Podsumowanie 2020 (3): rok w moim pisaniu

W roku 2020 – napisałam bardzo mało. Czego nie było widać w publikacjach 🙂

Po pierwsze, w wydawnictwie Galeria Książki ukazał się II tom powieści dla nastolatków, którą piszemy razem z Agnieszką Fulińską, zatytułowany Śpiący rycerze. Tym razem wysłałyśmy bohaterów w Tatry i kazały im mierzyć się z nagłym atakiem zimy, upiorami, koboldami i złowrogim lisem. Plany promocyjne – książka ukazała się w marcu – skutecznie niestety zrujnował nam Covid-19, ale wiem – z recenzji i z rozmów z czytelnikami – że tym, do których dotarła, książka się podobała 🙂

Po drugie, dwa moje opowiadania znalazły się w antologiach. W opublikowanym przez Grupę Wydawniczą Alpaka zbiorze queerowej fantastyki Tęczowe i fantastyczne jest mój krótki tejst zatytułowany “Czuwanie”, w którym starałam się zmierzyć – w konwencji dość gotyckiej w swej naturze grozy – z tym, jak na kwestię związków męsko-męskich i honoru rodzinnego patrzą Rzymianie z okresu republiki. W tym tomie znalazły się zarówno teksty autorów i autorek już uznanych (jak Krystyna Chodorowska czy Anna Szumacher), jak i osób dopiero na początku pisarskiej drogi.

Z kolei w pokonkursowym zbiorze Weird fiction po polsku (Phantom Books), w towarzystwie opowiadań sporej grupy utalentowanych twórców (z których większość zaczyna dopiero swoją twórczą drogę, choć są i tacy, jak Krzysztof Rewiuk, którzy mają już na koncie poważniejsze sukcesy) ukazał się tekst, z którego jestem całkiem, muszę przyznać, zadowolona (w takim stopniu, w jakim jestem w ogóle w stanie być zadowolona z własnego opowiadania (1)). Nosi tytuł “Król umiera, czyli metamorfozy” i jest moją pierwszą większą próbą napisania czegoś w konwencji weirdu.

W 2020 nadal zajmowałam się na boku także tłumaczeniem literatury fantastycznej z angielskiego. Zostałam współtłumaczką ostatniego tomu przygód Apollina, autorstwa Ricka Riordana (co było bardzo przyjemnym zajęciem, bo jako czytelniczka lubię teksty dla młodzieży, a także sporym wyzwaniem (Rick Riordan uwielbia gry słowne, co czasami może doprowadzić tłumacza do ciężkiej desperacji). Już samodzielnie przełożyłam mikropowieść tegoż Riordana, uzupełniającą serię o Apollinie – Dziennik rekrutki. Obie powieści ukazały się w wydawnictwie Galeria Książki.

(1) W tekście z antologii Tęczowe i fantastyczne przegapiłam jedną świetną okazję zrobienia czegoś koncepcyjnie i literacko ciekawego, czego do teraz nie mogę sobie darować.


I na koniec jeszcze rzeczy pozaliterackie. Nakładem krakowskiego Wydawnictwa Draco ukazał się podręcznik do łaciny, zatytułowany Cognoscite, którego jestem, obok Janusza Ryby z UJ, współautorką. W korekcie zdarzył się nam idiotyczny błąd (po n-tej poprawce zdania z tej Alkestis zrobił się ten Alkestis), ale generalnie z tego podręcznika, pełnego kulturowych ciekawostek i informacji jestem naprawdę zadowolona.

Czy jestem równie zadowolona ze wszystkiego, co napisałam i opublikowałam w roku 2020? Nie całkiem. Nie zrealizowałam swojego planu, by pisać i publikować (być może także poza blogiem) poważniejsze teksty publicystyczne o szeroko pojętej fantastyce – ukazała się wyłącznie recenzja powieści Krzysztofa Matkowskiego w Esensji – a o konkursach literackich, w których obiecywałam sobie startować, szkoda nawet mówić – mam całą opowiadań prawie gotowych, nigdy nie dokończonych i niewysłanych. Dwie rozgrzebane powieści płaczą w (metaforycznej) szufladzie. Publikacje ściśle naukowe też mi w roku 2020 szły nader średnio, niestety.

Przez początek roku 2021 będę pewnie jeszcze zbierać owoce tego, co zrobiłam albo zaczęłam w 2020 – ukaże się zbiorowa książka naukowa, do której tłumaczyłam parę artykułów, będę musiała wziąć się za własne teksty naukowe, na które mam podpisane umowy z poważnymi zachodnimi wydawnictwami, może też uda mi się skończyć podręcznik do klasycznej greki, który zjadł mi sporą część roku 2020.
Z rzeczy nienaukowych wiem już o dwóch antologiach, w której będą kolejne moje opowiadania, ukaże się również III tom Dzieci dwóch światów, tym razem zatytułowany Smocza jama – tylko może byśmy go łaskawie skończyły pisać XD. A potem – cóż, oby pisało się nam wszystkim lepiej niż w roku 2020.

Małe Licho i całkiem spore kłopoty

Marta Kisiel, Małe Licho i lato z diabłem, il. Paulina Wyrt, Wydawnictwo Wilga 2020

Uwaga: recenzja zawiera spojlery.

Okładka “Małego Licha i lata z diabłem”. Źródło: strona autorki

W trzeciej odsłonie przygód Bożka (który oprócz dwóch aniołów dorobił się również diabła – no, biesa – stróża) dziesięcioletniemu bohaterowi przyjdzie zmierzyć się z dwoma poważnymi problemami. Pierwszym są potwory z zaświatów, drugim, w sumie co najmniej równie skomplikowanym – nielubiany kolega z klasy, spotkany w mocno niefortunnych okolicznościach.

Marta Kisiel debiutowała prozą raczej lekką i humorystyczną – i tę umiejętność bawienia czytelnika widać nadal w jej twóczości, zwłaszcza w tej dla dzieci. Element humorystyczny przede wszystkim stanowią tu postacie poboczne, w tym te fantastyczne – Licho, czort Bazyl, obecne trzecioplanowo istoty z domu Bożka. Autorka ogrywa znanych już czytelnikom bohaterów i ich charakterystyczne, rozpoznawalne cechy. Licho nadal ma alergię na własne pierze, uwielbia słodycze i kocha sprzątać, Bazyl dalej sepleni i ma dar pakowania się w kłopoty, widma ze strychu nadal bawią swoją mocno filmową niemczyzną, a Krakers gotuje. Druga sfera to oczywiście humor języka, od specyficznej dla tego cyklu Kisiel narracji po żarty słowne.

Narracja jest w cyklu o Lichu prowadzona, że się tak wyrażę, konsekwentnie zmiennie. Narracja z punktu widzenia bohaterów – głównie Bożka, ale tutaj, chwilami, także jego, powiedzmy, arcywroga imieniem Witek – uzupełniona jest spojrzeniem narratora wszechwiedzącego, z sympatią, ale też z odrobiną lekkiej pobłażliwości i takiego trochę baśniowego dystansu, co nadaje całości tekstu lekko bajkowy ton. Ton, który bardzo sympatycznie współgra z jednym głównym wątkiem książki – i bardzo efektownie kontrastuje z tym drugim.

Ten pierwszy wątek to – lato. Lato i wakacje. Ten wątek jest bardzo klasyczny, w literaturze dziecięcej i wczesnomłodzieżowej pojawia się wielokrotnie, a Marta Kisiel ładnie i subtelnie go tutaj ogrywa. Widać to jej umiejętności pisania i z humorem, i lirycznie – opis łąki cioci Ody, rowerowych przejażdżek, lodów, noclegów pod namiotem mają klimat klasycznej dziecięcej prozy.

No ale.

Zaczęłam od wzmianki o humorze w pisarstwie Kisiel, ale przecież tam jest nie tylko humor i nie tylko pogoda. Ona zarówno swoimi powieściami dla dorosłych (zwłaszcza cyklem wrocławskim), jak i tym, jak ograła na przykład Króla olch w pierwszej części przygód Bożka udowodniła już dawno, że potrafi znakomicie tworzyć nastrój gotyckiej, opresyjnej grozy. I – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w kontekście książki dla dzieci – tu też wychodzi jej to znakomicie. Bo przygody Bożka i wplątanego w nie trochę z przypadku Witka bynajmniej nie ograniczą się tym razem do słodyczy, słońca i spania pod namiotem.

Obok jednak codziennych przyjemności i fantastyczno-niesamowitych przygód w powieści Marty Kisiel jest jeszcze jedna historia: a mianowicie historia spotkania z Witkiem. I to jest coś, za co ja, czytelniczka dorosła, ale literaturę dziecięcą lubiąca, dodatkowo tę powieść cenię.

Tak jak w poprzednich częściach, tak i Małym lichu i lecie z diabłem autorka porusza – nienachalnie i subtelnie – także i tematy, że tak powiem, życiowe. Tu akurat jest to problem niechęci Brożka do Witka – chłopcy znają się ze szkoły, a serdeczną niechęć, jaką z niej wynieśli, twórczo rozwijają na wakacjach. Bardzo się cieszę, że autorka nie poszła w najprostsze rozwiązanie, że nie zrobiła Witka klasowym przemocowym chuliganem. Witek to inny rodzaj klasowego nerda niż Bożek – kocha przyrodę i został wychowany w poczuciu absolutnej wyższości swoich “dorosłych” zainteresowań nad pasjami kolegów, w tym – nad Bożkową miłością do mitów i baśni. Obaj jednak są raczej szkolnymi outsiderami, obaj też są, z tych czy innych powodów, samotni; i kiedy się przekonają, że jednak jakoś się dogadują, uczyni to ich życie ich obu – a przynajmniej wakacje – zdecydowanie przyjemniejszymi.

Generalnie – to jest bardzo sympatyczna, pogodna i niegłupia książka dla dzieciaków. Dorosłej mnie się – w swojej kategorii – podobała, teraz zamierzam przetestować ją na rówieśniczce Bożka. I z przyjemnością poczekam na kolejną część.

Wielki detektyw, choć mysz

Najkrótsza recenzja powinna brzmieć tak: w 1986 roku, adaptując serię książeczek dla dzieci, Disney wyprodukował pierwszego steampunkowego Sherlocka Holmesa, lepszego niż większość steampunkowych/steampunkujących wersji przygód wielkiego detektywa, jakie później napisano i nakręcono. Jednocześnie, na dobrych piętnaście lat przed eksplozją Shrekopodobnego pisania scenariuszy animacji jednocześnie dla dorosłych i dla dzieci, team scenarzystów Wielkiego mysiego detektywa napisał taką właśnie historię – choć to, co jest w niej nie dla dzieci, wiąże się raczej z poziomem fanowskiej wiedzy o twórczości Conan Doyle’a i jej klasycznych ekranizacjach.

Jak pewnie trochę widać z tego bloga, twórczość Conan Doyle’a lubię i znam ją – w miarę, z prawdziwymi znawcami nie mogę się równać. Wielki mysi detektyw, oglądany po raz pierwszy lata temu, sprawił mi, jako czytelniczce Doyle’a od jakichś niepamiętnych ponad trzydziestu lat, niesamowitą radość. No bo przyjrzyjmy się, na ilu poziomach ten film bawi się Holmesowską tradycją.

Na pierwszym, podstawowym poziomie jest, oczywiście, sam zarys fabuły. Na Baker Street pod numerem 221B mieszkają słynny detektyw Sherlock Holmes i jego towarzysz doktor Watson; sylwetkę Holmesa, grającego na skrzypcach, widzimy nawet w pewnym momencie w filmie, a obu panów słyszymi (o czym za moment). Ale nie są oni jedynymi lokatorami tego mieszkania. Pod 221 B na Baker Street miesza jeszcze jeden detektyw.

Basil, tytułowy wielki mysi detektyw, ma odpowiedni kapelusz, lupę i ekscentryczne nawyki: gdyby Sherlock Holmes miał bliźniaka-mysz, Basil by nim był. Mieszka z gospodynią, panią Judson, ale nie ma nikogo, kto mógłby pomagać mu w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek i kto wsparły go w morderczym, wieloletnim pojedynku intelektów, jaki Basil toczy z mysim (he he) Napoleonem zbrodni, złowieszczym profesorem Ratiganem. Znaczy, nie ma aż do dnia, kiedy u jego drzwi stanie mała, zagubiona Olivia Flaversham, której tatę, mysiego mistrza-zabawkarza, uprowadził jednonogi nietoperz. A dziewczynce towarzyszy dżentelmen, doktor David Q. Dawson, weteran z Afganistanu, gdzie służył w 66t regimencie Jej Królewskiej Mysiej Wysokości. Doktor spotkał małą na deszczowej londyńskiej ulicy i pomógł jej znaleźć drogę – a Basil szybciutko się zorientował, że za porwaniem jej taty stoi wspomniany wyżej złowieszczy mysz (he he).


And, honey, you should see me in a crown…

Jak Ratigan mógłby nie być złowieszczy? Nie dość, że oparty jest na postaci profesora Moriarty’ego, nie dość, że ma perfidny plan przejęcia, bagatelka, władzy nad imperium, to jeszcze na dodatek mówi głosem Vincenta Price’a. To jest kolejny poziom gry z Holmesowskim kanonem i generalnie z tradycją w tym filmie: odwołania wychodzące poza fabułę i poza schematy wizualne czy cechy charakteru postaci. Vincent Price wnosi przecież do postaci Ratigana całą swoją aktorską przeszłość, całą wielką tradycję popkulturową, jaką reprezentuje. W tym samym duchu utrzymane są decyzje użycia, dla Holmesa i Watsona, fragmentów nagranych głosów Basila Rathbone’a i Nigela Bruce’a, klasycznych wykonawców tych ról których nie trzeba przedstawiać nikomu, kto o świat ekranizacji Conan Doyle’a się choćby otarł. Obaj panowie już nie żyli, kiedy kręcono Detektywa, użyto więc fragmentów ich dialogów z ról, jakże by inaczej, Holmesa i Watsona. A i w tej samej konwencji mieści się ta urocza nie-całkiem-dla-dzieci scena z oszołomionym Dawsonem tańczącym z tancerkami na scenie – kto widział cudowne Prywatne życie Sherlocka Holmesa będzie wiedział, o czym mówię.

Basil jest zresztą równie Holmesowski jak sam Holmes. Film fantastycznie wręcz podchwytuje pewne specyficzne cechy tej postaci: Basil jest błyskotliwy, ekscentryczny i nieprzewidywalny. Bywa obcesowy i wydaje się chwilami bez serca (ten moment, kiedy mówi Olivii, że nie ma czasu na zaginionych tatusiów), jest przy tym skłonny do depresji i więcej niż trochę zakochany we własnym intelekcie (och, on by wolał umrzeć niż uznać, że Ratigan go ostatecznie pokonał!). Jest jednak przy tym lojalny i zdolny do poświęceń, a o przyjaźni nie umie mówić, za to umie ją okazać. Jest, innymi słowy, znakomitą wariacją na temat postaci Holmesa.

Sama kompozycja narracji i świat, w którym się to wszystko dzieje, jest też, oczywiście, jak z Conan Doyle’a, ale w ogóle troszeńkę też jak z czarnego kryminału (ten bar, gdzie panna Kitty Mouse śpiewa piosenkę wyjątkowo nie dla dzieci!). Mamy porwania, podstępy, perfidny plan zawładnięcia królową i królestwem w dniu diamentowego jubileuszu. Mamy galerię łotrów spod ciemnej gwiazdy, z rozkosznie durnowatym Fidgetem i tą nieszczęsną myszą-pijakiem, której niebacznie wyrywa się słowo na „sz”…. Mamy śmiertelne niebezpieczeństwo wiszące nad bohaterami i cudowne ocalenie dzięki szlachetności Dawsona i błyskotliwości Basila.

No i mamy, w 1986, zupełnie fantastyczną steampunkową historię, zanim jeszcze steampunk na szerszą skalę zaistniał w czytelniczej świadomości (to są niemal dokładnie lata powstawania pierwszych ważniejszych steampunkowych powieści, patrz Tim Powers). No bo popatrzcie: jest pełna suspensu scena w sklepie z mechanicznymi zabawkami. Są dziwaczne latające pojazdy, którymi poruszają się bohaterowie. Jest mistrz-konstruktor jako ofiara porwania, no i jest, w centrum intrygi, mechaniczna kopia królowej Mousetorii, użyta do zastąpienia jej samej i przejęcia władzy przez Ratigana. Jest królowa Wiktoria i jej mysi odpowiednik, są ponure londyńskie uliczki i tylko Kuby Rozpruwacza brakuje (ale jest mordercza kocica). No i są (acz to już nie steampunkowo) absolutnie urocze piosenki.

Bardzo, bardzo polecam. Szczerze mówiąc, polecam także i tym, którzy nie przepadają za klasycznymi Disneyowskimi animacjami. Wizualnie Detektyw to podobny styl, co, powiedzmy, 101 dalmatyńczyków, ale historię obejrzy z przyjemnością także i ta osoba, która woli kryminały od kreskówek.