Dwóch gości ze wspólnym kumplem (Marvel Rewatch: “The Falcon and the Winter Soldier”)

The Falcon and the Winter Soldier, twórca: Malcolm Spellman, reżyseria: Kari Scogland, muzyka: Henry Jackman. Obsadę wymieniam we wpisie.

Sebastian Stan (Bucly Barnes / Zimowy Żołnierz / Biały Wilk i Anthony Mackie (Falcon / Kapitan Ameryka)

No więc, co powinno być oczywiste z poprzedniego wpisu, mam wakacje i oglądam sobie różne rzeczy z uniwersum Marvela… Jak to z jakiego poprzedniego wpisu? No, tego z analizą bitwy o Nowy Jork w Avengersach. Jak to go nie opublikowałam?

No, prawda, nie opublikowałam. Miał być pierwszy, ale strasznie pożera czas przy pisaniu, więc najpierw będzie trochę impresji z Falkona i Zimowego Żołnierza, a bitwa i wyjaśnienia, co mnie tak na Marvela wzięło, później.

Na obrazu jeden ze złoli, a pod nim – spojlery.

Kanadyjski aktor i mistrz MMA Georges St-Pierre w roli Georgesa Batroca

Najkrócej rzecz ujmując – nie wiem, czy jak dla mnie, licząc obiektywne kryteria, nie jest to najlepszy serial Marvela (choć, trochę wbrew opiniom większości, akurat ja uważam, że w ramach własnej franczyzy ma całkiem solidną konkurencję – na pewno w postaci I sezonu Lokiego, Hawkeye’a, a jeśli liczyć seriale z szerokiego uniwersum – przede wszystkim świetnego I sezonu Jessiki Jones z może najbardziej udanym serialowym villainem Marvela, Kilgravem, w brawurowej interpretacji Davida Tennanta).

Gatunkowo, Falcon i Zimowy Żołnierz (wybaczcie niekonsekwentne użycia tytułów w PL i ENG) bliski jest trochę policyjnym buddy movies, gdzie dwóch niedobranych partnerów musi przekonać się, że (zawodowo) są dla siebie stworzeni, a trochę – thillerowi z motywami politycznymi i społecznymi. W głównych rolach ma ważne postacie ze świata Avengersów – trochę mało docenionego przez twórców w oryginalnej serii Sama Wilsona/Falcona (Anthony Mackie) i zdecydowanie docenionego Zimowego Żołnierza / Bucky’ego Barnesa (ulubieniec sporej części widzów, Sebastian Stan). W tle pojawiają się inni bohaterowie znani z uniwersum: Sharon Carter (Emily VanCamp), James Rhodes / War Machine (Don Cheadle; i nie, nie będę tu dyskutować kwestii, które pojawiły się w Secret Invasions), absolutnie fantastyczny i kradnący każdą scenę, w jakiej się pojawia, baron Zemo (Daniel Brühl) lub obecny w trzech odcinkach, znany z Zimowego Żołnierza złoczyńca Batroc (Georges St-Pierre) albo grupka wakandyjskich Dora Milaje na czele z Ayo (Florence Kasumba). Towarzyszy im grupa nowych postaci, zarówno pomagających bohaterom (Sarah Wilson, siostra Falcona – w tej roli Adepero Oduye – i jej synowie, kumpel Falcona i przyszły jego następca, Joaquin Torres, grany przez Danny’ego Ramireza), jak i stająca im, tak czy inaczej, na drodze. Tu z jednej strony będziemy mieć głównych antagonistów serii, czyli ruch Flag Smashers i jego przywódczynię Karli Morgethau (znakomita Erin Kellyman), z drugiej – nowego Kapitana Amerykę, w postaci (pozornie) wzorowego amerykańskiego oficera Johna Walkera (który, w odróżnieniu od Wilsona, jest białym przystojniakiem o blond włosach i kwadratowej szczęce, a więc w oczach władzy lepiej się na następcę Steve’a Rogersa nadaje; gra go, bardzo kompetentnie, Wyatt Russell) i jego pomocnika Lemara Hoskinsa / Battlestara (Clé Bennett). No i jest jeszcze poboczna, ale znacząca zarówno dla fabuły, ale i dla idei całego serialu, postać, jaką jest Isaiah Bradley – zapomniany czarnoskóry superżołnierz z czasów wojny koreańskiej, ofiara eksperymentów zarówno rządu USA, jak i HYDRY. Jego rolę odtwarza Carl Lumbly, który w latach 90. grał w wyprodukowanym przez Sama Raimiego serialu M.A.N.T.I.S. bodaj czy nie pierwszego w TV czarnoskórego superbohatera.

Wyatt Russell jako John Walker / Kapitan Ameryka

Fabularnie Falcon i Zimowy Żołnierz jest spójny i konsekwentny – co nie zawsze da się powiedzieć o serialach z uniwersum Marvela, nawet tych, które – jak Hawkeye – zdecydowanie mi się podobały. Tutaj główne wątki – zagrożenie ze strony Flag Smashers, rodzinne problemy Falcona ukazane na tle ogólnych problemów czarnej społeczności USA, konsekwencje rozmaitych decyzji podjętych wcześniej przez Avengersów (od odwrócenia Thanosowego Blipa przez odejście Steve’a Rogersa po skutki buntu drużyny Kapitana przeciwko Porozumieniom z Sokovii) – splatają się w jedną i fabularnie spójną całość. Nie miałam ani razu wrażenia – jakie miewałam choćby przy wątku Yeleny w Hawkeye’u czy Riri w Wakanda Forever – że oglądam dobrze poprowadzony wątek bardzo przyzwoicie zagranej postaci, który jednak powinien był samodzielną opowieścią, bo tu, gdzie jest, raczej miesza i rozbija fabułę niż jej pomaga. W Falconie i Zimowym Żołnierzu sensownie i umiejętnie stopniowane są też rodzaje zagrożenia – od osobistych / lokalnych przez te bardziej ogólne aż po globalną skalę zagrożenia, jakim jest Karli i jej grupa rewolucjonistów.

Erin Kellyman w roli Karli Morgenthau

Za co przede wszystkim lubię ten serial? A za to, że jest, w swoich koncepcjach i założeniach, odważny. Czego, powiedzmy sobie szczerze, nie da się powiedzieć o większości nawet najsympatyczniejszych Marvelowych produkcji.

Lubię uniwersa, i lubię, kiedy twórcy takiego uniwersum eksplorują nie tylko najbardziej oczywiste jego kawałki – dlatego, w odróżnieniu od chyba większości widzów, mnie podobała się She-Hulk i czekam na Marvelowe/ Starwarsowe / Startrekowe kryminały, romanse i heist movies z dużą radochą – w końcu ta obyczajówka w świecie Batmana, no, ta o Jokerze, to całkiem była udana, nie? Za to też polubiłam Falcona i Zimowego Żołnierza. Bo po pierwsze, twórcy poszukali ciekawych motywów w tle uniwersum, a po drugie – zrobili to odważnie.

Podobnie jak Hawkeye, ten serial skupia się na tych mniej oczywistych, mniej zamożnych i mniej sławnych Avengersach, i pokazuje także ich zmagania z codziennym życiem – nie oszukujmy się, miliarder Tony Stark raczej nie spotkałby się z odmową kredytu w lokalnym banku, a Steve’a Rogersa żaden policjant nie próbowałby agresywnie zmusić do wylegitymowania się po publicznej kłótni z białym facetem na ulicy… To jednak jest w sumie może i najbardziej przewidywalne – podobnie jak raczej do przewidzenia (ale to nie znaczy, że źle wprowadzony czy niepotrzebny, wręcz przeciwnie) jest, w przypadku serii mającej w centrum jednego z nielicznych afroamerykańskich Avengersów, wątek rasowy. Tu zawiera on kilka motywów – sytuacja rodzinna siostry Falcona i jego samego, przejmująca historia pierwszego czarnoskórego superżołnierza i bodaj najbardziej nośny fabularnie z tego wszystkiego, bo w zasadzie trwający od pierwszego do ostatniego odcinka konflikt między Falconem a Buckym. Ten ostatni nie rozumie za nic w świecie, czemu Sam oddał tarczę Kapitana, a ten pierwszy za nic w świecie mu nie wytłumaczy, że dla czarnoskórego Amerykanina ta tarcza (i duma z USA, i akceptacja dla całokształtu amerykańskiej polityki) ma nieco inne znaczenie niż miała dla idealistycznego białego nastolatka z okresu II wojny. Bucky widzi w tym wszystkim wyłącznie sprawę osobistą, prywatną, dla niego trudną do pojęcia i kojarzącą się z beztroskim odrzuceniem prywatnego dziedzictwa jego najlepszego przyjaciela – Sam natomiast nawet nie próbuje mu wyjaśnić, że sprawa jest z jego punktu widzenia znacznie bardziej skomplikowana.

Carl Lumbly jako Isaiah Bradley, którego po podaniu serum Erskine’a potraktowano zgoła inaczej niż Steve’a Rogersa.

Odważna jest za to w tym serialu przede wszystkim kwestia postawienia znaku zapytania przy kwestii tego, co było kluczową spuścizną Avengersów. Nie tylko mamy tutaj kwestię wcale niekoniecznie bezproblemowego dziedzictwa zarówno Kapitana Ameryki, jak i Steve’a Rogersa (do tego wrócę jeszcze za moment). Mamy też kwestię Blipa i powrotu tych wszystkich, których nie było przez pięć lat. Od Infinity War kwestia ta była ogrywana bardzo sprawnie, ale też jednoznacznie: ci, którzy stracili bliskich, cierpieli, odwrócenie gestu Thanosa było tym, o co bohaterowie walczyli, za co, ostatecznie, przynajmniej jedno z nich, Natasha, oddało życie (1). Mieliśmy świetne i emocjonalnie wzruszające sceny zarówno zniknięcia (Peter Parker, ech, ale też rodzina Hawkeye’a), jak i powrotu postaci, które Thanos wymazał ze świata (telefon do Ant-Mana), mieliśmy bardzo efektowną scenę z tymże Ant-Manem przy pomniku zaginionych, Steve’a jako doradcę i terapeutę ludzi, którzy wtedy stracili najbliższych – mieliśmy, krótko mówiąc, świat w żałobie i głębokie poczucie, że powrót do czasów sprzed Blipa jest szlachetnym, dobrym, moralnie właściwym rozwiązaniem.

A tu – niespodzianka. Bo nagle dostajemy drugą stronę medalu. A mianowicie – historie tych ludzi, którym powrót, po pięciu latach, ofiar Thanosa złamał serca i zrujnował życie. Tu widzimy i słyszymy tych, dla których świat z połową istot żywych był czasami jedynym, jaki znali. Policzmy: minęło pięć lat od powrotu, czyli w sumie dziesięć od Blipa. Karli Morgenthau ma lat, wedle aktorki, która ją gra, dziewiętnaście. To znaczy, że w zasadzie całe dzieciństwo i młodość Karli upłynęło w świecie po Blipie. Jako dziewięciolatka nie bardzo pewnie pamiętała, jak było przed, po czym jako czternastolatka straciła absolutnie wszystko, bo ci, których nie było, wrócili. Jej świat się zawalił. Na dodatek w centrum uwagi świata znaleźli się ci powróceni. Mało kogo obchodził los osób, które z tych czy innych powodów wyemigrowały (bo gdzie indziej były bardziej potrzebne), zamieszkały w pustych domach, zaczęły umawiać się z wdowami i wdowcami po ofiarach – a potem rzeczywistość zawaliła się na głowy, bo Hulk pstryknął palcami… Ci, którzy weszli na miejsce ofiar, po ich powrocie znaleźli się na bruku – czasem dosłownie. Serial wprowadza motyw obozów dla “uchodźców” z czasów Blipa – oni sami ten termin ostro odrzucają, ale trochę trudno nie widzieć tu analogii do konkretnych zjawisk z naszych czasów. Oni tych obozach są od pięciu lat, w warunkach może nie morderczych, ale zdecydowanie złych. I ich to boli. Tęsknią za spokojniejszym światem bez granic, otwartym dla wszystkich i dającym szansę na sprawiedliwszy podział zasobów, światem, jaki stworzyło wymordowanie przez Thanosa połowy żywych istot. Zupełnie nie cieszy ich powrót do status quo ante. Co więcej, ich sytuacja jest na tyle desperacka, że od protestów przeszli do idei rewolucji.

Na czele tej rewolucji stoi Karli Morgenthau, nastolatka wychowana w obozie dla wygnańców po Blipie, która to postać przypomina po raz kolejny, że mało która mieszanka jest równie niebezpieczna jak a) idealistyczna młoda osoba, b) z mocnym poczuciem misji i przekonaniem, że zna jedyny sposób na ratowanie świata i że za ten ratunek warto zapłacić każdą cenę, c) z nierozwiązanymi traumami, d) i dostępem do superzasobów, w tym przypadku – serum superżołnierza. Bo Karli szybciuteńko przeszła drogę od “walczę o lepszy świat dla wszystkich” przez “cel uświęca środki” i “wielcy tego świata nie reagują na nic poza przemocą” do “a co tam, że tam są ludzie, niech giną, chodzi o Sprawę”. I nie chodzi o to, że z jej sprawą jest coś nie tak – wręcz przeciwnie, wszyscy, od złola barona Zemo po idealistę Falcona, mają poczucie, że tych ludzi potraktowano podle i że w żądaniach Karli jest sporo racji. Coś jest nie do końca tak z samą Karli. Tylko co?

A to akurat wychodzi bardzo ładnie przy porównaniu Karli z dwiema innymi postaciami, które wydają się być jej odpowiednikami w fabule, a mianowicie z Sharon Carter i Johnem Walkerem.

Emily VanCamp jako Sharon Carter / Power Broker

W odróżnieniu od Falcona, Kapitana, Bucky’ego i całej reszty – którzy, owszem, przez dwa lata musieli się ukrywać, a następnie, także ze względu na rolę w wojnie z Thanosem, zapomniano im, przynajmniej w większości, dawne winy – Sharon Carter zapłaciła wysoką cenę za bunt przeciwko Porozumieniom z Sokovii. Wyrzucona z pracy, oskarżona o zdradę, zagrożona więzieniem, uciekła z kraju – a nikt ważny, ze Stevem Rogersem na czele, się o nią nie upomniał. Podobnie jak Karli, wyrzucono ją na margines, gdzie musiała sobie radzić sama. No i, podobnie jak Karli, sobie poradziła, radykalizując się i wchodząc na drogę przestępstwa. Nie ulega wątpliwości, że krzywdzie Sharon winne jest całe mnóstwo osób i że potraktowaną ją, w porównaniu choćby ze Stevem, bardzo niesprawiedliwie – ale też nie nie podlega dyskusji fakt, że Sharon jest w tym momencie, jako Power Broker, potężną i bezwzględną kryminalistką. A fakt, że zastrzeliła i Batroca, i Karli, miał tyle samo wspólnego z ratowaniem dawnych kumpli, co z uciszeniem dwóch osób, które znały i mogły ujawnić jej przestępczą tożsamość. Karli działała na korzyść i dla dobra innych, Sharon głównie dla swojego; owszem, zdecydowała się pomóc Bucky’emu i Falconowi, ale scena po napisach szóstego odcinka wyraźnie pokazała, po co jej to było. Obie bohaterki w pewnym momencie przekroczyły granicę między ratowaniem siebie i innych a arbitralnym, jednoosobowym decydowaniem, kto jest wart tego, żeby żyć, a kogo można poświęcić.

Drugim natomiast fabularnym zwierciadłem dla Karli jest John Walker – nowy Kapitan Ameryka, trochę pomocnik, a trochę przeciwnik naszych głównych bohaterów. Walker teoretycznie nadaje się na Kapitana – ma za sobą nienaganną, ba, bohaterską służbę wojskową, jest nawet bez super-serum fantastycznie sprawny i silny, sympatyczna i mądra żona go kocha, koledzy lubią, a współpracownicy/ towarzysze broni, jak Lemar Hoskins, uwielbiają. Ma prezencję, charyzmę, sukcesy, odpowiednią moralną postawę, świetnie wygląda w kostiumie. No, ideał.

No, oczywiście, nie. Jest to jasne choćby dlatego, że John zostaje Kapitanem odgórną (i, hmmm, zupełnie nie umotywowaną kolorem skóry, prawda?) decyzją rządową, po tym, jak nie zrobiono nim wyznaczonego do tego zadania przez samego Rogersa Sama Wilsona. Sugestia, że Walker bardziej pasuje do publicznego wizerunku niż do idei i serca Kapitana, widoczna jest od razu – podobnie jak fakt, że bycie symbolem nie przychodzi Walkerowi łatwo, sporo go kosztuje i jest dla niego przede wszystkim lekarstwem na osobiste traumy, stresy i kompleksy. Walker, zawzięty i chorobliwie ambitny, jednocześnie cały czas nosi w sobie wspomnienia koszmarnych rzeczy, jakie przeżył i widział w Afganistanie, i własnych podjętych tam bezwzględnych decyzji. Przywdzianie stroju Kapitana traktuje jako nową szansę, nadzieję na to, że ten strój i ta rola jakoś magicznie zagwarantują mu, że od tej pory każda jego decyzja będzie moralnie nienaganna. To się nie może dobrze skończyć. Nieprzypadkowo i Karli, i John na pewnym etapie życia decydują się na nielegalne zażycie serum superżołnierza – oboje są przekonani, że to rozwiąże ich problemy i problemy świata przy okazji. Nie rozwiązuje, oczywiście – no i oboje przez to stają się przykładem tego, że supermoce nie są żadnym lekarstwem na traumę i psychiczne cierpienie.

Generalnie, ten serial jest odważny w kreacji antagonistów. Robi bezwzględną szefową półświatka, zabójczynię i zdrajczynię z generalnie lubianej przez widzów Sharon Carter. W roli przywódczyni planowanej krwawej rewolucji daje nam piegowatą, rudowłosą nastolatkę, której życie nie oszczędzało i której sprawa może budzić sporo sympatii. Sugeruje, że z Johnem Walkerem jest coś nie tak (a tak by go było fajnie po prostu nie lubić, po tym, jak olano wolę Steve’a i nie zrobiono Kapitana z Sama Wilsona!), po czym pokazuje go jako złożoną, na pewno raczej negatywną, ale summa summarum tragiczną postać. No i bierze znanego nam wcześniej drania, barona Zemo, mordercę króla Wakandy – i to jemu każe uświadomić bohaterom kilka przykrych prawd.

No, Daniel Brühl w tej roli, przyznam, pozamiatał. To jest w ogóle aktor świetny, a tu – z mieszanką fanatyzmu, dezynwoltury i całkiem sporej dozy cynicznych, a przy tym zdroworozsądkowych opinii o superbohaterach w ogóle, a superżołnierzach, w tym Karli, w szczególności, kradnie ekran za każdym razem, kiedy się pojawia. Nie sposób chwilami – na przykład, kiedy spokojnie pyta, kto z Avengersów pojechał zobaczyć pomnik na miejscu zniszczonej Sokovii – nie przyznać mu racji, nie sposób nie pokiwać głową, kiedy trzeźwo wskazuje, że Karli może mieć dowolnie dobre intencje, ale robiąc z siebie superwojowniczkę chcąc nie chcąc już stanęła po stronie podziału na ludzi zwykłych i ludzi ulepszonych, czy może – po prostu lepszych. Jednocześnie Zemo nie jest ani przez moment nawróconym złolem, z dobrej woli pomagającym bohaterom: cały czas kieruje się jedynie dobrze pojętym własnym interesem (może z wyjątkiem tych chwil, kiedy niszczy superserum i generalnie walczy z ideą “bogów wśród ludzi”) i już ja widzę, jak pozostaje na zawsze w tym super-więzieniu, z którego zwiali już chyba wszyscy możliwi aresztanci…

Daniel Brühl jako baron Helmut Zemo. Miałam nosa, facet mi aktorsko zaimponował już jakoś we wczesnych latach 2000, a z wiekiem jest coraz lepszy (no i IMHO nie-do-zapomnienia w duecie z Chrisem Hemsworthem w Wyścigu, jak ja kocham ten film!)

Natomiast w centrum fabuły mamy, hmmm, ducha Steve’a Rogersa. Metaforycznie, znaczy. Wspomnienie Steve’a służy za spoiwo dla dwóch ważnych relacji, a mianowicie partnerstwa między Falconem a Buckym/ Zimowym Żołnierzem i trudnej znajomości Falcona z Isaiah Bradleyem. I o ile w tej pierwszej kluczowy jest Steve, o tyle w tej drugiej – zdecydowanie Kapitan Ameryka.

Relacja między Buckym a Samem jest bardzo mocno w duchu klasycznych buddy movies, z tą drobną różnicą, że panowie się już znają i współpracowali, na dodatek w wyjątkowo stresujących okolicznościach. Zawsze jednak ich współpraca oparta była o obecność zwornika, jaki stanowił Steve Rogers. Teraz panowie muszą się nauczyć co najmniej współpracy (a ostatecznie również czegoś, co podejrzanie wygląda jak przyjaźń) bez założenia, że ten drugi jest tylko innym kumplem Steve’a. Na drodze do tego porozumienia stoi po pierwsze przeszłość – bo Bucky Barnes to 100+ latek z potężnymi problemami, związanymi z odpowiedzialnością za działania Zimowego Żołnierza, a po drugie, raczej samotnicza natura i indywidualizm obydwu. Ponieważ interakcje bohaterów, choć bywają śmiertelnie poważne (jak debata o tym, czemu Sam zrzekł się tarczy i dziedzictwa Kapitana Ameryki), często niosą też w sobie sporo humoru, stanowią one przeciwwagę dla poważnych kwestii fabularnych i tematów, których jest tu całkiem sporo.

Jednocześnie ważne są też wątki osobiste, indywidualne. W przypadku Bucky’ego związane są one z przeszłością i koniecznością rozliczenia się z nią by móc żyć dalej. Kluczowa jest historia starszego człowieka, Japończyka z pochodzenia, którym Bucky się opiekuje, a robi to, bo nie jest w stanie przyznać, że to on, a raczej Zimowy Żołnierz, zabił jedynego syna pana Nakajimy. Wyznanie prawdy uwolni Bucky’ego od jednego kłamstwa, ale zerwie więź między nim a Nakajimą – Bucky wybierze, ostatecznie, coś, co będzie dobre dla drugiego człowieka, a za co zapłaci on sam. Sebastian Stan zresztą gra tę rolę znakomicie, zarówno tam, gdzie wymaga ona umiejętności dramatycznych, jak i scenach bardziej komediowych, których też ma trochę.

U Falcona z kolei wątki osobiste łączą się z przyszłością. Mowa tu zarówno o przyszłości jego rodziny, konkretniej owdowiałej siostry i siostrzeńców oraz posiadanej przez nich łodzi i związanego z nią małego biznesu, dziedzictwa Wilsonów, jak o i jego własnej przyszłości jako superbohatera / ewentualnego Kapitana Ameryki. I tu pojawia się Isaiah Bradley – wykorzystany przed laty przez rząd, S.H.I.E.L.D. i HYDRĘ czarnoskóry chłopak, któremu podano eksperymentalne, zreplikowane serum superżołnierza. Nie był jedynym – ale był jedynym, który to przeżył. Uwięziony pod byle pretekstem na trzydzieści lat, stracił bliskich, dom i życie, jakie miał, a w zamian stał się obiektem eksperymentów. To na bazie jego krwi powstało ostatecznie serum, którego użyła Karli i jej ludzie. Postać Bradleya – starego, zgorzkniałego człowieka, któremu odebrano wszystko i dla którego idea, że miałby być dumny ze swojego kraju, jest, przewidywalnie i całkowicie realistycznie, śmieszna i gorzka jednocześnie, służy tu za punkt odniesienia zarówno dla Sama, jak i Steve’a Rogersa. Bradley jest Kapitanem, którego nie było. To, co dało Steve’owi dumę, spełnienie, realizację niemożliwego u chorowitego i chudego chłopca marzenia o służbie i walce ze złem – to wszystko, jak się przekonał Isaiah, było nieosiągalne, jeśli było się czarnoskórym weteranem. No Black man can be Captain America and no self-respecting African American should want to be it either, mówi Isaiah do Falcona, i w jego ustach jest to na pewno słuszne. Tylko że czasy się zmieniły – nie aż tak tam bardzo (patrz historia z kredytem dla siostry Falcona), ale się zmieniły. I Sam Wilson decyduje się, świadomie, zostać Kapitanem Ameryką. Nie tylko z namaszczenia Steve’a, nie tylko dlatego, żeby w pewien sposób oddać sprawiedliwość Bradleyowi i jego ludziom, ale też dlatego, że czuje, że takie ma prawo. I prawo, i obowiązek. Bo wierzy, że przy wszystkich nierównościach i niesprawiedliwościach, jakich jest świadomy, to jest też jego kraj, jego rola, jego prawo, by być tego kraju symbolem.

No i nim zostaje, i robi to po swojemu. Spokojnie i grzecznie (cynicznie można dodać – bo inaczej nie może) tłumaczy politykom od przesiedleń i zamykania granic, że źle się bawią; ratuje ich, ale próbuje ratować i Karli. Wydobywa z mroków historię Bradleya i jego oddziału. Stara się jednoczyć, tam, gdzie tylko można (co zresztą ładnie widać w scenie w rodzinnym miasteczku, kiedy zbiera ludzi na pomoc siostrze), ale jak nie ma wyjścia, to walczy piekielnie skutecznie – choć ma tylko własne siły i ludzkie moce. Powiem Wam, że bardzo czekam na solowy film z nim jako z Kapitanem Ameryką.

Adepero Oduye jako Sarah Wilson, konkretna, rozsądna i solidnie stąpająca po ziemi siostra Sama Wilsona. Wątek Sary i jej rodziny jest ważnym kontekstem dla historii Falcona, pokazuje bowiem jego korzenie, źródła siły, ale i pewnej goryczy, jaka w nim tkwi.

PS. Osobną historią (i nie do szerokiej dyskusji w tym wpisie, bo to w zasadzie wymaga dlugiej, samodzielnej analizy) są autentyczne inspiracje fikcyjnych i fantastycznych koncepcji w serialu. I tak, idea deportacji osób przemieszczonych po Blipie ma za pierwowzór przeprowadzone w USA (lata 20.-50.) masowe deportacje robotników, przede wszystkim z Meksyku, którzy wcześniej przekroczyli granice na podstawie legalnych umów. Podobnie – nikt nie eksperymentował z serum dla superżołnierzy, naturalnie, ale bodaj każda mniejszość etniczna w USA ma swoją historię prowadzonych na niej nieetycznych eksperymentów (ten konkretny był w ogóle inspiracją do powstania komiksowej historii Isaiah Bradleya).

PS 2: Równie osobną sprawą, i również przekraczającą ramy wpisu, jest pogrywanie sobie przez serial z komiksową i generalnie popkulturową tradycją – jest tu tego mnóstwo, od decyzji obsadowych takich, jak danie roli Bradleya aktorowi, który grał jednego z pierwszych czarnoskórych superbohaterów w TV w latach 90., po ogrywanie faktu, że Madripoor, tu będący siedzibą Power Brokera, komiksowo ma liczne związki z X-Menami i Wolverinem. Zresztą Isaiah Bradley to też nie jest żadna nowa postać, on się po raz pierwszy pojawił w znakomitym komiksie Roberta Moralesa i Kyle’a Bakera Truth: Black, Red and White z roku 2003.

(1) Yeah, pamiętam o Tonym Starku, ja zasadniczo zawsze pamiętam o Tonym Starku, bo to moja zdecydowanie ulubiona postać w uniwersum, ale o ile Tony zginął, żeby pokonać Thanosa, Natasha poświęciła się bezpośrednio po to, żeby zdobyć kamień i żeby Hulk mógł pstryknąć palcami i wszystkich przywrócić.

Garść impresji na temat Wakandy

Nadrobiłam sobie ostatnio w końcu Wakanda Forever (co ciągle zostawia mi nieobejrzany cały jeden film Marvela (przy obejrzanych / oglądanych na bieżąco wszystkich serialach), a to z kolei mówi dużo o tym, że dalej naprawdę lubię to uniwersum) i tak sobie myślę, że to jest jeden z tych filmów, którym niewiele brakło, by były naprawdę udane. Zapowiem od razu – to poniżej to nie będzie recenzja sensu stricto, raczej garść pewnych impresji i uwag, związanych z filmem (nie będę kłamać, kusi mnie cykl recenzji z kluczowych filmów Marvela, ale KIEDY JA TO ZROBIĘ?!).

UWAGA: solidne spojlery.

W każdym razie: twórcy byli, wyjściowo, jak mi się zdaje, na przegranej pozycji. Każde rozwiązanie, związane z koniecznością wypisania z fabuły Chadwicka Bosemana i jego T’Challi, natychmiast znalazłoby krytyków, obojętne, czy zostawiono by postać, ale zmieniono aktora, zabito bohatera za kadrem lub w zasadzie za kadrem, użyto starych zdjęć, bo pokazać nam jego śmierć w filmie czy odesłano go gdzieś na czas jakiś, by w kolejnym filmie i po upływie dłuższego czasu przywrócić z nową twarzą. Tu, niestety, zadecydował za nich los, bo na tragiczną chorobę i przedwczesną śmierć aktora, który niósł na sobie i swoim talencie sporą część sukcesu pierwszej “Czarnej Pantery”, nikt nic nie mógł poradzić. Przyjęty pomysł – T’Challa umiera niby na naszych oczach, ale za kadrem, a my widzimy głównie paniczne reakcje Shuri – jest z tych bezpiecznych, ale może dlatego zrobił na mnie nie najlepsze wrażenie: miałam poczucie, że scenarzyści chcą jednocześnie zamknąć ten temat szybko, przygotować i pokazać nam hołd raczej dla aktora niż jego postaci, a przy tym – na gniewie i złości Shuri zbudować większość emocjonalnej historii filmu. Było tego za dużo i nie do końca wyszło. W każdym razie brak Bosemana się czuje – ogromna, ogromna szkoda, że tak się historia potoczyła.

Letitia Wright (Shuri) radzi sobie ze swoją bohaterką i jej problemami całkiem IMHO skutecznie, chwilami wręcz błyskotliwie, jak w scenie, kiedy w transie po spożyciu magicznej rośliny dającej jej moce Czarnej Pantery spotyka zupełnie nie tego, kogo się spodziewała. Scenarzyści, jednakowoż, za bardzo jej życia nie uławiają.

Wakanda Forever ma, po pierwsze, strasznie dużo wątków i głównych bohaterów. Z jednej strony mamy historię Shuri, z drugiej – jej matki Ramondy, która jako królowa usiłuje radzić sobie zarówno z problemami międzynarodowymi, jak i z własną córką (jedno i drugie idzie jej jakby średnio) oraz z faktem, że Wakanda pierwszy raz pozbawiona jest pomocy Czarnej Pantery. Do tego dochodzi wspomniany wątek problemów międzynarodowych (skutkujący obecnością agenta Rossa i jego szefowej i eks w jednym), wątek Okoye, która zawodzi królową i zostaje zwolniona ze służby, wątek Nakii, od sześciu lat mieszkającej na Haiti, ale wezwanej ponownie do służby (i dostarczającej na koniec motywu typu “bomba ex machina”), wątek M’Baku i pomniejsze wątki innych wodzów klanów, duży i kluczowy wątek Namora i jego podwodnego imperium, wątek Riri Williams/Ironheart i jej pobytu w Wakandzie… No, sporo tego. W związku z tym film, choć długi, skacze między motywami i w zasadzie nie do końca realizuje ich potencjał.

Weźmy Ironheart, graną przez Dominique Thorne. Aktorka jest kompetentna i z postacią sobie radzi bez problemu, plus nadaje jej jakiś tam rys indywidualności, o co nie jest łatwo, oj, nie jest, bo scenarzyści przeszkadzają, jak mogą. Riri w tej fabule, tak jak jest ona napisana, jest postacią doskonale IMHO zbędną. Po pierwsze, dublują się z Shuri: dwie nastolatki, obie przy tym genialnie genialne, obie pyskate i nieposłuszne, obie o podobnych kompetencjach i zainteresowaniach. Wątek Riri jest nie najgorzej wprowadzony (to ona zaprojektowała urządzenie, które zwraca uwagę Namora i zaczyna konflikt), ale potem w zasadzie większość tego, co przyszła Ironheart robi, mogłaby robić Shuri. Po drugie, to by może i było do uratowania, gdyby pogłębić relację tych postaci, pokazać, jak ewoluuje ich stosunek do siebie, zarysować im bardziej wiarygodny wątek rodzącej się wbrew różnicom przyjaźni, a może nawet, cholera, czemu nie, wbrew komiksowym biografiom, romantycznej fascynacji albo wzajemnego hero worship? Tymczasem idea, że one szybko łapią kontakt ze względu na podobne doświadczenie bycia utalentowanymi młodymi czarnymi kobietami jest… no, IMHO mało przekonująca. Podejrzewam, że doświadczenia Shuri – bajecznie bogatej królewny (!) wychowanej w utopijnym, nie mającym kontaktu ze światem, nie znającym rasizmu państwie, różnią się zasadniczo od tych, jakie miała dorastająca w USA niezbyt zamożna adoptowana córka mechanika samochodowego, Riri… Plus, rany, kto zaprojektował dla Ironheart ten chyba najbrzydszy w MCU, ciężki, niezgrabny strój z wielkim sercem na barkach?

Nominację do Oscara za Wakanda Forever miała grająca Ramondę Angela Bassett, ale mam wrażenie, że chyba jeszcze bardziej zasłużyła na nią Danai Gurira (Okoye), która ma w tym filmie kilka naprawdę znakomitych scen (jest świetna w relacjach z Shuri na tajnej misji na Uniwersytecie Harvarda i znakomita w emocjonalnej scenie konfrontacji z królową podczas przesłuchania po porwaniu Shuri). No ale ma je, konkretnie, w pierwszej połowie, potem znika. A szkoda, wielka szkoda – to jest świetna, wiarygodnie napisana i zagrana postać. No dobra, na koniec wraca w ładnej superbohaterskiej zbroi, zawsze to coś.

Film nie wykorzystuje też do końca wątku Nakii – tego, że opuściła Wakandę sześć lat wcześniej, nie bardzo wiadomo, czemu, że nie wróciła nawet na pogrzeb byłego ukochanego T’Challi – a potem, na koniec, dowala nam motywem pt. “Oni mieli dziecko przez cały czas, i w sumie wszyscy w rodzinie wiedzieli, tylko nikt nie powiedział Shuri, umierającej z tęsknoty za zmarłym bratem, że ma bratanka”. No, wzdech. Na miejscu Shuri tu bym się dopiero wściekła.

To jest film z kobietami w centrum i w głównych rolach, ale tak się składa, że najlepsze role trzecioplanowe / epizodyczne mają tu mężczyźni. Winston Duke jako M’Baku zamiatał już w pierwszym filmie. Tu w scenach, które ma, pokazuje się jako rozsądny, sensowny, doświadczony lider, a nie moralizuje i nie ględzi – to nie jest takie częste w rozrywkowym kinie. Bank rozbiło, jak dla mnie, te parę minut największej niespodzianki filmu, czyli nieoczekiwanego powrotu Killmongera. Michael B. Jordan w tej roli to ciągle jeden z moich ulubionych skomplikowanych złoli w MCU, a tutaj, kiedy pojawia się, by wodzić na pokuszenie młodą i cierpiącą królową, jest IMHO wręcz elektryzujący. Osobnej wzmianki domaga się Everett Ross i w ogóle ten wątek CIA / FBI i całej reszty – no bardzo on jest fajny, w sumie, fajnie zagrany zarówno przez Martina Freemana, jak i Julię Louis-Dreyfus, ale w tym filmie zbędny absolutnie i doskonale.

Natomiast, jak o męskich rolach – co ten film ma, to ma, a ostatnio w Marvelu to nie jest takie oczywiste, dobrze pomyślanego antagonistę (1). Namor, fantastycznie grany przez Tenocha Huertę, może i w swojej oryginalnej komiksowej inkarnacji przypominał Aquamana z DC, ale postać wykreowana tu przez Huertę nie ma nic wspólnego z ekstrawertycznym i trochę nie dającym się nie lubić Aquamanem Jasona Momoi. Namor jest zimny, kalkulujący, bezwzględny i absolutnie imperialistyczny w swoim myśleniu o świecie i swoim w nim miejscu, a jednocześnie – nie ma wątpliwości, skąd się takie jego podejście wzięło i jaki ból i emocje za nim stoją. Sceny w podmorskim Talokanie między nim a Shuri – na granicy wzajemnego podziwu i zrozumienia, zrujnowanego potem zarówno przez decyzje Ramondy, jak i przede wszystkim samego Namora – są naprawdę dobre, udane, przemyślane, oraz, co nie jest ostatnio normą w MCU, efektowne wizualnie.

Jak chodzi o efekty specjalne, podobała mi się też walka na okręcie – a raczej na jego pionowych burtach, pokazana z perspektywy Shuri – Czarnej Pantery. Wielka bitwa oczywiście jest, i dla mnie oczywiście jak zwykle (z wyjątkiem Avengers: Endgame) jest nudnawa, ale nie oszukujmy się, nie dla mnie te sceny bitew są kręcone; moim siostrzeńcom (dziewięć i siedem) na pewno się spodoba.

No i co? No i oglądało się przyjemnie, słuchało jeszcze przyjemniej (muzyka Ludwiga Göranssona bardzo nastrojowa i efektowna), momentami zgrzytałam zębami, chwilami lekko się nudziłam, generalnie skończyłam z poczuciem “Było OK, mogło być świetnie”.

***

(1) Dobrze zagrani, i owszem, się zdarzają całkiem często – i Jonathan Majors jako Kang w Quantumanii, i Christian Bale jako Gorr Bogobójca w czwartym Thorze, i znakomita w Doktorze Strange’u w multiwersum obłędu Elizabeth Olsen to są dobrze zagrane postacie, tylko (może z wyjątkiem Olsen / Wandy) nie bardzo mające sensowne miejsce w fabule.

Sherlocki w obrazkach

… czyli urodziny pana Holmesa. I przy okazji – ciąg dalszy blogowej archeologii, notka oryginalnie ukazała się w styczniu 2017 na moim dawnym blogu.

SIDNEY PAGET I JEGO ILUSTRACJE

Jeden z moich ulubionych bohaterów miał ostatnio urodziny, ergo sobie na niego popatrzymy z tej okazji. Inaczej mówiąc: moi ulubieni Holmesowie, w kolejności, w jakiej się z nimi zapoznałam.


Holmes i Watson w scenie z opowiadania “Grecki tłumacz”, ilustracja S. Pageta z The Strand Magazinei z 1893 roku. Domena publiczna


Holmes na klasycznej ilustracji Sidneya Pageta. Elegancki, wysoki, szczupły, zadbany, bardzo brytyjski. Nawet nie pamiętam, skąd znam ten wizerunek – czy zobaczyłam gdzieś w daleko przeinternetowych czasach pierwszej lektury Conan Doyle’a, kiedy miałam dwanaście lat i, wow, mama mi pozwoliła przeczytać pierwszy w życiu kryminał? Czy poznałam nieco później? Nie pamiętam. W pamięci mam tę postać Holmesa jako znaną od zawsze.

NICHOLAS ROWE

Nicholas Rowe w filmie Piramida strachu, źródło: Pinterest

Nicholas Rowe jako młody Sherlock Holmes w Piramidzie strachu (Young Sherlock Holmes, 1985). Poszłyśmy na ten film z siostrą jako małolaty – ja już chyba miałam za sobą lekturę pierwszych opowiadań o Holmesie, młodsza siostra chyba nawet nie. Z filmu wyszłyśmy zapłakane i zakochane.

GEOFFREY WHITEHEAD

Geoffrey Whitehead jako Holmes, Źródło: The Arthur Conan Doyle Encyclopedia

W latach 80. był sobie polsko-angielski serial o Holmesie, kręcony częściowo u nas: leciał o 17.00 raz w tygodniu i ja go namiętnie oglądałam. Próby czasu nie zniósł, IMHO, najlepiej, ale wtedy naprawdę go lubiłam. Oto Geoffrey Whitehead jako Holmes.

BASIL RATHBONE

Basil Rathbone jako Holmes. Źródło: wikipedia

Holmes klasyczny, czyli Basil Rathbone: pierwsze filmy z nim (te z lat 30. – 40.) widziałam jakoś we wczesnym liceum, kiedy przypomniała je Telewizja Polska. Dłuuugo musiałam się potem przekonywać do Holmesów nie wyglądających dokładnie jak on, oj długo…

JEREMY BRETT


Jeremy Brett, klasyczny Holmes idealny. Oglądałam jego filmy nieregularnie, nie po kolei i na przestrzeni wielu lat. I tak naprawdę dopiero jak je obejrzałam wszystkie pod rząd parę lat temu zrozumiałam, na czym polega jego wielkość jako Holmesa, którego zagrał jako dobrego, ale trudnego, umęczonego życiem wśród ludzi człowieka. Wspaniała, najlepsza z klasycznych wersji postać wielkiego detektywa.

ROBERT STEPHENS

Robert Stephens jako Holmes w “Prywatnym życiu Sherlocka Holmesa”, czyli tym filmie o Holmesie, po który sięgnęłam po pierwsze dla reżysera, który ma u mnie dość nieograniczony kredyt zaufania. Sięgnęłam i się zakochałam, ten film to jest moja sekretna wielka miłość i źródło miliona używanych na co dzień cytatów, które rozpoznaje, z moich znajomych, tak strasznie mało osób… No uwielbiam, także za to przemieszanie parodii, pastiszu, lekkiej groteski (Christopher Lee jako knujący Mycrotf!) i całkiem serio melancholii i powagi.

ROBERT DOWNEY JR

No dobra, nie oszukujmy się, ten Iron Man Sherlock Holmes jest tu troszeńkę na wyrost. Sherlock Holmes Guya Ritchiego to był film, z którego wyszłam zachwycona – tempem, zabawą, steampunkującymi aluzjami, nastrojem i kreacjami Holmesa (Downey Jr.) i Watsona (Jude Law) – jejku, ktoś wreszcie wymyślił, jak filmowo pokazać dedukcje i zauważył, że Watson ma regularne powodzenie u kobiet! Niestety, kolejne seanse i sequel, Gra cieni, trochę mi to wrażenie popsuły. Fakt, że uważam, że RDJ to jest szalenie efektowny aktor i on, nawet jak przegina, a tu przegina regularnie, budzi sympatię dla swojego bohatera.

BENEDICT CUMBERBATCH

Słuchajcie, tu ze mną nie będzie dyskusji. Każda chyba osoba żyjąca fanowskim życiem ma swoje rzeczy subiektywnie ukochane, prawda? Ja mam tę – Sherlock BBC trafił mi prosto w serce i jestem mu w stanie wybaczyć absolutnie wszystko – no, może poza ostatnim odcinkiem czwartej serii.

WASSILIJ LIWANOW

Ten pan jest… trochę nie wiem, czy w dobrym miejscu, bo nie jestem w sumie pewna, kiedy pierwszy raz widziałam radzieckiego Sherlocka Holmesa z Wasilijem Liwanowem (mam blade wrażenie, że w dzieciństwie), wiem za to na pewno, że świadomie go sobie przypomniałam parę lat temu i że mnie zauroczyły zarówno filmy, jak i Liwanow w roli nieco bardziej emocjonalnego, melancholijnego Holmesa.

JONNY LEE MILLER

Elementary to IMHO serial mocno nierówny, chwilami świetny, chwilami taki sobie (please, tylko nie ten motyw “Adler = Moriarty”), ale i Jonny Lee Miller, i Lucy Liu radzą sobie w nim bardzo dobrze. Znaczy, na tyle dobrze, że prędzej czy później kupię całość na DVD.

BASIL

Dobra dobra, wiem, że to nie Holmes, tylko Basil, wielki mysi detektyw i godny odpowiednik Sherlocka H. w świecie gryzoni. Obejrzałam ten film… w zasadzie czemu ja obejrzałam ten film, świadomie, tak późno? Jest uroczy i bardzo inteligentnie sobie pogrywa Holmesowymi motywami. No i ma Vincenta Price’a jako Moriarty’ego/Rattigana, to się nie mogło nie udać.

Gra cieni, z elementami farsy

Czytelnicy nowej wersji bloga jeszcze tego nie wiedzą, ale w wersji starej drugim najpopularniejszym tagiem (po “fantastyka”) był tag “Sherlock Holmes”. Być może to jest dobry moment, żeby o tym powiedzieć: pierwszy tekst Arthura Conan Doyle’a przeczytałam, mając dwanaście lat, i od tamtej pory nie przestałam. Podejrzewam, że w miarę rozwoju tego bloga (Oby! Bardzo bym chciała, żeby, jak poprzedni, ten też przetrwał co najmniej dekadę…) ten dotychczasowy niedobór tekstów o Holmesie (raptem parę recenzji z klasycznych filmów i doskonałych animacji) będzie uzupełniany.

Plakat kinowy, źródło: wikipedia

Sherlock Holmes ledwie niedawno (szóstego stycznia) miał urodziny, a ja wczoraj, nie mogąc zasnąć, postanowiłam powtórzyć sobie po dziewięciu latach nieoglądany od kinowej premiery film: Grę cieni, w reżyserii Guya Ritchiego, gdzie do Holmesa (Robert Downey Jr.), Watsona (Jude Law) i przez chwilę Irene Adler (Rachel McAdams) dołączają Mycroft (Stephen Fry) i, na szczęście, bo to chyba najjaśniejszy punkt tego filmu, Jared Harris w roli profesora Moriarty’ego.

W czeluściach pogrzebanego przez blox.pl bloga spoczywa gdzieś recenzja napisana na bieżąco, po wyjściu z kina, w której, o ile pamiętam, narzekałam na całego. Nie powiem, żeby po dziewięciu latach opinia mi się jakoś znacząco zmieniła.

Jared Harris (Moriarty) i Robert Downey Jr. (Sherlock Holmes) w Grze cieni. Zdjęcie stąd.

Widzicie, jest tak: ten film ma dwie główne zalety (obsada i pomysły scenarzystów) i dwie zasadnicze wady (obsada i pomysły scenarzystów). I w związku z tym jest to chyba najbardziej nierówny Holmesowy film, jaki widziałam. Bo widziałam sporo dobrych i znakomitych, co najmniej kilka naprawdę słabych, kilka będących odważnym upadkiem z wysokiego konia – ale takiego miszmaszu dobrego z żenującym, jak tutaj, i to w każdej możliwej kategorii, to chyba nigdy.

Scenariusz (autorstwa małżeństwa Michele i Kierana Mulroney) jest luźno oparty na Ostatniej zagadce, z elementami Pustego domu, czyli, że przypomnę czytelni(cz)kom nie podzielającym mojej obsesji na punkcie Holmesa, na tym opowiadaniu, gdzie po raz pierwszy pojawia się profesor Moriarty, a Sherlock Holmes ginie w wodospadzie Reichenbach, oraz na tym, gdzie Holmes okazuje się jednak, wbrew gorliwym staraniom Moriarty’ego, Sebastiana Morana i samego Arthura Conan Doyle’a, jak najbardziej żywy. Innymi słowy – scenariusz sięga po ten najmocniej emocjonalny i grający na uczuciach czytelnika kawałek, a co więcej – po najbardziej intrygującą i najważniejszą postać, której Conan Doyle właściwie nie napisał.

O profesorze Moriartym z samych tekstów Holmesowskiego kanonu wiemy wbrew pozorom niewiele (ale to naprawdę temat na osobną notkę) i adaptacje mają tutaj sporo do zrobienia. I to jest ten kawałek, który wychodzi Ritchemu i jego scenarzystom świetnie, naprawdę błyskotliwie. Nie wiem, czy z filmowych ujęć postaci Moriarty’ego to nie jest najlepsze. Po pierwsze, scenarzyści tę postać napisali: nie “wrzucili jej kilka efektownych scen”, tylko rzeczywiście stworzyli Moriarty’emu motywacje, osobowość i charakter. Nie przestając być enigmą, staje się jednak bardziej namacalny i konkretny. Ten Moriarty bardziej chce być Napoleonem niż zbrodniarzem. Obserwujemy go w momencie, kiedy jednocześnie buduje swoją pozycję w świecie oficjalnym (ze znanego uczonego staje się jednym z wiodących i najpopularniejszych intelektualistów swoich czasów) i w półświatku (gdzie kradnąc, mordując i oszukując stał się właścicielem ogromnego majątku, ulokowanego w zakładach zbrojeniowych, farmaceutycznych i innych, które będą kluczowe dla zbliżającej się wojny).

Jude Law (Watson). Zdjęcie ze strony The Arthur Conan Doyle Encyclopedia

Akcja dzieje się w roku 1891, a pomysł, by Moriarty planował doprowadzić do wcześniejszego wybuchu wojny światowej, by się na niej monstrualnie wręcz wzbogacić, jest fabularnie znakomity, zwłaszcza że poparty jest wrażeniem wizualnym, jakie robi strzelanina w niemieckim Heibronnie, gdzie znajdują się zakłady, od niedawna należące do Moriarty’ego. Nie chodzi tu o konkretne historyczne aluzje, ale raczej o pewne elementy – ujęcia armat, haubic i co oni to tam jeszcze mają do strzelania, samych żołnierze, niemieckie komendy – które przywołują w umyśle widza skojarzenia z awanturniczym kinem wojennym, bardziej może nawet tym o II wojnie. Filmowo daje to znakomity efekt, zwłaszcza w połączeniu z faktem, że strzelanina w lesie nakręcona w serii urywanych scen, zwalnianych i zatrzymywanych w momentach eksplozji, jest stylowa i robi duże wrażenie. W samej strukturze fabularnej fakt, że ambicje Moriaty’ego sięgają aż tak daleko i wykraczają poza sekretne kierowanie syndykatem zbrodni, działa w tym filmie bardzo dobrze, nadaje mu, jako złoczyńcy, nieco bardziej epicki wymiar. Jednocześnie zaś do tej konkretnej postaci (to jest na pewno jeden z pierwszych superzłoczyńców kultury, duchowy ojciec wszelkiego sortu Jokerów i Lexów Luthorów) pasują tego rodzaju ambicje – Moriarty nigdy zresztą ich nie dopowiada, nigdy nie wygłasza wielkiej mowy złoczyńcy, pozostaje do końca enigmatyczny i nie zdradza swoich motywów ani planów. Fakt, że to on przewiduje poprawnie dalszą historię Europy (“za parę lat oni sami zaczną wojnę”, odpowiada lekceważąco Holmesowi, gdy detektyw podkreśla, że zatrzymał wojenne plany profesora), dokłada się do skutecznej kreacji jego postaci jako wyrastającej wizją i intelektem ponad wszystkie, chyba łącznie z samym Holmesem.

To ostatnie by nie wyszło, gdyby nie świetna rola Jareda Harrisa. To jest obsada idealna, on tego chłodnego, intelektualnego, złego bliźniaka Holmesa gra tutaj naprawdę błyskotliwie. Aktorska charyzma sprawia, że od jego bohatera – który nie ma łajdackiego wdzięku i urody takiego Jude’a Lawa, na przykład – trudno oderwać wzrok, ile razy jest na ekranie. Mentalne (ale i te konkretne) pojedynki Holmesa z Moriartym, w zasadzie każda ich wspólna scena, to jest skarb i powód, by do tego filmu wracać.

A reszta? No… cóż. Mój największy Holmesowski autorytet, autorka bloga Sherlockiana, powiedziała kiedyś, że niewybaczalnym grzechem aktora (i scenarzysty) wobec postaci Holmesa jest niepotrzebne tej postaci ośmieszanie. Absolutnie się z tym zgadzam i dlatego mam problem ze sporą częścią pomysłów zarówno twórców filmu, jak i odtwórców głównych ról.

O co mi chodzi? Generalnie uważam, że pomysł na obsadzenie roli Holmesa w pierwszym filmie Ritchiego (2009) przez Roberta Downeya Jr. rok po tym, jak zaczął grać swoją, jak się miało okazać, najbardziej rozpoznawalną popkulturową rolę (pierwszy Iron Man jest z 2008) był błyskotliwy i on ma IMHO w tej roli przebłyski geniuszu. Podobnie dobra była idea, żeby Watsona zagrał niespełna wówczas czterdziestoletni, cieszący się opinią zdecydowanie przystojnego Jude Law, co pozwoliło wygrać w postaci doktora widoczne przecież u Conan Doyle’a cechy (czarujący mężczyzna cieszący się dużym powodzeniem u kobiet, człowiek towarzyski i światowy). Obaj na dodatek mają znakomitą ekranową chemię i świetnie grają razem (co po trochu może być specjalnością RDJ, on miewał na ekranie podobną chemię z co najmniej paroma postaciami w filmach Marvela). W Grze cieni obaj panowie nadal wyglądają dobrze w swoich rolach, dalej też miewają momenty i sceny znakomite. No, miewają.

I tu właśnie wchodzi, niestety, ten moment, kiedy reżyser i scenarzyści mówią sobie: “Róbmy tak dalej, ale bardziej”. Efektem jest przerysowanie tendencji do zgrywy i niskiej komedii, które były wyraźne w pierwszym filmie – przerysowanie, które sprawiało, że momentami podczas oglądania wyglądałam, niestety, jak RDJ na poniższym obrazku:

To, co szkodzi temu filmowi, to po pierwsze farsa, a tej farsy jest tu stanowczo za dużo. Cała pijacko-bójkowa scenka na wieczorze kawalerskim Watsona, wcześniejsze spotkanie w zamienionym w dżunglę mieszkaniu na Baker Street, farsowo przegięte seksualne dwuznaczniki w dialogach Holmesa i Watsona, żenujące przebrania detektywa – nie, nie mam problemu z wielkim detektywem w kobiecym przebraniu, mam problem z tym, że jest to stereotypowe przebranie z przerysowanym makijażem, ograne dla farsowego efektu; podobnie ze strojem Chińczyka z pierwszej sceny. Nudzi mnie to, po prostu. Ja wiem, że w 2021 już pisze się inaczej, niż w 2011, kiedy film powstawał, ale serio, może po prostu napiszcie im w trzeciej części, która ma się jakoś kiedyś niedługo podobno pojawić, po prostu romans, i tyle? Farsowe ogrywanie rzeczy w rodzaju “Watson, lie down with me” troszkę już się w tej serii przeżyło. Aha, chyba nawet w 2011 goły Mycroft Stephena Fry’a wychodzący na spotkanie Mary Watson, której udzielił schronienia, był trochę jakby mało śmieszny.

Noomi Rapace w Grze cieni; zdjęcie stąd

Druga rzecz, jaka nie działa tu IMHO do końca, to wątek z Sim i jej towarzyszami. Noomi Rapace to bardzo dobra aktorka, która w tym filmie świetnie wygląda i stara się coś zrobić z mdłym materiałem, który dostała, ale wątek romskiej wróżki, która jest eks-anarchistką, a teraz próbuje znaleźć brata, któremu lekarz na usługach Moriarty’ego całkowicie zmienił wygląd (!), upodabniając go idealnie do kogoś innego, by ten dokonał zamachu na kongresie pokojowym w Reichenbach – to nie miało szans zadziałać. Podobnie jak nie działa zupełnie chyba na przyczepkę dodany motyw ze śmiercią Irene Adler. No, nie miały panie szczęścia do tego filmu, bo bardzo fajnie jako postać pomyślana i zagrana (przez Kelly Reilly) Mary Watson też nie bardzo ma tu co robić – choć doceniam pomysł, żeby wplątać ją w intrygę z szyfrem Moriarty’ego, zważywszy, co o pani Watson wiemy z pierwszego filmu.

Co natomiast w samej konstrukcji fabuły działa? Otóż fajnie i nienachalnie działa zasada pokazywania strzelb, które potem wystrzelą – co może najlepiej udaje się w finale, gdzie ograna jest i scena z osobistym zapasem tlenu Mycrofta, i wcześniejszy miejski kamuflaż jego brata. Takich scenek – uratowanie Holmesa zastrzykiem z adrenaliny, którą widzieliśmy wcześniej użytą na psie Watsona – jest tutaj więcej, i to akurat wychodzi. No i wielki plus za Holmesa, któremu przyszło do głowy, że Watson może, na przykład, chciałby jednak WIEDZIEĆ, że detektyw przeżył przygodę nad wodospadem? Brawo, zawsze mnie cieszy, jak adaptator dostrzega, że Holmes ma serce (bo ma!).

Nieźle działają chwilami w tym filmie plenery i wnętrza (scena w Operze Paryskiej jest udana, bo wygląda na to, że będziemy mieć jakąś powtórkę z Upiora opery, a dostajemy element charakterystyki Moriarty’ego jako zbira z wysublimowanym gustem i dobrze zrobioną zmyłkę), muzyka Hansa Zimmera, z wyjątkiem kawałków z cytatami z Don Giovanniego, jest tu akurat dość powtarzalna i raczej do zapomnienia, zdjęcia i kostiumy ładne – ale, rany, to jest naprawdę najbardziej nierówny Holmesowy film, jaki znam.

Hmmm, może by sobie inne adaptacje Ostatniej zagadki / Pustego domu znowu pooglądać?

Wielki detektyw, choć mysz

Najkrótsza recenzja powinna brzmieć tak: w 1986 roku, adaptując serię książeczek dla dzieci, Disney wyprodukował pierwszego steampunkowego Sherlocka Holmesa, lepszego niż większość steampunkowych/steampunkujących wersji przygód wielkiego detektywa, jakie później napisano i nakręcono. Jednocześnie, na dobrych piętnaście lat przed eksplozją Shrekopodobnego pisania scenariuszy animacji jednocześnie dla dorosłych i dla dzieci, team scenarzystów Wielkiego mysiego detektywa napisał taką właśnie historię – choć to, co jest w niej nie dla dzieci, wiąże się raczej z poziomem fanowskiej wiedzy o twórczości Conan Doyle’a i jej klasycznych ekranizacjach.

Jak pewnie trochę widać z tego bloga, twórczość Conan Doyle’a lubię i znam ją – w miarę, z prawdziwymi znawcami nie mogę się równać. Wielki mysi detektyw, oglądany po raz pierwszy lata temu, sprawił mi, jako czytelniczce Doyle’a od jakichś niepamiętnych ponad trzydziestu lat, niesamowitą radość. No bo przyjrzyjmy się, na ilu poziomach ten film bawi się Holmesowską tradycją.

Na pierwszym, podstawowym poziomie jest, oczywiście, sam zarys fabuły. Na Baker Street pod numerem 221B mieszkają słynny detektyw Sherlock Holmes i jego towarzysz doktor Watson; sylwetkę Holmesa, grającego na skrzypcach, widzimy nawet w pewnym momencie w filmie, a obu panów słyszymi (o czym za moment). Ale nie są oni jedynymi lokatorami tego mieszkania. Pod 221 B na Baker Street miesza jeszcze jeden detektyw.

Basil, tytułowy wielki mysi detektyw, ma odpowiedni kapelusz, lupę i ekscentryczne nawyki: gdyby Sherlock Holmes miał bliźniaka-mysz, Basil by nim był. Mieszka z gospodynią, panią Judson, ale nie ma nikogo, kto mógłby pomagać mu w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek i kto wsparły go w morderczym, wieloletnim pojedynku intelektów, jaki Basil toczy z mysim (he he) Napoleonem zbrodni, złowieszczym profesorem Ratiganem. Znaczy, nie ma aż do dnia, kiedy u jego drzwi stanie mała, zagubiona Olivia Flaversham, której tatę, mysiego mistrza-zabawkarza, uprowadził jednonogi nietoperz. A dziewczynce towarzyszy dżentelmen, doktor David Q. Dawson, weteran z Afganistanu, gdzie służył w 66t regimencie Jej Królewskiej Mysiej Wysokości. Doktor spotkał małą na deszczowej londyńskiej ulicy i pomógł jej znaleźć drogę – a Basil szybciutko się zorientował, że za porwaniem jej taty stoi wspomniany wyżej złowieszczy mysz (he he).


And, honey, you should see me in a crown…

Jak Ratigan mógłby nie być złowieszczy? Nie dość, że oparty jest na postaci profesora Moriarty’ego, nie dość, że ma perfidny plan przejęcia, bagatelka, władzy nad imperium, to jeszcze na dodatek mówi głosem Vincenta Price’a. To jest kolejny poziom gry z Holmesowskim kanonem i generalnie z tradycją w tym filmie: odwołania wychodzące poza fabułę i poza schematy wizualne czy cechy charakteru postaci. Vincent Price wnosi przecież do postaci Ratigana całą swoją aktorską przeszłość, całą wielką tradycję popkulturową, jaką reprezentuje. W tym samym duchu utrzymane są decyzje użycia, dla Holmesa i Watsona, fragmentów nagranych głosów Basila Rathbone’a i Nigela Bruce’a, klasycznych wykonawców tych ról których nie trzeba przedstawiać nikomu, kto o świat ekranizacji Conan Doyle’a się choćby otarł. Obaj panowie już nie żyli, kiedy kręcono Detektywa, użyto więc fragmentów ich dialogów z ról, jakże by inaczej, Holmesa i Watsona. A i w tej samej konwencji mieści się ta urocza nie-całkiem-dla-dzieci scena z oszołomionym Dawsonem tańczącym z tancerkami na scenie – kto widział cudowne Prywatne życie Sherlocka Holmesa będzie wiedział, o czym mówię.

Basil jest zresztą równie Holmesowski jak sam Holmes. Film fantastycznie wręcz podchwytuje pewne specyficzne cechy tej postaci: Basil jest błyskotliwy, ekscentryczny i nieprzewidywalny. Bywa obcesowy i wydaje się chwilami bez serca (ten moment, kiedy mówi Olivii, że nie ma czasu na zaginionych tatusiów), jest przy tym skłonny do depresji i więcej niż trochę zakochany we własnym intelekcie (och, on by wolał umrzeć niż uznać, że Ratigan go ostatecznie pokonał!). Jest jednak przy tym lojalny i zdolny do poświęceń, a o przyjaźni nie umie mówić, za to umie ją okazać. Jest, innymi słowy, znakomitą wariacją na temat postaci Holmesa.

Sama kompozycja narracji i świat, w którym się to wszystko dzieje, jest też, oczywiście, jak z Conan Doyle’a, ale w ogóle troszeńkę też jak z czarnego kryminału (ten bar, gdzie panna Kitty Mouse śpiewa piosenkę wyjątkowo nie dla dzieci!). Mamy porwania, podstępy, perfidny plan zawładnięcia królową i królestwem w dniu diamentowego jubileuszu. Mamy galerię łotrów spod ciemnej gwiazdy, z rozkosznie durnowatym Fidgetem i tą nieszczęsną myszą-pijakiem, której niebacznie wyrywa się słowo na „sz”…. Mamy śmiertelne niebezpieczeństwo wiszące nad bohaterami i cudowne ocalenie dzięki szlachetności Dawsona i błyskotliwości Basila.

No i mamy, w 1986, zupełnie fantastyczną steampunkową historię, zanim jeszcze steampunk na szerszą skalę zaistniał w czytelniczej świadomości (to są niemal dokładnie lata powstawania pierwszych ważniejszych steampunkowych powieści, patrz Tim Powers). No bo popatrzcie: jest pełna suspensu scena w sklepie z mechanicznymi zabawkami. Są dziwaczne latające pojazdy, którymi poruszają się bohaterowie. Jest mistrz-konstruktor jako ofiara porwania, no i jest, w centrum intrygi, mechaniczna kopia królowej Mousetorii, użyta do zastąpienia jej samej i przejęcia władzy przez Ratigana. Jest królowa Wiktoria i jej mysi odpowiednik, są ponure londyńskie uliczki i tylko Kuby Rozpruwacza brakuje (ale jest mordercza kocica). No i są (acz to już nie steampunkowo) absolutnie urocze piosenki.

Bardzo, bardzo polecam. Szczerze mówiąc, polecam także i tym, którzy nie przepadają za klasycznymi Disneyowskimi animacjami. Wizualnie Detektyw to podobny styl, co, powiedzmy, 101 dalmatyńczyków, ale historię obejrzy z przyjemnością także i ta osoba, która woli kryminały od kreskówek.

Urodziny bohatera

Szósty stycznia, słoneczka. Urodziny Sherlocka Holmesa. Jednego z TYCH bohaterów mojego życia.
Z tej okazji przez tydzień codziennie będę przypominała stare okołoholmesowe notki. Dzisiaj na początek – o bardzo klasycznym Psie i równie klasycznej oryginalnie filmowej przygodzie.

The Hound of the Baskervilles, reż. Sidney Lanfield, scen. Ernest Pascal, 1939

Richard Greene (sir Henry) i Wendy Barrie (Beryl Stapleton, jego ukochana)

Basil Rathbone, podobnie jak później Jeremy Brett, urodził się, by grać Sherlocka Holmesa. Jego wersja wielkiego detektywa dla wielu pozostała kanoniczną -i, paradoksalnie, często mówimy tu o ludziach, którzy jego Holmesa nigdy świadomie nie widzieli.

Tym ciekawiej jest zauważyć, co się dzieje na początku tej legendy: w pierwszej adaptacji z parą Rathbone – Bruce, w roku 1939, kiedy obaj panowie spotkali się, jako Holmes i Watson, na planie Psa Baskerville’ów.  Scenarzyści, wówczas jeszcze ewidentnie nie cierpiący na powszechną dziś w Hollywood obsesję na punkcie origin story, postanowili nie dawać nam na początek spotkania Holmesa z Watsonem i Studium w szkarłacie, zamiast tego skupiając się na gatunkowo chyba najbardziej eklektycznej z historii Doyle’a, Psie Baskerville’ów.

Adaptacja Sidneya Lanfielda jest bardzo wierna fabule powieści Doyle’a: mamy wrzosowisko, dom Baskerville’ów, sąsiadów i ich sprawki, służącego (który się tu nazywa Barryman, żeby się nie mylił z supergwiazdą), jest zbiegły przestępca i wielki pies na bagnach i romans i Holmes udający komiwojażera… Jednocześnie warto jednak podkreślić, że to, jak dobrane są pewne elementy, co jest naświetlone, a co zepchnięte na dalszy plan, też wiele mówi.

Charakterystycznie, w tym filmie na liście obsady na pierwszym miejscu są popularny w latach 30. amant John Greene, grający sir Henry’ego Baskerville’a i partnerująca mu jako obiekt jego uczuć Wanda Barrie – konkretniej, są oni numerami jeden i trzy listy obsadowej. Między nimi jest Basil Rathbone, a Nigel Bruce został relegowany do numeru co prawda jeden, ale na liście pt. „W pozostałych rolach”. Jest to o tyle bez sensu, że akurat w tym filmie rola Watsona jest szczególnie ważna i znacząca – ale też wyraźnie podkreśla, co wytwórnia 20th Century Fox chciała w tym filmie wyciągnąć na pierwszy plan.

Pies Baskerville’ów – to znaczy powieść będąca wyjściowym materiałem tego filmu – jest z definicji powieścią kryminalną, z zagadką stojącą w jej centrum; tak mają w końcu wszystkie opowieści Conan Doyle’a o Holmesie. Jednocześnie w Psie autor dość skutecznie nas co do gatunku oszukuje: sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z powieścią gotycką z elementami być może nawet horroru (Dom na wrzosowiskach! Klątwa rodowa! Potworny pies! Tajemnicze światła, ponury służący, zagadkowa śmierć dziedzica!). W rzeczywistości jednak Psu bliżej do, paradoksalnie, powieści obyczajowej – w tle jest przecież nie tyle klątwa i ogar piekielny, co dziedziczenie, testamenty i małżeństwo… Te elementy obyczajowo-romansowe są w tej konkretnej adaptacji wyraźnie wydobyte na światło i podkreślone – nieprzypadkowo wizyty, spotkania i flirty zajmują tu co najmniej tyle samo czasu ekranowego, co pościgi i malownicze (studyjne) ujęcia wrzosowiska we mgle. Scenki w domu sąsiadów, nieudany seans spirytystyczny, komiczny pieniacz z sąsiedztwa, rozwój romansu sir Henry’ego z panną Stapleton zajmują widza przez sporą część akcji, podkreślając, że Pies…, nie tylko w tej wersji, ma co najmniej tyle samo wspólnego z Dickensem, by nie rzec – z Jane Austen, co z M. G. Lewisem….

Szalenie ładnie poprowadzona jest tutaj postać Watsona. Nigel Bruce nie wygląda jeszcze aż tak bardzo jak emerytowany wujaszek, a i postać, którą kreuje, ma mniej elementów komicznych, a więcej – awanturniczych. Watson jest tu, dla fabuły i ze względu na poświęcony mu czas ekranowy, zdecydowanie ważniejszy od Holmesa. Dostaje też szanse, że pokazać się jako odważny, zdecydowany i rozsądny facet, eks-wojskowy, w którego kompetencje trudno wątpić. Bardzo, bardzo mi się też podoba to, jak reaguje, odkrywszy podstęp Holmesa – jest urażony i wściekły, że został oszukany przez przyjaciela, oświadcza, że mu tego nie zapomni i Holmes musi się trochę postarać, zanim zyska jego wybaczenie.

To jest, generalnie, bardzo wierna i udana adaptacja – i często potem przywoływana; wystarczy zobaczyć, jak wiele z tej klasycznej adaptacji widać w pozornie zupełnie innych Psach z Baskerville duetu Gattiss – Moffat, żeby się przekonać o jej znaczeniu dla rozwoju zjawiska pt. filmowy wizerunek Sherlocka Holmesa.

***********************************************************

Dressed to Kill, reż. Roy William Neill, scen. Frank Gruber i Leonard Lee, 1946

Patricia Morison, która, z jej urodą, klasą i faktem, że była szkoloną mezzosopranistką, byłaby Ireną Adler idealną.

Ostatnie z cyklu Holmesów z Rathbonem, Dressed to Kill, ma bardzo dobrze napisaną i wymyśloną fabułę, opartą dość luźno na Sześciu popiersiach Napoleona. Na niewielkiej, raczej taniej aukcji zostają sprzedane trzy pozytywki, wyprodukowane, o czym wiemy z przedakcji, przez więźniów z zakładu karnego w Dartmoor. Jedna trafia w ręce młodej właścicielki sklepiku z różnościami, druga – do ojca szukającego prezentu dla małej córeczki, a trzecia staje się własnością nieco ekscentrycznego kolekcjonera, który przypadkiem jest także starym kumplem doktora Watsona. Julian Emery może lekceważyć dziwne włamanie, którego padł ofiarą – w końcu ukradziono najmniej cenną z jego pozytywek, prawie identyczną jak ta, którą właśnie nabył! – a Watson może, jak to ten Watson, nie zwrócić uwagi, ale Holmesowi, jak zwykle, niewiele umknie…

Dressed to Kill zaczyna się od wspomnienia o Irene Adler i jej roli w życiu Holmesa – a po prawdzie tutejsza główna przeciwniczka Holmesa, grana przez Patricię Morison Hilda Courtney, jest, pod wieloma względami, wariantem Adler. Inteligentna i bystra, a przy tym bezwzględna, mistrzyni przebrań i udawanego akcentu, zdeterminowana szefowa grupy chcącej odzyskać skradzione płyty służące do drukowania  fałszywych pięciofuntówek, pod wieloma względami wystylizowana na hollywoodzką femme fatale, panna Courtney bardzo przypomina jedną z popularnych wersji rozwoju postaci Adler. Autorzy powieści, filmów i innych adaptacji Sherlocka Holmesa bardzo przecież chętnie robią z Adler superprzestępczynię – którą tutaj Hilda niewątpliwie jest. Dyskusja o Adler na początku podpowiada zresztą, że już w 1946 scenarzystom takie skojarzenie także przyszło do głowy – podobnie jak autotematyczna refleksja Holmesa, przypominającego Watsonowi, że panna C. ograła go dokładnie tak, jak – w opisie samego Watsona – Holmes usiłował ograć pannę Adler…

Moim ulubionym chyba trickiem w Dressed to Kill jest to, jak używana jest w nim muzyka i tejże muzyki rola w życiu Sherlocka Holmesa. Rozwiązanie zagadki kryje się tu mianowicie w fakcie, ze na pierwszy rzut ucha wszystkie trzy pozytywki, o których mowa, grają tę samą melodię – a tak przynajmniej zdaje się przypadkowym słuchaczom, jak doktor Watson i znacząca część, jak podejrzewam, widowni. Sherlock Holmes natomiast, muzyk-amator z ewidentnie dużą wiedzą, nie tylko jest w stanie zanucić po jednokrotnym usłyszeniu jej wersję z pierwszej pozytywki, ale i zauważyć, że kolejne minimalnie różnią się od siebie… Daje to filmowcom pretekst do zaprowadzenia nas, razem z bohaterami, do pewnej nader malowniczej knajpy, posłuchania piosenki i spotkania się z jednym z typowych Holmesowych informatorów z półświatka (ech, informatorzy z półświatka w filmach z tamtych czasów…).  

Tradycyjnie, jak zwykle w przypadku Holmesów z Rathbonem i Brucem, grany przez tego ostatniego doktor Watson jest – bardziej niż czymkolwiek – komicznym przerywnikiem, którego rolą jest, poza zachwycaniem się mądrością swego najlepszego przyjaciela, rozbawianie widza. Bodaj najlepiej wychodzi to w sekwencji od stwierdzenia Holmesa, że cenną pozytywkę zostawił pod opieką doktora, przez wizytę rzekomej panny Williams, udawany pożar (I see what you did there, writer!) i samozadowoloną uwagę Watsona, że kobiety zawsze tracą głowę w trudnych chwilach (nie to, co on – w domyśle) sekundę przed tym, zanim się zorientuje, że został gładko ograny i oszukany przez na pozór delikatną i słabą kobietkę…

Powiem tak: te 70+ lat później, to jest ciągle efektowny, wciągający, dobrze się oglądający kryminał. Ze znakomicie pomyślanym Holmesem-dżentelmenem. Ciekawam, o ilu współczesnych wersjach opowieści o mieszkańcach Baker Street 221B będzie to można z perspektywy czasu powiedzieć.