Lem 2021: Niezwyciężony

Jako że po raz pierwszy i zapewne jedyny za mojego życia Sejm RP ogłosił rok rokiem jakiegoś fantasty, postanowiłam podpiąć się pod obchody, bo czemu nie. Rok setnej rocznicy urodzin Stanisława Lema uznałam za znakomitą okazję, by do twórczości głównego założyciela polskiej science fiction wrócić.

Okładka wydania z roku 1965

To nie będzie powrót łatwy, ani z krótkiego dystansu. Owszem, są takie teksty Lema, do których zaglądam częściej – i do ulubionych Dzienników gwiazdowych, i do Opowieści o pilocie Pirxie wróciłam kilka lat temu. Niemniej, część wielkiej Lemowskiej klasyki – Niezwyciężonego, Fiasko, Powrót z gwiazd, by wymienić kilka – czytałam ostatnio w czasach licealnych/wczesnostudenckich a to było, jak by to powiedzieć, trzydzieści lat temu. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że czterdziestoośmiolatce (która spędziła te trzydzieści lat m.in. zdobywając literaturoznawcze wykształcenie i poznając ogromne ilości nie tylko fantastyki) będzie się te teksty czytać zupełnie inaczej, niż licealistce z lat 90.

Zaczęłam od Niezwyciężonego, także ze względu na to, że – choć badający Lema literaturoznawcy często widzą w nim powieść o mniejszym, zwłaszcza w porównaniu z późniejszym Głosem Pana, znaczeniu (1), to w środowisku polskich czytelników fantastyki ma ona opinię arcydzieła, które – przynajmniej koncepcyjnie – antycypuje kilka znaczących trendów w późniejszym rozwoju SF (i hard SF, i space opery).

Okładka audiobooka

Czy to był dobry wybór? Tak, bo powieść, której fabułę całkiem nieźle pamiętałam mimo upływu lat, przeczytałam szybko i z dużą przyjemnością, a choć czytelniczką i badaczką literatury jestem z zawodu, absolutnie nie lekceważę płynącej z lektury przyjemności. Ta przyjemność może, oczywiście, mieć różne źródła: dla mnie rozciąga się od czystej frajdy z lektury czegoś lekkiego i zabawnego po satysfakcję płynącą z analitycznego czytania tekstu, który wymaga większej uwagi i skupienia. W przypadku Niezwyciężonego pytaniem, które krążyło mi cały czas po głowie i wokół którego zorganizowałam sobie część lektury, było Jak bym to odebrała, gdybym dziś sięgnęła po tę powieść jako osiemnastolatka?

Narracyjnie i językowo powieść Lema jest bardzo tradycyjna. Wystarczy zerknąć na otwierające Niezwyciężonego opisy Regis III po lądowaniu – rozlewne, epickie, kojarzące mi się gdzieś z modernistyczną prozą – żeby zobaczyć, że od strony, powiedzmy, konstrukcji tekstu modelami dla Lema była klasyczna, wielka europejska powieść końcówki XIX i I połowy XX wieku. To nie jest tak, że był w tym jako pisarz odosobniony – znacząca większość fantastyki światowej tamtych czasów też tak wygląda – ale jak pomyśleć, że ledwie rok później, w 1965, Herbert opublikuje Diunę z jej wizyjnymi scenami i opisami transu, a Dick – pokręcone, narracyjne skomplikowane Trzy stygmaty Palmera Eldritcha, to widać, że powieść Lema literacko jest raczej tradycyjna.

Przy czym – to nie jest zarzut, absolutnie. To raczej stwierdzenie faktu – taka nawiązująca do klasycznej powieści forma znakomicie się sprawdza jako nośnik dla Conradowskiej chyba z ducha koncepcji heroizmu, która stoi w centrum tej powieści.

Okładka wydania w serii Gazety Wyborczej

O czym bowiem jest Niezwyciężony? Na pierwszy rzut oka – o niemożliwym kontakcie z Obcym, z którym można tylko walczyć, bo jak się porozumieć z czymś, co nie jest biologicznie żywe, nie jest świadome, a jednak – istnieje i walczy, piekielnie skutecznie? Z czymś, czego nie da się zastraszyć, przygnębić, wziąć na nim pomsty, bo te pojęcia nic nie znaczą? Z czym nie da się porozumieć, pogadać, negocjować, bo istoty, o których mowa, nie mają języka ani tego, co Grecy nazywali logos – umiejętności rozumowania w ludzki sposób, możliwy do wyrażenia językiem. Zresztą tu nikt przecież nie chce negocjować – od początku konflikt i wojna jest jedynym wyborem, o ile w ogóle o wyborze, w tej sytuacji, może być mowa.

Czytając Niezwyciężonego dziś, miałam gdzieś z tyłu głowy, pozornie zupełnie bez sensu, współczesną (lata dwa tysiące dziesiąte) recenzję z płyty zespołu The Cure, Pornography (z 1982). Recenzent pisał, że ktoś, kto tego słucha w połowie pierwszej dekady XXI wieku, musi podjąć świadomy wysiłek, żeby docenić, że to wszystko, co na tej płycie brzmi znajomo, co się wydaje ograne i dobrze znane – właśnie na tej (m.in.) płycie zostało wymyślone. Że wtedy, w 1982, było to porażająco nowe. Z Niezwyciężonym jest o tyle podobnie, że po Lemie idea mechanicznego, pozbawionego świadomości ale de facto niemożliwego do pokonania życia upowszechniła się w SF aż do jej najbardziej popularnych from (patrz np. replikatory w serialu Stargate) i dziś nie wydaje się niczym oryginalnym – ale zawsze trzeba pamiętać, że to od takich powieści, jak Niezwyciężony, ten motyw się zaczyna.

W powieści Lema sporo jest takiego klasycznego SF, z jego techno-językiem, ze szczegółowymi opisami wyglądu i uzbrojenia Niezwyciężonego, z długimi passusami poświęconymi broni i jej działaniu, opisom łazików, pól siłowych i – z drugiej strony – także mechanicznych “istot” z Regisa III, ich taktyki, strategii, mechaniki działania. Jednocześnie jednak jest to powieść – w większym nawet stopniu niż o niemożności kontaktu – przede wszystkim o ludziach.

Okładka wydania z roku 1964

Wspomniałam wcześniej o Conradowskich motywach w Niezwyciężonym. Ten rodzaj heroizmu, który każe Rohanowi iść na poszukiwanie zaginionych, choć wie, naprawdę wie, że nie zastanie ich przy życiu, który wcześniej nie pozwala mu podjąć logicznej, bezpiecznej decyzji o tym, żeby z Regisa III po prostu odlecieć, jest kluczowy dla konstrukcji postaci i dla całej etycznej koncepcji Niezwyciężonego.

A ta etyczna koncepcja wydaje mi się w tej powieści równie ważna, jeśli nie ważniejsza, od SF. Mam wrażenie – nie będąc specjalistką od Lema, nie mając za sobą lektury większych opracowań na temat Niezwyciężonego, niż parę popularnych artykułów i posłowie Jerzego Jarzębskiego do jednego z nowszych wydań (2), po prostu wynikające z lektury – że w centrum tej powieści leży kwestia życia, tego, czym ono jest i co mu nadaje wartość. Ludzie (o czym pisze w swoim tekście Jarzębski) wyjściowo są u Lema bezpiecznymi, potężnymi władcami świata, mającymi do swej dyspozycji zaawansowaną technologię, która ich chroni i dostarcza im wiedzy, a za sobą – kontakty z pozaziemskimi formami życia. To, co stało się z Kondorem, poprzednikiem Niezwyciężonego, na powierzchni Regisa III, jest – niewyobrażalne, w kontekście dotychczasowych doświadczeń bohaterów. Wydaje mi się znakomicie ograne przez Lema to, jak powoli członkowie załogi Niezwyciężonego tracą pewność, że technologia ich ochroni, jak panikują, widząc człowieka pozbawionego tego, co człowiekiem go czyni – pamięci, świadomości, tożsamości. Jak godzą się z myślą, że stanęli naprzeciw czegoś, co się nie śniło waszym filozofom, nekro-życia.

Mam wrażenie, że los Kertelena, pozbawionego przez interwencję obcych świadomości i tożsamości, choć ciągle żyjącego, zapowiada niejako to, co w długiej ekspozycji wyjaśni dowództwu Niezwyciężonego Lauda i jego koledzy-uczeni (skądinąd, znając dyskusje netowe o fantastyce – niejeden dzisiejszy czytelnik uznałby takie infodumpowe, podane w formie wykładu wyjaśnienie za błąd w sztuce literackiej!). Kertlenen (i potem inni, dotknięci tym samym) żyje, ale czy jest żywy? Czy jest członkiem ludzkiej wspólnoty, czy też jedynie ma w sobie potencjał, by świadomość, tożsamość, człowieczeństwo na nowo w sobie wykształcić? Ten paradoks naprowadza nas poniekąd na pytanie o naturę tego, co w zjawisku, które Lem nazywa nekroewolucją, powstało na Regisie III – życie-nieżycie, mechaniczne, nieświadome, niekontaktowe, niezniszczalne, zadziwiające w swojej paradoksalnej naturze.

I tu wchodzi nam druga strona tej kwestii, drugie oblicze pytania, które wydaje mi się w Niezwyciężonym szczególnie ważne. Pytanie o to, czym konkretnie jest życie ludzkie, kim są ludzie. Na to pytanie nie odpowie zbiorowość – wyjściowo pewna siebie, gotowa odpowiedzieć ogniem ze swoich potężnych atomowych arsenałów i miotaczy antymaterii na każde zagrożenie, zaskoczona, że coś chce jej stawić opór. Odpowiedzi może udzielić jedynie jednostka. Jak dowódca Horpach, pozwalający swemu zastępcy Rohanowi – z którym łączy go relacja oparta na swoistej rywalizacji i – nie, nawet nie sporze, tym czymś, co sam Rohan postrzega jako pewną fundamentalną niekompatybilność, konflikt bez konfliktu – samemu dojść do wniosku, że wyjście łatwe, bezpieczne i pozornie etyczne (odlot) będzie na dłuższą metę moralnie nieakceptowalne i zabójcze dla wspólnoty: ludzie muszą wiedzieć, że niezależnie od sytuacji nikt nie zostanie porzucony. Jak sam Rohan, który symbolicznie odrzucając technologiczną ochronę (traci łazik, wie, że zabranie zmarłym broni nic mu nie da, kończy mu się tlen w butli), a wcześniej, we własnych refleksjach, pozbywając się poczucia wyższości wobec życia-nieżycia na Regisie III, stanie z tą śmiertelną groźbą twarzą w twarz, w heroicznym geście odnalezienia i pogrzebania zmarłych (bo przecież nie wierzy, że odnajdzie zaginionych przy życiu). Wyruszając, rozumie, że może za to zapłacić życiem, ale też wie, że bez tego gestu heroizmu i tak ani on, ani ludzie, za których odpowiada, nie odzyskają spokoju. I tytuł – zarówno powieści, jak i ostatniego jej rozdziału, odnoszą się zarówno do statku (ta nazwa w tytule też jest zresztą bardzo Conradowska), ale i do samego Rohana, tak jako jednostki, jak i jako jednego z ludzi. Ostatnie zdanie, mówiące o statku, który stał w powodzi świateł na tle blednącego nieba, tak majestatyczny w swoim nieruchomym ogromie, jakby naprawdę był niezwyciężony, odnosi się, jak sądzę, może i w większym stopniu do załogi niż do statku. A może jeszcze bardziej jest ono znaczące w odniesieniu do Rohana: pokonani przez organizmy (?) z planety, ludzie odlecą jednak, ostatecznie, niezwyciężeni – nie dlatego, że przeżyli, tylko dlatego, że nie wyparli się swojego człowieczeństwa. I tak, ludzkość nie ma tu innego sposobu na wroga, niż atomówki i antymateria; ale kiedy chodzi o człowieczeństwo, nadal jedyną skuteczną metodą jego ocalenia jest jeden, samotny, nagi wobec potęgi Obcego człowiek, zbrojny jedynie w (jakże to egzystencjalistyczne!) poczucie, że tak trzeba.

Okładka wydania z roku 1982

Nie wiem, czy Stanisław Lem byłby zadowolony z następnej linijki, jaką napiszę, ale zaryzykuję: Niezwyciężony to poza tym wszystkim również udana powieść z elementami kosmicznego horroru. Nastrój grozy, towarzyszący eksploracji Regisa III, jego wymarłego “miasta”, przerażenie bohaterów na widok tego, co się stało z Kondorem, koszmar wyłaniającej się z chmury Obcych przejętej przez nich maszyny bojowej – to wszystko opisane jest w sposób bardzo skutecznie ewokujący klimat zagrożenia i niesamowitości.

To jest pod wieloma względami, jak już mówiłam, powieść dość tradycyjna i wychowani na zasadach rodem z kursów pisania albo generalnie na współczesnych lekturach czytelnicy mogliby zadać w stosunku do niej kilka mocno krytycznych pytań. Tak, nie ma tu bohaterek (choć w zasadzie czemu – w sensie, wiem, co Lem myślał o kobietach w kosmosie, ale ta załoga jest tak kompletnie wyzuta z charakterystyk (a fabuła z motywów) związanych z płcią, że nie robiłoby to IMHO żadnej różnicy), tak, pewne rzeczy są podawane metodą “kawa na ławę”, a obciążone technożargonem dialogi nie są najnaturalniejsze, ale jakby nie o to w tej powieści chodzi. Koncepcyjnie – zarówno jak chodzi o ideę Obcego i kontaktu, jak i o kwestie etyczne – jest to nadal tekst intrygujący i fascynujący. Jest spora szansa, że gdybym miała dziś 18 lat, też by mi się podobało.

(1) Zob. artykuł Szymona Kukulaka w Ruchu literackim, s. 281 – 284

(2) Zob. posłowie J. Jarzębskiego

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s