazwijmy sprawę jasno, jak robią to Teixcalaanlitzlim: barbarzyńcami; do tego terminu i tej kwestii jeszcze wrócę) urzędniczka Ministerstwa Informacji została jej wyznaczona jako oficjalna współpracownica z ramienia rządu imperium. Między dziewczynami (Three Seagrass jest pewnie gdzieś w wieku Mahit, co znaczy, że obie są sporo przed trzydziestką) nawiązuje się od razu porozumienie, w którym flirtu i wzajemnego zauroczenia jest co najmniej tyle samo, co politycznej współpracy i zainteresowania innością. Three Seagrass jest w pewnym sensie idealną współpracownicą dla Mahit, wcieleniem – jako poetka, intelektualistka, wierna swemu państwu, a jednocześnie krytyczna i niezaślepiona asekreta (wysoka urzędniczka) – wszystkiego tego, co Mahit zawsze w Teixcalaan fascynowało. Do “drużyny” Mahit szybko dołącza też najlepszy przyjaciel Three Seagrass, młody arystokrata i urzędnik imieniem Twelve Azalea.

Ten obrazek jest całkowicie nieprzypadkowy: glify opisujące państwa tworzące imperium azteckie; źródło: Wikimedia

Problemy, przed którymi staje Mahit – kwestia zapobieżenia przejęciu jej stacji przez imperium, awaria jej imago, zagadka morderstwa Yskandra, polityczne, ale i techniczne problemy w mieście (awarie infrastruktury, problemy z wydajnością; jak tu widać, że Arkady Martine aktualnie zawodowo zajmuje się przestrzenią miejską!) – pozwalają autorce wprowadzić elementy kilku różnych konwencji. Jak już wspomniałam, obok space opery mamy tu elementy cyberpunku, widoczne w kwestii imago i w ogóle moralnych i etycznych uwarunkowań posługiwania się tego rodzaju technologią, także w kontekście planów, jakie miał Yskandr Aghavn wobec cesarza, a sam cesarz – wobec swojego dziecięcego klona. Cała kwestia śmierci Yskandra i odpowiedzialności za nią wpisana jest z kolei w konwencje z pogranicza powieści kryminalnej i thrillera politycznego, bo kwestie otrucia ambasadora Lsel, nagłej a nieoczekiwanej wojny zdobywczej, która może zaowocować podważeniem sukcesji i zdobyciem tronu przez wodza ekspedycji, niespodziewanych błędów w algorytmach zarządzających miastem oraz wewnętrznych konfliktów wśród następców są, wbrew pozorom, połączone. Martine prowadzi nas przez skomplikowany świat imperialnej polityki, dając za przewodniczkę Mahit, której oczyma patrzymy na wydarzenia i widzimy zarówno jej bezradność w sytuacjach, w których w oczywisty sposób nie wie, co ma robić, pozbawiona wiedzy poprzednika, jak i wtedy, kiedy stara się własną odwagą i determinacją osiągnąć swoje cele i przeżyć.

Te wszystkie wątki i konwencje autorka splata sprawnie i umiejętnie, dzięki czemu powieść wciąga i zaskakuje – ale A Memory Called Empire to więcej niż udana i sprawnie napisana space opera z przekonującymi postaciami. Ogromnie podoba mi się zarówno to, jak autorka posługuje się językiem i buduje swój obraz imperium wokół kilku wiodącym metafor i symboli, jak i to, jak zarysowuje kluczową dla siebie opozycję przyciągania i odpychania, fascynacji i odrzucenia, miłości i lęku, jakie w Mahit budzi imperium Teixcalaan.

A ten obrazek, przedstawiający bizantyjskiego patriarchę i wybitnego dyplomatę Jana VII Gramatyka na dworze kalifa, też raczej nie z przypadku. Ilustracja z rękopisu kroniki Jana Skylitzesa przechowywanego w Madrycie, źródło: Wikimedia

Kluczowym konceptem jest w A Memory Called Empire inność i odmienność – odmienność stylu życia, polityki i kultury stacji Lsel, zawieszonej w przestrzeni metalowej konstrukcji, na której wszystko służy konkretnym celom, w tym przede wszystkim przetrwaniu w kosmosie, i rozległego, rozciągającego się pod wieloma słońcami i w kosmicznej pustce imperium Teixcalaan. Mahit Dzmare, mieszkanka Lsel, ale z zawodu i wykształcenia specjalistka od imperialnej kultury i jej wielbicielka, jest łącznikiem spajającym te dwa światy, ale łącznikiem niedoskonałym. Mahit nigdy nie będzie w pełni dwukulturowa, o czym marzyła jako nastolatka: z jednej wychowanie, wpojone na stacji nawyki i zachowania (czuje się niepewnie pod odkrytym niebem, szokuje ją rozlewanie – marnowanie – wody w kawiarni), z drugiej powszechne wśród Teilxalaanlitzim poczucie odrębności od barbarzyńców i kulturowej nad nimi wyższości sprawia, że jako tłumaczka z jednej kultury na drugą jest ona równie niedoskonała, jak niedoskonałe jest uszkodzone i nieaktualne imago Yskandra w jej głowie.

Ale Mahit się uczy, i uczy się szybko: kiedy upewnia się ostatecznie, że i warunki fizyczne (jest za wysoka, za jasna pod względem koloru skóry, ma inne włosy i czoło, niż imperialny ideał urody), i kwestie kulturowe skazują ją na wyróżnianie się, zaczyna to wyróżnianie ogrywać, grać na zmianę barbarzynkę i zasiedziałą mieszkankę, wykorzystywać zarówno swoje kulturowe kompetencje, jak i fakt, że powszechna w imperium lekka ksenofobia i poczucie wyższości sprawi, że przeciwnicy jej nie docenią. Doceniają ją za to współpracownicy – Three Seagrass, sama przecież, przy swojej fascynacji obcymi kulturami, niewolna od uprzedzeń, wielokrotnie mówi jej z podziwem i odrobiną autoironii, że jest clever barbarian. A musi być, bo to, przed czym stoi, to wyzwania, które przerosły polityków starszych i bardziej doświadczonych od niej.

Mahit jest ciekawą i nieoczywistą postacią, bo nie jest wariacją na temat żadnego bardzo konkretnie dookreślonego archetypu. Nie jest chłopczycą ani pięknością, nie jest po prostu Kopciuszkiem na cesarskim balu (dużo za dużo w niej na to determinacji i uporu w dążeniu do celu, od początku, kiedy jako nastolatka zakochała się w kulturze Teixcalaan) ani dziewczynką z naiwnym zachwytem wchodzącą w wymarzony imperialny świat i potem rozczarowaną, że machina imperium ją przeżuła i wypluła (och, ona od początku doskonale wie, jak groźne i obce jest imperium!). Nie jest Jamesem Bondem space opery, radzącym sobie łatwo i bez kosztów ze swojej strony z politycznymi i kryminalnymi problemami, nie jest też jedynie bojącą się imperium i wszędzie widzącą spiski przeciw swojej stacji patriotką. Mahit, choć dobrze wie, czego chce i w co wierzy, ciągle dojrzewa, ciągle się uczy i przekształca. Niezwykle mnie, jako czytelniczkę, satysfakcjonowało to poczucie, że obserwujemy człowieka in statu nascendi, osobę, która na naszych oczach podejmuje trudne decyzje i dorasta – z pomocą przyjaciół – do roli, w którą los ją wepchnął. A przy tym jest ciągle zwykłą dziewczyną, rozważającą z głęboką samokrytyczną niepewnością, co właściwie czuje w obecności swojej miejscowej współpracownicy…

Przy pierwszej lekturze powieści postacią, na której skupiły się moje emocje jako czytelniczki, był jednak – w co najmniej równym stopniu, co Mahit – Yskandr Aghavn, nieuchwytny i pół-obecny zaginiony / martwy ambasador. Nic nie poradzę, lubię takie postacie – zagadkowe, o wielu obliczach, nieprzewidywalnych lojalnościach, nieoczywistej tożsamości i celach. Yskandr, którego pamięć przez chwilę nosi w sobie Mahit na początku powieści – zanim go straci, pozornie po szoku na widok jego martwego ciała, w rzeczywistości w wyniku starego sabotażu – to tylko częściowo tamten mężczyzna: pamięć imago nie zawiera ostatnich kluczowych piętnastu lat, nie zarejestrowała wszystkich tych zmian, do których doszło podczas pobytu Yskandra w imperialnej stolicy, kiedy ambasador Lsel, niewiele przecież wtedy starszy od Mahit, stanął przed wyzwaniami równie dramatycznymi jak te, z którymi musiała sobie później radzić jego następczyni.

Znakomite są te sceny, kiedy po wielu wyobrażonych rozmowach z Yskandrem, którego-nie-ma, po tym, jak chodziła po jego śladach, usiłowała odgadnąć jego decyzje i motywacje, zrekonstruować jego siatkę lojalności i emocji, odkryć, kto mu był przyjacielem, a kto wrogiem, po tym, jak wielokrotnie przeklinała jego nieobecność i obciążenie, jakim się ta nieobecność dla niej stała, Mahit staje w końcu z Yskandrem, metaforycznie, twarzą w twarz. Dzieje się to po tym, kiedy Mahit podjęła ryzykowną decyzję: aby dostać się do wspomnień Yskandra, tego właściwego, tego, którego imago ukradł z martwego ciała, na jej prośbę, Twelve Azalea, postanowiła poddać się eksperymentalnej operacji w nielegalnym gabinecie lekarki bez licencji i kazać wszczepić sobie odzyskane imago w miejsce starego. W długiej sekwencji scen autorka po raz pierwszy od prologu daje nam tutaj, na moment, inny punkt widzenia; przez chwilę niepewna, dopiero po chwili zorientowałam się, że teraz nagle widzę świat oczyma nie Mahit, a Yskandra.

Relacja między tą dwójką, a raczej trójką – Mahit, Yskandrem młodym, po którym zostały jej pojedyncze wspomnienia, i Yskandrem, który pamięta własną koszmarną śmierć – jest jedną z najciekawszych idei w powieści Martine, choć, powiedzmy sobie szczerze, rozwinięciu ulega przede wszystkim w części II, A Desolation Called Peace, którą w trakcie pisania tej notki zdążyłam skończyć czytać. Niemniej, już w A Memory Called Empire widać, jak znakomicie ogrywa autorka dynamikę relację między Yskandrem a Mahit, ich podobieństwa i różnice, to, czemu na testach zgodności wypadli jako idealna para do dopasowania imago i to, co każde z nich jest gotowe – albo niegotowe – zrobić: z miłości do Imperium, do ojczyzny, do konkretnych osób, które darzy uczuciem. Yskandr, dojrzalszy od Mahit, może bardziej cyniczny, na pewno jednocześnie bardziej skłonny do porywów serca i emocji, nieważne: obecny czy nieobecny, ciąży na całej świadomości Mahit i jej losach. Wszystko to, co ją spotyka w imperialnej stolicy, ostatecznie orbituje wokół niego, jego obecności i nieobecności, założenia, że Mahit zna jego sekrety, problemu z tym, że wcale ich nie zna… Nie zmienia to jednak kluczowego faktu: przy całym bardzo skutecznym graniu na zafascynowanie czytelnika zagadkami życia i śmierci Yskandra, Mahit Dzmare napisana jest bardzo zdecydowanie jako samodzielna i działająca bohaterka, nie blada kopia poprzednika i nie nośnik dla jego wspomnień i osoby. Cokolwiek on namotał – i zapłacił za to życiem – ona musi odkręcić i, och, zabiera się za to z uporem i determinacją, które w końcu muszą zaowocować, nawet jeśli ten owoc okaże się, ostatecznie, gorzki w smaku. Pamiętacie ten passus z pieśni XVII Raju Dantego (w. 55-60), którym Guy Gavriel Kay otworzył Tiganę? Tu pasuje równie dobrze:

Naprzód porzucisz najsłodsze kochania:
To pierwsza będzie z twych losów przygody
Strzała puszczona po łuku wygnania.
Poznasz następnie, jakie gorzkie gody
Spożywać cudzy chleb; jak uciążliwa
Droga wstępować na nie swoje schody. [przeł. Edward Porębowicz]

I gdyby jeszcze Mahit wiedziała, gdzie tak naprawdę jest dom, a gdzie wygnanie! Jestem pod nieustannym wrażeniem tego, jak błyskotliwie Martine ogrywa kwestię tego, co imperium robi z człowiekiem. Bo tak, upiorne imperia zła wysadzające planety (1) bardzo fajnie wyglądają na ekranie, nie przeczę, ale przecież ich siła nie tylko na militarnej przemocy polega.

Statek Imperatora przybywa na Gwiazdę Śmierci w “Powrocie Jedi”

Będzie dygresja, bo chyba jeszcze nie napisałam wpisu bez dygresji. Oprócz bycia specjalistką od klimatu i przestrzeni miejskiej, Arkady Martine (a właściwie AnnaLinden Weller) jest bizantynistką z doktoratem, która naukowo zajmowała się relacjami bizantyjsko-armeńskimi. I to widać, bardzo widać, mówię wam to ja, z zawodu specjalistka od imperium Aleksandra Wielkiego i ekspansywnego Rzymu okresu późnej republiki.

Bo oprócz tego Imperium, które mamy na obrazku (2), są jeszcze takie, jak państwa hellenistyczne, jak Rzym czy Bizancjum. Równie bezwzględne i bezlitosne, napędzane machiną podboju i związanymi z nią zyskami z rabunku, zniewalające i podporządkowujące – ale też imponujące olśniewającą architekturą, podbijające doskonałością swojej kultury, podporządkowujące sobie nie tylko terytorium, ale i serca, dusze, kulturowe i artystyczne wybory nie tylko tych, których podbija, ale też tych niepodbitych, dla których jest centrum, ku któremu grawitują. I nie ma w tym sprzeczności ani nie trzeba wybierać, która z tych wizji imperium jest prawdziwa: obie są prawdziwe i obie tworzą, jednocześnie, obraz tego, co imperium – każde wielkie, realne imperium – robi z ludźmi. I miażdży, i uwodzi. I zniewala, i czaruje. I w jednej i drugiej postaci, zabiera. Podmiot liryczny Potęgi smaku Herberta tak naprawdę miał, paradoksalnie, szczęście: nie dał się skusić komunistycznej retoryce aż nazbyt parcianej i składni pozbawionej urody coniunctivu, ale co by było, gdyby zamiast wnucząt Aurory z pokusą przyszedł Marek Aureliusz? Ze swoją głęboką filozofią, piękną greką, głęboką mądrością rzymskiego intelektualisty – i legionami. A to właśnie jest dokładnie to, przed czym staje bohaterka Martine.

Powtórzmy jeszcze raz: Mahit nie jest naiwną dziewczynką. Już wkraczając do stolicy Teixcalaan, nie ma w sobie idealizmu swojej nastoletniej osoby, marzącej w czasie lekcji imperialnej literatury i języka, że Teixcalaanlitzlim uznają ją za swoją. Ale zetknięcie się z tym, że zawsze będzie barbarzynką – nawet taką, o której więcej niż jedna osoba powie, jaka szkoda, że ty się nie urodziłaś w imperium, byłabyś świetną poetką / oratorką, boli. A może inaczej: bycie taką barbarzynką boli jeszcze bardziej. I ostatecznie kształtuje jej decyzje – nie te polityczne, ale te dotyczące jej własnej przyszłości.

W polityce Mahit stanie przed wyjątkowo trudnymi decyzjami. Jej poprzednik, z powodów łączących te bardzo polityczne i te całkowicie prywatne, obiecał umierającemu cesarzowi sekretną technologię imago, by zrealizować jego wizję – przedłużyć trwanie, móc dalej kierować imperium w stronę nie wojny i podbojów, a pokoju, a w zamian dostać gwarancje dalszej niezawisłości swojej stacji. Z punktu widzenia Lsel to jest zdrada. Z punktu widzenia imperium – a przynajmniej kilku frakcji w tymże imperium – to jest problem. Problem etyczny (Teixcalanlitzlim nie akceptują tego rodzaju wspomagania i w ogóle mają problem z rozumieniem, czym jest taka osoba – jednostką? wielością? (3)), problem polityczny (wieczny nieumierający cesarz, zawsze ten sam, na tronie – jak wam to brzmi?), a dla niektórych osób na dworze także problem osobisty, bo to imago miałoby być wszczepione nie przygotowanemu na to psychologicznie młodemu dorosłemu, jak na stacji Lsel, tylko dziecku: dziesięcioletniemu klonowi imperatora. A to oznacza, że osobowość dorosłego całkowicie zdominowałaby chłopca: Eight Antidote zniknąłby zupełnie, a w jego ciele rozgościłby się i opanował je zmarły-ale-żywy Six Direction. Yskandr zrobił to przynajmniej po części, by ratować niepodległość swojej stacji. Mahit, żeby osiągnąć ten sam cel, będzie musiała zrobić coś równie niebezpiecznego i politycznie niejednoznacznego: stanąć po jednej ze stron podczas zamachu stanu, wplątać imperium w wojnę.

Mahit nie jest sama – i nie zmaga się tylko z tym, że jak barbarzynkę traktują ją tradycjonaliści i dworscy oficjele. Jednym z tych rozwiązań, które mnie u Martine zafascynowały, było to, jak wplata kwestię relacji obywatel / nie-obywatel w historię przyjaźni i wzajemnej fascynacji Mahit i Three Seagrass.

Three Seagrass, zdolna i ambitna, poetycko utalentowana, zakochana we własnej kulturze idealna obywatelka imperium, jest jednocześnie wymarzoną przyjaciółką Mahit, taką, jaką sobie wyobrażała na lekcjach języka i kultury imperium w nastoletnich czasach. Ta szybka przyjaźń – właściwa akcja A Memory Called Empire trwa raptem parę dni! – i rodząca się jednocześnie z nią wzajemna erotyczna fascynacja jest jednocześnie emblematyczna dla wszystkiego tego, co Mahit odczuwa w kontakcie z kulturą Teixcalaanlitzlim, a Three Seagrass – w zetknięciu z barbarzyńcami.

One obie, jak tak o tym pomyśleć, reprezentują najlepsze cechy światów, z których pochodzą, z dodatkiem jednak sporej porcji cech już typowo indywidualnych. Mahit Dzmare jest niezależna i ambitna, jak jej stacja, i jak ona, choć (Mahit dobrowolnie, Lsel niekoniecznie) weszła w orbitę przyciągania imperium, nie odda się mu całkowicie: nie zaakceptuje roli clever barbarian, uroczej, bystrej i dającej się kochać, z lekką pobłażliwością traktowanej cudzoziemki. A tego z kolei nie może (fundamentalnie, ideowo nie jest w stanie pojąć) Three Seagrass, która jest bystra i zdolna, która naprawdę, serio, uwielbia barbarzyńców, nieba by im przychyliła i z rozkoszą patrzyła, jak biorą i dzielą się jej kulturą: jak uznają za naturalnie lepsze i godne naśladowania jej wygodne miasto, jej elegancki styl życia, jej wyszukaną literaturę, urok wszechobecnej zieleni i kwiatów, piękno architektury i strojów. Która z zachwytem patrzy na to, jak Mahit pięknie mówi w jej języku, jak blisko (ale tylko blisko, nigdy do końca!) jest bycia pełnym człowiekiem, a to znaczy: Teixcalaanli. A jednocześnie Three Seagrass naprawdę szczerze za nią przepada, jest, co Mahit absolutnie docenia, jej życzliwa i bardzo ją ceni, ryzykuje dla niej życie i karierę, poświęca bardzo dużo, a jest gotowa oddać i więcej – tu nie ma prostego rozwiązania “Zakocham się i zrozumiem, zakocham się i odrzucę cały bagaż kultury i wychowania”; nie ma, bo to – nic, nawet zakochanie – tak nie działa.

Udało się autorce napisać relację bohaterek naprawdę świetnie, pokazać je jednocześnie jako sympatyczne, budzące pozytywne emocje czytających, pozytywne bohaterki – które jednak obie, zwłaszcza Three Seagrass, uwikłane są w uwarunkowania polityczne, społeczne i kulturowe, które je ukształtowały. Na końcu, kiedy Mahit odchodzi – pół-odchodzi, prosi o urlop, teoretycznie zawsze może wrócić, po tym, jak pomogła zasiąść na tronie nowemu cesarzowi, nie jest już do końca ambasadorką, ale też nie całkiem przestała nią być – jej sytuacja skojarzyła mi się niezwykle mocno z tym, co przeżywa Genly Ai w Lewej ręce ciemności Ursuli K. LeGuin, już pod koniec, kiedy przyjeżdżają po niego przedstawiciele jego własnej kultury:

But they all looked strange to me, men and women, well as I knew them. (…). They looked like a troupe of great, strange animals, of two different species; great apes with intelligent eyes, all of them in rut, in kemmer… (4)

Genly, po czasie spędzonym wśród obcych na Gethen, nie jest, przynajmniej chwilowo, w stanie zidentyfikować się ani z Getheńczykami, od których różni się biologicznie, ani ze swoimi. Mahit zrobiła sobie coś podobnego, choć w jej przypadku kluczowe są czynniki kulturowe. Nie jest i nigdy nie będzie prawdziwą mieszkanką Imperium; Lsel, z której pochodzi, daje jej szansę na powrót do domu, ale sama Mahit nie wie, przy pełnej politycznej lojalności wobec swoich, czy to jeszcze będzie / kiedykolwiek był, kulturowo, jej dom. Przyznam, że miałam wielką nadzieję, że autorka zechce pogłębić ten temat w II tomie (5).

I kolejna zupełnie nieprzypadkowa ilustracja; źródło: wikipedia

Dwa razy w tym tekście już przymierzałam się do opisania wizji imperium w powieści Martine i dwa razy zmeandrowałam na kolejne dygresje, ale w końcu przyszła pora zmierzyć się z jednym z najlepiej przez autorkę przemyślanych konceptów: imperium Teixcalaanli.

Na pierwszy rzut oka słownictwo, religia, pismo, rytuały Teixcalaanlitzlim wskazują na inspiracje imperium azteckim, i one tam tam niewątpliwie są. Widoczne są w efektownych, starannie zaplanowanych detalach. Kolibry w pałacu. Glify, w odróżnieniu od alfabetycznego pisma Lsel. Przelewanie krwi – zazwyczaj tylko paru kropel, ale, och, jak zaświadcza jedna z kluczowych scen, nie zawsze, nie zawsze – w ofierze za sukces lub powodzenie albo w momencie przysięgi, ale też twarze wodzów-triumfatorów, pomazane krwią własną i wrogów. Rola wojny w aklamacji wodza-cesarza. Woda i kwiaty, wszechobecne.

Woda i kwiaty, zwłaszcza te ostatnie, stanowią jedną z trzech kluczowych metafor, których Martine używa do opisu imperium. Dosłownie i w przenośni, kwiaty są wszędzie, wypełniają przestrzeń wokół Teixcalaanlitzlim, ich język, metaforykę ich poezji. Dla Mahit, wychowanej na stacji kosmicznej – metal, szkło i plastik, trzydzieści tysięcy ludzi wepchniętych w ciasną przestrzeń, oddzielonych cienkimi ścianami od kosmicznej pustki, oglądających słońce, ale nie błękit nieba – te kwiaty i zieleń symbolizują z jednej strony pokusy imperium, z drugiej – jego status jako czegoś, co po prostu stać na taki luksus. Stać, bo w drodze podbojów posiadło niejeden glob, którego bogactwa, w tym kwiaty i zieleń, służą teraz jako dekoracja, jako symbol piękna i elegancji imperium jako takiego.

Ale jest też druga strona i druga sfera symboliczna konsekwentnie używana przez Martine do opisu Teixcalaan. Kły. Kły i paszcze i krew. Czytając, zaznaczałam te wszystkie fragmenty (i nazbierałam kilkadziesiąt), w których mowa jest o pożeraniu, rozszarpywaniu, wykrwawianiu przez imperium podbijanych terenów. Wykrwawianiu dosłownym, ale może i częściej – symbolicznym. Stacja Lses postrzega zwróconą na siebie uwagę Teixcalaan jako potworną, pełną zębów paszczę, wojenne statki imperium zwracają ku wrogom paszcze dział, imperium pożera wszystko na swojej drodze. To jest szalenie trafiona metafora, nawet – a może zwłaszcza – w zderzeniu z wizją imperium, jaką widzimy. Imperium, w którym od osiemdziesięciu lat panuje pokój. Nie przyłączono przemocą nowych ziem. Nikogo, może poza rebeliantami w peryferyjnych układach (a o nich, w przekazach publicznych, a już zwłaszcza tych zagranicznych, za dużo się nie mówi) nie masakrowano. A jednak, imperium jest, było i pozostanie wielkim wyrównywaczem, pożeraczem lokalnych kultur i tradycji. Nieprzypadkowo Mahit nie zna rodzimych komiksów ani popkultury: nigdy jej przecież nie interesowały, miała pod ręką ciekawsze i bardziej wysublimowane projekty imperialnej cywilizacji.

I one takie są – są ciekawsze i bardziej wysublimowane, tak jak dla mnie ciekawsza zawsze będzie na przykład popularna muzyka brytyjska od polskiej, w której prawie nigdy nie mogę znaleźć nic dla siebie. Choć, w odróżnieniu od Mahit, szukałam. Martine tego nie ukrywa: urok imperium także na tym polega, że jest piękne, jest bogate, wygodnie się w nim żyje, państwowy sponsor pozwala rozkwitać artystycznym talentom, pozycja mocarstwa daje czas i możliwości na rozwój kultury. I tak, imperium jest jednocześnie jak słońce, wokół którego krążą na orbicie inne kultury, ale i jak czarna dziura, wciągająca wszystko dookoła.

Te metafory nie są przypadkowe – sfera skojarzeń związanych z grawitacją, przyciąganiem, ciężarem, ściągającym coś ku sobie, to trzeci główny typ metafor, używanych przez Martine do opisu zarówno imperium jako takiego – nic dziwnego, Teixcalaanlitzlim widzą siebie jako centrum, by nie rzec pępek, świata – jak i jego przedstawicieli. Ta siła przyciągania, charyzmatyczna moc, skupiająca na sobie uwagę i starania wszystkich, cechuje w powieści także dwójkę władców, tego obecnego i tę przyszłą: Six Direction i Nineteen Adze. Sceny spotkania Mahit z obojgiem, kiedy odczuwa ona, poza swoją, także reakcję Yskandra, nieobecnego świadomie, ale ciągle oddziałującego na jej emocje w chwilach takich, jak te. W chwilach spotkania z ludźmi, których kochał, dla których zdradził, którzy zdradzili jego. Nawet Mahit, spotykająca cesarza, czuje się jak poddana – cóż dopiero mówić o mieszkańcach Teixcalaan. Potęga imperium, moc legendy, jaka za nim stoi, ma moc przyciągania, z którą nie da się walczyć, tak jak nie da się walczyć z prawem fizyki.

W tym miejscu warto wrócić na moment do drugiej inspiracji Martine – do Bizancjum. W odróżnieniu od Azteków, tego źródła nie widać na pierwszy rzut oka, chyba że ktoś siedzi w grecko-rzymsko-bizantyjskiej tematyce (i właśnie dlatego, że w nich siedzę, trochę się uśmiechnęłam, czytając pewną polską dyskusję, w której chwalono powieść m.in. za odejście od zawsze tych samych rzymskich inspiracji w obrazie imperium; pewnie w każdym z nas tkwi coś z Teixcalaanli). Ale jak już się przyjrzeć – tej tradycji bizantyjskiej jest tu mnóstwo, a nigdzie nie rzuca się w oczy tak mocno, jak w rozumieniu różnicy między człowiekiem (obywatelem, kimś wychowanym w tradycji imperium) a barbarzyńcą.

Kim jest barbarzyńca? W greckim rozumieniu, które to bizantyjskie ukształtowało, βάρβαρος [barbaros] to ktoś, kto bredzi, bełkocze, kto – jak nasz Niemiec (niemy) – nie mówi właściwym językiem (6). Innymi słowy – nie-ja. Barbarzyńcy mogą być fascynujący, ba, mogą być wzorcem dla ludów cywilizowanych (jak jest raz czy drugi u Tacyta, z którego autorka zaczerpnęła tytuł II tomu), ale zawsze są obcy. Nie całkiem ludzcy. Nie-barbarzyńskość nie musi oznaczać etnicznej jednolitości – tak imperia Greków i Rzymian, jak i imperium Teixcalaanli, są niejednolite etnicznie i religijnie, ale są częścią tej samej cywilizacji. Cywilizacji, do której dzięki wykształceniu (to też jest bardzo greckie!) Mahit może aspirować, ale której częścią nie jest i nie będzie. Cywilizacja jest światem, a barbarzyńca jest poza nim (podobna jest zresztą idea w cyklu Ann Leckie o Radch).

Ale Mahit jest a clever barbarian i jest świadoma, przez cały czas, że imperialna narracja, jaka ją otacza – to, co jej mówią, pokazują, to, jak przedstawia się jej świat, jak wygląda rzeczywistość – jest właśnie tym, narracją. I nie, nie chodzi tu o jakąś Orwellowską mega-nowomowę, raczej o to, jak kluczową rolę odgrywa literatura i tradycja – nie tylko w imperium, ale na swój sposób, również na stacji Lsel.

I jedna, i druga kultura, opisana przez Martine, ma obsesję pamięci. A także, co równie istotne, obsesję powtarzalności. W imperium ta obsesja powtarzalności wiąże się z kultem i kluczowym miejscem literatury i literatów w świecie tutejszej polityki; a jest to, dodajmy, literatura trochę jak bizantyjska, wyhodowana po części na greckim i rzymskich wzorcu. A więc – ambitna. A więc – uczona, przez uczonych i do uczonych skierowana, wymagająca erudycji, znajomości kontekstu, odczytywania piętrowych, skomplikowanych aluzji i skojarzeń, kodowanych w słowach, frazach, rytmie poezji (yup, dekodowanie takich rzeczy to także mój zawód, nie dziwcie się, że uwielbiam grzebać w słowach). Ta literatura, związane z nią tradycje i skojarzenia, rządzi nie tylko kulturą, ale, w sporym stopniu, także i polityką Teixcalaan. I uważny czytelnik zada sobie pytanie, uważna czytelniczka się zastanowi – czy ta obsesja, to kultywowanie tradycji i przeszłości aż tak się różni od linii imago, praktykowanych na Lsel? (7)

Oczywiście, obywatel/ka imperium zareagował(a)by na to pytanie z oburzeniem: tamtejszy koncept osoby podkreśla indywidualność i pojedynczość, a zrozumienie idei imago i tego, kim jest nosząca je osoba (Mahit? Yskandrem? Mahityskandrem? Kimś jeszcze innym?) zasadniczo przerasta większość imperialnych dostojników – i tak, ten fakt ma kluczowe polityczne znaczenie w obliczu planów Yskandra i Six Direction. Tak naprawdę jednak obie te kultury, i Lsel, i Teixcalaan, żyją zanurzone w przeszłości i tradycji, przynajmniej oficjalnie (8) – i zobaczymy, jak długo jeszcze będzie im się to udawać…

To absolutnie nie jest wszystko, co mam do powiedzenia w kwestii cyklu Arkady Martine. Ale reszta notatek do tej notki, widzicie, reszta pytań i problemów spasuje znacznie lepiej do omówienia A Desolation Called Peace, i tam się znajdzie. A kiedy? Mam nadzieję, że niedługo, bo skończyłam tę powieść czytać wczoraj i nie daje mi spokoju.

(1) Osoby, które przeczytały już sequel, proszę o niekomentowanie tej Gwiazdy Śmierci XD

(2) Abstrahując od jego rozwinięć w fanfikach i innych takich – opieram się to na obrazie Imperium, jaki wychodzi z kanonicznych filmów.

(3) I ta kwestia, pytanie jakie są granice “ty” w waszej kulturze, jest absolutnie do zapamiętania w kontekście II tomu

(4) Cytat po angielsku, bo nie mam polskiego tekstu po ręką

(5) I nie, nie powiem wam, czy to zrobiła

(6) Kolejny problem do zapamiętania

(7) I niech lepiej nie zapomni tego pytania…

(8) Jest takie jedno pytanie, które bohaterowie zadają sobie a propos Sunlit, policji miejskiej, na które w I tomie nie pada odpowiedź, i zastanawiałam się, czy to niedopatrzenie. Zapamiętajcie sobie to pytanie, myślę, że po przeczytaniu będziecie wiedzieć, o które chodziło.

Ekspansja imperium azteckiego; źródło: wikipedia

DLA KOGO: dla osób lubiących space operę, ale skupioną na polityce, nie wojnie. Dla szukających tekstu z cyberpunkowymi konceptami bez typowego cyberpunkowego świata przedstawionego. Dla czytających, zainteresowanych problemami polityki, imperiów, imperialności jako konceptu, zarówno bez prostego podziału na “źli barbarzyńcy, dobra cywilizacja”, jak i “dobra mała kolonia, złe imperium zła”. Dla mających ochotę przeczytać, w tle, naprawdę ładnie i efektownie napisany wątek wzajemnej fascynacji, także romantycznej i erotycznej, dwóch kobiet z różnych kultur. Dla zainteresowanych kreowaniem i wykorzystaniem fikcyjnej literatury jako klucza do mentalności.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (3): Olga Niziołek, “Ogród rozkoszy ziemskich”

Olga Niziołek, pisarka i tłumaczka, jest jedną z tych osób, które swoimi tekstami zwróciły w roku 2020 moją (i pewnie nie tylko moją) szczególną uwagę. W Nowej Fantastyce (11/ 20) opublikowała bardzo ciekawą “Podróż do wnętrza psa”, błysnęła też udanym, moim zdaniem, przekładem “Prime Meridian” Silvii Moreno-Garcii (a ja jestem fanką tego tekstu i miałam zdecydowaną wizję, jak powinien zostać przetłumaczony 😀 ); ukazał się, pod tytułem “Pierwszy południk”, w NF 06 / 2020. “Podróż…” to też bardzo udany tekst i spokojnie mógłby znaleźć się wśród moich Zajdlowych polecanek, ale do analizy wybrałam, pochodzący z antologii Tęczowe i fantastyczne, wizyjny i psychologiczny jednocześnie “Ogród rozkoszy ziemskich”.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka antologii – ilustracja autorstwa Samanthy „Niemti” Niemczyk

Tekst Olgi Niziołek rozpięty jest w intrygujący i niebanalny sposób między dwoma biegunami – z jednej strony utrzymanego w weirdowej konwencji światotwórstwa, z drugiej – psychologicznej, bardzo prawdziwie oddającej zresztą ludzką naturę historii narratorki i kręgu związanych z nią osób: partnerki Marty, opiekującej się ich wspólnym synkiem, kolegi z pracy Dariusza, aspirującego poety, wreszcie – obecnej przede wszystkim we wspomnieniach i obsesjach narratorki siostry. Ta strona tekstu dowodzi dużej wrażliwości autorki na ludzką naturę i wyczucia w opisywaniu historii, bez tendencji do przedramatyzowywania czy epatowania czytelnika tragediami postaci. Tu mamy zwykłą codzienność: jakoś tam satysfakcjonującą, ale pozostawiającą niedosyt pracę narratorki, robotnicy zatrudnionej w Ogrodzie Rozkoszy Ziemskich, jej rozpadający się związek z Martą, który niszczy tak zwana proza życia (Marta jest znużona ciągłym siedzeniem w domu i opieką nad niemożliwym do posłania do przedszkola dzieckiem, narratorka fantazjuje o innych kobietach i nie ma siły ani chyba też chęci, by ratować dotychczasową relację), wspomnienia z mało szczęśliwego dzieciństwa i trudnej, ale kluczowej dla narratorki relacji z siostrą. Bardzo doceniam w tym opowiadaniu umiejętność oddania emocji, subtelność i wyciszenie tego, jak Olga Niziołek opisuje dzieje bohaterów, nigdy nie próbując pogrywać na wysokim C tragedii ani szantażować emocjonalnie dramatami bohaterek osób, które jej tekst czytają.

Jednocześnie ta obyczajowa, wiarygodna psychologicznie historia wpisana jest w fantastyczny, najbliższy chyba konwencji weird fiction świat. Narratorka pracuje w ożywionym, a jednocześnie całkowicie skomercjalizowanym Ogrodzie Rozkoszy Ziemskich, opartym na obrazie Hieronima Boscha, pełnym żywych istot przeniesionych wprost z dzieła sztuki, ale, podobnie jak ona, udręczonych. One marnieją, wystawiane na widok publiczny jako zabawka dla znudzonych bogaczy; ją męczy fakt, że jako szeregowa, fizyczna pracownica jest, a raczej powinna być, niewidzialna dla odwiedzającej Ogród klienteli – nawet jeśli jedną z klientek jest jej własna, rodzona, utracona siostra. Zamknięcie, uwięzienie – czy to w relacji, czy w rutynie, we własnej cielesności czy po prostu fizycznie w miejscu takim, jak otoczony murem, dostępny dla posiadaczy biletów Ogród – to jeden z kluczowych tematów opowiadania. I chyba nie jest przypadkiem, że przy całym smutku, jaki dominuje w tekście Olgi Niziołek, ostatecznie prawie każda postać ze swojego więzienia się uwalnia: Marta odchodzi z dzieckiem, by związać się z Dariuszem, Dariusz wydaje tom wierszy, narratorka wypuszcza z ogrodu Sfinksa, a sama robi pierwsze kroki jednocześnie ku zerwaniu z obsesyjnym chodzeniem po śladach siostry i, być może, odzyskania z nią jakiegoś rodzaju porozumienia, na które po cichu liczy. Nie ma tu łatwego happy endu, ale jest wyraźnie wyartykułowana nadzieja na małe, powolne, pozbawione dramatyzmu, ale jednak – zmiany.

Weirdowy świat stworzony przez Niziołek nie domaga się dookreślenia ani wyjaśnień – czemu bohaterka ma fizyczne cechy dzika, a jej partnerka – sowy, czemu ich synek wygląda jak porośnięty sierścią należącą do młodego warchlaczka? Czym jest Ogród i żyjące w nim istoty – ludzką kreacją? A może czymś, co jest sednem tego świata i źródłem jego dziwacznej natury? Niesamowitość zderza się w tym opowiadaniu z codziennością pociągów, przedszkoli i finansowych kłopotów, fantastyczność idzie ręka w rękę z realizmem – i tworzy to wszystko efektowną i zapadającą w pamięć całość.

Ogród rozkoszy ziemskich” Hieronima Boscha (1450 – 1516), ze zbiorów muzeum Prado w Madrycie. Jak się dobrze przyjrzymy, to będziemy w stanie zrekonstruować miejsca odwiedzane przez bohaterki.

GDZIE ZNALEŹĆ: W antologii Tęczowe i fantastyczne

ZA ILE: do ściągnięcia za darmo w wybranym formacie.

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction i mocno psychologizującą fantastykę, dla której kluczowe są ludzkie charaktery i natura. Dla lubiących sztukę i jej ogrywanie w fantastyce. Nie dla czytelników szukających szybkiej akcji i dramatycznych twistów w fabule.

Czekoladka z wkładką

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, Wydawnictwo W. A. B., 2021

Między polskimi opowiadaniami fantastycznymi a kolejną lekturą Ady Palmer łyknęłam – sama nie wiem, kiedy – komedyjkę kryminalną Marty Kisiel.

UWAGA: Dalsza część recenzji zawiera niewielkie spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Serio, sama nie zauważyłam, kiedy ze strony piętnastej zrobiła się przedostatnia i skończyłam.

Dywan z wkładką to pierwsza powieść autorki Dożywocia i Toń bez elementów fantastycznych (za to z wkładką w postaci antypatycznego trupa), ale to nie znaczy, że znajdziemy tu jakąś rewolucję konceptualną czy stylistyczną w porównaniu do wcześniejszych tekstów autorki. Kisiel nadal skupia się przede wszystkim na tym, co od początku wychodziło jej najlepiej: humorze językowym, związanym z mocną stylizacją tekstu, i ogrywaniu typów postaci z klasycznego repozytorium komedii. Trup i jego dzieje są w tym wszystkim, powiedzmy sobie szczerze, raczej drugorzędnym elementem.

Na spotkaniu autorskim, w którym uczestniczyłam, Marta Kisiel mówiła o roli powieści Joanny Chmielewskiej w swojej własnej czytelniczej edukacji, ale nawet gdybyśmy nie wiedzieli tego od autorki, słychać to w jej prozie – także w tej fantastycznej. Pisząc Dywan z wkładką, Kisiel stworzyła powieść a la Chmielewska, ale na nasze czasy.

Historia w Dywanie… koncentruje się wokół bohaterek (co zresztą u Chmielewskiej też bywało): księgowej Tereski, którą szalony pomysł męża skazał na mieszkanie w wiejskim domu, jej energicznej i pełnej życia (i to jeszcze jak!) sześćdziesięcioletniej teściowej Miry, nastoletniej, a mocno przejętej problemami całego świata córki Zoi, a także sąsiadek – gadatliwej pani Edziowej i ochrzczonej przez Tereskę Stefcią idealnej żony pretensjonalnego marudy z sąsiedztwa (odpowiednio przezwanego przez panie Ordynatem) – a, i nie zapominajmy o dwóch innych fabularnie ważnych postaciach płci żeńskiej, suczkach Fifi i Pindzi! Ta pierwsza ma do odegrania małą, ale ważną rólkę, ta druga zaś to pełnoprawna i pierwszoplanowa postać, bez której cała fabuła wyglądałaby zupełnie inaczej.

Bohaterki są główną atrakcją – i główną siłą – tej powieści. Kisiel umie w bardzo skuteczny sposób ogrywać konwencjonalne komediowe typy i nadawać im ludzkie, sympatyczne oblicze. Daleko jesteśmy już od karykaturalnej wielbicielki Konrada z Dożywocia: w nowszych tekstach siłą autorki stało się właśnie odważne pożyczanie postaci z lamusa konwencji i mówienie “A teraz zobaczcie, jakiego fajnego człowieka można z tej kupy schematów zrobić”. Z sympatią podchodzi autorka do nastoletnich emocji Zoi, pokazując jej troskę o środowisko i o problemy wszystkich ludzi na całym świecie nie jako coś, z czego można się pośmiać, ale jako szczere, nawet jeśli naiwne i młodzieńcze, zaangażowanie. Mira, wesoła wdówka 60+, nie jest siwiuteńką babuleńką z fotela, ale pełną energii i zawsze gotową na ognisty romans kobietą. Kisiel bardzo zresztą udanie ogrywa w jej postaci stereotyp męczącej matki i teściowej: Mira ma tendencje do narzucania swojej woli, syna traktuje jak dziecko, a z Tereską się, najoględniej mówiąc, nie do końca dogaduje, ale nie dlatego, że jest schematyczną Straszną Babą, tylko dlatego, że długo musi uczyć się akceptować fakt, że nie wszyscy ludzie lubią to, co ona i są do niej podobni. Z kolei w postaci Tereski Kisiel dała nam detektyw-amatorkę o dość, hmm, nieoczekiwanym profilu: Tereska, mniej więcej czterdziestolatka, jest kochającą wygody i czekoladki księgową o obfitych kształtach, szczęśliwą żoną nieidealnego męża i matką zupełnie zwykłych dzieci. Owszem, to, co robi, robi świetnie, cyfry są jej ucieczką od chaosu świata, ale poza tym nadaje się na detektywa jak ja na primabalerinę (1). Bardzo mi się podoba to, jak Kisiel konsekwentnie czyni swoim bohaterkami zwykłe dziewczyny i kobiety, niekoniecznie zachwycające mądrością i głębokimi zrozumieniem świata, czasem porywcze, często naiwne, robiące zwykłe, codzienne rzeczy i pracujące w zupełnie nieromantycznych zawodach.

Mężczyźni z kolei odgrywają w Dywanie albo role ofiar (trup, znany też jako Olszyna lub dziad olchowy), albo wręcz damsels in distress. Mira i Tereska podejmują niechętną współpracę, ponieważ ich pierwszym podejrzanym o dokonanie zabójstwa jest Andrzej, koncyliacyjny, spokojny i generalnie nie stanowiący materiału na zabójcę mąż jednej, a syn drugiej z nich. Maciejka, młodsze dziecko Tereski, jest ciągłą ofiarą a to matki (jak można zabrać dwunastolatkowi internet potrzebny do grania z powodu konieczności robienia czegoś tak przyziemnego, jak praca, no jak?!), a to energicznej i skłonnej do komenderowania wszystkimi starszej siostry. Nawet ostateczny motyw zabójstwa Olszyny wiąże się z nadopiekuńczością pewnej żony wobec mężusia…

To bardzo zdecydowanie nie jest powieść dla wielbicieli skandynawskich kryminałów czy zwolenniczek Raymonda Chandlera. Dywan z wkładką jest, jak w moim tytule, gorącą czekoladą z pianką i odrobiną pikantnego chili: lekką, przyjemną, poprawiającą humor w ponury dzień, nie mającą ambicji mówienia czegoś wprost o społeczeństwie i rzeczywistości dookoła (choć, oczywiście, sam dobór postaci i ich charakterystyka coś jednak o naszej rzeczywistości i sympatiach autorki mówi). Fabularnie jest nieco przewidywalny – ale w tego typu komedii kryminalnej to raczej typowe.

Czytało mi się bardzo przyjemnie, ładnych parę razy zachichotałam głośno przy co bardziej udanych powiedzonkach i cały czas dręczyła mnie jedna myśl. A mianowicie pytanie, czy między kolejnymi odsłonami popularnego i udanego Małego licha a bawieniem nas naprawdę fajnymi komediami kryminalnymi Marta Kisiel będzie jeszcze mieć czas, ochotę i w ogóle plan, żeby napisać tę książkę, którą sobie ja, egoistycznie i nie pytając autorki o zgodę, u niej wymarzyłam. To arcydzieło nieoczywistej fantasy, wokół którego Kisiel krążyła w pojedynczych scenach swoich dotychczasowych tekstów, które gdzieś majaczyło w tle jej dobrych, udanych powieści i opowiadań, w takich momentach, kiedy czytając, czułam dreszcz na plecach albo łzy w oczach. Nie wiem, czy taka powieść – podkarmiona gotyckimi nastrojami i grozą, które Kisiel pisze świetnie, ubrana w klimaty polskiego romantyzmu, które akurat ta autorka rozumie jak mało kto, skupiona wokół postaci, których kreacja, niebanalna i pełna zrozumienia dla ludzkiej natury, zawsze była jej mocną stroną, opowiedziana aluzyjnym, a jednocześnie charakterystycznie humorystycznym stylem autorki, która, jak dla mnie, pierwsza po Sapkowskim i Brzezińskiej ma w polskiej fantasy własną, natychmiast rozpoznawalną stylistykę – jest czymś, co Marta Kisiel by chciała pisać, ale możliwości ma na to z całą pewnością. A ja bym czytała jak potłuczona.

(1) Przez lata nawet kroków do walca się nie nauczyłam, taki mam talent.

Dywan z wkładką. Obrazek niepowiązany.

DLA KOGO: Dla wielbicieli/ek Joanny Chmielewskiej i ogólnie osób lubiących cosy mysteries i komedie kryminalne. Dla fanów/-ek autorki, bo mimo braku fantastyki to bardzo charakterystyczna dla niej powieść. Dla czytelników/-czek lubiących skupiać się na postaciach. Niekoniecznie dla osób preferujących skomponowaną jak złożona maszyneria fabułę kryminalną albo dla wielbicieli kryminałów z zacięciem społecznym. Na pewno nie dla osób szukających w kryminale elementów gore (to jest dosłownie drugi koniec tej osi, na pierwszym końcu której jest Max Czornyj).