Ulubieni twórcy, krótkie formy (1): Tamsyn Muir

Jest w polskim fandomie taka absolutnie bezcenna osoba, Małgorzata Wilk, która swego czasu zrobiła rzecz wspaniałą: zebrała pracowicie dostępne legalnie za darmo teksty sporej grupy anglojęzycznych autorów i autorek fantastyki. Szukając czegoś innego do poczytania po kilku polskich powieściach i solidnej porcji prac naukowych, sięgnęłam po zebrane przez Małgosię teksty (opowiadania, ale także wywiady i komentarze) Tamsyn Muir i powiem wam, ta autorka to jest czyste złoto. Ma zacięcie do makabry nie zawsze traktowanej z równie bezczelną dezynwolturą, jak w Gideon the Ninth, zdarza się jej sięgać po ciężkie, ponure tematy i z dużym wyczuciem żenić je z imaginarium pop-fantastyki grozy i potrafi kilkoma akapitami stworzyć taki nastrój, że trudno się od jej tekstu oderwać.

Okładka debiutanckiej powieści Muir. Autor okładki: Tony Arnold. Źródło: Wikipedia

Od Muir zacznę więc nowy, zapewne bardzo nieregularny cykl na blogu – omawianie opowiadań (głównie tych dostępnych online) autorów i autorek, których lubię, zwłaszcza zaś tych dopiero na początku drogi do kariery, mniej (jeszcze?) znanych. I od Tamsyn Muir, której powieści mnie w zeszłym roku absolutnie oczarowały, chciałabym zacząć.

O powieściach Muir, Gideon the Ninth i jej kontynuacji, Harrow the Ninth, pewnie napiszę w tym roku, bo nie mogą się ode mnie te powieści odczepić, ale pierwszą większą notkę na blogu Muir dostanie jako autorka opowiadań. Są to w większości teksty dostępne online, przy każdej mini-notce będzie więc link do oryginalnej wersji tekstu. Recenzje będą miały niewielkie spojlery, postaram się nie spojlować kluczowych pomysłów.

Okładka Fantasy Magazine z literackim debiutem Muir. Źródło: LibraryThing

The House That Made the Sixteen Loops of Time to tekst z lutego 2010 roku, ukazał się w Fantasy Magazine i był oficjalnym debiutem autorki. I to widać – nie w sensie warsztatowym, bo tekst jest dopracowany i przemyślany, powstał zresztą w ramach ważnych dla środowiska fantastycznego w USA i nie tylko warsztatów literackich Clarion), co raczej w różnicy tonu i klimatu między tą pogodną i ciepłą historią o pętli czasowej a innymi opowiadaniami Muir i jej późniejszymi powieściami. Ten tekst jest lekki, sympatyczny i z gatunku tych podnoszących na duchu. Skupia się na historii czterdziestoparoletniej doktor Rosamund Tilly, z zawodu specjalistki od literatury średniowiecznej. Rosamund odziedziczyła po babci tajemniczy dom przy Arden Lane 14, w którym wychowała swoje dwie córki (pobłogosławione imionami Snowdrop i Sparrow), a kiedy dom okazał się magiczny, przyjęła to prostu jako fakt. Nieco mniej miłości do kapryśnego i lubiącego demonstrować swoje moce (i swoją wyższość nad zwykłymi śmiertelnikami) domu żywi współlokator i najlepszy kumpel Rosamund, Daniel Tsai. Daniel i Rosamund mieszkają razem od lat, są bliskimi przyjaciółmi i nauczyli się – ona z miłością, on z rezygnacją – znosić kaprysy magicznego domu (stupid, temperamental Disney shack, mówi Danny ze złością), w którym żyją. Dom robi różnego rodzaju numery – od zafarbowania szynszyli permanentnie na fioletowo przez zniknięcie brwi jednej z córek Rosamund aż po zafundowanie mieszkańcom Dnia Świstaka.
Tylko czy to był rzeczywiście taki złośliwy przypadek, czy też może dom przy Arden Lane 14 miał swoje własne plany? Albo wręcz – chciał pomóc właścicielce? Bo zamknięta w pętli czasowej Rosamund – za każdym razem, kiedy się głośno odezwała, cofała się do chwili, kiedy Danny zadaje jej pytanie “Did worlds collide?” – musi przemyśleć pewne rzeczy. Przetrenować. Podjąć decyzje. I chyba zrozumieć, że pewne relacje w jej życiu mogłyby być jeszcze lepsze.
Ten tekst jest, jak już wspominałam, pogodny i lekko nawet humorystyczny, nie w zgryźliwy sposób, którego Muir z czasem została mistrzynią, tylko po prostu: sympatyczny i miły, trochę zabawny i z happy endem. Przyszłą Tamsyn Muir zapowiada tu głównie zabawa z planami czasowymi i alternatywnymi wersjami rzeczywistości (ale nie doprecyzuję, bo spojlery).

Okładka Lightspeed nr 88 z opowiadaniem Muir. Źródło: strona czasopisma

“The Magician’s Apprentice” to już bardziej Muir, jaką wkrótce poznamy z powieści. Ten retelling klasycznej opowieści (patrz tytuł, to akurat żaden spojler) zawiera już sporo motywów, które będą charakterystyczne dla późniejszej twórczości autorki. Po pierwsze mamy tu więc, mimo pozornie baśniowego sztafażu, zdecydowanie horrorowe tony i klimat. Cherry Murphy, nastolatka, jest uczennicą czarnoksiężnika, choć, kiedy czyta się tekst, chwilami ma się wrażenie, że jest raczej “wychowanką” kogoś pokroju Humberta Humberta (Lolitai zostaje zresztą explicite przywołana w tekście, wymieniona wśród lektur bohaterki), a momentami nie sposób nie wspomnieć Leona zawodowca. Cherry to pierwsza z nastoletnich postaci , które Muir chętnie czyni swoimi głównymi bohater(k)ami. Takimi trochę zbuntowanymi, mocno niedorosłymi i niekoniecznie poważnymi, obsesyjnymi, a przy tym często obarczonymi problemami i decyzjami nie na swój wiek kilkunastoletnimi dziewczynami (rzadziej chłopcami) są później główne postacie i w opowiadaniu “Chew”, i w nominowanym m. in. do World Fantasy Award i Nebuli “The Deepwater Bride”, a także, przede wszystkim, w obydwu powieściach. Muir bardzo sugestywnie pokazuje tu, jak pan Hollis, mistrz-czarodziej, kształtuje swoją uczennicę, zadając jej nie tylko ćwiczenia z magii, ale i lekcje literatury i sztuki; jednocześnie jednak przygotowuje ją przede wszystkim do ceny, jaką się za magię płaci, a u Muir, żeby nie spojlować za bardzo, magia znajduje się zupełnie niedaleko od takich zjawisk, jak, powiedzmy, wampiryzm: są pewne, nazwijmy to może tak, wydatki energetyczne, które uzupełnia się trudniej niż inne. Kluczem do sukcesu tego tekstu – bo on jest udany, wciągający i przynajmniej mnie zaskoczył rozwiązaniem – jest wybór bohaterki/perspektywy narracyjnej. Ponieważ wydarzenia widzimy z punktu widzenia Cherry, która narratorką jest lekko niewiarygodną, choćby dlatego, że jej nauczyciel zdecydowanie nie wszystko jej wyjawia i jej wiedza o świecie jest niepełna, a priorytety, jak to u nastolatki, niekoniecznie logicznie dobrane – autorka może prowadzić czytelnika przez świat swoim tempie, pewnie rzeczy skutecznie przed nim ukrywając i budując w ten sposób napięcie aż do finałowego ujawnienia, co Cherry będzie musiała zrobić, żeby wreszcie przestać być głodna.

Okładka Nightmare Magazine ze stycznia 2013; w tym numerze okazało się opowiadanie “Chew”. Źródło: Amazon.

“Chew” to opowiadanie z roku 2013, opublikowane w Nightmare Magazine; jako jedyne ze znanych mi tekstów autorki osadzone jest w konkretnych historycznych realiach (w pewnym sensie “The Woman in the Hill” też ma określoną datę, ale tam chodzi raczej o skojarzenia z czasem akcji Lovecrafta, tu natomiast historia jest kluczowym kontekstem). Muir wpisała swoją fabułę w historię II wojny światowej, odwołując się do fali gwałtów wojennych w Stuttgarcie w okresie tuż po zakończeniu wojny. Pogłoski (potwierdzone w części zeznań) wiązały te akty przemocy z francuskimi kontyngentami, głównie tymi z Maroka i Tunezji, ale inne armie także nie były bez winy. Wspominam o tym, gdyż ten motyw pojawia się w tekście: jedyna osoba dyskutująca ataki na kobiety, ojciec głównego bohatera, w oczywisty sposób wini obco wyglądających Tunezyjczyków i Marokańczyków; że winnym może być biały Amerykanin, nie przychodzi mu do głowy.
Tekst napisany jest znowu z perspektywy niewiarygodnego narratora, i znowu jest nim nastolatek, choć może tu raczej jeszcze trochę młodszy dzieciak, taki dwunasto-trzynastoletni. Anton, syn pracownika szpitalnej kostnicy, jest Niemcem w świeżo zdobytym przez aliantów Stuttgarcie. Ojciec, ewidentnie wychowujący go samotnie, nie ma nic przeciwko temu, że w wolnych chwilach chłopak kręci się przy amerykańskich żołnierzach, a konkretnie przy jednym: młodym, wesołym, częstującym gumą do żucia chłopaku. Pewnego dnia Anton przypadkiem zauważa dziwne zachowanie swojego Amerykanina, który robi coś przerażającego z jakąś obcą kobietą w opustoszałym miejscu za zamkniętą fabryką… a potem ta sama kobieta trafia w ręce ojca chłopca. Do kostnicy.
Amerykanin Antona jest gwałcicielem i mordercą, a sam Anton, powoli zaczynający rozumieć, co się stało, używa jego daru – gumy do żucia, którą uwielbiał – by, nie do końca wiedząc, co robi, odwrócić to, co się stało.
Muir w “Chew” ogrywa klasyczny dla grozy motyw zombie, pożerających ludzi, wpisując go jednak w historię zemsty – a może nawet nie zemsty, a sprawiedliwości. Efektownie buduje w tekście nastrój makabry i grozy. Anton ucieka przed prawdą zbrodni i kary za nią, ale też przed wojenną codziennością, którą widywał całe dzieciństwo, w fantazje o tym, że za zniszczenie dookoła odpowiadają potworne, gigantyczne mrówki, które wyobraża sobie jak kosmitów z awanturniczej fantastyki tamtych czasów. Potwór z komiksu / opowieści jest w końcu bezpieczny i oswojony przez wyobraźnię w porównaniu z koszmarem tego, co się dzieje i działo dookoła. Zwłaszcza kiedy do wojny i zabójstwa dojdzie niesamowitość, a zamordowana przez żołnierza dziewiętnastoletnia Elke powstanie, by szukać zemsty. Skupienie na perspektywie Antona sprawia, że ta historia nabiera dodatkowej siły: on nie musi rozumieć, co się stało z Elke, żeby wiedzieć, że spotkała ją krzywda i mieć poczucie, że powinien pomóc, a jednocześnie – sam też jest przecież dotknięty i przerażony tym, co się dzieje, tak zbrodnią, jak i karą. Wybrana przez Muir perspektywa narracyjna dodaje jednocześnie tekstowi oryginalności: grając tematami i motywami obrobionymi przez literaturę grozy i fantastykę od dawna (zombie!), poruszając temat ugruntowany w historii, autorka ujmuje go od nieoczekiwanej strony. Emocjonalnie tekst jest ciemny, ciężki i ponury – inaczej niż w większości tekstów Muir nie ma tu sarkastycznych komentarzy ani postaci radzących sobie z paskudnym światem przy pomocy ironii i nastolatkowego przekonania o tym, że w swoim geniuszu jakoś dadzą sobie radę. Jest za to body horror, oszczędnie (choć nie mniej przez to przerażająco) opisana makabra i wiarygodny główny bohater.

Okładka Clarkesworld 111. Źródło: strona pisma

“Union” to opowiadanie z magazynu Clarkesworld z roku 2015. Autorka w którymś z wywiadów powiedziała, że jest z tego tekstu szczególnie dumna, i trochę trudno się jej dziwić, bo to opowiadanie, które pokazuje jej możliwości w więcej niż jednej konwencji. “Union” oscyluje między SF – akcja osadzona jest w rolniczej kolonii gdzieś na peryferiach świata z zaawansowaną technologią) a weirdem. Z tej ostatniej konwencji wywodzi się sam kluczowy koncept: żony, wyhodowane z roślin i przydzielane przez instytucje rządowe kolonistom. Autorka w sposób charakterystyczny dla weirdu nie udziela nam szczegółowych informacji, kim są żony i skąd się biorą. Czy są genetycznymi hybrydami? Jak powstają? Jak rodzą dzieci – bo że rodzą, to wiemy?). O tym wszystkim nie dowiemy się z opowiadania. Muir nie zostawia za to wątpliwości co do faktu, jak są traktowane. Żony są zasobem – przydziela je rząd (nie za darmo, o nie!), a społeczność wydziela im obowiązki, związane zarówno z rodzeniem i wychowaniem dzieci, jak i z pracą na roli. Z prawami gorzej – trudno powiedzieć, czy żony w ogóle jakieś mają, czy są traktowane jako członkinie społeczności, czy jako własność. Kiedy miejscowość dyskutuje pogłębiający się problem żon, pojawia się lęk przed tym, jak władze zareagowałyby na ewentualne akty agresji, ale też uwaga, że oskarżyć mieszkańców kolonii można by było głównie o uszkodzenie własności.
Przy czym uwaga: Muir nie ustawia tu konfliktu na linii “męskie versus żeńskie”, bo w kolonii Franckton żyją zarówno mężczyźni, jak i kobiety, a żony zostają przydzielone i jednym, i drugim; nie jest to więc grubo ciosana metafora, powiedzmy, aranżowanych małżeństw, tylko opowieść grozy, w której bynajmniej nie wszystko jest jasne. Nie jest, bo zagrożenie, jakie niosą ze sobą żony, jest prawdziwe: coś dzieje się wokół nich, coś obcego i dziwacznego, plony marnieją, a zwierzęta gospodarskie umierają. Ale czy to działanie jest celowe? Czy wynika ze złych zamiarów, czy też jest tylko efektem ubocznym natury żon, nieludzkiej i niezrozumiałej? No i – co społeczność może w takiej chwili zrobić, żeby się ratować? Co mogą zrobić, żeby się ratować, żony?
W efekcie nie dostajemy opowieści z morałem, a niejednoznaczną i dość otwartą, jak chodzi o zakończenie, historię trochę jak ze złego snu, z zakończeniem, które niczego nie kończy, a jednocześnie – coś czytelnikowi mówi o ludzkiej naturze i jej skłonności do nie-widzenia tego, co niekomfortowe i nie z tego świata.

Dla Tamsyn Muir horror i literatura grozy są naturalnym punktem wyjścia i tą konwencją, która jest pisarce, patrząc po wywiadach, szczególnie bliska. Trudno się więc dziwić, że spróbowała swoich sił także w tekstach inspirowanych twórczością H. P. Lovecrafta. Dla antologii Dreams from the Witch House: Female Voices of Lovecraftian Horror Muir napisała opowiadanie “The Woman in the Hill”, przedrukowane potem w 2017 przez Nightmare Magazine.
“The Woman in the Hill” można bez chwili wahania nazwać Lovecraftowskim pastiszem, nawet mimo że nie padają w nim typowe dla autora “Koloru z przestworzy” frazy i formuły, a i wzmianek o przedwiecznych bóstwach z odległych eonów też brak. Muir za to odtwarza w swoim tekście fabularny schemat typowej opowieści spod znaku Lovecrafta i jego naśladowców. Dostajemy więc ramę narracyjną w postaci listu niejakiej Caroline B. do przyjaciółki, doktor Dorothy L., z domknięciem zewnętrzną informacją-dopiskiem, że podobnie jak wszystkie inne bohaterki, doktor L., adresatka, także zaginęła. Sam list dotyczy kolejnych dwóch kobiet – zaginionej wcześniej Alice N. i zaprzyjaźnionej z autorką listu Elizabeth W. Taka konstrukcja – opowieść osoby X o tym, jak tragiczne wydarzenia związanie z osobą Y pchnęły ją na drogę poszukiwań zakazanej prawdy, często z informacją od narratora / z zewnątrz, potwierdzającą dalsze losy autora listu (losy, dodajmy, niewesołe) – u Lovecrafta pojawia się dość często; opowieść często przyjmuje formę listu lub pamiętnika / notatek. Akcja, podobnie jak w wielu tekstach Lovecrafta, dzieje się w czasach współczesnych pisarzowi z Providence (1908), i choć zamiast w Nowej Anglii osadzona jest w ojczyźnie Muir, Nowej Zelandii, kolonialny klimat jest poniekąd podobny: bohaterkami są kobiety z klasy wyższej i średniej, a wzmianka o rdzennych mieszkańcach pojawiają się najpierw w kontekście zagrożenia ewentualnym atakiem z ich strony. Z typowo Lovecraftowskimi motywami Muir pogrywa sobie również w opisie tajemniczego portalu wśród wzgórz i otaczających go dziwacznych płaskorzeźb. Portal przyciąga i fascynuje; kolejne bohaterki nie mogą oprzeć się pokusie, by wejść do środka.
No właśnie, bohaterki. Tu jest główna różnica między Lovecraftem a jego pastiszem u Muir. U niej wszystko rozgrywa się w kobiecym świecie. Bohaterki – Alice, Elizabeth, Caroline, wreszcie, czego dowiadujemy się nie wprost z dopisku, Dorothy – nie mogą, podobnie jak Lovecraftowscy bohaterowie, oprzeć się pokusie zajrzenia za drzwi, za którymi jest COŚ. I lepiej, żebyśmy się nie dowiedzieli, co. Swoista forma szaleństwa, które spada na bohaterki w wyniku eksploracji tego, co za drzwiami, też jest bardzo w stylu Lovecrafta. Muir nie potrzebuje Czarnej Kozy z Lasu, żeby ograć skojarzenia, które chce nam zasugerować.
Widać w tym opowiadaniu już pewne motywy, które wrócą, przetworzone, w Gideon the Ninth. Zamknięte drzwi, za którymi czai się upiorna zagadka. Kolejne postacie znikające, jak w fabułach Agathy Christie. Dziewczyny i kobiety jako główne postacie w takich gatunkowo fabułach, jakie kiedyś pisano dla bohaterów. A jednocześnie ten tekst nie jest tylko przekładaniem znanych klocków, bo autorka dokłada swoje własne pisarskie ja do udanego pastiszu, a motywy, które pojawiają się w tym tekście, wrócą później w powieściowej twórczości autorki.

Najlepiej jednak Muir-przyszłą autorkę Gideon the Ninth, widać w nominowanym do Nebuli, World Fantasy Award i paru innych nagród tekście “The Deepwater Bride“. Jest to jedyne z recenzowanych tu opowiadań, które nie jest za darmo osiągalne w internecie – ukazało się w roku 2015 w Fantasy and Science Fiction (nr 07/08). Tu także, jak w kilku recenzowanych powyżej tekstach, bohaterkami głównymi są młode dziewczyny. Hester Blake jest szesnastolatką – taką prawdziwą, pełną poczucia wyższości wobec świata i rozpaczliwej nieadekwatności jednocześnie, w tej samej chwili znudzoną i zafascynowaną światem, mieszkającą w małym nadmorskim miasteczku, gdzie razem z ciotką zajmuje się obserwowaniem znaków zapowiadających nadejście mrocznych pradawnych bóstw z morza. A konkretnie jednego, który wyłoni się z otchłani, zniszczy kawał świata i będzie szukał małżonki. Aha, bo Hester razem z ciotką są wieszczkami: zajmują się obserwowaniem i notowaniem obecności w świecie istot, które są rodem prosto z Lovecrafta. Muir bardzo efektownie ogrywa tu, podobnie jak w “The Woman in the Hill”, Lovecraftowskie skojarzenia, tym razem jednak robi to mniej poważnie, mniej dramatycznie, niż w analizowanym poprzednio opowiadaniu – no i tu jej bohaterki stoją nie tyle na miejscu Lovecraftowskich bohaterów, co czarnych charakterów: należą do prastarej rodziny, w linii żeńskiej dokumentującej od lat obecność pradawnych bóstw, ba, wręcz związanych z nimi swoistym paktem. Ciotka zna swój los i wie, że jej śmierć jest blisko; niepokoi ją tylko fakt, że nigdy, w żadnym przebłysku, nie zobaczyła, jak umrze Hester.
Tymczasem Hester stawia sobie za punkt honoru wytropienie, przy pomocy znaków i omenów, trywialnych jak fusy z kawy i upiornych jak truchło rekina na drzewie, po kogo przyjdzie podwodne bóstwo. Poszukiwania wkrótce wskazują na nastoletnią blondynkę w koszulce One Direction. Rainbow (jakże inaczej mogłaby mieć na imię!) jest kompletnym przeciwieństwem Hester, ale jakimś cudem klasowa nerdka i klasowa gwiazda (bo tak niewątpliwie podzieliłyby się rolami w szkole) zaczynają się dogadywać coraz lepiej i są sobą coraz bardziej zafascynowane. A tymczasem znaki wskazujące na nadejście podwodnego bóstwa są coraz intensywniejsze…
To jest szalenie udane, moim zdaniem, opowiadanie, i to nie tylko dlatego, że Muir bardzo efektownie buduje tutaj finałowy twist. Najbardziej chyba lubię w tym tekście to, jak Lovecraftowskie motywy są tu połączone z udanym i, moim zdaniem, w stu procentach wiarygodnym ukazaniem nastolatek. A że przy tym Muir tu chyba po raz pierwszy na aż taką skalę ogrywa swoje cięte, sarkastyczne poczucie humoru i umiejętność ukazania narodzin nastoletnich uczuć – kłopotliwych, niepewnych, czasem histerycznych, ale wcale przez to nie mniej prawdziwych – mamy tu już zapowiedź wszystkich jej najmocniejszych stron. Marudne nastoletnie lesbijki stają twarzą w twarz z Wielkim Przedwiecznym? Serio, chcecie to przeczytać! Plus, jest tam jeszcze jeden błyskotliwy pomysł, ale jak go sobie chcecie zespojlować, to zajrzycie na anonimowy komentarz pod mini-recenzją opowiadania, ten z godziny 08.57.

Okładka Fantasy and Science Fiction z opowiadaniem “Deepwater Bride”. Źródło: Goodreads

Z krótkich tekstów Muir został mi tylko jeden – “The Mysterious Study of Doctor Sex”, ale jako że ten tekst wiąże się bezpośrednio z cyklem powieści Muir, wspomnę o nim przy recenzji Harrow the Ninth. No i mam nadzieję w najbliższym czasie napisać podobną notkę o którymś innym z ulubionych nowych twórców – najpewniejszą kandydatką jest Arkady Martine.

Podsumowanie 2020 (2): fantastyka zagraniczna

Czas goni, rok się kończy, podsumowania trzeba pisać.

Ta część będzie o tekstach fantastycznych – obcojęzycznych. Co w tym roku oznacza głównie “anglojęzycznych”, choć z różnych kręgów kulturowych tego anglojęzycznego świata się wywodzących.

Pozwolę sobie podzielić ten wpis na dwie części. Pierwszą poświęcę tekstom z roku 2020 (albo w 2020 nominowanym do nagród, czyli wydanym o rok wcześniej, bo za 2019 podsumowania nie napisałam), drugą – powrotom do znanych wcześniej ulubionych powieści, bo takie lektury stanowiły znaczącą część mojej listy czytelniczej w (ciągle jeszcze) bieżącym roku.

W kategorii powieściowej ujmuję również mikropowieści – ciężko z nimi na naszym rynku, nie mają swojej niszy, ale na świecie jest ich coraz więcej, a w tym roku miałam do nich spore szczęście.

This Is How You Lose the Time War Amal El-Mohtar i Maxa Gladstone’a to nieco inne podejście do klasycznego motywu podróży w czasie i paradoksów czasowych. Napisana poetyckim językiem, kreująca bardzo literackie obrazy dwóch przeciwstawnych agend przyszłości – jednej cyberpunkowo-technokratycznej, drugiej organiczno-naturalnej, obu despotycznie bezwzględnych – i dwóch uwolnionych z linearnego czasu, a jednocześnie poddanych permanentnej kontroli agentek, które odkrywają nieoczekiwane, powoli narastające między nimi uczucie, mikropowieść El-Mohtar i Gladstone’a zdobyła Hugo i Nebulę w swojej kategorii. Czytałam ją powoli, smakując – to skomplikowana i gęsta formalnie proza, której ogromną zaletą jest styl i sposób ujęcia, a także postacie protagonistek i sposób napisania tego, jak powoli zakochują się sobie. Bez tego mielibyśmy kolejne timey-wimey, a tak – dostajemy złożoną ze znanych elementów zupełnie nową konstrukcję.

Do tych samych nagród nominowane były inne bardzo udane mikropowieści. Stworzona wspólnie przez czwórkę autorów (Rivers Solomon, William Hutson, Jonathan Snipes i znany raczej jako muzyk i aktor Daveed Diggs) The Deep to ponura i nastrojowa, bardzo muzyczna w charakterze opowieść o syrenach – ale zupełnie innych niż te, które znamy z legend i z filmów dla nastolatków. Tutaj są to cudem ocalone dzieci, urodzone tonącym, wyrzuconym w morze podczas transportu matkom-niewolnicom. Ich oryginalna, drapieżna podwodna społeczność odrzuciła pamięć traumy – żyją bez wspomnień, które zrzucane są na jedną osobę w społeczeństwie. Tyle że tym razem padło na kogoś, kto nie jest gotowy do niesienia tego ciężaru – i może dlatego okazuje się, paradoksalnie, osobą zdolną do wprowadzenia niezbędnej społecznie zmiany… To ciężki, ponury tekst, bardzo efektowny i pomysłowy, aż by się prosił o jakąś wizualną reprezentację.

Autorem, po którego mikropowieści (również nominowane do nagród) sięgnęłam w tym roku w większej ilości, jest P. Djèlí Clark. Szczególnie zapadł mi w pamięć The Haunting of Tram Car 015: dość klasyczny kryminał w realiach urban fantasy (czytaj: magia, duchy i upiory) osadzony w alternatywnym świecie z dominującą kulturą arabską. Bardzo przyjemna lektura, jak ktoś lubi takie historie.

Wśród pełnowymiarowych powieści zachwyciło mnie A Memory Called Empire Arkady Martine, tegoroczna zwyciężczyni Hugo. Mamy tu klasyczne spaceoperowe realia: kosmiczne imperium, niewielka sąsiadująca stacja wyposażona w unikatową technologię zapisu osobowości i w tym wszystkim młoda pani ambasador, przekonana, że wszczepiona jej osobowość poprzednika – nawet niedoskonała, bo poprzednik nie dopełnił obowiązku aktualizacji – przeprowadzi ją płynnie przez mielizny skomplikowanej imperialnej etykiety i mordercze wiry politycznych koterii w państwie, w którym nikt nikomu nic nie mówi wprost. O, jakże się biedna myli!
I to by już wystarczyło na przyjemną lekturę, zwłaszcza że autorka daje i Mahit (pani ambasador) i jej poprzednikowi Yskanderowi ciekawe historyjki poboczne (romanse, mocno tęczowe, intrygi, fascynacja Mahit kulturą imperium i jej rosnące poczucie, że jej zrealizowane marzenie i życiowe osiągnięcie to jakaś koszmarna pułapka, w jaką ją wpędzono), ale w tym wszystkim jest więcej. Arkady Martine, a tak naprawdę dr AnnaLinden Weller, jest specjalistką od historii Bizancjum i choć jej imperium nazwę, język i pewne ważne elementy kulturowe zawdzięcza Aztekom, ma też sporo wspólnego ze studiowanymi przez autorkę mechanizmami relacji między dominującym kulturowo (choć mocno tracącym politycznie) Bizancjum a niewielkimi państwami, z którymi pozostaje ono w kruchej, niepewnej równowadze sił politycznych, ale które uwodzi kulturowo. Martine nie głosi kazań o kolonializmie ani o imperialności, ona w lekkiej, ale przemyślanej w każdym fragmencie formie pokazuje nam je w działaniu. Debiut, ale jaki!

Po kilkunastu latach wróciła z kolei do pisania Susanna Clarke. Jej Piranesi to w sumie tekst nieduży, bliski mikropowieści i w specyficzny, a zupełnie przypadkowy (geneza miała więcej wspólnego z chorobą i związaną z nią izolacją autorki) odnoszący się do doświadczeń odcięcia i izolacji, tak charakterystycznych dla tego roku. To jest powieść zupełnie inna niż jej pierwsza (i jedyna do tej pory) większa forma, wybitny Jonathan Strange and Mr. Norrell z roku 2004). Piranesi to (absolutnie nieprzypadkowe) nie-imię człowieka, zagubionego w samotności nie-ludzkiego miejsca i usiłującego w swoim rozbitym i złożonym ponownie umyśle zbudować wokół siebie ład świata. To jest specyficzna powieść, wyciszona, bez zwrotów akcji, bardzo introspekcyjna, niezwykle pomysłowa i przepięknie obrazowo napisana. Pewnie nie każdemu się spodoba, ale mnie zachwyciła.

Odkryciem roku były także dla mnie dwie powieści Tamsyn MuirGideon the Ninth (2019) i jej kontynuacja z 2020, Harrow the Ninth. Były dla mnie obłędnie odświeżającym przeżyciem, bo Tamsyn Muir, jak jej bohaterki, niczego się nie boi. Z kompletną, radosną dezynwolturą miesza konwencje, motywy i klimaty, kompletnie nie przejmując się tym, co się tradycyjnie w jakiej fantastycznej konwencji robi, a czego nie. Pyskata jak gwiazdka rocka, cyniczna jak bohaterowie czarnego kryminału i zbuntowana jak nastolatka, którą jest, jej główna bohaterka, Gideon, chce wyrwać się z Dziewiątego Domu – planetki-grobowca, na której mieszka wśród szkieletów, ożywionych trupów i nienawidzącej jej administracji zarządzanej przez błyskotliwą, zblazowaną, nie do końca zrównoważoną i równie jak Gideon nastoletnią księżniczkę-nekromantkę Harrow, z którą łączy ją wspólny sekret i serdeczna nienawiść. Spełnia swoje marzenie tylko po to, by wylądować, jako rycerz rzeczonej Harrow, w nawiedzonym gotyckim zamczysku w kosmosie, gdzie, idąc śladami niezniszczalnych sług rządzącego od dziesięciu tysięcy lat Cesarza Wskrzesiciela, ma pomóc znienawidzonej przeciwniczce uzyskać nieśmiertelność i ukryć wspólne przerażające sekrety. No i nie dać się uwieść żadnej z niebezpiecznych kobiet w okolicy. I zrozumieć, że rzeczy i emocje nie są tym, czym się wydają. Rany, co to była za jazda!
No, a potem Muir wydała Harrow the Ninth, gdzie postawiła świat na głowie i pokazała, jak kompletnie nie obchodzą jej lekcje z kursów kreatywnego pisania – wiecie, te o unikaniu narracji w drugiej osobie, o konieczności wyjaśniania czytelnikowi, co się dzieje i takie tam. Trzęsłam się z ekscytacji przy lekturze, nie wiedziałam, czy bardziej chcę skończyć, żeby wiedzieć, co będzie, czy też zwolnić i mieć na dłużej.

Drugą autorką, której czytałam w tym roku więcej, była kanadyjsko-meksykańska pisarska Silvia Moreno Garcia. Jej Gods of Jade and Shadow, błyskotliwa wariacja na tematy zazwyczaj łączone z powieściami spod znaku paranormal romance i młodzieżówkami, dostało w 2020 kilka nagród, jak najbardziej zasłużonych. W 2020 Moreno Garcia dołożyła do swoich publikacji własne – zanurzone mocno w meksykańskich realiach i w dyskursie związanym z relacjami Meksykanów z Europejczykami – ujęcie klasycznej gotyckiej powieści, Mexican Gothic. Więcej o tej bardzo udanej powieści napisałam tutaj.

Z 2020 zostało mi do przeczytania kilka ciekawych nowych obcojęzycznych rzeczy (przede wszystkim obsypane nagrodami Ten Thousand Doors of January Alix E. Harrow i czytane właśnie Phoenix Extravagant Yoona Ha Lee), ale to nie był dla mnie tylko rok nowych książek. Z satysfakcją wracałam w nim także do ulubionych powieści, zarówno tych czytanych dość niedawno, jak i nowych.

Powtórzyłam, czekając na film Denisa Villeneuve’a, Diunę Franka Herberta po ponad dekadzie od poprzedniej (nie pierwszej…) lektury. Ta powieść się naprawdę dobrze starzeje, muszę przyznać – postacie są wiarygodne i intrygujące, przy całej nadzwyczajności i cudowności, pomysł światotwórczy nadal świetny, a i klimat znakomity. Wróciłam do uwielbianej Ady Palmer – muszę kiedyś napisać o cyklu Terra Ignota, bo to jedna z powieści, które się albo kocha, albo ich nie znosi: Palmer to jest taka autorka, która się nie boi walnąć ci strony w neołacinie, po czym dorzucić jej wersję klasyczną (łacińską z czasów Cezara, znaczy!), która ci będzie lecieć długimi passusami pastiszu Woltera, rozsiewać przez dwa tomy aluzje do Homera czytelne głównie dla fachowców, by w pewnym momencie wyłożyć kluczowe homeryckie karty na stół – i która nam zrobi głównym narratorem/bohaterem łagodnego i miłosiernego masowego mordercę, a potem powolutku, powolusieńku poprowadzi nas do zrozumienia, jak bardzo wiele on przed nami ukrywa. To jest mój prywatny nerdowski raj, ta powieść.

Ale tekstem, do którego wracałam najczęściej – trzy razy w samym 2020! – jest powieść, którą znam od wielu, wielu lat i nieodmiennie mnie zachwyca: The Stars My Destination Alfreda Bestera. I zawsze, kiedy czytam jego przenikliwą wizję neowiktoriańskiego protocyberpunkowego społeczeństwa, które oddało władzę finansowej neoarystokracji, ubogich zepchnęło na peryferia, a kobiety do gineceum, ile razy śledzę dzieje Gully’ego Foyle’a, który jest antybohaterem nie tylko z etykietki (bo autor nie pozostawia żadnej wątpliwości co do moralnej oceny wielu jego czynów – on sam, od pewnego momentu, też tych wątpliwości nie ma) i związanych z nim meandrami fabuły kobiet i mężczyzn, nie mogę oprzeć się jednej myśli: JAKIM CUDEM tak nowoczesna, antycypująca tyle tropów i motywów, przenikliwa społecznie powieść powstała w 1956 roku? Top topów fantastycznej klasyki dla mnie.

Pod wieloma względami 2020 był koszmarny i trudny, ale czytelniczo dał mi gigantyczną satysfakcję. Dawno nie zdarzyło mi się dołożyć do mojej listy ulubionych powieści wszechczasów tylu nowych tytułów i z taką satysfakcją wracać do dawnych ulubionych tekstów. A w 2021 czekają m.in. trzecia część cyklu Muir i A Desolation Called Peace Martine. Już nie mogę się doczekać.