Sherlocki w obrazkach

… czyli urodziny pana Holmesa. I przy okazji – ciąg dalszy blogowej archeologii, notka oryginalnie ukazała się w styczniu 2017 na moim dawnym blogu.

SIDNEY PAGET I JEGO ILUSTRACJE

Jeden z moich ulubionych bohaterów miał ostatnio urodziny, ergo sobie na niego popatrzymy z tej okazji. Inaczej mówiąc: moi ulubieni Holmesowie, w kolejności, w jakiej się z nimi zapoznałam.


Holmes i Watson w scenie z opowiadania “Grecki tłumacz”, ilustracja S. Pageta z The Strand Magazinei z 1893 roku. Domena publiczna


Holmes na klasycznej ilustracji Sidneya Pageta. Elegancki, wysoki, szczupły, zadbany, bardzo brytyjski. Nawet nie pamiętam, skąd znam ten wizerunek – czy zobaczyłam gdzieś w daleko przeinternetowych czasach pierwszej lektury Conan Doyle’a, kiedy miałam dwanaście lat i, wow, mama mi pozwoliła przeczytać pierwszy w życiu kryminał? Czy poznałam nieco później? Nie pamiętam. W pamięci mam tę postać Holmesa jako znaną od zawsze.

NICHOLAS ROWE

Nicholas Rowe w filmie Piramida strachu, źródło: Pinterest

Nicholas Rowe jako młody Sherlock Holmes w Piramidzie strachu (Young Sherlock Holmes, 1985). Poszłyśmy na ten film z siostrą jako małolaty – ja już chyba miałam za sobą lekturę pierwszych opowiadań o Holmesie, młodsza siostra chyba nawet nie. Z filmu wyszłyśmy zapłakane i zakochane.

GEOFFREY WHITEHEAD

Geoffrey Whitehead jako Holmes, Źródło: The Arthur Conan Doyle Encyclopedia

W latach 80. był sobie polsko-angielski serial o Holmesie, kręcony częściowo u nas: leciał o 17.00 raz w tygodniu i ja go namiętnie oglądałam. Próby czasu nie zniósł, IMHO, najlepiej, ale wtedy naprawdę go lubiłam. Oto Geoffrey Whitehead jako Holmes.

BASIL RATHBONE

Basil Rathbone jako Holmes. Źródło: wikipedia

Holmes klasyczny, czyli Basil Rathbone: pierwsze filmy z nim (te z lat 30. – 40.) widziałam jakoś we wczesnym liceum, kiedy przypomniała je Telewizja Polska. Dłuuugo musiałam się potem przekonywać do Holmesów nie wyglądających dokładnie jak on, oj długo…

JEREMY BRETT


Jeremy Brett, klasyczny Holmes idealny. Oglądałam jego filmy nieregularnie, nie po kolei i na przestrzeni wielu lat. I tak naprawdę dopiero jak je obejrzałam wszystkie pod rząd parę lat temu zrozumiałam, na czym polega jego wielkość jako Holmesa, którego zagrał jako dobrego, ale trudnego, umęczonego życiem wśród ludzi człowieka. Wspaniała, najlepsza z klasycznych wersji postać wielkiego detektywa.

ROBERT STEPHENS

Robert Stephens jako Holmes w “Prywatnym życiu Sherlocka Holmesa”, czyli tym filmie o Holmesie, po który sięgnęłam po pierwsze dla reżysera, który ma u mnie dość nieograniczony kredyt zaufania. Sięgnęłam i się zakochałam, ten film to jest moja sekretna wielka miłość i źródło miliona używanych na co dzień cytatów, które rozpoznaje, z moich znajomych, tak strasznie mało osób… No uwielbiam, także za to przemieszanie parodii, pastiszu, lekkiej groteski (Christopher Lee jako knujący Mycrotf!) i całkiem serio melancholii i powagi.

ROBERT DOWNEY JR

Robert Downey Jr

No dobra, nie oszukujmy się, ten Iron Man Sherlock Holmes jest tu troszeńkę na wyrost. Sherlock Holmes Guya Ritchiego to był film, z którego wyszłam zachwycona – tempem, zabawą, steampunkującymi aluzjami, nastrojem i kreacjami Holmesa (Downey Jr.) i Watsona (Jude Law) – jejku, ktoś wreszcie wymyślił, jak filmowo pokazać dedukcje i zauważył, że Watson ma regularne powodzenie u kobiet! Niestety, kolejne seanse i sequel, Gra cieni, trochę mi to wrażenie popsuły. Fakt, że uważam, że RDJ to jest szalenie efektowny aktor i on, nawet jak przegina, a tu przegina regularnie, budzi sympatię dla swojego bohatera.

BENEDICT CUMBERBATCH

Słuchajcie, tu ze mną nie będzie dyskusji. Każda chyba osoba żyjąca fanowskim życiem ma swoje rzeczy subiektywnie ukochane, prawda? Ja mam tę – Sherlock BBC trafił mi prosto w serce i jestem mu w stanie wybaczyć absolutnie wszystko – no, może poza ostatnim odcinkiem czwartej serii.

WASSILIJ LIWANOW

Ten pan jest… trochę nie wiem, czy w dobrym miejscu, bo nie jestem w sumie pewna, kiedy pierwszy raz widziałam radzieckiego Sherlocka Holmesa z Wasilijem Liwanowem (mam blade wrażenie, że w dzieciństwie), wiem za to na pewno, że świadomie go sobie przypomniałam parę lat temu i że mnie zauroczyły zarówno filmy, jak i Liwanow w roli nieco bardziej emocjonalnego, melancholijnego Holmesa.

JONNY LEE MILLER

Elementary to IMHO serial mocno nierówny, chwilami świetny, chwilami taki sobie (please, tylko nie ten motyw “Adler = Moriarty”), ale i Jonny Lee Miller, i Lucy Liu radzą sobie w nim bardzo dobrze. Znaczy, na tyle dobrze, że prędzej czy później kupię całość na DVD.

BASIL

Dobra dobra, wiem, że to nie Holmes, tylko Basil, wielki mysi detektyw i godny odpowiednik Sherlocka H. w świecie gryzoni. Obejrzałam ten film… w zasadzie czemu ja obejrzałam ten film, świadomie, tak późno? Jest uroczy i bardzo inteligentnie sobie pogrywa Holmesowymi motywami. No i ma Vincenta Price’a jako Moriarty’ego/Rattigana, to się nie mogło nie udać.

Wielki detektyw, choć mysz

Najkrótsza recenzja powinna brzmieć tak: w 1986 roku, adaptując serię książeczek dla dzieci, Disney wyprodukował pierwszego steampunkowego Sherlocka Holmesa, lepszego niż większość steampunkowych/steampunkujących wersji przygód wielkiego detektywa, jakie później napisano i nakręcono. Jednocześnie, na dobrych piętnaście lat przed eksplozją Shrekopodobnego pisania scenariuszy animacji jednocześnie dla dorosłych i dla dzieci, team scenarzystów Wielkiego mysiego detektywa napisał taką właśnie historię – choć to, co jest w niej nie dla dzieci, wiąże się raczej z poziomem fanowskiej wiedzy o twórczości Conan Doyle’a i jej klasycznych ekranizacjach.

Jak pewnie trochę widać z tego bloga, twórczość Conan Doyle’a lubię i znam ją – w miarę, z prawdziwymi znawcami nie mogę się równać. Wielki mysi detektyw, oglądany po raz pierwszy lata temu, sprawił mi, jako czytelniczce Doyle’a od jakichś niepamiętnych ponad trzydziestu lat, niesamowitą radość. No bo przyjrzyjmy się, na ilu poziomach ten film bawi się Holmesowską tradycją.

Na pierwszym, podstawowym poziomie jest, oczywiście, sam zarys fabuły. Na Baker Street pod numerem 221B mieszkają słynny detektyw Sherlock Holmes i jego towarzysz doktor Watson; sylwetkę Holmesa, grającego na skrzypcach, widzimy nawet w pewnym momencie w filmie, a obu panów słyszymi (o czym za moment). Ale nie są oni jedynymi lokatorami tego mieszkania. Pod 221 B na Baker Street miesza jeszcze jeden detektyw.

Basil, tytułowy wielki mysi detektyw, ma odpowiedni kapelusz, lupę i ekscentryczne nawyki: gdyby Sherlock Holmes miał bliźniaka-mysz, Basil by nim był. Mieszka z gospodynią, panią Judson, ale nie ma nikogo, kto mógłby pomagać mu w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek i kto wsparły go w morderczym, wieloletnim pojedynku intelektów, jaki Basil toczy z mysim (he he) Napoleonem zbrodni, złowieszczym profesorem Ratiganem. Znaczy, nie ma aż do dnia, kiedy u jego drzwi stanie mała, zagubiona Olivia Flaversham, której tatę, mysiego mistrza-zabawkarza, uprowadził jednonogi nietoperz. A dziewczynce towarzyszy dżentelmen, doktor David Q. Dawson, weteran z Afganistanu, gdzie służył w 66t regimencie Jej Królewskiej Mysiej Wysokości. Doktor spotkał małą na deszczowej londyńskiej ulicy i pomógł jej znaleźć drogę – a Basil szybciutko się zorientował, że za porwaniem jej taty stoi wspomniany wyżej złowieszczy mysz (he he).


And, honey, you should see me in a crown…

Jak Ratigan mógłby nie być złowieszczy? Nie dość, że oparty jest na postaci profesora Moriarty’ego, nie dość, że ma perfidny plan przejęcia, bagatelka, władzy nad imperium, to jeszcze na dodatek mówi głosem Vincenta Price’a. To jest kolejny poziom gry z Holmesowskim kanonem i generalnie z tradycją w tym filmie: odwołania wychodzące poza fabułę i poza schematy wizualne czy cechy charakteru postaci. Vincent Price wnosi przecież do postaci Ratigana całą swoją aktorską przeszłość, całą wielką tradycję popkulturową, jaką reprezentuje. W tym samym duchu utrzymane są decyzje użycia, dla Holmesa i Watsona, fragmentów nagranych głosów Basila Rathbone’a i Nigela Bruce’a, klasycznych wykonawców tych ról których nie trzeba przedstawiać nikomu, kto o świat ekranizacji Conan Doyle’a się choćby otarł. Obaj panowie już nie żyli, kiedy kręcono Detektywa, użyto więc fragmentów ich dialogów z ról, jakże by inaczej, Holmesa i Watsona. A i w tej samej konwencji mieści się ta urocza nie-całkiem-dla-dzieci scena z oszołomionym Dawsonem tańczącym z tancerkami na scenie – kto widział cudowne Prywatne życie Sherlocka Holmesa będzie wiedział, o czym mówię.

Basil jest zresztą równie Holmesowski jak sam Holmes. Film fantastycznie wręcz podchwytuje pewne specyficzne cechy tej postaci: Basil jest błyskotliwy, ekscentryczny i nieprzewidywalny. Bywa obcesowy i wydaje się chwilami bez serca (ten moment, kiedy mówi Olivii, że nie ma czasu na zaginionych tatusiów), jest przy tym skłonny do depresji i więcej niż trochę zakochany we własnym intelekcie (och, on by wolał umrzeć niż uznać, że Ratigan go ostatecznie pokonał!). Jest jednak przy tym lojalny i zdolny do poświęceń, a o przyjaźni nie umie mówić, za to umie ją okazać. Jest, innymi słowy, znakomitą wariacją na temat postaci Holmesa.

Sama kompozycja narracji i świat, w którym się to wszystko dzieje, jest też, oczywiście, jak z Conan Doyle’a, ale w ogóle troszeńkę też jak z czarnego kryminału (ten bar, gdzie panna Kitty Mouse śpiewa piosenkę wyjątkowo nie dla dzieci!). Mamy porwania, podstępy, perfidny plan zawładnięcia królową i królestwem w dniu diamentowego jubileuszu. Mamy galerię łotrów spod ciemnej gwiazdy, z rozkosznie durnowatym Fidgetem i tą nieszczęsną myszą-pijakiem, której niebacznie wyrywa się słowo na „sz”…. Mamy śmiertelne niebezpieczeństwo wiszące nad bohaterami i cudowne ocalenie dzięki szlachetności Dawsona i błyskotliwości Basila.

No i mamy, w 1986, zupełnie fantastyczną steampunkową historię, zanim jeszcze steampunk na szerszą skalę zaistniał w czytelniczej świadomości (to są niemal dokładnie lata powstawania pierwszych ważniejszych steampunkowych powieści, patrz Tim Powers). No bo popatrzcie: jest pełna suspensu scena w sklepie z mechanicznymi zabawkami. Są dziwaczne latające pojazdy, którymi poruszają się bohaterowie. Jest mistrz-konstruktor jako ofiara porwania, no i jest, w centrum intrygi, mechaniczna kopia królowej Mousetorii, użyta do zastąpienia jej samej i przejęcia władzy przez Ratigana. Jest królowa Wiktoria i jej mysi odpowiednik, są ponure londyńskie uliczki i tylko Kuby Rozpruwacza brakuje (ale jest mordercza kocica). No i są (acz to już nie steampunkowo) absolutnie urocze piosenki.

Bardzo, bardzo polecam. Szczerze mówiąc, polecam także i tym, którzy nie przepadają za klasycznymi Disneyowskimi animacjami. Wizualnie Detektyw to podobny styl, co, powiedzmy, 101 dalmatyńczyków, ale historię obejrzy z przyjemnością także i ta osoba, która woli kryminały od kreskówek.