The Falcon and the Winter Soldier, twórca: Malcolm Spellman, reżyseria: Kari Scogland, muzyka: Henry Jackman. Obsadę wymieniam we wpisie.

Sebastian Stan (Bucly Barnes / Zimowy Żołnierz / Biały Wilk i Anthony Mackie (Falcon / Kapitan Ameryka)
No więc, co powinno być oczywiste z poprzedniego wpisu, mam wakacje i oglądam sobie różne rzeczy z uniwersum Marvela… Jak to z jakiego poprzedniego wpisu? No, tego z analizą bitwy o Nowy Jork w Avengersach. Jak to go nie opublikowałam?
No, prawda, nie opublikowałam. Miał być pierwszy, ale strasznie pożera czas przy pisaniu, więc najpierw będzie trochę impresji z Falkona i Zimowego Żołnierza, a bitwa i wyjaśnienia, co mnie tak na Marvela wzięło, później.
Na obrazu jeden ze złoli, a pod nim – spojlery.

Kanadyjski aktor i mistrz MMA Georges St-Pierre w roli Georgesa Batroca
Najkrócej rzecz ujmując – nie wiem, czy jak dla mnie, licząc obiektywne kryteria, nie jest to najlepszy serial Marvela (choć, trochę wbrew opiniom większości, akurat ja uważam, że w ramach własnej franczyzy ma całkiem solidną konkurencję – na pewno w postaci I sezonu Lokiego, Hawkeye’a, a jeśli liczyć seriale z szerokiego uniwersum – przede wszystkim świetnego I sezonu Jessiki Jones z może najbardziej udanym serialowym villainem Marvela, Kilgravem, w brawurowej interpretacji Davida Tennanta).
Gatunkowo, Falcon i Zimowy Żołnierz (wybaczcie niekonsekwentne użycia tytułów w PL i ENG) bliski jest trochę policyjnym buddy movies, gdzie dwóch niedobranych partnerów musi przekonać się, że (zawodowo) są dla siebie stworzeni, a trochę – thillerowi z motywami politycznymi i społecznymi. W głównych rolach ma ważne postacie ze świata Avengersów – trochę mało docenionego przez twórców w oryginalnej serii Sama Wilsona/Falcona (Anthony Mackie) i zdecydowanie docenionego Zimowego Żołnierza / Bucky’ego Barnesa (ulubieniec sporej części widzów, Sebastian Stan). W tle pojawiają się inni bohaterowie znani z uniwersum: Sharon Carter (Emily VanCamp), James Rhodes / War Machine (Don Cheadle; i nie, nie będę tu dyskutować kwestii, które pojawiły się w Secret Invasions), absolutnie fantastyczny i kradnący każdą scenę, w jakiej się pojawia, baron Zemo (Daniel Brühl) lub obecny w trzech odcinkach, znany z Zimowego Żołnierza złoczyńca Batroc (Georges St-Pierre) albo grupka wakandyjskich Dora Milaje na czele z Ayo (Florence Kasumba). Towarzyszy im grupa nowych postaci, zarówno pomagających bohaterom (Sarah Wilson, siostra Falcona – w tej roli Adepero Oduye – i jej synowie, kumpel Falcona i przyszły jego następca, Joaquin Torres, grany przez Danny’ego Ramireza), jak i stająca im, tak czy inaczej, na drodze. Tu z jednej strony będziemy mieć głównych antagonistów serii, czyli ruch Flag Smashers i jego przywódczynię Karli Morgethau (znakomita Erin Kellyman), z drugiej – nowego Kapitana Amerykę, w postaci (pozornie) wzorowego amerykańskiego oficera Johna Walkera (który, w odróżnieniu od Wilsona, jest białym przystojniakiem o blond włosach i kwadratowej szczęce, a więc w oczach władzy lepiej się na następcę Steve’a Rogersa nadaje; gra go, bardzo kompetentnie, Wyatt Russell) i jego pomocnika Lemara Hoskinsa / Battlestara (Clé Bennett). No i jest jeszcze poboczna, ale znacząca zarówno dla fabuły, ale i dla idei całego serialu, postać, jaką jest Isaiah Bradley – zapomniany czarnoskóry superżołnierz z czasów wojny koreańskiej, ofiara eksperymentów zarówno rządu USA, jak i HYDRY. Jego rolę odtwarza Carl Lumbly, który w latach 90. grał w wyprodukowanym przez Sama Raimiego serialu M.A.N.T.I.S. bodaj czy nie pierwszego w TV czarnoskórego superbohatera.

Wyatt Russell jako John Walker / Kapitan Ameryka
Fabularnie Falcon i Zimowy Żołnierz jest spójny i konsekwentny – co nie zawsze da się powiedzieć o serialach z uniwersum Marvela, nawet tych, które – jak Hawkeye – zdecydowanie mi się podobały. Tutaj główne wątki – zagrożenie ze strony Flag Smashers, rodzinne problemy Falcona ukazane na tle ogólnych problemów czarnej społeczności USA, konsekwencje rozmaitych decyzji podjętych wcześniej przez Avengersów (od odwrócenia Thanosowego Blipa przez odejście Steve’a Rogersa po skutki buntu drużyny Kapitana przeciwko Porozumieniom z Sokovii) – splatają się w jedną i fabularnie spójną całość. Nie miałam ani razu wrażenia – jakie miewałam choćby przy wątku Yeleny w Hawkeye’u czy Riri w Wakanda Forever – że oglądam dobrze poprowadzony wątek bardzo przyzwoicie zagranej postaci, który jednak powinien był samodzielną opowieścią, bo tu, gdzie jest, raczej miesza i rozbija fabułę niż jej pomaga. W Falconie i Zimowym Żołnierzu sensownie i umiejętnie stopniowane są też rodzaje zagrożenia – od osobistych / lokalnych przez te bardziej ogólne aż po globalną skalę zagrożenia, jakim jest Karli i jej grupa rewolucjonistów.

Erin Kellyman w roli Karli Morgenthau
Za co przede wszystkim lubię ten serial? A za to, że jest, w swoich koncepcjach i założeniach, odważny. Czego, powiedzmy sobie szczerze, nie da się powiedzieć o większości nawet najsympatyczniejszych Marvelowych produkcji.
Lubię uniwersa, i lubię, kiedy twórcy takiego uniwersum eksplorują nie tylko najbardziej oczywiste jego kawałki – dlatego, w odróżnieniu od chyba większości widzów, mnie podobała się She-Hulk i czekam na Marvelowe/ Starwarsowe / Startrekowe kryminały, romanse i heist movies z dużą radochą – w końcu ta obyczajówka w świecie Batmana, no, ta o Jokerze, to całkiem była udana, nie? Za to też polubiłam Falcona i Zimowego Żołnierza. Bo po pierwsze, twórcy poszukali ciekawych motywów w tle uniwersum, a po drugie – zrobili to odważnie.
Podobnie jak Hawkeye, ten serial skupia się na tych mniej oczywistych, mniej zamożnych i mniej sławnych Avengersach, i pokazuje także ich zmagania z codziennym życiem – nie oszukujmy się, miliarder Tony Stark raczej nie spotkałby się z odmową kredytu w lokalnym banku, a Steve’a Rogersa żaden policjant nie próbowałby agresywnie zmusić do wylegitymowania się po publicznej kłótni z białym facetem na ulicy… To jednak jest w sumie może i najbardziej przewidywalne – podobnie jak raczej do przewidzenia (ale to nie znaczy, że źle wprowadzony czy niepotrzebny, wręcz przeciwnie) jest, w przypadku serii mającej w centrum jednego z nielicznych afroamerykańskich Avengersów, wątek rasowy. Tu zawiera on kilka motywów – sytuacja rodzinna siostry Falcona i jego samego, przejmująca historia pierwszego czarnoskórego superżołnierza i bodaj najbardziej nośny fabularnie z tego wszystkiego, bo w zasadzie trwający od pierwszego do ostatniego odcinka konflikt między Falconem a Buckym. Ten ostatni nie rozumie za nic w świecie, czemu Sam oddał tarczę Kapitana, a ten pierwszy za nic w świecie mu nie wytłumaczy, że dla czarnoskórego Amerykanina ta tarcza (i duma z USA, i akceptacja dla całokształtu amerykańskiej polityki) ma nieco inne znaczenie niż miała dla idealistycznego białego nastolatka z okresu II wojny. Bucky widzi w tym wszystkim wyłącznie sprawę osobistą, prywatną, dla niego trudną do pojęcia i kojarzącą się z beztroskim odrzuceniem prywatnego dziedzictwa jego najlepszego przyjaciela – Sam natomiast nawet nie próbuje mu wyjaśnić, że sprawa jest z jego punktu widzenia znacznie bardziej skomplikowana.

Carl Lumbly jako Isaiah Bradley, którego po podaniu serum Erskine’a potraktowano zgoła inaczej niż Steve’a Rogersa.
Odważna jest za to w tym serialu przede wszystkim kwestia postawienia znaku zapytania przy kwestii tego, co było kluczową spuścizną Avengersów. Nie tylko mamy tutaj kwestię wcale niekoniecznie bezproblemowego dziedzictwa zarówno Kapitana Ameryki, jak i Steve’a Rogersa (do tego wrócę jeszcze za moment). Mamy też kwestię Blipa i powrotu tych wszystkich, których nie było przez pięć lat. Od Infinity War kwestia ta była ogrywana bardzo sprawnie, ale też jednoznacznie: ci, którzy stracili bliskich, cierpieli, odwrócenie gestu Thanosa było tym, o co bohaterowie walczyli, za co, ostatecznie, przynajmniej jedno z nich, Natasha, oddało życie (1). Mieliśmy świetne i emocjonalnie wzruszające sceny zarówno zniknięcia (Peter Parker, ech, ale też rodzina Hawkeye’a), jak i powrotu postaci, które Thanos wymazał ze świata (telefon do Ant-Mana), mieliśmy bardzo efektowną scenę z tymże Ant-Manem przy pomniku zaginionych, Steve’a jako doradcę i terapeutę ludzi, którzy wtedy stracili najbliższych – mieliśmy, krótko mówiąc, świat w żałobie i głębokie poczucie, że powrót do czasów sprzed Blipa jest szlachetnym, dobrym, moralnie właściwym rozwiązaniem.
A tu – niespodzianka. Bo nagle dostajemy drugą stronę medalu. A mianowicie – historie tych ludzi, którym powrót, po pięciu latach, ofiar Thanosa złamał serca i zrujnował życie. Tu widzimy i słyszymy tych, dla których świat z połową istot żywych był czasami jedynym, jaki znali. Policzmy: minęło pięć lat od powrotu, czyli w sumie dziesięć od Blipa. Karli Morgenthau ma lat, wedle aktorki, która ją gra, dziewiętnaście. To znaczy, że w zasadzie całe dzieciństwo i młodość Karli upłynęło w świecie po Blipie. Jako dziewięciolatka nie bardzo pewnie pamiętała, jak było przed, po czym jako czternastolatka straciła absolutnie wszystko, bo ci, których nie było, wrócili. Jej świat się zawalił. Na dodatek w centrum uwagi świata znaleźli się ci powróceni. Mało kogo obchodził los osób, które z tych czy innych powodów wyemigrowały (bo gdzie indziej były bardziej potrzebne), zamieszkały w pustych domach, zaczęły umawiać się z wdowami i wdowcami po ofiarach – a potem rzeczywistość zawaliła się na głowy, bo Hulk pstryknął palcami… Ci, którzy weszli na miejsce ofiar, po ich powrocie znaleźli się na bruku – czasem dosłownie. Serial wprowadza motyw obozów dla “uchodźców” z czasów Blipa – oni sami ten termin ostro odrzucają, ale trochę trudno nie widzieć tu analogii do konkretnych zjawisk z naszych czasów. Oni tych obozach są od pięciu lat, w warunkach może nie morderczych, ale zdecydowanie złych. I ich to boli. Tęsknią za spokojniejszym światem bez granic, otwartym dla wszystkich i dającym szansę na sprawiedliwszy podział zasobów, światem, jaki stworzyło wymordowanie przez Thanosa połowy żywych istot. Zupełnie nie cieszy ich powrót do status quo ante. Co więcej, ich sytuacja jest na tyle desperacka, że od protestów przeszli do idei rewolucji.
Na czele tej rewolucji stoi Karli Morgenthau, nastolatka wychowana w obozie dla wygnańców po Blipie, która to postać przypomina po raz kolejny, że mało która mieszanka jest równie niebezpieczna jak a) idealistyczna młoda osoba, b) z mocnym poczuciem misji i przekonaniem, że zna jedyny sposób na ratowanie świata i że za ten ratunek warto zapłacić każdą cenę, c) z nierozwiązanymi traumami, d) i dostępem do superzasobów, w tym przypadku – serum superżołnierza. Bo Karli szybciuteńko przeszła drogę od “walczę o lepszy świat dla wszystkich” przez “cel uświęca środki” i “wielcy tego świata nie reagują na nic poza przemocą” do “a co tam, że tam są ludzie, niech giną, chodzi o Sprawę”. I nie chodzi o to, że z jej sprawą jest coś nie tak – wręcz przeciwnie, wszyscy, od złola barona Zemo po idealistę Falcona, mają poczucie, że tych ludzi potraktowano podle i że w żądaniach Karli jest sporo racji. Coś jest nie do końca tak z samą Karli. Tylko co?
A to akurat wychodzi bardzo ładnie przy porównaniu Karli z dwiema innymi postaciami, które wydają się być jej odpowiednikami w fabule, a mianowicie z Sharon Carter i Johnem Walkerem.

Emily VanCamp jako Sharon Carter / Power Broker
W odróżnieniu od Falcona, Kapitana, Bucky’ego i całej reszty – którzy, owszem, przez dwa lata musieli się ukrywać, a następnie, także ze względu na rolę w wojnie z Thanosem, zapomniano im, przynajmniej w większości, dawne winy – Sharon Carter zapłaciła wysoką cenę za bunt przeciwko Porozumieniom z Sokovii. Wyrzucona z pracy, oskarżona o zdradę, zagrożona więzieniem, uciekła z kraju – a nikt ważny, ze Stevem Rogersem na czele, się o nią nie upomniał. Podobnie jak Karli, wyrzucono ją na margines, gdzie musiała sobie radzić sama. No i, podobnie jak Karli, sobie poradziła, radykalizując się i wchodząc na drogę przestępstwa. Nie ulega wątpliwości, że krzywdzie Sharon winne jest całe mnóstwo osób i że potraktowaną ją, w porównaniu choćby ze Stevem, bardzo niesprawiedliwie – ale też nie nie podlega dyskusji fakt, że Sharon jest w tym momencie, jako Power Broker, potężną i bezwzględną kryminalistką. A fakt, że zastrzeliła i Batroca, i Karli, miał tyle samo wspólnego z ratowaniem dawnych kumpli, co z uciszeniem dwóch osób, które znały i mogły ujawnić jej przestępczą tożsamość. Karli działała na korzyść i dla dobra innych, Sharon głównie dla swojego; owszem, zdecydowała się pomóc Bucky’emu i Falconowi, ale scena po napisach szóstego odcinka wyraźnie pokazała, po co jej to było. Obie bohaterki w pewnym momencie przekroczyły granicę między ratowaniem siebie i innych a arbitralnym, jednoosobowym decydowaniem, kto jest wart tego, żeby żyć, a kogo można poświęcić.
Drugim natomiast fabularnym zwierciadłem dla Karli jest John Walker – nowy Kapitan Ameryka, trochę pomocnik, a trochę przeciwnik naszych głównych bohaterów. Walker teoretycznie nadaje się na Kapitana – ma za sobą nienaganną, ba, bohaterską służbę wojskową, jest nawet bez super-serum fantastycznie sprawny i silny, sympatyczna i mądra żona go kocha, koledzy lubią, a współpracownicy/ towarzysze broni, jak Lemar Hoskins, uwielbiają. Ma prezencję, charyzmę, sukcesy, odpowiednią moralną postawę, świetnie wygląda w kostiumie. No, ideał.
No, oczywiście, nie. Jest to jasne choćby dlatego, że John zostaje Kapitanem odgórną (i, hmmm, zupełnie nie umotywowaną kolorem skóry, prawda?) decyzją rządową, po tym, jak nie zrobiono nim wyznaczonego do tego zadania przez samego Rogersa Sama Wilsona. Sugestia, że Walker bardziej pasuje do publicznego wizerunku niż do idei i serca Kapitana, widoczna jest od razu – podobnie jak fakt, że bycie symbolem nie przychodzi Walkerowi łatwo, sporo go kosztuje i jest dla niego przede wszystkim lekarstwem na osobiste traumy, stresy i kompleksy. Walker, zawzięty i chorobliwie ambitny, jednocześnie cały czas nosi w sobie wspomnienia koszmarnych rzeczy, jakie przeżył i widział w Afganistanie, i własnych podjętych tam bezwzględnych decyzji. Przywdzianie stroju Kapitana traktuje jako nową szansę, nadzieję na to, że ten strój i ta rola jakoś magicznie zagwarantują mu, że od tej pory każda jego decyzja będzie moralnie nienaganna. To się nie może dobrze skończyć. Nieprzypadkowo i Karli, i John na pewnym etapie życia decydują się na nielegalne zażycie serum superżołnierza – oboje są przekonani, że to rozwiąże ich problemy i problemy świata przy okazji. Nie rozwiązuje, oczywiście – no i oboje przez to stają się przykładem tego, że supermoce nie są żadnym lekarstwem na traumę i psychiczne cierpienie.
Generalnie, ten serial jest odważny w kreacji antagonistów. Robi bezwzględną szefową półświatka, zabójczynię i zdrajczynię z generalnie lubianej przez widzów Sharon Carter. W roli przywódczyni planowanej krwawej rewolucji daje nam piegowatą, rudowłosą nastolatkę, której życie nie oszczędzało i której sprawa może budzić sporo sympatii. Sugeruje, że z Johnem Walkerem jest coś nie tak (a tak by go było fajnie po prostu nie lubić, po tym, jak olano wolę Steve’a i nie zrobiono Kapitana z Sama Wilsona!), po czym pokazuje go jako złożoną, na pewno raczej negatywną, ale summa summarum tragiczną postać. No i bierze znanego nam wcześniej drania, barona Zemo, mordercę króla Wakandy – i to jemu każe uświadomić bohaterom kilka przykrych prawd.
No, Daniel Brühl w tej roli, przyznam, pozamiatał. To jest w ogóle aktor świetny, a tu – z mieszanką fanatyzmu, dezynwoltury i całkiem sporej dozy cynicznych, a przy tym zdroworozsądkowych opinii o superbohaterach w ogóle, a superżołnierzach, w tym Karli, w szczególności, kradnie ekran za każdym razem, kiedy się pojawia. Nie sposób chwilami – na przykład, kiedy spokojnie pyta, kto z Avengersów pojechał zobaczyć pomnik na miejscu zniszczonej Sokovii – nie przyznać mu racji, nie sposób nie pokiwać głową, kiedy trzeźwo wskazuje, że Karli może mieć dowolnie dobre intencje, ale robiąc z siebie superwojowniczkę chcąc nie chcąc już stanęła po stronie podziału na ludzi zwykłych i ludzi ulepszonych, czy może – po prostu lepszych. Jednocześnie Zemo nie jest ani przez moment nawróconym złolem, z dobrej woli pomagającym bohaterom: cały czas kieruje się jedynie dobrze pojętym własnym interesem (może z wyjątkiem tych chwil, kiedy niszczy superserum i generalnie walczy z ideą “bogów wśród ludzi”) i już ja widzę, jak pozostaje na zawsze w tym super-więzieniu, z którego zwiali już chyba wszyscy możliwi aresztanci…

Daniel Brühl jako baron Helmut Zemo. Miałam nosa, facet mi aktorsko zaimponował już jakoś we wczesnych latach 2000, a z wiekiem jest coraz lepszy (no i IMHO nie-do-zapomnienia w duecie z Chrisem Hemsworthem w Wyścigu, jak ja kocham ten film!)
Natomiast w centrum fabuły mamy, hmmm, ducha Steve’a Rogersa. Metaforycznie, znaczy. Wspomnienie Steve’a służy za spoiwo dla dwóch ważnych relacji, a mianowicie partnerstwa między Falconem a Buckym/ Zimowym Żołnierzem i trudnej znajomości Falcona z Isaiah Bradleyem. I o ile w tej pierwszej kluczowy jest Steve, o tyle w tej drugiej – zdecydowanie Kapitan Ameryka.
Relacja między Buckym a Samem jest bardzo mocno w duchu klasycznych buddy movies, z tą drobną różnicą, że panowie się już znają i współpracowali, na dodatek w wyjątkowo stresujących okolicznościach. Zawsze jednak ich współpraca oparta była o obecność zwornika, jaki stanowił Steve Rogers. Teraz panowie muszą się nauczyć co najmniej współpracy (a ostatecznie również czegoś, co podejrzanie wygląda jak przyjaźń) bez założenia, że ten drugi jest tylko innym kumplem Steve’a. Na drodze do tego porozumienia stoi po pierwsze przeszłość – bo Bucky Barnes to 100+ latek z potężnymi problemami, związanymi z odpowiedzialnością za działania Zimowego Żołnierza, a po drugie, raczej samotnicza natura i indywidualizm obydwu. Ponieważ interakcje bohaterów, choć bywają śmiertelnie poważne (jak debata o tym, czemu Sam zrzekł się tarczy i dziedzictwa Kapitana Ameryki), często niosą też w sobie sporo humoru, stanowią one przeciwwagę dla poważnych kwestii fabularnych i tematów, których jest tu całkiem sporo.
Jednocześnie ważne są też wątki osobiste, indywidualne. W przypadku Bucky’ego związane są one z przeszłością i koniecznością rozliczenia się z nią by móc żyć dalej. Kluczowa jest historia starszego człowieka, Japończyka z pochodzenia, którym Bucky się opiekuje, a robi to, bo nie jest w stanie przyznać, że to on, a raczej Zimowy Żołnierz, zabił jedynego syna pana Nakajimy. Wyznanie prawdy uwolni Bucky’ego od jednego kłamstwa, ale zerwie więź między nim a Nakajimą – Bucky wybierze, ostatecznie, coś, co będzie dobre dla drugiego człowieka, a za co zapłaci on sam. Sebastian Stan zresztą gra tę rolę znakomicie, zarówno tam, gdzie wymaga ona umiejętności dramatycznych, jak i scenach bardziej komediowych, których też ma trochę.
U Falcona z kolei wątki osobiste łączą się z przyszłością. Mowa tu zarówno o przyszłości jego rodziny, konkretniej owdowiałej siostry i siostrzeńców oraz posiadanej przez nich łodzi i związanego z nią małego biznesu, dziedzictwa Wilsonów, jak o i jego własnej przyszłości jako superbohatera / ewentualnego Kapitana Ameryki. I tu pojawia się Isaiah Bradley – wykorzystany przed laty przez rząd, S.H.I.E.L.D. i HYDRĘ czarnoskóry chłopak, któremu podano eksperymentalne, zreplikowane serum superżołnierza. Nie był jedynym – ale był jedynym, który to przeżył. Uwięziony pod byle pretekstem na trzydzieści lat, stracił bliskich, dom i życie, jakie miał, a w zamian stał się obiektem eksperymentów. To na bazie jego krwi powstało ostatecznie serum, którego użyła Karli i jej ludzie. Postać Bradleya – starego, zgorzkniałego człowieka, któremu odebrano wszystko i dla którego idea, że miałby być dumny ze swojego kraju, jest, przewidywalnie i całkowicie realistycznie, śmieszna i gorzka jednocześnie, służy tu za punkt odniesienia zarówno dla Sama, jak i Steve’a Rogersa. Bradley jest Kapitanem, którego nie było. To, co dało Steve’owi dumę, spełnienie, realizację niemożliwego u chorowitego i chudego chłopca marzenia o służbie i walce ze złem – to wszystko, jak się przekonał Isaiah, było nieosiągalne, jeśli było się czarnoskórym weteranem. No Black man can be Captain America and no self-respecting African American should want to be it either, mówi Isaiah do Falcona, i w jego ustach jest to na pewno słuszne. Tylko że czasy się zmieniły – nie aż tak tam bardzo (patrz historia z kredytem dla siostry Falcona), ale się zmieniły. I Sam Wilson decyduje się, świadomie, zostać Kapitanem Ameryką. Nie tylko z namaszczenia Steve’a, nie tylko dlatego, żeby w pewien sposób oddać sprawiedliwość Bradleyowi i jego ludziom, ale też dlatego, że czuje, że takie ma prawo. I prawo, i obowiązek. Bo wierzy, że przy wszystkich nierównościach i niesprawiedliwościach, jakich jest świadomy, to jest też jego kraj, jego rola, jego prawo, by być tego kraju symbolem.
No i nim zostaje, i robi to po swojemu. Spokojnie i grzecznie (cynicznie można dodać – bo inaczej nie może) tłumaczy politykom od przesiedleń i zamykania granic, że źle się bawią; ratuje ich, ale próbuje ratować i Karli. Wydobywa z mroków historię Bradleya i jego oddziału. Stara się jednoczyć, tam, gdzie tylko można (co zresztą ładnie widać w scenie w rodzinnym miasteczku, kiedy zbiera ludzi na pomoc siostrze), ale jak nie ma wyjścia, to walczy piekielnie skutecznie – choć ma tylko własne siły i ludzkie moce. Powiem Wam, że bardzo czekam na solowy film z nim jako z Kapitanem Ameryką.

Adepero Oduye jako Sarah Wilson, konkretna, rozsądna i solidnie stąpająca po ziemi siostra Sama Wilsona. Wątek Sary i jej rodziny jest ważnym kontekstem dla historii Falcona, pokazuje bowiem jego korzenie, źródła siły, ale i pewnej goryczy, jaka w nim tkwi.
PS. Osobną historią (i nie do szerokiej dyskusji w tym wpisie, bo to w zasadzie wymaga dlugiej, samodzielnej analizy) są autentyczne inspiracje fikcyjnych i fantastycznych koncepcji w serialu. I tak, idea deportacji osób przemieszczonych po Blipie ma za pierwowzór przeprowadzone w USA (lata 20.-50.) masowe deportacje robotników, przede wszystkim z Meksyku, którzy wcześniej przekroczyli granice na podstawie legalnych umów. Podobnie – nikt nie eksperymentował z serum dla superżołnierzy, naturalnie, ale bodaj każda mniejszość etniczna w USA ma swoją historię prowadzonych na niej nieetycznych eksperymentów (ten konkretny był w ogóle inspiracją do powstania komiksowej historii Isaiah Bradleya).
PS 2: Równie osobną sprawą, i również przekraczającą ramy wpisu, jest pogrywanie sobie przez serial z komiksową i generalnie popkulturową tradycją – jest tu tego mnóstwo, od decyzji obsadowych takich, jak danie roli Bradleya aktorowi, który grał jednego z pierwszych czarnoskórych superbohaterów w TV w latach 90., po ogrywanie faktu, że Madripoor, tu będący siedzibą Power Brokera, komiksowo ma liczne związki z X-Menami i Wolverinem. Zresztą Isaiah Bradley to też nie jest żadna nowa postać, on się po raz pierwszy pojawił w znakomitym komiksie Roberta Moralesa i Kyle’a Bakera Truth: Black, Red and White z roku 2003.
(1) Yeah, pamiętam o Tonym Starku, ja zasadniczo zawsze pamiętam o Tonym Starku, bo to moja zdecydowanie ulubiona postać w uniwersum, ale o ile Tony zginął, żeby pokonać Thanosa, Natasha poświęciła się bezpośrednio po to, żeby zdobyć kamień i żeby Hulk mógł pstryknąć palcami i wszystkich przywrócić.






















