Gdzie te pisarki?

Maria Głowacka, Kobieca proza science fiction w Polsce: teoria trzech kręgów, Wrocław 2017

W naszym kraju (1) to już tak jest, że pisanie zarówno fantastyki, jak o fantastyce może skończyć się sporego kalibru awanturą. Lat będę mieć za chwilę czterdzieści osiem, mimo namiętnego czytywania fantastyki w fandomie za bardzo nigdy nie siedziałam czynnie, a pamiętam takich większych sporów całkiem, no pun intended, sporo. Co parę lat mniejsze lub większe kontrowersje wokół Nagrody Zajdla (mini-wersja była w tym roku). Spory o nagrody dla Antoniny Liedtke i Anny Brzezińskiej. Ciągnące się od dwudziestu już niemal lat dyskusje wokół tekstu Piróg, albo nie ma złota w Szarych Górach Andrzeja Sapkowskiego i zawartej w nim zjadliwej krytyki projektu słowiańskiej fantasy. Debaty wokół dobrych opowiadań. Debaty wokół złych i bardzo złych opowiadań (patrz 2020). Kłótnie o wpływowość poszczególnych postaci redaktorów i publicystów. Odgrzewanie co jakiś czas problemu istnienia/nieistnienia prawicowego wychyłu polskiej fantastyki – i pewnie jeszcze parę by się znalazło.

Mały kawałek tej dyskusji o temperaturze chwilami zbliżonej do awantury rozegrał się też wokół opublikowanej w 2017 roku pracy naukowej Marii Głowackiej o polskich pisarkach science fiction. Książka ta – powstała na podstawie pracy doktorskiej autorki – ma naukowo brzmiący tytuł, co jednak nie powinno odstraszyć zainteresowanych problematyką niespecjalistów, bo jest napisana zdecydowanie przystępnie. Z rozważań teoretyczno-literackich zostaje w zasadzie głównie zaproponowana przez autorkę (a zaadaptowana chyba z koncepcji Bourdieu) idea trzech kręgów, w jakich funkcjonować mogą autorzy/-rki: pierwszego, lokalnego i związanego z konkretnym środowiskiem, pismem, miastem itd.; drugiego, związanego z polskim mainstreamem fantastyki; wreszcie trzeciego – ogólnokrajowego, ogólnoliterackiego obiegu związanego z głównonurtowymi nagrodami, wydawnictwami itd.

To, co nastąpi poniżej, to nie jest sensu stricto recenzja – bliżej temu pewnie do refleksji na kanwie pracy niż do szczegółowej, naukowej analizy książki Głowackiej. Przynajmniej tym razem nie muszę ostrzegać przed spojlerami 🙂

Koncept trzech kręgów porządkuje rozważania autorki o miejscu, roli i karierach polskich autorek SF od lat 70. aż po moment powstania Hardej Hordy (2017), przy czym zdecydowanie najwięcej uwagi w tej analizie otrzymują lata 80. i 90. Wydaje się to dobrym wyborem – autorka skupia się dzięki temu na momentach przełomowych (powstanie i rozwój Fantastyki / Nowej Fantastyki, wzrost popularności gatunku, pierwsze etapy samoorganizacji fandomu, koncepcyjne i komercyjne przewartościowania po roku 1989). Mniej skuteczne jest, IMHO, zawężenie narracji do autorek science fiction. Jako osoba, która też w pewnym momencie swojego życia (na)pisała doktorat, całkowicie rozumiem, że w takiej pracy należy skupić się na jakimś wycinku, bo jak nie, to będziemy pisać przez lat dziesięć i narobimy sobie (i recenzentom…) mnóstwo kłopotów z objętością pracy :). Autorka nie zostawia nas zresztą bez odpowiedzi w tej kwestii i podaje swoje argumenty na rzecz takiego wyboru (z których część jest przekonująca – specyfika SF jako najbardziej stereotypowo “męskiej” fantastyki, szczególnie cenionej przez redakcje, w tym redakcję Fantastyki /Nowej Fantastyki – część nieco mnie). Mam jednak wrażenie, że w przypadku, kiedy, jak w tej pracy, w centrum problemu stoi socjologiczno-literacki problem traktowania i miejsca autorek, a nie kwestie związane z uprawianą konwencją, ten podział jest o tyle nieco sztuczny, że niejako “przecina” twórczość niektórych omawianych czasem dość szczegółowo twórczyń – przede wszystkim Anny Kańtoch i Mai Lidii Kossakowskiej i Magdaleny Kozak, które pisują i SF, i inne formy. Pozostawia też poza nawiasem dyskusji ogromnie ważną Annę Brzezińską – ważną nie tylko dlatego, że to znakomita, ceniona i nagradzana pisarka, ale dlatego, że wokół niej i współprowadzonego m.in. przez nią Wydawnictwa Runa skupiły się w pewnym momencie kontrowersje; pozostawia także na przykład Ewę Białołęcką, pierwszą laureatkę Nagrody Zajdla.

Niemniej, nieuwzględnienie tych autorek nie zmienia, jak sądzę, całościowej wymowy tekstu, a ta jest następująca. Po pierwsze – tu streszczam koncepcje autorki – pisarkom fantastyki w PL nie było łatwo; z jednej strony dlatego, że generalnie trudno było dotrzeć z fantastyką do krytyki mainstreamowej, z drugiej, ponieważ polska fantastyka długo stanowiła męski klub, do którego kobiety mogły dostać się jedynie pod specyficznymi warunkami. Po drugie, tym, który za ten stan odpowiadał, był w dużym stopniu jeden konkretny człowiek: Maciej Parowski, wieloletni legendarny redaktor (i potem naczelny) Fantastyki / Nowej Fantastyki. Autorka uprawomocnia swoją tezę licznymi cytatami z tekstów krytycznych Parowskiego, wskazując na to, jak pomniejszają one teksty pisane przez autorki, jak traktują je protekcjonalnie i z góry, a także odnoszą się do kobiet-pisarek, wychodząc od założonych wcześniej stereotypów.

Autorka szczególnie dużo miejsca poświęca pisarstwu Gabrieli Górskiej (i jej sporowi z Maciejem Parowskim), Julii Nideckiej, Małgorzaty Kondas / Margaret Todd, Katarzyny Urbanowicz, a z późniejszych twórczyń – Antoninie Liedtke (a konkretniej, głównie sporom wokół jej jedynego, za to nagrodzonego kilkoma ważnymi nagrodami, opowiadania), Emmie Popik, Annie Kańtoch, Mai Lidii Kossakowskiej, Magdalenie Kozak, jak również nieco dziś już zapomnianym Jadze Rydzewskiej i Iwonie Michałowskiej. Analizując ich twórczość, zwraca uwagę na pewne powtarzające się motywy i tropy – problemy związane z macierzyństwem i płodnością, zamknięcie/ uwięzienie, konstrukcja bohaterek jako wpisujących sie lub zrywających z konwencjonalnymi wzorcami kobiecości, dystopijność – a także na ogrywanie przez nie konwencji SF. Przede wszystkim jednak przygląda się ich biografiom twórczym i drogom kariery, starając się określić, jaką rolę odegrała w tych karierach specyfika polskiego środowiska fantastycznego, głównie tego związanego z pismem Fantastyka / Nowa Fantastyka.

Wiecie co? Nie zamierzam pisać o tym, czy uważam, że autorka Macieja Parowskiego i innych polskich autorów i redaktorów traktuje sprawiedliwie, czy też nie. Nie zamierzam, bo tego nie wiem. Nie byłam w fandomie. Tak, czytałam fantastykę (i Fantastykę) jeszcze dłuższą chwilę ZANIM zadebiutował w niej Andrzej Sapkowski, to kawał czasu i literacko bardzo znaczące dla mnie doświadczenie – ale z fandomowym, konwentowym środowiskiem miałam pierwszy raz w życiu do czynienia po czterdziestce. Z bohaterów i bohaterek wspomnianych w pracy poznałam – lepiej niż na uścisk dłoni po spotkaniu autorskim – jedną osobę, której autorka pracy poświęca, z racji jej dorobku nie mieszczącego się w kategorii SF, mało miejsca, i jedną, wspomnianą jako krytyk. Wiem na pewno z czytelniczej perspektywy, że Parowski jako redaktor zapisał się bardzo znacząco w historii polskiej fantastyki i że potrafił często podejmować decyzje dobre, ba, znakomite; że był ceniony także przez ludzi, od których mocno różnił się poglądami i podejściem do świata. Z drugiej strony wiem też na pewno, z rozmów z różnymi pisarkami, w tym – sporo młodszymi od w pracy opisanych – że bycie autorką fantastyki, nie tylko SF, w Polsce jest trudniejsze niż bycie autorem, a kiedyś bywało jeszcze bardziej niewdzięczne. Czy są wyjątki? Jasne, że są. Czy autorki są znaczącą grupą np. wśród laureatek nagród? Oczywiście, od 1994, a od 1997 nie ma edycji Zajdla bez nominacji dla którejś z nich. Czy to znaczy, że było im łatwo, albo wręcz łatwiej, niż autorom, bo były traktowane miło i szarmancko, zgodnie z polską tradycją – a takie opinie pojawiały się w debatach wokół książki? Spora część z nich mówi, że nie i przytacza konkretne sytuacje: traktowanie z góry, pobłażliwe lekceważenie, odmawianie wartości ich twórczości, problemy z publikacją. Czy bardzo różniło się to od rzeczywistości, z jaką zderzały się romansopisarki, autorki popularnych powieści historycznych, pisarki dla dzieci i młodzieży? Podejrzewam, że niekoniecznie – mechanizm traktowania autorek nieco pobłażliwie, przypisywania im z marszu, jako zalet, łagodności, poetyckości, subtelności, czasem wartości ogólnohumanistycznych przy odmawianiu szerszej wizji, oryginalności, wielkiej skali talentu zapewne był podobny i w innych sferach literatury, zwłaszcza tej popularnej. Czy to zmienia fakt, że być fantastką ewidentnie było niełatwo? Nie.

Co jest w pracy Głowackiej szczególnie cenne, to zebranie sporego materiału, odgrzebanego w prasie, w publikacjach zbiorowych, pracach publicystycznych i krytycznych. Na ich podstawie czytelnik – nawet jeżeli nie zaufa wnioskom autorki – sam może wyrobić sobie opinię w kwestii omawianych przez nią zjawisk.

I wiecie co, ja rozumiem złość i oburzenie osób, które pojawiają się w tle książki, a które poczuły się urażone zaliczeniem do grona seksistów, uznaniem za tępicieli kobiet, kiedy oni sami pamiętają to inaczej – pamiętają, że pomagali, podpowiadali, ciepło i życzliwie przyjmowali koleżanki do środowiska, udzielając dobrych rad. To musi być cholernie przykre uczucie. Zawsze jest takie ryzyko, kiedy się pisze (i czyta) o wydarzeniach z niedawnej przeszłości. Pewnie nie da się wytłumaczyć osobom, które się tak po lekturze czują, że to, jak tamte czasy postrzegają, to jest ich perspektywa – i że wiele ich koleżanek (choć też nie wszystkie!) ma ogląd inny, a ich ogląd też ma znaczenie. Oraz że to, co ktoś osobiście dobrze zrobił, to jedno – a pewne uwagi, które zostały na piśmie (i tak, wiem, część z nich, jak np. konwencja mówienia o pisarkach per “nasze (drogie) panie”, to spuścizna czasów) są dziś odczytywane inaczej. Scripta manent, a wyjaśnienie “bo wtedy to tak było”, choć częściowo na pewno prawdziwe, nie jest wystarczające. Skądinąd: oglądanie własnego doświadczenia ujętego pokolenie później w metodologię i wpisanego w szersze ramy dyskursu (w tym przypadku – feministycznego dyskursu o seksizmie i dyskryminacji) przez kogoś patrzącego z zewnątrz, spoza środowiska i czasów, na pewno jest niełatwe; szeroka a spokojna konfrontacja poglądów i wspomnień (konfrontacja, nie awantura!) wywołana przez pracę Głowackiej mogłaby dać impuls do dyskusji o historii polskiej fantastyki, w której dopuszczono by do głosu liczne a różne perspektywy.

Rozumiem, skąd biorą się pretensje do autorki, że nie wnika we wszystkie niuanse, nie pokazuje szczegółowo każdej kariery, nie analizuje wszystkich wypowiedzi, jakich np. Maciej Parowski udzielił wszędzie i wszystkim: każdy, kto się wtedy obracał w środowisku, ma zapewne swoje zdanie na temat tego, jakie pobudki i motywy kierowały Parowskim, Rafałem A. Ziemkiewiczem, Jackiem Dukajem czy Agnieszką Fulińską, kiedy w 1999 komentowali awanturę (bo tego już inaczej nazwać się nie da) wokół opowiadania Antoniny Liedtke “Cyber JolyDrim” i zajmowali w tej sprawie skrajne stanowiska. Tyle że Głowacka nie pisze reportażu ani nie kompiluje bazy danych wypowiedzi na ten temat (choć, cholera, warto byłoby zrobić i jedno, i drugie!) – ona ma pewne ramy, w które chce pracę wpisać, pewne mniej lub bardziej konkretne założenia metodologiczne, które sprawiają, że wybiera pewne grupy świadectw (np. oficjalne publikacje), a pomija inne (Liedtke, Fulińska, Ziemkiewicz, Dukaj są nadal mniej lub bardziej aktywni w fantastyce / kulturze i pewnie przynajmniej niektórzy z nich udzieliliby autorce prywatnej wypowiedzi, gdyby się do nich zwróciła – zwłaszcza że końcowa część pracy zawiera wywiady, choć inne, o anonimowym charakterze, bardziej warsztatowe). Jednocześnie ta metoda sprawia, że praca Głowackiej podatna jest na ataki, związane właśnie z tym, że nie uwzględniła absolutnie wszystkiego – cóż, taki urok książek o żywych ludziach i o tym, co tu i teraz.

Pracę Głowackiej bardzo dobrze się czyta i aż się boję napisać następne zdanie – a mianowicie to, w którym stwierdzam, że to nie tyle zaleta samej metody i podejścia, co dobór tekstów, fragmentów wywiadów, cytatów z recenzji, opowiadań, polemik. Ten aspekt środowiskowo – (powiedzmy to) plotkarski sprawia, że to jest lekka lektura – lekka nie w sensie zagadnienia, co w znaczeniu konstrukcji tekstu; inaczej niż wiele prac literaturoznawczych, które dla niespecjalisty są, ze względu na nagromadzenie fachowej terminologii, nieprzystępne. Ta łatwość lektury, obok opisów i interpretacji sporej ilości częściowo zapoznanych tekstów polskich fantastek, to spore zalety lektury.

A wiecie, co zostanie we mnie najbardziej po tej lekturze? Chęć powrotu do części tych – czasem całkiem zapomnianych, czasem wspominanych gdzieś na marginesach dyskusji – autorek i ich tekstów. Zobaczenia, jak to pisarstwo wygląda dziś – także na tle dorobku ich kolegów.

(1) I wiem, że nie tylko naszym 🙂

2 thoughts on “Gdzie te pisarki?

  1. Ninedin, przeczytałam ze szczerym zaciekawieniem, dzięki! W życiu fandomowym nie uczestniczyłam, ale otarłam się o to środowisko, i tak sobie myślę, że z chęcią bym to przeczytała. A oświecisz mnie, o jakie “afery” chodziło w przypadku Runy i tekstem Antoniny Liedtke? Google nie udzieliło mi odpowiedzi na pytanie 😉 Możesz rzucić tu jakimś linkiem albo odpisać innymi kanałami, np. mailowo (na f-b znowu mnie nie ma, on mnie wyraźnie nie lubi).
    Zerknęłam z ciekawości na Lubimy Czytać – recenzji tekstu p. Głowackiej nie ma, ale komuś wyraźnie się nie spodobała, skoro przyznał 1 gwiazdkę.
    Dalej czekam na reaktywację starych tekstów, jeśli to możliwe 🙂
    Pozdrawiam serdecznie 🙂

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s