IliADA. Cykl Ady Palmer “Terra Ignota” a grecka tradycja epicka


Kiedyś napisałam taki tekst, wisi w jednym miejscu w sieci, ale nie jest go łatwo znaleźć, więc: wrzucam i tutaj. Dostał swego czasu Nagrodę Jaskra Publicystycznego, co nie znaczy, że jest jakoś szczególnie ciekawy. Raczej dla osób lubiących twórczość Ady Palmer i do tego starożytną Grecję.

PROEMIUM

Nie da się ukryć, że temat niniejszego eseju jest nieco – przyznajmy – szczegółowy. Terra Ignota Ady Palmer (2011-21) to cykl ceniony, także w Polsce (po części jest to zasługa kompetentnego tłumacza, Michała Jakuszewskiego), ale daleki od mainstreamowej sławy na miarę gwiazd fantastyki. Co więcej: seria Palmer ma zasłużoną opinię tekstu polaryzującego, budzącego zarówno entuzjazm, jak i niechęć. Za tę ostatnią po części odpowiedzialna jest specyficzna narracja oraz kulturowe gry i zabawy autorki, która słowami swojego wysoce niewiarygodnego narratora deklaruje posługiwanie się stylistyką i ideami osiemnastowiecznej francuskiej powiastki filozoficznej spod znaku Diderota i Voltaire’a, ale w rzeczywistości zarzuca sieć skojarzeń znacznie szerzej i na znacznie głębsze wody nas, czytających, swoim syrenim śpiewem wyciąga.

Nawet mało uważny czytelnik powieści amerykańskiej uczonej i pisarki zauważy bez trudu mitologiczne imiona i postacie, którymi usiany jest cykl – zwłaszcza od tomu drugiego; zabieg ten osiąga kulminację w tomie czwartym. Trudno w końcu pominąć odkrytą pod koniec Siedmiu kapitulacji tożsamość Majora, który okazuje się homeryckim Achillesem – albo raczej: który zostaje w niego przekształcony przez Bridgera, dziecko o boskich mocach ożywiania i wskrzeszania. Kiedy jednak przyjrzeć się mitologicznym skojarzeniom Palmer z perspektywy osoby głęboko zainteresowanej antyczną tradycją kulturową, rzecz okaże się znacznie bardziej skomplikowana.

Na potrzeby niniejszego eseju pozwolę sobie postawić dwie hipotezy. Po pierwsze: skojarzenia i intertekstualne aluzje Ady Palmer zasadniczo nie odnoszą się do mitologii greckiej jako zespołu mitycznych opowieści o różnorodnym pochodzeniu – dotyczą konkretnie tradycji epickiej, a jeszcze dokładniej, homeryckiej, a więc Iliady, Odysei, ale także Hymnów homeryckich oraz, w mniejszym stopniu, tekstów stanowiących ich szeroko pojętą recepcję: późniejszych epickich narracji o Iliupersis (zdobyciu Troi) i nostoi (powrotach herosów spod Troi). Po drugie: całość cyklu Terra Ignota jest, do mniej więcej połowy tomu czwartego, samoświadomym i autotematycznym retellingiem Iliady. Natomiast od momentu, w którym zamyka się akcja homeryckiej Iliady, czyli od kiedy Achilles zabija Hektora (którego wariantem w powieści jest Bryar Kosala) i oddaje jego ciało – co w Być może gwiazdy następuje w rozdziale siedemnastym, zatytułowanym Druga bitwa o Almagest epicka struktura rozluźnia się, a jednocześnie zagęszcza. Już nie podążamy za (bardzo twórczo ujętymi) wydarzeniami z homeryckiego opisu wojny trojańskiej, przechodzimy za to z jednej strony do wariantu Odysei, z drugiej – do skojarzeń z aspektami mitycznej narracji o Apollinie, zaczerpniętych z homeryckiego Hymnu do Apollina, z trzeciej wreszcie – do mnogości późniejszych wariantów historii trojańskiej, nie tylko tych znanych (Palmer explicite przywołuje Tryfiodora, o którym, zapewniam, nie słyszała nawet większość badaczy antyku!) i, co najciekawsze, bynajmniej nie tylko tych antycznych. Ten ostatni zabieg został zapowiedziany mottem do tomu czwartego; narratologiczna analiza jego znaczenia świetnie naświetla intencje autorki. Być może gwiazdy otwiera cytat z Boskiej komedii Dantego (Piekło, pieśń XXVI, przytoczony przez Michała Jakuszewskiego za pierwszym polskim przekładem Juliana Korsaka (wydanie pośmiertne, 1860):

O Bracia, rzekłem, po tylu przygodach Rzucamy kotew na zachodnich wodach; A więc użyjmy tej reszty żywota.Zwiedźmy, wszak krótkim tu każdy z nas gońcem, Świat niemieszkalny tam dalej za słońcem!

Słowa te znakomicie korespondują z obecnym w całym cyklu, a szczególnie właśnie w tomie czwartym, motywem eksploracji kosmosu i wyprawy w nieznane, związanymi z kluczową dla fabuły Pasieką, czyli Utopią – ale jeden rzut oka na szerszy kontekst tych wersów ujawnia ich dodatkowe znaczenie. Wystarczy sprawdzić, kto i w jakich okolicznościach wypowiada u Dantego te słowa. Fakt, że jest to Ulisses / Odyseusz, jest absolutnie nieprzypadkowy: z jednej strony ta postać odegra w Być może gwiazdy kluczową rolę, z drugiej – cytat akurat z Dantego, a nie, chociażby, z Odysei podpowiada, że autorka bardzo celowo wychodzi poza antyczny krąg skojarzeń: jej Odyseusz nie jest dokładnym odpowiednikiem homeryckiego herosa, jest raczej, jak Ulisses Dantego, kolejnym, nieco innym (i, jak dantejski bohater, kontrowersyjnym – nieprzypadkowo w Boskiej komedii Odys znalazł się w piekle!) wcieleniem męża wielce obrotnego.

Omówienie wszystkich detali i motywów epickich aluzji u Ady Palmer wymagałoby zdecydowanie dłuższego i bardziej szczegółowego artykułu. Skupię się więc na wybranych przykładach z każdego z kluczowych obszarów, bo choć nie dadzą one absolutnie pełnego obrazu, pozwolą jednak rzucić okiem na skomplikowaną i finezyjną pajęczynę, w jaką Palmer splata swoje gry z homerycką tradycją.

CZĘŚĆ PIERWSZA: EPIKA I GRY Z CZYTELNIKIEM

Epika grecka jako jeden z modeli, zarówno gatunkowych, jak i fabularnych oraz stylistycznych, to najtrudniejsza chyba do uchwycenia sfera intertekstualnych skojarzeń u Palmer. Z jednej strony ogromny rozmiar całego cyklu sprawia, że – zwłaszcza przy pierwszej lekturze – nie wszystkie aluzje i nawiązania da się wyłapać. Z drugiej – zauważenie elementów konstrukcyjnych typowych dla klasycznej epiki, takich jak rozbudowane porównania homeryckie, które Palmer bardzo lubi, jak typowe dla Homera i jego naśladowców katalogi postaci i miejsc, jak konsekwentne używanie przydomków i stałych epitetów postaci (słodkie, silny/a dla Carlyle Foster, na przykład, czy homeryckie szybkonogi dla Achillesa) albo sceny aristei, czyli pojedynków, w których heros uzyskuje pełnię swoich mocy i możliwości, wymaga pewnego obycia z klasycznymi epickimi formami i znajomości przede wszystkim Homera, nie tylko na poziomie treści, ale i gatunku oraz rozwiązań formalnych. Jednocześnie, jeśli czytelnik tych skojarzeń – splecionych z manieryzmami typowymi dla, na przykład, Diderota, albo dla dziewiętnastowiecznej prozy – nie wyłapie, nie straci możliwości odczytania fabuły i idei tekstu.

Związki Terra Ignota z Iliadą są złożone i zapośredniczone na przynajmniej kilku poziomach. Znakomicie unaocznia to fakt, że pierwsza w oczywisty sposób związana z homerycką fabułą postać, jaką przywołuje powieść Do błyskawicy podobne, to wzmiankowana w rozdziale drugim królowa Troi Hekuba – ale skojarzenie z nią odwołuje się nie tyle czy też nie tylko do jej roli znanej z Iliady, ale także do znanego passusu z Hamleta. Palmer wskazuje tu na wielostronność i wieloznaczność swoich skojarzeń, trochę zbija czytelnika z tropu, każe sięgać do własnej kulturowej pamięci i iść jednocześnie kilkoma śladami. Od finału drugiego tomu – czyli, w autorskim zamierzeniu Palmer, końca pierwszej części cyklu – fabularne nawiązania do Iliady stają się coraz bardziej oczywiste nie tylko dla nas, czytających, ale i dla bohaterów. Co więcej, mają one w świecie powieści swoje wyraźne uzasadnienie.

Jednym z głównych, nadrzędnych tematów cyklu Palmer wydaje się motyw, powiedzmy, teologiczny, chwilami bliski teodycei, upostaciowany przez dwóch (a może trzech?) bohaterów o niejednoznacznym charakterze i naturze: to, jak ich potraktujemy, zależy od tego, ile wiary pokładamy w niewiarygodnej (i to na wielu poziomach!) narracji Mycrofta Cannera. Postaciami tymi są oczywiście Jehovah Mason i Bridger (a trzecią byłby zapewne Stwórca naszego świata i Rozmówca młodego Masona, by posłużyć się terminami Palmer). Stwórcze moce Bridgera – utożsamionego przez Mycrofta z synem Apollina, jednocześnie pogromcą śmierci i jej ofiarą, greckim śmiertelnym bogiem Asklepiosem – przekształcają świat na skalę, której nie dało się przewidzieć nawet przy uważnej lekturze tomu pierwszego. Jednym z elementów tego przekształcenia jest fakt, że Mycroft, który Bridgera wychował, czytał z nim Iliady – i zupełnie nieprzypadkowo używam tutaj liczby mnogiej. Obok homeryckiej mamy bowiem u Palmer jeszcze jedną Iliadę: przetworzenie homeryckiego tekstu na epikę science fiction, znaną w jedynym, autorskim egzemplarzu, który Mycroft Canner odziedziczył z woli zamordowanego autora, Apolla Mojave. Iliada Homera i Iliada Apolla ukształtowały naturę i ogląd świata dziecka-boga do tego stopnia, że w momencie swojej śmierci i jednocześnie ożywienia Achillesa Bridger przemienił świat dookoła, kształtując go na obraz i podobieństwo obu Iliad. Bohaterowie – a przynajmniej Mycroft – zdają sobie sprawę, że żyją w narzuconej wolą łagodnego i kochającego, ale jednak dziecka (którego ogląd świata był, z natury i wychowania, nieco ograniczony i niedojrzały) rekonstrukcji homeryckiej wojny trojańskiej, że część z nich wpisana jest w homeryckie role determinujące ich los i że są związani fatum w stopniu co najmniej podobnym, jak postacie Iliady. Wiedzą też, że w momencie zakończenia akcji eposu – czyli kiedy ich Achilles zabije ich Hektora i odda jego ciało, tym razem nie na pogrzeb, ale by przywrócić je do życia – siła mojry osłabnie, a oni sami będą nieco bardziej wolni w kształtowaniu swego losu. Wtedy Mycroft stanie się Odyseuszem i przeżyje jego przygody, wtedy Apollo Mojave ostatecznie przekształci się w boskiego Apollina, a homeryckie skojarzenia – łącznie z tym, która ze stron konfliktu Gordianie – Utopia jest skazaną na klęskę Troją – staną się płynne i możliwe do zmiany. Fabularne oparcie konstrukcji cyklu na Iliadzie i potem na jej kontynuacjach działa więc i w świecie powieści, i poza nim.

CZĘŚĆ DRUGA: BOGOWIE

Skoro mamy epikę, to mamy także epickich bohaterów, w tym, obok herosów, bóstwa. Tu bardzo wyraźnie widać homerycki charakter skojarzeń Palmer. Jej panteon – złożony, nieoczywisty i bardzo heterogeniczny, jeśli chodzi o naturę i zadania bogów – wywodzi się wyraźnie z epiki. Nie ma u niej, na przykład, Dionizosa, podobnie jak nie ma go u Homera. Ograniczona jest rola Zeusa, kilkakrotnie wzmiankowanego, ale nie wprowadzonego na większą skalę jako postać; w Iliadzie Zeus jest zdecydowanie obecny, ale też stoi ponad innymi bogami i herosami, nie biorąc udziału w walce. Nieprzypadkowo głównymi bóstwami, które pojawiają się w świecie Palmer, są ci, którzy odegrali szczególną rolę w homeryckiej narracji o Troi: Posejdon, Asklepios (który sam nie był obecny, ale jego synowie służyli jako lekarze) i przede wszystkim Apollo. Przyjrzyjmy się na kilku wybranych przykładach, jak autorka konstruuje swoje nowe wersje bogów.

Są u Palmer bóstwa, których natura i charakter pozostaje niezmienny i odbija przekonania greckiej literatury i mitu. Tu przede wszystkim warto wspomnieć o Hadesie. Temat zmarłych, dusz i życia pozagrobowego pojawia się przede wszystkim w tomach trzecim i czwartym i powiązany jest z dwiema postaciami: po pierwsze z Achillesem, w kontekście jego sławnej wypowiedzi z XI pieśni Odysei, że wolałby być żywym sługą u ubogiego chłopa niż królem wśród zmarłych, po drugie – z tym, do którego w Odysei Achilles wypowiada te słowa, czyli z Odyseuszem/Mycroftem. Temat pokonania śmierci, zapewnienia ludzkości nieśmiertelności, stanowi w cyklu Palmer kluczowy obiekt badań, ale i oś sporu Utopia – Gordianie. Do dwóch metod proponowanych przez Pasieki – naukowego przedłużenia życia i równie naukowego przeniesienia ludzkiej świadomości do maszyny – Mycroft dokłada trzeci, bardzo bliski greckiemu myśleniu epickiemu, ale dający się równie dobrze podsumować słowami Terry’ego Pratchetta: nikt nie jest ostatecznie martwy, dopóki nie uspokoją się zmarszczki, jakie wzbudził na powierzchni rzeczywistości (Kosiarz, przeł. P. W. Cholewa). Póki trwa pamięć, trwa istnienie – bezcielesne, oderwane od konkretu, smutne, ale istnienie. I Achilles, i Mycroft/Odyseusz są w cyklu Palmer rzecznikami zmarłych i depozytariuszami pamięci. Zarazem obydwaj – stworzony z zabawkowego żołnierzyka Achilles i wcielony w Mycrofta archetyp Odysa wiecznego tułacza – reprezentują trwanie archetypu i tradycji, ostatecznie triumf pamięci nad śmiercią.

Hades Palmer jest w zasadzie identyczny ze swoim homeryckim wzorcem. Inaczej jest z Posejdonem. To jego pojawienie się wprowadza do cyklu Odyseję. W rozdziale jedenastym powieści Być może gwiazdy Mycroft definiuje nowe rozumienie Posejdona: nie jest on już po prostu bóstwem morza, ale tego, co morze dla Greków symbolizowało, a więc oddalenia, odległości, braku porozumienia. Jako taki wydaje się początkowo wrogiem wszystkiego tego, do czego dąży Mycroft i idealizowana przez niego Utopia (a wrogość Mycrofta i Posejdona jest pierwszym sygnałem, że skończyliśmy Iliadę i w tym wątku zaczynamy Odyseję). Dopiero później przypominamy sobie, że u Homera Posejdon i Apollo blisko współpracują: że bez Odległości ludzkość nie miałaby potrzeby wędrówki, poszukania, postępu. Posejdon i Apollo. Odległość i cel, ignorancja i poszukiwanie wiedzy, połączone ze sobą jak serce i płuca, mówi Mycroft w momencie zrozumienia.

A skoro jesteśmy przy Apollinie: bodaj czy nie najciekawszą rzeczą, jaką Palmer robi z olimpijskim panteonem, jest jej wariant tej właśnie postaci. Postać nosząca to imię to Apollo Mojave, o którym na początku wiemy tyle tylko, że nie żyje. Powoli odsłania się przed nami jego natura i los. Wiemy, że był złotym dzieckiem Utopii, że miał wizję nieuniknionej wojny, że stałby się wiodącą postacią ludzkiej historii, gdyby nie zginął w makabryczny sposób z ręki swego ukochanego ucznia, Mycrofta Cannera. Powód tego i pozostałych morderstw popełnionych przez Mycrofta ujawnia się powoli, przez kilka tomów (i domagałby się odrębnej analizy), ale mnie w tym momencie interesuje pomysł Palmer na to, jak przekształca nieżyjącego człowieka w boga. Kluczem jest wojna trojańska: Apollo Mojave, współtwórca planu doprowadzenia do krótkiego i stosunkowo mało krwawego konfliktu, który miał uchronić ludzkość przed katastrofą wojny znacznie bardziej zabójczej, odpowiada tu Apollinowi, głównemu wśród bogów aktorowi wojny trojańskiej, a im dalej w wojenne wydarzenia, tym rola Apolla jako boga jest mocniejsza. Ale jego znaczenie na tym się nie kończy. W Być może gwiazdy Apollo jako ucieleśnienie Utopii, ciągle marzącej o gwiezdnych podróżach, przybiera inne oblicze greckiego boga. Srebrnołuki bóg-wojownik ustępuje miejsca patronowi wędrówek, odkryć i opiekunowi obcych, patronowi światła oświetlającego drogę ludzkości w przyszłość. Apollo Mojave i Apollo-bóg łączą się i mieszają, nie wiadomo, gdzie kończą się cechy człowieka, zabicia którego Mycroft nigdy sobie nie wybaczył, a zaczynają te boskie, nieśmiertelne.

CZĘŚĆ TRZECIA: HEROSI

Nie mamy niestety miejsca, by poddać szczegółowej analizie to, komu przypadła jaka rola w Iliadzie Ady Palmer ani w jej Odysei. Warto podkreślić jednak pewne ogólne idee i koncepcje. Po pierwsze, autorka nie przepisuje historii postaci w całości i nie przenosi wszelkich szczegółów. Sięga raczej po kluczowe cechy etosu danej postaci, często w sposób paradoksalny dla czytelnika. Jej Achilles jest archetypem weterana i wojownika – pamięta zarówno wojnę trojańską, jak i pierwszą wojnę światową, a w świadomości ma i przyszłą wojnę w kosmosie, w której przyjdzie mu walczyć. Autorka nieraz przy tym zwodzi czytelnika albo przypisuje pewne cechy danego herosa / heroiny kilku postaciom. Danae de la Trémoïlle Mitsubishi jest, na przykład, już przy pierwszym pojawieniu się określona jako twarz mająca największe szanse wyprawienia w morze tysiąca okrętów, z aluzją do sławnej frazy Christophera Marlowe’a. Czyniłoby to z niej Helenę Trojańską – ale to nie ona jest Heleną tej historii. Heleną – obiektem pożądania wszystkich stron, której piękno (w tym przypadku piękny umysł) i skarby (wiedza o przyszłych technologiach umieszczona w jego mózgu przez Bridgera) jest szalony nauczyciel, niedoszły samobójca i morderca mimo woli, Cato Weeksbooth. Widać tu, jak Palmer wybiera kluczową dla siebie cechę postaci, a resztę – w przypadku Heleny na przykład nieziemską urodę czy zakochanie w Parysie – pomija. Czasami z kolei dana postać łączy w sobie cechy kilkorga herosów/postaci/idei: Sniper jest Parysem w momencie, gdy zabija Achillesa, ale staje się później, z woli Mycrofta i po tym, kiedy Troją zostają Gordianie, ucieleśnieniem konia trojańskiego.

Fantastycznie efektowne jest ogranie w Być może gwiazdy sekwencji pojedynków i śmierci bohaterów w księgach 16-24 Iliady. Tłem jest druga bitwa o Almagest i to, co się podczas niej dzieje. Najpierw Ando Mitsubishi (Sarpedon) ginie z rozkazu Cornela MASONA (Patroklosa), przy czym pojedynek między nimi to de facto retoryczna debata poprzedzająca wydanie rozkazu. Atak pociąga za sobą odpowiedź: Patroklos-cesarz ponosi śmierć podczas ataku na windę kosmiczną Almagest. Wpisuje to w rolę Hektora Bryar Kosalę, przywódczynię Kuzynów, która tym atakiem kierowała, skazując ją jednocześnie na śmierć z ręki Achillesa. Kosala-Hektor ginie, a Achilles oddaje jej ciało – nie, jak w przypadku Iliady, by Trojanie mogli je pogrzebać, ale po to, by Cato Weeksbooth mógł zrobić pierwszy krok ku pokonaniu śmierci i przywrócić Kosalę do życia. Ten akt kończy Iliadę Ady Palmer: akt oddania ciała jest jednocześnie homerycki w swym charakterze, ale przełamujący homerycką narrację pod względem fabularnym.

PODSUMOWANIE: WIELKA ROZMOWA

Byłoby krzywdą dla cyklu Palmer upierać się, że zawiera on wyłącznie skojarzenia ze starożytną epiką: osiemnastowieczne nawiązania są u niej znacznie więcej niż kostiumem, wielokrotnie odwołuje się do powieści dziewiętnastowiecznej z Victorem Hugo (Nędznicy) i Arthurem Conan Doylem na czele, polityczne koncepcje Thomasa Hobbesa dostarczają z kolei kluczowych modeli dla jej wizji politycznych, bardzo znaczący jest również wpływ klasyków SF, zarówno literackiej (widziałabym przede wszystkim skojarzenia z nowatorską powieścią Gwiazdy moim przeznaczeniem Alfreda Bestera), jak i mangowej/anime, ba, nawet dla odniesień do antyku grecko-rzymskiego mamy u niej drugi ważny kompleks motywów, oscylujących wokół uważającego się za potomka Achillesa Aleksandra Wielkiego i osób z nim historycznie/kulturowo powiązanych, jak Arystoteles czy (przede wszystkim) Diogenes. Niemniej Iliada i postać Odyseusza w jej licznych, także pozahomeryckich wariantach, wydają się dla cyklu Palmer bardzo istotne. Po pierwsze, organizują fabułę wokół wątków, postaci i elementów konstrukcyjnych (mam wrażenie, że nawet podział scen na te dziejące się między herosami i te, w których występują postacie boskie – Jehovah Mason i Bridger – odbija epicki konstrukt scen na ziemi i na Olimpie). Klucz do ich drugiego znaczenia poddaje w posłowiu do tomu czwartego sama autorka. Palmer przytacza tam słowa wspomnianego wyżej Conan Doyle’a: Miło byłoby wyobrazić sobie, że istnieje jakaś fantastyczna otchłań dla dzieci wyobraźni i dodaje już od siebie: Jakąś cząstką jaźni zawsze pragnęłam, żeby ktoś inny – i Doyle to zrobił! – wspomniał o tej tylko częściowo realnej Walhalli, której mieszkańcy są tak potężni (pozbawieni ograniczeń i nieśmiertelni), a jednocześnie całkowicie zależni od nas, ponieważ to my dajemy im życie naszymi myślami. W tym sensie przetworzenie świata greckiej epiki (i wszystkich innych światów) jest dla Palmer i jej czytelników zwycięstwem nad trojgiem największych wrogów ludzkości, których Mycroft/Odys wymienia w rozdziale jedenastym Być może gwiazdy: Odległością (która oddziela odbiorców od twórców), Czasem (który niszczy i odbiera znaczenie zarówno ludziom, jak i ich kreacjom) i Śmiercią, która, bardzo w duchu greckiej epiki, jest jednocześnie Zapomnieniem. W tym samym sensie Terra Ignota jest Wielką Rozmową. W świecie powieści toczą ją używając ludzi, historii i natury dwa na słońcach swych przeciwnych bogi, by użyć wielce adekwatnej frazy Słowackiego, czyli Stwórca naszego świata i jego Gość, Jehovah Mason, ale przecież taka Rozmowa toczy się także między Adą Palmer, jej mistrzami i poprzednikami, a każdym z nas czytających. Toczymy ją ponad Czasem, Odległością i Śmiercią za każdym razem, gdy otwieramy tekst, by czytać.

Socjologia z fantastyką według Kruka

Fantastyka socjologiczna stanowiła kiedyś – w latach 70. i 80, ale i na początku następnej dekady – silny i znaczący nurt polskiej prozy fantastycznej, kojarzony z grupą pisarzy na czele z Januszem A. Zajdlem. Później jej znaczenie nieco zmalało, ale motywy społeczne i polityczne co jakiś czas powracały w rodzimym fantastycznym pisarstwie. Ostatnio magazyn Biały Kruk w numerze specjalnym 2/24 postanowił nawiązać do socjologicznych tradycji naszej fantastyki. Zrobiono to po pierwsze przez wybór Jadwigi Zajdel jako rozmówczyni Grzegorza Czapskiego w długim, szalenie ciekawym wspominkowym wywiadzie, skupionym wokół postaci jej zmarłego męża i jego twórczości. Po drugie – dobrano teksty, w założeniach nawiązujące do idei fantastyki socjologicznej. Mówi o tym zresztą we wstępniaku redaktor pisma, Grzegorz Czapski (i bardzo sympatycznie dziękuje za pomoc studentkom praktykantom i autorowi ilustracji).

Literacka część pisma zawiera dziewięć opowiadań. Jak zwykle bywa w takich kolekcjach, teksty są nierówne, choć żaden swoim literackim poziomem  nie przynosi wstydu kolekcji.

Ten obcy Dominiki Tarczoń i Jej świat Izabeli Grabdy oparte są na znanych i niejednokrotnie w fantastyce ogrywanych konceptach. U Tarczoń obcy, wmieszani w ludzkie środowisko i odkrywający w chwili zagrożenia, że żadne z nich nie jest jedyne i że kosmici są wśród nas (i chętnie grają w planszówki, ładne są te scenki obyczajowe) są czytelną alegorią obcości i inności. Podobnie alegoryczny charakter ma zamykające numer opowiadanie Katarzyny Okelo Noga w drzwi, o uchodźcach z ogarniętej wojną stacji kosmicznej. Bohaterowie uszkodzonym statkiem docierają do ostatniego potencjalnego miejsca schronienia i zostają, jak nietrudno się domyślić, brutalnie odepchnięci od granicy i ostrzeżeni, że próba jej sforsowania skończy się zagładą. Nasi bohaterowie nie mają wyjścia, bo za chwilę zabraknie im zasobów z powietrzem na czele, ale nie mają co liczyć na ludzką solidarność… Opowiadanie jest sprawnie napisane, choć dość oczywista alegoryczność i czarno-biały obraz świata ukazanego w tekście nie każdemu się spodobają. Z kolei u Izabeli Grabdy baśniowa de facto sytuacja – bohaterka wyobrażająca sobie, że męczący ludzie znikają, i orientująca się, że świat spełnił jej życzenie – staje się punktem wyjścia do pokazania rzeczywistości znanej z pewnego typu prozy i kina postapo, gdzie ostatni zagubieni ludzie przemierzają pustą, samotną ziemię. Autorka przeplata te sceny z długimi, narracyjnymi ekspozycjami, ukazującymi niezbyt udane wcześniejsze życie bohaterki, i choć sama forma tych retrospekcji może wydawać się nieco zbyt deklaratywna, portret psychologiczny głównej postaci jest przekonujący. Psychologia zresztą bardziej niż socjologia, jednostka raczej niż zbiorowość, wydaje się być tu w centrum zainteresowań autorki.

Wraz z opowiadaniami Joanny Turchan i Wojciecha Moski wchodzimy w tę część numeru, która bliższa jest klasycznym polskim definicjom fantastyki socjologicznej. Oszukać system Turchan jest – czego dowiadujemy się z dodanego przez autorkę dopisku – eksperymentem myślowym,  nie jest zaś, by zacytować, manifestacją światopoglądową. Czym zatem jest, tak konkretnie? Dość mocno jadącą po emocjach i jednoznacznie rozdającą role dobrych i złych historią bohaterki, którą opresyjny system chce zmusić do przerwania chcianej, ale zagrożonej genetycznymi niedoskonałościami ciąży. Zmuszana i przekonywana do aborcji bohaterka kluczy, kombinuje i w końcu udaje się jej, zgodnie z tytułem, oszukać system i urodzić wspaniałego, zdrowego dzidziusia. Był tu potencjał na zniuansowanie tej historii, na opowiedzenie o buncie przeciw systemowi, o miłości, wolności i odważnych decyzjach, ale wszystko to ginie, przytłoczone prostotą czarno-białych podziałów na dobro i zło. Szkoda, bo dałoby się z tej historii wyciągnąć znacznie więcej.

Udana Wolność słowa Moski rysuje z kolei przed nami dystopijny świat, w którym ludzkość już nie pisze, nie czyta i nie mówi, a jedynie myślą kontroluje kontrolujące ją samą wszczepy i aplikacje. Jak bohaterowie Zajdla (czy, by wyjść poza polski krąg, postacie w 451 stopni Fahrenheita Raya Bradbury’ego), bezimienny chłopak z opowiadania Moski próbuje, początkowo z przypadku, później z coraz większą determinacją, wyrwać się z zaklętego kręgu niemocy i niewoli – choć sam chyba nie do końca zdaje sobie sprawę, jak może się to dla niego skończyć. Generalnie poważny ton numeru próbuje nieco przełamać ciążący ku grotesce i łączący tematykę postapo z (nieco przyciężkim, przynajmniej dla mnie, choć na pewno znajdzie swoich amatorów) humorem Rezerwat geniuszy Adama Fronia.

O ile dotychczas wspomniane opowiadania były wszystkie na przyzwoitym literackim poziomie, o tyle pozostałe, moim zdaniem, zdecydowanie ponad ten niezły dotąd poziom wyrastają. Magdalena Anna Sakowska w dobrym i pomysłowym Syndromie gotującej się żaby i Barbara Uznańska-Loch w równie udanej Perfekcyjnej harmonii robią coś, co zawsze było mocną stroną polskiej fantastyki socjologicznej – biorą trend obecny w życiu społecznym i poddają go analizie, podkręcając go i przenosząc w przyszłość. U Sakowskiej tym trendem jest psychoterapia – w opowiadaniu połączona z kreacją swoistego świata wirtualnego, w którym pacjenci mogą próbnie doświadczyć skutków decyzji, które przemyśliwują, ale jeszcze ich nie podjęli. Autorka, nominowana w 2022 do Nagrody im. Janusza A. Zajdla (za powieść Fuga), bawi się w swoim opowiadaniu formą, eksperymentując z nietypową narracją (druga osoba, czas przyszły), przeplataną z bardziej klasycznymi passusami w trzeciej osobie. To nie jest najłatwiejszy w lekturze tekst, bo Sakowska wielu odpowiedzi każe się nam domyślać i nie mówi wprost, ale warto tej wysiłek podjąć. Uznańska-Loch także podejmuje temat związany z terapią (a po części z coachingiem) i robi to bardzo pomysłowo. Jej główna bohaterka jest mianowicie neurostroicielką – specjalistką, której zadaniem jest, we współpracy z neurochirurgiem, dostrajanie ludzkich umysłów tak, by osiągnęły swój pełny potencjał jako jednostki. Tyle że w pewnym momencie w jej gabinecie zjawia się nie jednostka, a para, i nie chodzi o rozwój, tylko o doskonalsze dostosowanie niepewnej siebie i zagubionej żony do przebojowego i, przyznajmy, dość antypatycznego męża… Autorka podjęła bardzo dobrą decyzję, skupiając się nie na naukowych detalach procedury, a z jednej strony na psychologicznych portretach małżonków, z drugiej – na realiach korporacyjnej „terapii” oferowanej bohaterom. Siłą jej tekstu jest też to, że jest subtelny – autorka nie kreuje postaciom ponurej i ultratraumatycznej przeszłości ani teraźniejszości wypełnionej fizyczną przemocą i udręczeniem, czytelnik nie ma jednak żadnych wątpliwości co do faktu, jak wyglądają relacje małżeńskie bohaterów i jak mało szczęśliwa, najoględniej rzecz ujmując, jest w tym wszystkim żona… Opowiadanie Uznańskiej-Loch jest zresztą chyba jedynym w zbiorze, nie pozostawiającym po lekturze wrażenia kompletnego braku nadziei… Obok Syndromu… i Perfekcyjnej harmonii moim trzecim ulubionym opowiadaniem w tym zbiorze jest bardzo udane SF/postapo Jagody Kościelniak Bez zmian. Autorka szkicuje intrygujący świat ludzi, którzy osiągnęli praktyczną nieśmiertelność, ale – zamknięci po katastrofie (atomowej? ekologicznej?) pod powierzchnią Ziemi – związani są sztywnymi i dość bezlitosnymi regułami przetrwania w społeczności, które odebrały im większość wolności, łącznie z wolnością do wyboru nieistnienia. Opowiadanie jest psychologicznie subtelne w ukazaniu relacji między początkowo niechętnymi współlokatorkami – szukającą swego miejsca w ramach systemu narratorką i jej koleżanką z pokoju, Kes, która szukać już przestała. Równie umiejętnie i równie subtelnie jak charaktery postaci autorka szkicuje społeczność, w której egzystują. Bez zmian to zdecydowanie tekst godny lektury, zwłaszcza że pomysłom światotwórczym i narracyjnym towarzyszy tu umiejętnie prowadzona, przekonująca pierwszoosobowa narracja.

Generalnie, redakcja może być zadowolona z dokonanych wyborów, a czytający – bez obaw sięgnąć po numer socjologiczny Białego Kruka. Dla każdego się znajdzie coś ciekawego.

Stary blog (2): Wit Szostak, Oberki do końca świata

Wit Szostak, Oberki do końca świata, PIW 2007, wznowienie Powergraph 2024

Odgrzebuję wpis o Oberkach… Wita Szostaka, jednej z moich ulubionych powieści, z okazji jej wznowienia przez Powegraph. Przy okazji nieco go uaktualniam, bo w końcu kilkanaście lat minęło.

Okładka I wydania (PIW 2007)

Był taki moment w moim życiu czytelniczym, jakoś koło 2009, kiedy z prozą polską – przede wszystkim tą fantastyczną, ale nie tylko – nie było mi po drodze. A potem na tej drodze ktoś ze znajomych, i chciałabym dziś pamiętać, kto taki, postawił mi Oberki do końca świata Wita Szostaka. Autora kojarzyłam z pomysłowej, nawet jeśli czasem konstrukcyjnie niedoskonałej debiutanckiej trylogii fantasy Wichry Smoczogór / Poszarpane granie / Ględźby Ropucha (Runa 2003 – 2007). Sięgnęłam więc po Oberki i odtąd nic – a konkretnie, mój stosunek do polskiej prozy około-fantastycznej – nie było takie samo.
Oberkach Szostak opowiada historię rodu Wichrów – skrzypków i grajków z Rokicin. Jednak ani Wichrowie nie są zwykłymi skrzypkami, ani Rokiciny – zwyczajną wsią, taką jaką znamy z życia, albo co gorsza z naszej popkultury. Szostak sięga po niewyekspoatowaną jeszcze wówczas w polskiej fantastyce tematykę, odwołując się do polskiej tradycji ludowej, mieszając słowo z muzyką, literaturę z dźwiękami. Rytm muzyki, rytm oberka słychać w jego prozie: w powtórzeniach, w rymowanych fragmentach, w rytmie paralelnych, biblijnych niemal w swojej składni zdań, w zaskakujących, ale nienachalnych, nigdy nie przesadzonych metaforach. Widać, że Szostak panuje nad językiem  w sposób absolutnie pewny, że się nie boi eksperymentu i że dokładnie wie, co i jak chce osiągnąć. To jest świetna proza i czyta się ją fantastycznie, po części właśnie dlatego, że jest autorska, własna, swoista.

Okładka nowego wydania (Powergraph 2024)

Fabuły i pomysły Szostaka są z jednej strony mocno zanurzone w tradycji ludowej (historia o skrzypku, co zawarł pakt z diabłem czy o kowalu, o którym mówią, że kuje ludzkie losy), z drugiej – jako takie, sięgają do jednego ze źródeł literatury fantastycznej. Gatunkowo Szostak jest gdzieś między fantastycznymi mitotwórcami a Marquezem, by nie rzec chwilami – Myśliwskim, między rekonstrukcjami i przekształceniami mitycznego świata niekoniecznie odległej przeszłości a realizmem magicznym. Historia Marii, którą kochało dwóch braci, a która, ze zwiędłym wiankiem na głowie, została, w niedokończonym obrzędzie, ani panną, ani wdową, ani mężatką, czy opowieść o snującej po opuszczonym dworze wdowie po dziedzicu mogłyby spokojnie znaleźć się u autora Stu lat samotności czy u, powiedzmy, Alejo Carpentiera… Szostak mistrzowsko przetwarza tradycję, tworzy i komponuje stare/nowe mity, bawi się mieszaniem metaforycznego z dosłownym – jak w historii o Żydzie Baruchu, co handlował sitami i przynosił informacje z dalekiego świata, a po którego śmierci nie miał już kto odsiewać ziarna od plew, prawdy od plotek i pogłosek. W tej samej opowieści przetwarza i gorzko odwraca biblijną opowieść o ofiarowaniu Izaaka, a do tego – a może przede wszystkim –  konstruuje spajającą cały zbiór przejmującą wariację na temat legendy o świętym Aleksym, którą jest opowieść o dziadzie Poskrzypie. Dodajmy do tego spójną, pomysłową konstrukcję, w której motywy i tematy wracają tak, jak wracają w muzyce… 

W świat Rokicin, świadomie bezczasowy, pełen żywych ciągle rytuałów i archetypicznych opowieści – o dwóch braciach, co jedną kochali, o chłopie, co chciał księżyc ściągnąć z nieba, o biedzie, co w gospodarce zamieszkała – wkracza co jakiś czas codzienność. Wkracza również przegnana przez starego Wichra historia, jak w opowieści o przyjściu partyzantów i o niemieckim pułkowniku, przewrotnej i dwuznacznej, bo Wichrowie ukrywają w piwnicy Niemca tak, jak inni ukrywali Żydów; ale jest i historia o Żydzie Baruchu, uczniu cadyków, który był jak Abraham i Salomon i Kajfasz i przychodził do starego Wichra pogadać, aż kiedyś w końcu przestał – jakoś wtedy, kiedy było słychać Niemców po sąsiednich wsiach. I jest tam, gdzieś, w tle, miasto i szpital, uniwersytet i emigracja. Ale to tylko chwile, tylko okruchy rzeczywistości – na co dzień w Rokicinach dzieją się rzeczy wielkie, ale codzienne jednocześnie, ponadczasowe i zawsze takie same: kobiety i mężczyźni kochają się, nienawidzą, tęsknią, cierpią, zabijają, umierają, chowają i opłakują… W efekcie opowieść o Rokicinach jest z jednej strony bardzo konkretna, osadzona w specyficznych, lokalnych realiach, z drugiej – archetypowa i uniwersalna. Rzeczywistość wraca w drugiej części, wraz z postaciami wnuków, co przyjeżdżają na wieś uczyć się muzyki i wskrzeszać umierający świat, trochę takich, jak sam autor, też (między innymi) przecież muzyk. Historie muzyków, tych prawdziwych i tych byle jakich – kiedy prawdziwi muzykanci grali po weselach, to ci kiepscy jeździli na festiwale folklorystyczne – są u Szostaka częścią głównego, przewijającego się stale w Oberkach tropu: elegii dla dawnej wsi, dla autentycznej, nie cepeliowskiej kultury ludowej, z jej tradycjami, archetypami i rytuałami, z jej zanurzeniem w naturze i jej cyklach, z bliską życia religijnością i przenikającą wszystko specyficzną metafizyką. Historia przemijania rodu Wichrów-skrzypków jest przecież zarazem historią o śmierci, o tym, jak sens ucieka z rzeczy, o odchodzeniu pewnej tradycji: tradycji, o której często zapominamy.

Po piętnastu latach od premiery to jest ciągle opowieść żywa, niezwykle efektowna, wciągająca czytających hipnotycznym rytmem prozy i czarująca zarówno językiem, jak i historią. Zdecydowanie warto nadrobić, jeśli się nie zna, albo wrócić, jak ja, po latach.  

Stary blog (1): “Maladie”

Było tak. W 2007 w wigilię założyłam bloga na platformie Blox.pl. W 2019 Agora zamknęła bloxa na amen. Między 2007 a 2019 pisałam bloga, którego serdecznie kochałam, w sensie: poświęciłam mu sporo czasu i wysiłku, był ważną częścią mojego życia, powiedzmy, twórczego i na tamtym etapie – jedynym moim stałym miejscem do publikowania tekstów krytycznych i publicystyki, głównie o fantastyce.

Teoretycznie blox dał szansę ściągnięcia tekstów z bloga, w praktyce – zrobiłam jakieś dzikie zamieszanie ze spakowanymi plikami, które się nie otwierały. I tak straciłam tę robotę, a z czasem przestałam nawet czuć z tego powodu żal – w końcu to ja zawaliłam.

I tak, co jakiś czas przychodziło mi do głowy “A może by zajrzeć do Wayback Machine”? Ale – ale zajrzałam dopiero dzisiaj. I, jak się okazało, odzyskałam całkiem sporo. A skoro już to mam, to uznałam, że wrzucę tu część z tych starych notek, zerknę, na ile dzisiaj zgadzam się z sobą sprzed tych -nastu czasem lat. I na początek recyklingu: notka z 2009, o Maladie.

John Duncan, Tristan and Isolde, Museum and Galleries Edinburgh, źródło: wikimedia

[Po niespecjalnie udanym podejściu do Trylogii husyckiej, jakoś w 2009] postanowiłam sobie przypomnieć Sapkowskiego w wersji bardziej klasycznej. I zacząć może niekoniecznie od wiedźmina. Wybór padł więc na tekst, który mnie swego czasu absolutnie zachwycił i który – w momencie, kiedy czytałam jego pierwodruk w Fantastyce w 1992, mając dziewiętnaście lat – był w mojej opinii najlepszym tekstem Sapkowskiego: na Maladie, jego własną wersję opowieści o Tristanie i Izoldzie.

Wiele z tego, co mnie wtedy urzekło, niekoniecznie trafia do mnie dzisiaj: barwne opisy (mokre brylanty w kobiecych oczach, na przykład) wydają się lekko pretensjonalne, podobnie jak patetyczne dialogi Branwen i Morholta; przemieszanie patosu i (młodopolskiej momentami) egzaltowanej stylizacji z typowym dla Sapkowskiego humorem (a chwilami humorkiem, jak w postmodernistycznie współczesnych kwestiach zbójców na plaży czy aluzjach do wojen religijnych w Ulsterze) też czasami owocuje raczej niezamierzonym zgrzytem niż harmonią.

Tyle, że dla mojej opinii o tym tekście jest to co najmniej drugorzędne. I mówię to ja, z moim fiołem na punkcie stylistyki.

Co Sapkowski wobec tego robi w tym tekście bezbłędnie? Po pierwsze – kreuje nastrój deszczowej, kołysanej szumem morza Kornwalii. Nastrój ten autor przywołuje niekoniecznie przy pomocy samych opisów szarego morza, ciężkich chmur i mżawki – podkreślają go także na pozór luźne skojarzenia ogarniętego amnezją Morholta (zapach jabłek, przywołujący skojarzenia z Avalonem). Nastrój ten jest nie tyle jednak romantyczny, co ewokujący nieskończony smutek: coś się nieodwołalnie kończy – o tym wiemy od początku. Od uwag Morholta o tym, że rycerski kodeks zaczyna zamieniać się w sztywny zestaw reguł po deklarację Iseult o Białych Dłoniach, że legenda się kończy, od początku mamy poczucie, że czas spotkania Morholta i Branwen jest czasem schyłku, końca – i wiemy to zanim dowiemy się, że Tristan umiera.

Bo na pozór, oczywiście, ten koniec to koniec rycerskich, legendarnych czasów, czasów Artura i Tristana, Guinevere i Izoldy.  Nieprzypadkowo Branwen ( z jej krągłą figurą i miłą – nie olśniewającą – buzią) i Morholt (duży, ciężki, krępy) są wyraźnie skontrastowani wyglądem z Tristanem (młodziutkim i nieludzko sprawnym w Morholtowych wspomnieniach pojedynku, jaki stoczyli) i obiema elfio pięknymi Izoldami. Morholt zresztą stwierdza to w swoim monologu wewnętrznym: uważa się człowieka prostego, kochającego proste przyjemności; nie ma w nim, jak mówi, nic z la tristesse trubadurów. Branwen i Morholt są ludźmi, z tego, zwykłego, przyziemnego świata; Tristan, Iseult Złotowłosa i Iseult o Białych Dłoniach – na pozór nie. Ludzie pozostaną – trochę jak u Tolkiena – a nadludzkie, heroiczne postacie z mitu odejdą. Na pozór.

Ale tylko na pozór, bo Sapkowski jest pisarzem zbyt inteligentnym na takie proste rozróżnienie, taką tanią nostalgię. To nie jest świat, w którym wzniośli rycerze i damy z romansów są prostym zastępstwem dla odchodzących na Zachód elfów Tolkiena, a ich ładniutkie służące i prostaccy wojacy – odpowiednikiem tych, co zostają. Wersja Sapkowskiego jest znacznie bardziej ironiczna i znacznie bardziej – jak u ująć? – humanistyczna? – niż proste przepisanie przejmującej wizji Tolkiena na inne realia.

To jest właśnie moje po drugie. Po drugie, Sapkowski znakomicie – jak chyba żaden polski pisarz-fantasta – radzi sobie z postaciami; czy to ze swoimi własnymi, czy z retellingami tradycyjnych, mitycznych charakterów. Wierna Brangien, podająca się za Izoldę i oddająca swe dziewictwo królowi z miłości do królowej, zamienia się u Sapkowskiego w psychologicznie prawdziwą kobietę, która wiele wycierpiała i z pogodnej dziewczynki z dworu w Tarze wyrosła na smutną, nie wierzącą w siebie i pozbawioną szacunku do samej siebie i perspektyw życiowych kobietę. Morholt Sapkowskiego jest daleki od demonicznego smoczego rycerza, znanego z romansowych wersji. W swym ironicznym i cynicznym oglądzie świata przypomina Geralta –  podobnie jak on, niewiele ma złudzeń na temat siebie i innych. Mistrzowski jest opis najbardziej chyba tragicznej postaci z legendy o Tristanie – niekochanej i samotnej w kamiennej twierdzy Izoldy o Białych Dłoniach, cały czas świadomej, że jej mąż kocha inną. Znakomicie też wyszedł Sapkowskiemu bardzo ludzki Tristan, pełen wad – zadufany w sobie, bezwzględny, gotowy podporządkować wszystko i wszystkich swoim uczuciom i potrzebom – a zarazem przejmujący w tym, jak się miota i jak próbuje nadać jakiś sens temu, co dał mu los. Sapkowski lekceważy i odrzuca tradycję o miłosnym napoju – przez to, paradoksalnie, podkreśla po pierwsze, potęgę miłości Iseult i Tristana, a po drugie – fakt jej nieuchronności. Tu nie było innej możliwości, nie było “a gdybyśmy nie wypili” – tu bohaterowie są na siebie skazani nieodwołalnie; dla Tristana, jeśli można sparafrazować poetę, jest tylko Izolda – i właśnie jej nie ma. Ale to właśnie wieloznaczność postaci, a przede wszystkim rola Morholta i Branwen w legendzie miłości królowej i rycerza – to, innymi słowy, jak Sapkowski traktuje mit – jest moim po trzecie.

Jedynym, co nas łączy, jest legenda o miłości, która nie jest naszą legendą, mówi Branwen do Morholta – i nie ma racji. Z jednej strony, może ją ma – może Morholt umarł z ran, ona utonęła i oboje z otchłani śmierci wyciągnęła tylko rola, jaką mają do odegrania w ciągle trwającym micie. Ale może też jest zupełnie inaczej.
I tu, po trzecie, wracamy do mojego po pierwsze po drugie. Dzieje Tristana i Iseult rozgrywają się u Sapkowskiego na dwóch planach. Z jednej strony, są niezaprzeczalne i bardzo przyziemne fakty. Morholt ranił Tristana, opiekowała się nim królewna, wylądowali w łóżku; Iseult sypiała i z Markiem, i z Tristanem, a Branwen zdarzało się zastępować ją i przy jednym, i przy drugim. Tristan unieszczęśliwił inną, by się odegrać na Iseult. Życie, ot co, i to niekoniecznie w najpiękniejszym wydaniu. To jest ta demaskatorska, przyziemna, mało wzniosła i mało nawet romantyczna strona miłości Tristana i Izoldy, którzy się wcale niczym od Morholta i jego kompanów, od Branwen i jej towarzyszek, nie różnią; żadni z nich tak naprawdę nadludzie, żadni herosi.
Ale jest też ta druga strona – ta, o której mówi Tristan, kiedy opisuje, co czuł, kiedy po raz pierwszy zobaczył królową, ta, przez którą umiera Iseult o Białych Dłoniach. Morholt może sobie powtarzać, że tego nie rozumie, nie czuje – ale sam tymi samymi słowy mówi przecież o Branwen. W tym sensie Morholt i Branwen są Tristanem i Izoldą – jak wszyscy kochankowie, wszyscy zakochani. Ponad i poza romansem Tristana i Iseult jest jeszcze miłość jako taka – mit, legenda, coś, co żyje wiecznie. I to jest to, co przetrwa. Zawsze. To jest mit, który chce zabić – w imię moralności i wyższych spraw – czterech pozbawionych indywidualności, mówiących tylko “my” rycerzy. Ale mitu zabić się nie da: tajemniczy zakonnik, ciągle się przez fabułę przewijający (wysłannik Boga? Bóg we własnej osobie?), pomaga Morholtowi z nim walczyć i Morholt wygrywa. Legenda będzie żyła w opowieściach minstreli – ale także, przecież, w życiu. W życiu Branwen i Morholta i – wbrew woli tych czterech, we wszystkich ludziach, którzy kiedykolwiek mówili do siebie: “Jesteśmy jak Tristan i Iseult”.

Opowieść gaduły

Fotografia promocyjna spektaklu. Foto: Oliver Rosser. Źródło.

Nie jestem pewna, czy z tego bloga to widać (było na pewno widać ze starego), ale jestem, hmm, fanką Szekspira? I w ogóle lubię teatr, choć nie każdy i nie zawsze? Staram się łapać w kinie retransmisje spektakli, zwłaszcza szeskpirowskich, ergo, jak się trafił “Makbet” w reż. Simona Godwina, z Ralphem Fiennesem i Indirą Varmą w rolach królewskiej pary, oczywiście poleciałam. Proszę bardzo, oto “Makbet” Godwina w adaptacji Emily Burns, w dziesięciu punktach.
1. Koncepcyjnie, spektakl, jako taki – scenografia, muzyka, ogólny pomysł, powiedzmy, wizualny – specjalnie ciekawy / oryginalny nie był: przestrzeń zaaranżowana w hali, schody, u ich szczytu drzwi plus przestrzeń przed schodami, beton, minimum dekoracji i rekwizytów, kostiumy mieszające współczesność (stroje wojskowe) i tradycję (miecze). Podobnie muzyka, którą skomponował Asaf Zohar, w typie takiej, jaką słyszałam w teatrze milion razy: minimalistyczna, skupiona raczej na dźwiękach niż melodiach. Nie, żeby ten minimalizm mi przeszkadzał – to był, IMHO, spektakl zdecydowanie nastawiony na postacie i gwiazdy, wszystko inne grało rolę drugoplanową.
2. Najlepszy pomysł na swoją postać miał Ralph Fiennes, nie żeby mnie to dziwiło. Jego Makbet jest inny niż większość interpretacji tej postaci, jakie znam: to jest, poniekąd, kuzyn jego Koriolana. Żołnierz, dobry i odważny. Gaduła i filozof, prawie jak Hamlet, gdyby ten dożył sześćdziesiątki. Wszystko musi skomentować, najlepiej z metaforą w pakiecie (bardzo dodaje to naturalności i wręcz pewnego realizmu monologom!). Świetne są sceny, kiedy Makbet wchodzi w jeden z monologów, mówi, rozpędza się, stara się w wypowiedzi upchnąć to wszystko, co chce powiedzieć, bo widzi, że Lady Makbet ma już dość tego ględzenia, co jej mina wyraźnie sygnalizuje.
3. Ten Makbet jest, przede wszystkim, człowiekiem żyjącym przez całe swoje życie w strachu. On się cały czas czegoś boi, a te chwile, kiedy nie odczuwa lęku, są rzadkie i krótkie (jak moment, kiedy myśli, że i Banko, i jego syn nie żyją). To ten strach motywuje go do zbrodni. Wrogowie widzą w nim tyrana-tchórza, widz, który chciałby z nim sympatyzować, zobaczy raczej człowieka, który tak się boi, że kiedy przychodzi ostatnia chwila, odczuwa wręcz ulgę – najgorsze już się stało, nareszcie nie ma się już czego bać.
4. Państwo Makbet są pewnie między 50. a 60. (tyleż lat mają zresztą aktorzy ich grający), i to jest znaczące – poczucie, że nie są już młodzi, że życie im ucieka, wydaje się mocną motywacją do pierwszego morderstwa. A po nim już nie ma ucieczki.
5. Indirę Varmę uwielbiam. Widziałam ją w wielu filmach, widziałam w obłędnej roli na scenie w “Cieplarni” (nie, nie Briana Aldissa 😃 – noblisty Harolda Pintera), gdzie stworzyli z Johnem Simmem fenomenalny upiorny duet (na marginesie – to była może najlepiej zagrana sztuka, jaką w życiu widziałam, bo błyszczało i parę innych osób). Jej Lady Makbet jest przewidywalna – tzw. prawdziwa dama, elegancka, arystokratyczna, świetnie ubrana i świetnie wychowana, bezwzględna, manipulująca, chorobliwie ambitna i lodowata, choć w końcu poddająca się wyrzutom sumienia femme fatale – ale znakomicie zagrana.
6. Fantastycznym efektem jest to, że i Fiennes, i Varma wyciągali z tego “Makbeta” momenty komiczne – widownia zaczęła się śmiać, kiedy po odkryciu śmierci króla Lady Makbet zawołała tonem tzw. Prawdziwej Księżniczki “W moim domu?!”.
7. Kto napisał, że Makbetowie są najlepszym szekspirowskim małżeństwem, Harold Bloom? Bo tu się tak zaczyna – to jest bardzo dobra para, choć Lady Makbet od początku pokazywana jest jako szyja, która kręci głową. Rozpad ich więzi i porozumienia jest pierwszą ceną, jaką płacą za morderstwo.
8. Makbet Fiennesa jest fantastycznie zagrany, także w tym, że nie ma w nim wzniosłości ani tragizmu. On i Banko są parą starych żołnierzy, jeden maruda i filozof (Makbet), drugi tzw. swój chłop (Banko). Makbet się wiecznie waha, wiecznie zastanawia, jak coś robi nagle, to głupio – i czego w nim (IMHO bardzo, bardzo celowo) nie ma, to patosu. Natomiast tragicznym w swej wzniosłości i wielkości bohaterem jest Makduf. Gra go (fantastycznie!) Ben Turner, i ja nie wiem, czy scena, kiedy po rozmowie z księciem Malkolmem dowiaduje się o śmierci rodziny i nie umie, choć stara się, ukryć emocji, nie jest najlepiej zagraną, najbardziej wstrząsającą sceną tego spektaklu – tak, tego spektaklu, który ma Ralpha Fiennesa w głównej roli. Świetna jest też scena z duchem Banka – gdzie Makbet, zdradzający się przed gośćmi niemal co do słowa z tym, co zrobił, i Lady Makbet, zachowująca się jak żona prezydenta, który przyszedł pijany na wielką galę, są znakomici.
9. Trzy wiedźmy wyglądają jak trzy laski z sąsiedztwa, co jest pomysłem mało, hmmm, pomysłowym, ale działa. Najlepiej jednak działa to, że one stają się w tej tragedii niejako greckim chórem: są często obecne na scenie, nieme, obserwujące, co się dzieje na świecie i jak wszystko dookoła rozpada się i schodzi na psy.
10. Ogólnie: warto, choć bardziej dla obsady niż dla koncepcji reżyserskiej. Zwłaszcza jak się lubi “Makbeta”, jeszcze bardziej zwłaszcza, jak się lubi analizować podejścia aktorów do tej roli. Gdyby Multikino powtarzało, polecam.

Zew Zajdla 2023. Opowiadania (1). Rzut oka

To już ta pora roku, więc wrzucam mały zbiorczy post, w którym polecam opowiadania. To spośród tych tekstów wybiorę swoją piątkę, którą następnie nominuję do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla. Od początku biorę udział w akcji Zew Zajdla. W ramach tej akcji czytam polską fantastykę, nominuję do Nagrody, a następnie – głosuję na teksty, które uzyskały nominację. Akurat ja będę głosowała osobiście, ale możliwa jest także inna droga: wykupienie akredytacji wspierającej i głosowanie online. Osobiście natomiast będą głosować osoby uczestniczące w tegorocznym konwencie w randze Polconu.

Tak zwana Królowa Nocy, prawdopodobnie przedstawienie Inanny. Ok. XIX /XVII w. p.n.e., British Museum. Źródło: wikipedia

Ale teraz pora na moje propozycje opowiadań.

I zaczniemy od tego, które mnie oczarowało – nie, nie w tym roku, ale parę lat temu kiedy przeczytałam jego pierwszą wersję na portalu fantastyka. pl. W 2023 jednak w końcu ukazało się drukiem i mogę je polecić wszystkim – do czytania, a dla tych, którzy zechcą, może i do nominowania do Nagroda Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla. Ja nominuję na pewno 🙂

“Siedem wrót ki-gal” Kamila Regel pisze to pomysłowy i oryginalny tekst, w którym mityczna opowieść o zejściu bogini Inanny w zaświaty, znana z jednego z najstarszych tekstów literackich ludzkości, zyskała nowe życie – i nowe ujęcie. Powiedzenie czegokolwiek więcej o fabule byłoby spojlerem, więc powiem tylko tyle – dawno mnie żadne opowiadanie (i zauważcie, że nie ma tu kwantyfikatora “polskie”) nie urzekło pomysłem tak, jak ten tekst Kamili Regel. W ogóle obserwujcie ją, bo to i doskonała tłumaczka, i bardzo, bardzo dobrze zapowiadająca się pisarka.

Na dodatek “Siedem wrót ki-gal” możecie przeczytać za darmo, w antologii “Obcość” projektu Zapomniane Sny (link).

Opowiadaniem “Oddech Bogini Nieba” Adrianna Filimonowicz – strona autorska wygrała konkurs Empiku na opowiadanie SF, i zupełnie mnie to nie dziwi. Do mnie jej wizja, inspirowana Himalajami i łącząca pewną (soft) naukową koncepcję z emocjami i niemalże mistycyzmem, bardzo trafiła. Opowiadanie można znaleźć w Nowej Fantastyce 6/2023 i w antologii “Coś fantastycznego” Empik GO. W tej samej NF (i w tej samej antologii) jest również wyróżnione w tymże konkursie pastiszowe opowiadanie Przemysław Zańko-Gulczyński “Errata”, które mnie również się bardzo podobało.

Ze sporej ilości opowiadań Krzysztof Rewiuk – profil autorski polecam przede wszystkim “Wazę grecką, czerwonofigurową” w antologii Grupa Wydawnicza Alpaka “Tęczowe i fantastyczne 3. Słowo queer znaczy dziwny”, bo w tym tekście Rewiuk twórczo i pomysłowo gra z mitem / mitami o Tejrezjaszu, a tak zrobiony retelling to jest prosta sprawa, żeby mnie kupić 🙂 . Z tej samej antologii polecam też “Pierwsze wyjście z bloków” Krzysztof Matkowski – profil autorski, bo, przyznam, chyba jeszcze nie trafiłam na tekst tego autora, którego bym nie polecała.

Ze zbioru “Obłąkane historie” Wydawnictwo Gmork wyróżnia się, moim zdaniem, tekst Marek Kolenda – strona autorska “Za ciemną doliną”, zagadkowy i wymagający uważnej lektury, ale bardzo pomysłowy koncepcyjnie, a i do zakwalifikowania niełatwy, bo ma w sobie i trochę fantasy, i trochę opowieści niesamowitej, a i o weird się ociera. W tym samym zbiorze jest nieco IMHO za długie, ale bardzo efektowne opowiadanie Agaty Poważyńskiej “Puzderko na zęby”, trochę w klimacie opowiadań Raya Bradbury’ego i Stephena Kinga, dziejących się w nawiedzonych wesołych miasteczkach.

Zawsze sięgam po opowiadania Marta Kisiel i tak też zrobiłam tym razem: jej opowiadania (“Kukuk” w antologii “Kwiat paproci” i “Jak długo trawi lew” w “Czerech porach magii”) nie zawiodły. Ten ostatni zbiór w ogóle jest wart uwagi 🙂 – z dużą przyjemnością przeczytałam wszystkie cztery opowiadania, a jakoś ze szczególnym…no, rozczuleniem… wspominać będę tekst Mileny Wójtowicz Cicha woda”.

Po antologię “Wenus” wydaną przez Krakowską Sieć Fantastyki warto sięgnąć z kilku powodów, a jednym z nich jest “Kuszenie nieświętego Eugeniusza” Agnieszka Fulińska – strona autorska, bardzo IMHO warte uwagi – wyobraźcie sobie urban fantasy, ale w PRL-u, takim trochę z Barei, ale nie całkiem śmiesznym, z kimś, kto mógłby być brakującym ogniwem między Eberhardtem Mockiem a Jakubem Wędrowyczem, ale nie całkiem, bo jest z Krakówka… Ja się bawiłam znakomicie 🙂

W antologii “Obcość” przygotowanej przez Zapomniane Sny warto, poza wspomnianym osobno tekstem Kamili Regel, sięgnąć i po inne – jak dla mnie, wyróżniają się “Ta druga” Natalii Klimaszewskiej, “Ten, który nie spadł z nieba” Aleksandra Bednarska – profil autorski oraz “W bocznych lusterkach nocną porą migają perspektywy” Filip Duval – strona autorska.

I na koniec – najlepszy IMHO zbiór opowiadań tego roku, a mianowicie “Świerszcze w soli” Agnieszka Hałas. “Na dworcu” to moje drugie ulubione opowiadanie roku, znakomite i mrożące krew w żyłach, ale to nie jedyny mocny punkt tego tomu.

Przede mną lektura antologii “Wiedźmy” (gdzie ostrzę sobie zęby na opowiadanie Paula Wanarska) i “Ku gwiazdom” (gdzie jest naprawdę sporo tekstów, które chcę przeczytać). Nie czytałam też jeszcze (a zamierzam) antologii “Tarnowskie Góry niesamowicie” i “Dnia po najczarniejszej nocy” ani tegorocznych “Snów umarłych”.

Doktor, Doktor, Doktor! I jeszcze kilkoro innych

Stary blog, którego przez 10 lat prowadziłam na Bloxie, aż do zamknięcia tej platformy, zawierał historię mojej narastającej miłości do serialu Doktor Who. Od przypadkowo obejrzanego kawałka odcinka specjalnego (to były The Waters of Mars) przez decyzję o rozpoczęciu oglądania nie od serii z aktorem, który mnie w tych Wodach Marsa oczarował, tylko od pierwszych odcinków New Who, narastającą fascynację, bycie fanką, akceptację zmiany i Jedenastego Doktora, zachwyt (i irytację, i zachwyt) historiami Stevena Moffata, oglądanie spinoffów, poszukanie klasycznych odcinków i zapoznanie się Doktorowymi klasykami, Dwunastego Doktora, Big Finish, pożegnanie z Dwunastym, ekscytację ideą Doktora-kobiety… No dobra, to ostatnie było już po Bloxie, nie zostawiło śladów – może i dobrze, bo z bólem serca przyznaję, że niewiele mam, jako oglądająca, dobrego do powiedzenia o fabułach z czasów duetu Whittaker / Chibnall.

No ale teraz, po nadejściu Czternastego (a i Piętnastego), jest okazja sobie pewne rzeczy poukładać. Na przykład zrobić listę ulubionych Doktorowych odcinków :). Tak, spora ich część miała szczegółowe, kilkustronicowe omówienia na starym blogu. Tak, gdzieś kiedyś ściągnęłam zip ze starych notek. Nie, nie mam go. Tak, strasznie mnie serce o to boli.

No ale dobrze, dość rozdrapywania ran, lecimy. Odcinek/ seria (dla klasyków), rok, Doktor, dwa zdania (powiedzmy). I potraktujcie ostrzeżenie River Song poważnie 🙂

Neron (Derek Francis) i Pierwszy Doktor (William Hartnell)

The Reign of Terror, 1964 (Pierwszy), scen. Dennis Spooner: klasyczna seria z cyklu “Doktor i historia”. Rewolucja francuska jak zwykle w brytyjskim / anglosaskim filmie (tylko Scarlet Pimpernela brakowało), ale świetny, świetny William Hartnell, grający Doktora z mieszanką powagi, obcości i humoru).

The Romans, 1965 (Pierwszy), scen. Dennis Spooner: (Ale głupi ci) Rzymianie, w szczególności Neron z dworem i rodzinką, a do tego wyjątkowo komiczny Pierwszy Doktor. Komediowe ujęcie klasycznego schematu typu “Doktor uczy o przeszłości”, tu gdzieś między obyczajowością Ja, Klaudiusz a anarchicznym absurdem spod znaku brytyjskich komedii o antyku, a la Up Pompeii.

Figurki Drugiego i Cybermena, niestety nie moje

The Tomb of the Cybermen, 1967 (Drugi), scen. Kit Pedler, Gerry Davis. No co ja będę, Cybermeni.

Trzeci Doktor (Jon Pertwee) i Jo Grant (Katy Manning)

Terror of the Autons, 1971 (Trzeci), scen. Robert Holmes. Fajni Obcy. Spójny scenariusz. Kathy Manning/ Jo Grant. MASTER. Pomysły ogrywane potem w późniejszych inkarnacjach Doktora (Rose).

The Mind of Evil, 1971 (Trzeci), scen. Don Houghton. Brygadier Lethbridge-Stewart, polityczna fabuła na Ziemi, fajne ogranie thrillerowej de facto konwencji typu “Terroryści mają broń masowej zagłady, czas goni”. No i Master.

Czwarty Doktor (Tom Baker) i profesor Litefoot (Trevor Baxter)

Terror of the Zygons, 1975 (Czwarty), scen. Robert Banks Stewart. Eeee… fajni Obcy? Sarah Jane. Cudowny Czwarty Doktor, za którym przepadam i który jest – po Pierwszym – moim ulubionym Doktorem czasów klasycznych. Brygadier, UNIT, zabawa ideą potwora z Loch Ness.

The Talons of Weng Chiang, 1977 (Czwarty), scen. Robert Holmes. KOCHAM. Przede wszystkim za to, że to jest chyba seria najbliższa w całym Doktorze bycia pastiszem Sherlocka Holmesa, jedynej postaci/”uniwersum”, której było na starym blogu więcej niż Doktora. GIGANTYCZNY SZCZUR Z SUMATRY. Jago i Litefoot <3. Tak, ta seria ma swoje wady, ale miłość, w tym przypadku, ci wszystko wybaczy.

Piąty Doktor (Peter Davidson), bez Mawdryna

Mawdryn Undead, 1983 (Piąty), scen. Peter Grimwade. Fajna historia, pomysłowa i nieoczywista, do tego Nyssa i Tegan.

Valeyard (Michael Jayston), bez Doktora

The Trial of the Time Lord (Szósty), scen. Robert Holmes, Philip Martin, Pip & Jane Baker. Valeyard. Master. Gallifrey, ja chyba jeszcze nie mówiłam, że jak lubię inne typy odcinków, tak do tych związanych z Gallifrey i Time Lordami mam sporą słabość.

Rani (Kate O’Mara)

Time and the Rani, 1987 (Siódmy), scen. Pip & Jane Baker. Rani, plus w sumie niedoceniony Siódmy. I Mel.

Dziewiąty Doktor (Christopher Eccleston) z osobami do tańca, Rose Tyler (Billie Piper) i kapitanem Jackiem Harknessem (John Barrowman)

Dalek, 2005 (Dziewiąty), scen. Robert Shearman. Pierwsza tutaj, nie ostatnia historia z najbardziej chyba ikonicznymi wrogami Doktora. I mój mniej więcej pierwszy Doktor (patrz The Waters of Mars). Przepiękny i przejmujący odcinek, wspaniale naświetlający paradoksalnie podobieństwo między pozornymi przeciwieństwami, błyskotliwie zagrany przez Christophera Ecclestona. Tak się powinno ogrywać klasyczne potwory w tej serii. Top topów moich ukochanych odcinków.

The Empty Child / The Doctor Dances, 2005 (Dziewiąty), scen. Steven Moffat. Wejście smoka, w roli smoka Steven Moffat, scenarzysta; wtedy chyba nikt nie podejrzewał, jak będzie ważny dla Doktora. Doktorowy horror w najlepszym wydaniu (Moffat chyba w tym jest najmocniejszy).

Ten dialog, w kawałkach z obrazkami

The Christmas Invasion, 2005 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. Głównie dla regeneracji w Dziesiątego, plus – ja wiem, mnóstwo osób jej nie cierpi, ale ja naprawdę uwielbiam Jackie Tyler.

Army of Ghosts / Doomsday, 2006 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. Konkretnie dla dwóch motywów. Pierwszym jest legendarna konwersacja Daleków z Cybermenami, drugim (tymczasowe) zamknięcie wątku Rose Tyler. Stoi to wszystko na emocjach i aktorstwie Tennanta, nie oszukujmy się.

The Runaway Bride 2006 (Dziesiąty), Russell T. Davies. Donna Noble. Wystarczy, bo reszta jest… OK.

Alexandra Moen jako udręczona Lucy Saxon

Human Nature / The Family of Blood, 2007 (Dziesiąty), scen. Paul Cornell. No i się zaczyna: trzecia seria Tennanta jako Doktora i jak spojrzycie na listę odcinków, to zobaczycie, że od siódmego (a w zasadzie mogłoby być i od szóstego, 42 to chyba najlepszy odcinek Chrisa Chibnalla napisany dla Doktora) są tu już wszystkie. Ten odcinek kupił mnie pomysłem (wreszcie!) na Marthę Jones, jednymi z najlepszych i najstraszniejszych Doktorowych przeciwników i umiejętnym poruszeniem tematu emocji i samotności Doktora.

Blink, 2007 (Dziesiąty), scen. Steven Moffat. Moffat at his best, paradoksalny, niedoktorowy, błyskotliwy scenariuszowo i trzymający widzów w ciągłym napięciu odcinek. Jeśli eksperymentować z Doktorem, to tak. Plus, Anioły.

Utopia / The Sound of Drums / Last of the Time Lords 2007 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. A tu z kolei IMHO Davies at his best, budujący tragedię tak ponurą, jak tylko on umie. Zacznijmy od upiornego losu, jaki zgotował ostatnim ludziom przyszłości (jak do mnie dotarło, kim są Toclafane, to mnie solidnie trzepnęło i pomyślałam, że trzeba mieć naprawdę pokręconą wyobraźnię, żeby to tak wymyślić…). Ale to nie wszystko, bo jest i fenomenalna, naszkicowana kilkoma scenami i fantastycznym (!!) aktorstwem Alexandry Moen tragiczna postać Lucy Saxon, i historia Marty (chyba sam Davies ją określił jako the gospel according to Martha Jones), i koncertowo zagrany przez Johna Simma Master, rozpięty między absolutnie nieludzkim okrucieństwem i kompletnym brakiem jakiejkolwiek kontroli nad sobą a ewidentnym cierpieniem i niepewnością. Relacja między nim a Doktorem jest wielowymiarowa, skomplikowana – to jest przyjaźń/miłość, która przeszła przez tyle prób i zdrad i rywalizacji i nienawiści i rozczarowań i niezrozumienia i, po prostu, czasu, że stała się nieuniknioną wrogością, ale nigdy do końca nie umarła. Ta mini-seria fantastycznie też używa muzyki, do dzisiaj mam kawałki z tych odcinków na playliście.

David Tennant (Dziesiąty Doktor) i Lesley Sharp (Sky) w Midnight

The Fires of Pompeii, 2008 (Dziesiąty), scen. James Moran. (Ale głupi ci) Rzymianie i Doktor z Donną. Bardzo klasyczny odcinek, z klasycznym Doktorowym dylematem i z dość typowym pomysłem (Obcy stoją za jakimś historycznym wydarzeniem). Cudne dialogi, na czele z tym o Spartakusie. Fajnie ograne schematy związane z popkulturowym Rzymem (mam o tym artykuł naukowy!). Plus, Amy Pond i Dwunasty Doktor, którzy jeszcze nie wiedzą, że będą kiedyś Amy i Dwunastym.

Silence in the Library / Forest of the Dead 2008 (Dziesiąty), scen. Steven Moffat. Nastrój. Klimat. Idea River Song i Alex Kingston jako River Song. Czy mówiłam coś o klimacie?

Midnight 2008 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. TEN odcinek. IMHO najlepszy – scenariuszowo, konstrukcyjnie, od strony postaci i aktorstwa – odcinek Doktora Who. I groza, i niesamowitość, i budowanie klimatu prostymi środkami, i znakomite aktorstwo. I smutne refleksje o ludzkości.

Turn Left 2008 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. Odcinek alternatywny, Doktor bez Doktora i świat bez Doktora, za to z Donną i z Rose. Odważny pomysł, który wyszedł.

Dziesiąty Doktor (David Tennant) i Master / Mistrz (John Simm, aktor, którego w ogóle uwielbiam, widziałam kilkakrotnie w teatrze i uważam, że jest skandalicznie, mimo wszystko, niedoceniony)

The Waters of Mars 2009 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies, Phil Ford. Drugi TEN odcinek (choć w praktyce to nie jest odcinek, to jest godzinny film fabularny, jeden z, powiedzmy, odcinków specjalnych). Mój pierwszy odcinek Doktora – skacząc po kanałach, obejrzałam kawałek i zaintrygowało mnie na tyle, że celowo nie skończyłam, tylko zaczęłam od pierwszego odcinka Dziewiątego, Rose. Wygrywa przede wszystkim tym, jak Tennant kreuje cierpiącego, pełnego buntu i wściekłości, niegotowego na odejście Doktora – scena z Time Lord Victorious to jest Doktorowy odpowiednik Galadrieli z Pierścieniem, tylko znacznie bardziej gorzki. Plus znakomita Lindsay Duncan.

The End of Time, 2009 (Dziesiąty / Jedenasty), scen. Russell T. Davies. Nierówny, nie zawsze udany, ale za Wilfreda Motta i za to, co się okazało znaczyć He will knock four times. I za Mastera, i za finałowe słowa Dziesiątego Doktora, które chyba nie tylko we mnie siedziały jak zadra aż do wczoraj.

Alex Kingston jako River Song jako Kleopatra. A to dopiero początek timey-wimey

The Pandorica Opens / The Big Bang 2010 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. Timey-wimey Steven Moffat w mistrzowskiej formie. Miało być big and mad, i było. Plus, wow, wspaniali książkowi plastikowi Rzymianie, wspaniały Matt Smith i absolutnie boska Kleopatra, która powinna być w Egipcie, i martwa. Mam o tym odcinku artykuł naukowy 🙂

A Christmas Carol, 2010 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. Mój ulubiony Christmas Special Doktora: po części za wizualną wyobraźnię, po części za naprawdę pomysłową i inteligentną adaptację Dickensa.

The Impossible Astronaut, 2011 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. Początek olśniewająco-męczącego Moffatowego timey-wimey chaosu, ale jaki początek! Smith bezbłędny jako Doktor patrzący w twarz własnej śmierci, zagadki w zagadkach , hmm, River Song.

The Doctor’s Wife 2011 (Jedenasty), scen. Neil Gaiman. Nagrodzony Hugo odcinek, w którym mamy złe mówiące głosem Michaela Sheena i kobietę TARDIS w nieco gotyckich ciuchach.

Tu wcale nie miało być obrazka, ale jak tak można, bez Jedenastego (Matt Smith) i jego TARDIS / Idris (Suranne Jones)

The God Complex, 2011 (Jedenasty), scen. Toby Whithouse. Przepiękny retelling mitu o Minotaurze (ależ mi się marzyło, żeby Toby Whithouse, który go napisał, został showrunnerem!) z bardzo efektownie rozegraną kwestią boskości i samotności – w sumie nie wiadomo, bardziej Minotaura czy bardziej Doktora.

The Wedding of River Song, 2011 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. RIVER SONG. Rozwiązanie (??) tego całego timey-wimey z żonami, dziećmi, teściowymi, synowymi i Time Lordami. Chaotyczne, nie dla wszystkich, ale dla mnie osobiście ważne i wzruszające.

War Doctor (John Hurt)

The Day of the Doctor, 2013 (Jedenasty / Dziesiąty / War Doctor), scen. Steven Moffat. John Hurt jako Doktor, powrót Tennanta, Kate Lethbridge-Stewart, nie całkiem Rose Tyler. KURATOR. Odcinek (a raczej film) zdecydowanie, zdecydowanie dla fanów, ale nie dziwota, bo to special na pół wieku Doktora.

Picture shows: Peter Capaldi as the Doctor

Heaven Sent, 2015 (Dwunasty), scen. Steven Moffat. Peter Capaldi plus Steven Moffat wydawali mi się w teorii duetem idealnym, w praktyce – chyba nie wszystko wyszło, przynajmniej dla mnie. Większość odcinków Dwunastego to dla mnie odcinki między solidną szkolną czwórką a trójką – rzetelne, fajne, bardzo efektownie przez Capaldiego zagrane, ale za serce nie chwytające. No więc są takie odcinki i jest Heaven Sent, absolutna IMHO topka serialu – może dlatego, że ten odcinek odchodzi od utartych fabularnych schematów, jest koncepcyjnie odważny i pomysłowy, no i naładowany emocjami. Capaldi, aktor świetny, ma wreszcie okazję naprawdę coś pograć.

The Husbands of River Song, 2015 (Dwunasty), scen. Steven Moffat. Doktorowe heist movie, River Song w idealnej dla niej roli awanturniczej heroiny, romans, ucieczki, przygody. Słodko-gorzkie i urocze.

Trzynasta (Jodie Whittaker) i Uciekająca (Jo Martin), dwie Doktor(ki)

Fugitive of the Judoon, 2020 (Trzynasta / Fugitive), scen. Vinay Patel, Chris Chibnall. Obawiam się, że strasznie dużo o moim stosunku do Trzynastej Doktor mówi fakt, że moim ulubionym odcinkiem z nią i tym, który rzeczywiście po prostu zrobił na mnie wrażenie, jest ten, w którym scenę kradnie jej inna Doktor, nieznana wcześniej, a grana z charyzmą i urokiem przez Jo Martin.
Nie zrozumcie mnie źle. Bardzo mnie ucieszyła wiadomość o kobiecej inkarnacji Doktora (a że regenerację z Time Lorda w Time Lady się da zrobić ŚWIETNIE, dowodzi Missy), lubię i cenię Jodie Whittaker (była znakomitą Antygoną w spektaklu Polly Findlay, u boku Christophera Ecclestona jako Kreona!), do oglądania przystępowałam pod sporym wrażeniem tego, jak umiejętnie i skutecznie Chris Chibnall napisał i poprowadził pierwszy sezon Broadchurch… No, zapowiadało się idealnie.
Zapowiadało się i coś nie zagrało, przynajmniej ze mną – może fakt, że miałam wrażenie, że sporo z tych historii ma ładunek dydaktyzmu wzięty wprost z odcinków z Pierwszym, a ja już mocno z tego wyrosłam? Może towarzyszy było za dużo na raz, co zostawiało każdej z osób za mało miejsca? Nie wiem, w każdym razie nie działało, oglądałam już wtedy raczej z doskoku niż regularnie, a miłość do serialu zamieniła się w mieszankę nostalgii i irytacji. Tyle że potem pojawiła się na ekranie Jo Martin i poczułam znowu ten dreszcz – radość, że Doktor to jest taka postać, którą naprawdę kocham, ale i żal, że ona jest Doktorem tylko na chwilę, bo na tę chwilę weszła w rolę znakomicie. Kupiła mnie całkowicie, poproszę o rolę dla niej w nowych seriach (i nie, to nie musi być Doktor, taki Master odkrywający po regeneracji, że ma twarz Doktor, to też by było coś).

David Tennant (Czternasty) i Ncuti Gatwa (Piętnasty). Szkoda, że nie widzicie reszty jego stroju 🙂

The Giggle, 2023 (Czternasty / Piętnasty), scen. Russell T. Davies. DOKTOR WRÓCIŁ. Znaczy, mój Doktor, mój ulubiony aktor jako Doktor, ale też pewien typ podejścia do postaci i opowieści. Jestem daleka od bezkrytycznego idealizowania w całości czasów Daviesa – on się, jak dla mnie, trochę za bardzo lubi znęcać nad postaciami, patrz Donna, i kreować nieopisane tragedie, patrz końcówka drugiego i zwłaszcza cały trzeci sezon Torchwood (ale i ostatnie słowa Dziesiątego są z tej samej kategorii). Niemniej, ma on na swoim koncie sporo odcinków udanych, i do nich zaliczyłabym wszystkie trzy specjalne odcinki z Donną i Czternastym – niezłe The Star Beast, dobre Wild Blue Yonder i naprawdę, naprawdę bardzo, IMHO, dobre The Giggle. Dawnośmy w Doktorze nie mieli tak udanego złola, jak Toymaker Neila Patricka Harrisa, w idealnych proporcjach mieszający groteskę, okrucieństwo i grozę. David Tennant – cóż, Tennant jest Tomem Bakerem Nowego Who, najwyraźniej 🙂 Do tego miał ten odcinek idealny IMHO finał dla Doktora, który zasłużył na spokój, i dla Doktora, który jest cieplejszy, bardziej otwarty, empatyczny i chyba po prostu miły, niż którykolwiek przed nim. Oraz, obecny na ekranie czy nie, WILF. Jestem gotowa na nowe przygody.

Neve McIntosh (Madame Vastra), Catrin Stewart (Jenny Flint), Dan Starkey (Strax)

DODATKI

Wzmianki: postacie, które uwielbiam, a których główne odcinki się tu nie zmieściły: Strax, Jenny, Madame Vastra, Missy, Master (Sacha Dhawan).

Niekończącą się miłością kocham serię animowaną Scream of the Shalka (2003, alternatywny Dziewiąty <Richard E. Grant> i jego (życiowy) partner, alternatywny Master <Derek Jacobi>), scen. Paul Cornell. Biedny Ósmy Doktor nie załapał się ze swoim jedynym filmem, ale wspomnę o tym, jak bardzo go lubię w miniaturce The Night of the Doctor.

Mam sporo ulubionych słuchowisk Big Finish, ale to chyba temat na osobną notkę.

Zew Zajdla 2022. Opowiadania (3). Michał Cholewa, “Na granicy”

Dzisiaj kolejna z krótkich notek, poświęconych nominowanym na Nagrody im. Janusza A. Zajdla opowiadaniom. Czytam je, bo lubię, a także, bo od początku biorę udział w akcji Zew Zajdla. W ramach tej akcji czytam polską fantastykę, nominuję do Nagrody, a następnie – głosuję na teksty, które uzyskały nominację. Akurat ja będę głosowała osobiście, ale możliwa jest także inna droga: wykupienie akredytacji wspierającej i głosowanie online. Osobiście natomiast będą głosować osoby uczestniczące w tegorocznym konwencie w randze Polconu – w tym roku jest to Łódzki Festiwal Fantastyki “Kapitularz”.

Udział w akcji Zew Zajdla bywa chwilami frustrujący – pewnie wrócę do tego tematu przy którejś z tegorocznych notek – ale znacznie częściej daje satysfakcję: z lektury ciekawych tekstów, po które niekoniecznie bym sięgnęła bez tej akcji (albo z możliwości skrytykowania tych mniej się podobających!), ze świadomego głosowania, z możliwości jakiejś – u mnie niewielkiej, bo na skalę moich może kilkunastu czytelników! – promocji, także przez te notki, polskiej fantastyki. Jak na razie w tym roku zrecenzowałam dwa nominowane opowiadania – Potwór i nić Agnieszki Hałas i pierwszy z tekstów Michała Cholewy, Zwycięstwo. Teraz pora na jeszcze jedno opowiadanie tego autora – o ile to jest w ogóle opowiadanie – zatytułowane Na granicy.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Ilustracja do opowiadania w Fahrenheicie, autor: A. Mason

W publikacji w Fahrenheicie opowiadanie Michała Cholewy zostało poprzedzone krótką przedmową, podsumowującą dość specyficzne okoliczności powstania utworu:

Jak zapewne czytelnicy pamiętają, od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia trwał Whamageddon – czyli adwentowa gra w nieusłyszenie (oryginalnej wersji) piosenki „Last Christmas”. W zabawę włączył się ponownie Michał Cholewa, który dzień w dzień raczył swoich odbiorców niesamowitą opowieścią. Autor pomyślnie dotrwał do końca, zarówno zabawy, jak i wymyślanej historii.
Podobnie, jak w zeszłym roku, w ostatni dzień 2022 Fahrenheit przedstawia cały, dwudziestoczteroczęściowy utwór.
Kto wie, może właśnie jesteśmy świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji…

Widać więc, że opowiadanie Michała Cholewy powstało jako część przedświątecznej zabawy – ale trzeba przyznać, że w samym tekście ten lekko (?) komiczny, a co najmniej pastiszowy rodowód oraz fakt, że tekst powstawał w odcinkach, nie jest widoczny. Owszem, genezą tekstu była zgrywa (fantastycznie skądinąd przez Michała Cholewę ogrywana, śledziłam jego Whamageddonowe posty z ogromna radochą), ale efektem jest pełnokrwiste opowiadanie militarnej dark fantasy z elementem horroru.

Tylko czy opowiadanie? Ten tekst jest, moim zdaniem, bliższy mikropowieści, bo ma ponad cztery arkusze, jest więc wyraźnie dłuższy od pozostałych nominowanych opowiadań, mieszcząc się raczej w kategorii mikropowieści. To oczywiście nic nie zmienia w kwestii jego nominacji – po prostu polskie nagrody nie mają takiej kategorii i teksty za długie na opowiadanie, a zbyt krótkie na pełnoprawną powieść lądują raz wśród tych pierwszych, jak tutaj, innym razem – między powieściami (pewnie można byłoby argumentować, że to casus Imperium chmur Dukaja i Nagrody Żuławskiego).

Na granicy, jak chodzi o konwencję, mieści się w szufladce z napisem “dark fantasy”, zwłaszcza jeśli założyć, że do szufladki wpadają czasem jakieś kawałki horroru. Czuć tu klimat, który trochę kojarzył mi się z niektórymi tekstami nieodżałowanego Feliksa W. Kresa, trochę z kolei z Czarną kompanią Glena Cooka. Najkrócej mówiąc, w opowiadaniu Cholewy zgrana grupa najemników w kłopotach, głównie finansowych, pakuje się kłopoty, które ich zdecydowanie przerastają, a wszystko przez to, że przyjmują pewne zlecenie, wiążące się z atakiem na fortecę krasnoludów…

Cholewa w tym opowiadaniu umiejętnie konstruuje nie tylko spójną fabułę, ale przede wszystkim zimny, a jednocześnie duszny nastrój grozy, a we wcześniejszych partiach opowiadania – klimat niepokoju i zagrożenia. Kolejny raz widać tu warsztatową biegłość autora, który potrafi nienową przecież opowieść o grupie wojowników walczących z pradawnym złem ukrytym w podziemiach sprzedać nam tak, że przynajmniej ja przeczytałam jednym tchem.

Jednocześnie, wpisując się umiejętnie w konwencje dark fantasy, autor pogrywa sobie pomysłowo i ciekawie ze stereotypami fantasy. Wystarczy spojrzeć, co robi z klasycznymi dla fantasy postaciami krasnoludów i czarodzieja. Ci pierwsi mają teoretycznie sporo cech klasycznych – żyją w górach, noszą brody, zajmują się górnictwem i słyną z siły – ale jednocześnie są bardzo dalecy i od Tolkienowskiego archetypu, i od tego, co robili z niego autorzy późniejsi, z Sapkowskim na czele. U Cholewy krasnoludowie mają w sobie coś z de facto obcej rasy (a dodatkowo wzmacnia to skojarzenie fakt, że ludzie niespecjalnie wiedzą nawet, jak oni wyglądają!), niezrozumiałej i groźnej dla człowieka. Podobnie jest z postacią złowrogiego czarodzieja Lorda Leara, który pewnie bliżej miałby do wizerunków ponurych nekromantów niż do postaci w typie Merlina czy Gandalfa.

Częścią tego umiejętnego budowania klimatu i fabuły jest decyzja, by oddać głos jako narratorowi jednemu z członków drużyny, sierżantowi Candorowi, który wie sporo, ale nie wszystko, bo dowódca, szaman i czarodziej detalami planów się z nim nie dzielą. Mamy więc pierwszoosobową narrację, a do tego narratora, który nie tyle zwodzi nas, czytających, na manowce, co raczej sam nie ma pełnego oglądu sytuacji. Dzięki temu tego oglądu nie mamy i my, a zagadki, niedopowiedzenia i mniej lub bardziej paskudne tajemnice poznajemy razem z bohaterami.

To jest tekst może nie porażająco nowatorski czy emocjonalnie mi bliski, ale bardzo umiejętnie realizujący wybrane przez autora konwencje, niezwykle sprawnie napisany i doskonale się czytający – w zasadzie jedyne, co mnie tu odrobinkę rozczarowało, to niewiele wyjaśniające zakończenie. Zupełnie mnie nie dziwi, że tę plebiscytową nominację uzyskało.

To nie są krasnoludy, które znajdziecie. Źródło: wikipedia

GDZIE ZNALEŹĆ: W darmowej antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla. Opowiadanie pojawiło się oryginalnie w e-zinie Fahrenheit. Powstawało natomiast, o ile pamiętam, w odcinkach na Facebooku.

ZA ILE: Za darmo w obu źródłach. Uwaga: antologia Zajdlowa jest dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej do końca tego roku.

DLA KOGO: dla lubiących dark fantasy, zwłaszcza taką, która ma lekki militarny skręt i odrobinę klimatu grozy. Dla tych, którzy chętnie czytają o kampaniach najemników w dręczonych wojną światach. Dla osób, które chętnie zobaczą niekoniecznie oczywiste wariacje na temat czarodziejów i krasnoludów.

Zew Zajdla 2022: Opowiadania (2). Michał Cholewa, “Zwycięstwo”

Powoli i mało regularnie, ale kontynuuję akcję pisania krótkich recenzji z nominowanych do Nagrody im. Janusza A. Zajdla opowiadań i powieści. Wszystko przez to, że od paru lat trwa akcja Zew Zajdla, a ja, jak co roku, biorę w niej udział. Oznacza to, że po pierwsze, sama wysyłam propozycje nominacji do Nagrody imienia Janusza A. Zajdla. Po drugie, kiedy przychodzi pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wykupując akredytację wspomagającą i głosując online, albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Łódzki Festiwal Fantastyki “Kapitularz”. Po co to wszystko? A przede wszystkim po to, żeby promować dobre polskie teksty fantastyczne, w tym przede wszystkim opowiadania. Pierwszy wpis w serii, o tekście Agnieszki Hałas, jest tutaj.

Czy wszystkie nominacje do opowiadań są dobre? A to już się przekonam, jak wszystkie przeczytam. Dzisiaj – “Zwycięstwo” Michała Cholewy, pierwsze z dwóch nominowanych opowiadań tego twórcy.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

“Zwycięstwo” sięga po klasyczne, doskonale znane z SF/ space opery motywy. Mamy tu i pierwszy kontakt, i wielkie mechy, i bohaterskich pilotów, i przede wszystkim – kosmiczne zagrożenie. Jest nim Rama V-ger Behemot – nazwana tak przez ludzi konstrukcja, potężny statek Obcych lecący w kierunku Ziemi i pożerający wszystko na swojej drodze. Przeciw niemu stanie grupa Bruce’a Willisa oddział bohaterów i ich Jaegery mechy zwane Archaniołami, gotowe na ostateczne poświęcenie, by ocalić Ziemię. Tę samą Ziemię, która w obliczu nadciągającego zagrożenia zjednoczyła się i połączyła jak nigdy dotąd, ruszyła drogą rozwoju i współpracy, zaczęła wreszcie funkcjonować tak, żeby dać szanse rozwoju wszystkim… Hmm, ależ by było szkoda to zmarnować…

Zła jestem troszkę, przyznam, na to opowiadanie.

Nie zrozumcie mnie źle. Michał Cholewa jest niezwykle sprawnym pisarzem, ze znakomitym warsztatem. Konsekwentnie i bardzo umiejętnie prowadzi narrację, kilkoma kreskami szkicuje wiarygodne, prawdopodobne postacie. Świetny przykład mamy nawet w tym właśnie tekście – Colin Heathers, bohater mimo woli, wyszkolony do walki, ale czujący przed ostateczną bitwą lęk i desperację, które za wszelką cenę próbuje ukryć, to jedna z takich postaci. Cholewa pokazuje nam jego emocje i charakter w kilku scenkach, kreśląc postać wiarygodną, do której trudno nie czuć sympatii, odrobiny współczucia, zrozumienia. Przyczynia się do tego również fakt, że autor nie oszczędza nas emocjonalnie; posługuje się elementami wszechwiedzącej epickiej narracji i zapowiada przyszłość, robi to po to, żeby zasugerować nam, że oglądamy ostatni dzień ludzkości, odchodzącej w chwale i w najlepszym momencie historii (to się nazywa, w teorii narracji, prolepsis / prokatalepsis, i to są takie zdania, jak To był piękny dzień – zwłaszcza że po nim nie miał nastać już żaden kolejny).

Potem mamy cięcie i scenę po latach, kiedy stary, zgorzkniały generał Heathers przychodzi pod pomnik bitwy pod Sodden poległych koleżanek i kolegów. Jest jednym z nielicznych, którzy znają prawdę – prawdę o tym, że choć Behemot został zniszczony, a ludzkość rozwija się w harmonii i porozumieniu, bohaterowie Ziemi zginęli na darmo. A może nie tak, nie tyle na darmo – zginęli w imię cynicznie rozumianego wspólnego dobra. Bo to nieprawda, że piloci Behemota, Obcy, których przerażająca pomyłka doprowadziła do konfliktu, chcieli wojny z Ziemią. Szansa na pokój, na porozumienie i Pierwszy Kontakt była, ale decyzją generalicji i rządu światowego została zaprzepaszczona. A zarzucono ją świadomie w imię utrzymania jedności, pokoju i ładu, jakie przyniosło wielkie pozaświatowe zagrożenie. I dlatego generał Heathers milczy i nie dzieli się z ludźmi swoją wiedzą – dla niego każda decyzja, jaką by mógł teraz podjąć, będzie zła. Zła dla niego, albo potencjalnie zła dla zjednoczonej przeciw kosmicznemu wrogowi ludzkości.

Cholewa zostawia nas z otwartą kwestią dalszych losów Ziemi. Ja nie jestem specjalnie optymistyczna. Mówię wam, bohaterowie, gdzieś tam ktoś już sfałszował listę dla Czarnej Sakury. Gdzieś tam, w jakimś urzędzie pocztowym, leży sobie dziennik Rorschacha. Ta próba kupienia za krew i oszustwo szczęścia i pokoju na świecie, to się nigdy tak do końca nie udaje. Przynajmniej w fikcji.

I jednak mi żal. To jest bardzo dobrze, solidnie napisany początek i koniec tekstu. Pretensje mam więc, po pierwsze, o to, że nie dostajemy w zasadzie kluczowych wydarzeń. I teraz: ja jestem – oczywiście – jak najbardziej i zawsze zwolenniczką bawienia się narracją, odejścia od opowiadania po bożemu, w najprostszej możliwiej chronologii i niekoniecznie streszczając krok po kroku. Jasne. Tutaj jednak mam wrażenie, że trochę za dużo mamy tu streszczone, czyli że coś trochę jest nie tak z konstrukcją. A po drugie – żal mi, bo przy stylistycznych umiejętnościach Cholewy, przy jego umiejętności konstruowania postaci, budowania fabuły, opowiadania, ale i zadawania pytań, tu był materiał na znakomitą powieść. Ale nie mamy powieści, mamy krótkie opowiadanie, w którym na mnóstwo rzeczy nie ma miejsca. A szkoda. Dostajemy dobry, naprawdę udany tekst, który się szybko i płynnie czyta, ale siedzi w nim potencjał na znacznie więcej.

Spojler, wiem, poniekąd spojler na obrazku, ale nie mogę się się oprzeć.

GDZIE ZNALEŹĆ: W darmowej antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla. I w antologii Polskiej Fundacji Fantastyki Naukowej Ku gwiazdom (2022).

ZA ILE: Za darmo w antologii z opowiadaniami nominowanymi do nagrody. Uwaga: antologia Zajdlowa jest dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej do końca tego roku.

DLA KOGO: dla lubiących klasyczną science fiction, tematykę związaną z walkami w kosmosie, Pierwszym Kontaktem, ale także – ze skupieniem na postaciach, nie mechach 🙂

Dwóch gości ze wspólnym kumplem (Marvel Rewatch: “The Falcon and the Winter Soldier”)

The Falcon and the Winter Soldier, twórca: Malcolm Spellman, reżyseria: Kari Scogland, muzyka: Henry Jackman. Obsadę wymieniam we wpisie.

Sebastian Stan (Bucly Barnes / Zimowy Żołnierz / Biały Wilk i Anthony Mackie (Falcon / Kapitan Ameryka)

No więc, co powinno być oczywiste z poprzedniego wpisu, mam wakacje i oglądam sobie różne rzeczy z uniwersum Marvela… Jak to z jakiego poprzedniego wpisu? No, tego z analizą bitwy o Nowy Jork w Avengersach. Jak to go nie opublikowałam?

No, prawda, nie opublikowałam. Miał być pierwszy, ale strasznie pożera czas przy pisaniu, więc najpierw będzie trochę impresji z Falkona i Zimowego Żołnierza, a bitwa i wyjaśnienia, co mnie tak na Marvela wzięło, później.

Na obrazu jeden ze złoli, a pod nim – spojlery.

Kanadyjski aktor i mistrz MMA Georges St-Pierre w roli Georgesa Batroca

Najkrócej rzecz ujmując – nie wiem, czy jak dla mnie, licząc obiektywne kryteria, nie jest to najlepszy serial Marvela (choć, trochę wbrew opiniom większości, akurat ja uważam, że w ramach własnej franczyzy ma całkiem solidną konkurencję – na pewno w postaci I sezonu Lokiego, Hawkeye’a, a jeśli liczyć seriale z szerokiego uniwersum – przede wszystkim świetnego I sezonu Jessiki Jones z może najbardziej udanym serialowym villainem Marvela, Kilgravem, w brawurowej interpretacji Davida Tennanta).

Gatunkowo, Falcon i Zimowy Żołnierz (wybaczcie niekonsekwentne użycia tytułów w PL i ENG) bliski jest trochę policyjnym buddy movies, gdzie dwóch niedobranych partnerów musi przekonać się, że (zawodowo) są dla siebie stworzeni, a trochę – thillerowi z motywami politycznymi i społecznymi. W głównych rolach ma ważne postacie ze świata Avengersów – trochę mało docenionego przez twórców w oryginalnej serii Sama Wilsona/Falcona (Anthony Mackie) i zdecydowanie docenionego Zimowego Żołnierza / Bucky’ego Barnesa (ulubieniec sporej części widzów, Sebastian Stan). W tle pojawiają się inni bohaterowie znani z uniwersum: Sharon Carter (Emily VanCamp), James Rhodes / War Machine (Don Cheadle; i nie, nie będę tu dyskutować kwestii, które pojawiły się w Secret Invasions), absolutnie fantastyczny i kradnący każdą scenę, w jakiej się pojawia, baron Zemo (Daniel Brühl) lub obecny w trzech odcinkach, znany z Zimowego Żołnierza złoczyńca Batroc (Georges St-Pierre) albo grupka wakandyjskich Dora Milaje na czele z Ayo (Florence Kasumba). Towarzyszy im grupa nowych postaci, zarówno pomagających bohaterom (Sarah Wilson, siostra Falcona – w tej roli Adepero Oduye – i jej synowie, kumpel Falcona i przyszły jego następca, Joaquin Torres, grany przez Danny’ego Ramireza), jak i stająca im, tak czy inaczej, na drodze. Tu z jednej strony będziemy mieć głównych antagonistów serii, czyli ruch Flag Smashers i jego przywódczynię Karli Morgethau (znakomita Erin Kellyman), z drugiej – nowego Kapitana Amerykę, w postaci (pozornie) wzorowego amerykańskiego oficera Johna Walkera (który, w odróżnieniu od Wilsona, jest białym przystojniakiem o blond włosach i kwadratowej szczęce, a więc w oczach władzy lepiej się na następcę Steve’a Rogersa nadaje; gra go, bardzo kompetentnie, Wyatt Russell) i jego pomocnika Lemara Hoskinsa / Battlestara (Clé Bennett). No i jest jeszcze poboczna, ale znacząca zarówno dla fabuły, ale i dla idei całego serialu, postać, jaką jest Isaiah Bradley – zapomniany czarnoskóry superżołnierz z czasów wojny koreańskiej, ofiara eksperymentów zarówno rządu USA, jak i HYDRY. Jego rolę odtwarza Carl Lumbly, który w latach 90. grał w wyprodukowanym przez Sama Raimiego serialu M.A.N.T.I.S. bodaj czy nie pierwszego w TV czarnoskórego superbohatera.

Wyatt Russell jako John Walker / Kapitan Ameryka

Fabularnie Falcon i Zimowy Żołnierz jest spójny i konsekwentny – co nie zawsze da się powiedzieć o serialach z uniwersum Marvela, nawet tych, które – jak Hawkeye – zdecydowanie mi się podobały. Tutaj główne wątki – zagrożenie ze strony Flag Smashers, rodzinne problemy Falcona ukazane na tle ogólnych problemów czarnej społeczności USA, konsekwencje rozmaitych decyzji podjętych wcześniej przez Avengersów (od odwrócenia Thanosowego Blipa przez odejście Steve’a Rogersa po skutki buntu drużyny Kapitana przeciwko Porozumieniom z Sokovii) – splatają się w jedną i fabularnie spójną całość. Nie miałam ani razu wrażenia – jakie miewałam choćby przy wątku Yeleny w Hawkeye’u czy Riri w Wakanda Forever – że oglądam dobrze poprowadzony wątek bardzo przyzwoicie zagranej postaci, który jednak powinien był samodzielną opowieścią, bo tu, gdzie jest, raczej miesza i rozbija fabułę niż jej pomaga. W Falconie i Zimowym Żołnierzu sensownie i umiejętnie stopniowane są też rodzaje zagrożenia – od osobistych / lokalnych przez te bardziej ogólne aż po globalną skalę zagrożenia, jakim jest Karli i jej grupa rewolucjonistów.

Erin Kellyman w roli Karli Morgenthau

Za co przede wszystkim lubię ten serial? A za to, że jest, w swoich koncepcjach i założeniach, odważny. Czego, powiedzmy sobie szczerze, nie da się powiedzieć o większości nawet najsympatyczniejszych Marvelowych produkcji.

Lubię uniwersa, i lubię, kiedy twórcy takiego uniwersum eksplorują nie tylko najbardziej oczywiste jego kawałki – dlatego, w odróżnieniu od chyba większości widzów, mnie podobała się She-Hulk i czekam na Marvelowe/ Starwarsowe / Startrekowe kryminały, romanse i heist movies z dużą radochą – w końcu ta obyczajówka w świecie Batmana, no, ta o Jokerze, to całkiem była udana, nie? Za to też polubiłam Falcona i Zimowego Żołnierza. Bo po pierwsze, twórcy poszukali ciekawych motywów w tle uniwersum, a po drugie – zrobili to odważnie.

Podobnie jak Hawkeye, ten serial skupia się na tych mniej oczywistych, mniej zamożnych i mniej sławnych Avengersach, i pokazuje także ich zmagania z codziennym życiem – nie oszukujmy się, miliarder Tony Stark raczej nie spotkałby się z odmową kredytu w lokalnym banku, a Steve’a Rogersa żaden policjant nie próbowałby agresywnie zmusić do wylegitymowania się po publicznej kłótni z białym facetem na ulicy… To jednak jest w sumie może i najbardziej przewidywalne – podobnie jak raczej do przewidzenia (ale to nie znaczy, że źle wprowadzony czy niepotrzebny, wręcz przeciwnie) jest, w przypadku serii mającej w centrum jednego z nielicznych afroamerykańskich Avengersów, wątek rasowy. Tu zawiera on kilka motywów – sytuacja rodzinna siostry Falcona i jego samego, przejmująca historia pierwszego czarnoskórego superżołnierza i bodaj najbardziej nośny fabularnie z tego wszystkiego, bo w zasadzie trwający od pierwszego do ostatniego odcinka konflikt między Falconem a Buckym. Ten ostatni nie rozumie za nic w świecie, czemu Sam oddał tarczę Kapitana, a ten pierwszy za nic w świecie mu nie wytłumaczy, że dla czarnoskórego Amerykanina ta tarcza (i duma z USA, i akceptacja dla całokształtu amerykańskiej polityki) ma nieco inne znaczenie niż miała dla idealistycznego białego nastolatka z okresu II wojny. Bucky widzi w tym wszystkim wyłącznie sprawę osobistą, prywatną, dla niego trudną do pojęcia i kojarzącą się z beztroskim odrzuceniem prywatnego dziedzictwa jego najlepszego przyjaciela – Sam natomiast nawet nie próbuje mu wyjaśnić, że sprawa jest z jego punktu widzenia znacznie bardziej skomplikowana.

Carl Lumbly jako Isaiah Bradley, którego po podaniu serum Erskine’a potraktowano zgoła inaczej niż Steve’a Rogersa.

Odważna jest za to w tym serialu przede wszystkim kwestia postawienia znaku zapytania przy kwestii tego, co było kluczową spuścizną Avengersów. Nie tylko mamy tutaj kwestię wcale niekoniecznie bezproblemowego dziedzictwa zarówno Kapitana Ameryki, jak i Steve’a Rogersa (do tego wrócę jeszcze za moment). Mamy też kwestię Blipa i powrotu tych wszystkich, których nie było przez pięć lat. Od Infinity War kwestia ta była ogrywana bardzo sprawnie, ale też jednoznacznie: ci, którzy stracili bliskich, cierpieli, odwrócenie gestu Thanosa było tym, o co bohaterowie walczyli, za co, ostatecznie, przynajmniej jedno z nich, Natasha, oddało życie (1). Mieliśmy świetne i emocjonalnie wzruszające sceny zarówno zniknięcia (Peter Parker, ech, ale też rodzina Hawkeye’a), jak i powrotu postaci, które Thanos wymazał ze świata (telefon do Ant-Mana), mieliśmy bardzo efektowną scenę z tymże Ant-Manem przy pomniku zaginionych, Steve’a jako doradcę i terapeutę ludzi, którzy wtedy stracili najbliższych – mieliśmy, krótko mówiąc, świat w żałobie i głębokie poczucie, że powrót do czasów sprzed Blipa jest szlachetnym, dobrym, moralnie właściwym rozwiązaniem.

A tu – niespodzianka. Bo nagle dostajemy drugą stronę medalu. A mianowicie – historie tych ludzi, którym powrót, po pięciu latach, ofiar Thanosa złamał serca i zrujnował życie. Tu widzimy i słyszymy tych, dla których świat z połową istot żywych był czasami jedynym, jaki znali. Policzmy: minęło pięć lat od powrotu, czyli w sumie dziesięć od Blipa. Karli Morgenthau ma lat, wedle aktorki, która ją gra, dziewiętnaście. To znaczy, że w zasadzie całe dzieciństwo i młodość Karli upłynęło w świecie po Blipie. Jako dziewięciolatka nie bardzo pewnie pamiętała, jak było przed, po czym jako czternastolatka straciła absolutnie wszystko, bo ci, których nie było, wrócili. Jej świat się zawalił. Na dodatek w centrum uwagi świata znaleźli się ci powróceni. Mało kogo obchodził los osób, które z tych czy innych powodów wyemigrowały (bo gdzie indziej były bardziej potrzebne), zamieszkały w pustych domach, zaczęły umawiać się z wdowami i wdowcami po ofiarach – a potem rzeczywistość zawaliła się na głowy, bo Hulk pstryknął palcami… Ci, którzy weszli na miejsce ofiar, po ich powrocie znaleźli się na bruku – czasem dosłownie. Serial wprowadza motyw obozów dla “uchodźców” z czasów Blipa – oni sami ten termin ostro odrzucają, ale trochę trudno nie widzieć tu analogii do konkretnych zjawisk z naszych czasów. Oni tych obozach są od pięciu lat, w warunkach może nie morderczych, ale zdecydowanie złych. I ich to boli. Tęsknią za spokojniejszym światem bez granic, otwartym dla wszystkich i dającym szansę na sprawiedliwszy podział zasobów, światem, jaki stworzyło wymordowanie przez Thanosa połowy żywych istot. Zupełnie nie cieszy ich powrót do status quo ante. Co więcej, ich sytuacja jest na tyle desperacka, że od protestów przeszli do idei rewolucji.

Na czele tej rewolucji stoi Karli Morgenthau, nastolatka wychowana w obozie dla wygnańców po Blipie, która to postać przypomina po raz kolejny, że mało która mieszanka jest równie niebezpieczna jak a) idealistyczna młoda osoba, b) z mocnym poczuciem misji i przekonaniem, że zna jedyny sposób na ratowanie świata i że za ten ratunek warto zapłacić każdą cenę, c) z nierozwiązanymi traumami, d) i dostępem do superzasobów, w tym przypadku – serum superżołnierza. Bo Karli szybciuteńko przeszła drogę od “walczę o lepszy świat dla wszystkich” przez “cel uświęca środki” i “wielcy tego świata nie reagują na nic poza przemocą” do “a co tam, że tam są ludzie, niech giną, chodzi o Sprawę”. I nie chodzi o to, że z jej sprawą jest coś nie tak – wręcz przeciwnie, wszyscy, od złola barona Zemo po idealistę Falcona, mają poczucie, że tych ludzi potraktowano podle i że w żądaniach Karli jest sporo racji. Coś jest nie do końca tak z samą Karli. Tylko co?

A to akurat wychodzi bardzo ładnie przy porównaniu Karli z dwiema innymi postaciami, które wydają się być jej odpowiednikami w fabule, a mianowicie z Sharon Carter i Johnem Walkerem.

Emily VanCamp jako Sharon Carter / Power Broker

W odróżnieniu od Falcona, Kapitana, Bucky’ego i całej reszty – którzy, owszem, przez dwa lata musieli się ukrywać, a następnie, także ze względu na rolę w wojnie z Thanosem, zapomniano im, przynajmniej w większości, dawne winy – Sharon Carter zapłaciła wysoką cenę za bunt przeciwko Porozumieniom z Sokovii. Wyrzucona z pracy, oskarżona o zdradę, zagrożona więzieniem, uciekła z kraju – a nikt ważny, ze Stevem Rogersem na czele, się o nią nie upomniał. Podobnie jak Karli, wyrzucono ją na margines, gdzie musiała sobie radzić sama. No i, podobnie jak Karli, sobie poradziła, radykalizując się i wchodząc na drogę przestępstwa. Nie ulega wątpliwości, że krzywdzie Sharon winne jest całe mnóstwo osób i że potraktowaną ją, w porównaniu choćby ze Stevem, bardzo niesprawiedliwie – ale też nie nie podlega dyskusji fakt, że Sharon jest w tym momencie, jako Power Broker, potężną i bezwzględną kryminalistką. A fakt, że zastrzeliła i Batroca, i Karli, miał tyle samo wspólnego z ratowaniem dawnych kumpli, co z uciszeniem dwóch osób, które znały i mogły ujawnić jej przestępczą tożsamość. Karli działała na korzyść i dla dobra innych, Sharon głównie dla swojego; owszem, zdecydowała się pomóc Bucky’emu i Falconowi, ale scena po napisach szóstego odcinka wyraźnie pokazała, po co jej to było. Obie bohaterki w pewnym momencie przekroczyły granicę między ratowaniem siebie i innych a arbitralnym, jednoosobowym decydowaniem, kto jest wart tego, żeby żyć, a kogo można poświęcić.

Drugim natomiast fabularnym zwierciadłem dla Karli jest John Walker – nowy Kapitan Ameryka, trochę pomocnik, a trochę przeciwnik naszych głównych bohaterów. Walker teoretycznie nadaje się na Kapitana – ma za sobą nienaganną, ba, bohaterską służbę wojskową, jest nawet bez super-serum fantastycznie sprawny i silny, sympatyczna i mądra żona go kocha, koledzy lubią, a współpracownicy/ towarzysze broni, jak Lemar Hoskins, uwielbiają. Ma prezencję, charyzmę, sukcesy, odpowiednią moralną postawę, świetnie wygląda w kostiumie. No, ideał.

No, oczywiście, nie. Jest to jasne choćby dlatego, że John zostaje Kapitanem odgórną (i, hmmm, zupełnie nie umotywowaną kolorem skóry, prawda?) decyzją rządową, po tym, jak nie zrobiono nim wyznaczonego do tego zadania przez samego Rogersa Sama Wilsona. Sugestia, że Walker bardziej pasuje do publicznego wizerunku niż do idei i serca Kapitana, widoczna jest od razu – podobnie jak fakt, że bycie symbolem nie przychodzi Walkerowi łatwo, sporo go kosztuje i jest dla niego przede wszystkim lekarstwem na osobiste traumy, stresy i kompleksy. Walker, zawzięty i chorobliwie ambitny, jednocześnie cały czas nosi w sobie wspomnienia koszmarnych rzeczy, jakie przeżył i widział w Afganistanie, i własnych podjętych tam bezwzględnych decyzji. Przywdzianie stroju Kapitana traktuje jako nową szansę, nadzieję na to, że ten strój i ta rola jakoś magicznie zagwarantują mu, że od tej pory każda jego decyzja będzie moralnie nienaganna. To się nie może dobrze skończyć. Nieprzypadkowo i Karli, i John na pewnym etapie życia decydują się na nielegalne zażycie serum superżołnierza – oboje są przekonani, że to rozwiąże ich problemy i problemy świata przy okazji. Nie rozwiązuje, oczywiście – no i oboje przez to stają się przykładem tego, że supermoce nie są żadnym lekarstwem na traumę i psychiczne cierpienie.

Generalnie, ten serial jest odważny w kreacji antagonistów. Robi bezwzględną szefową półświatka, zabójczynię i zdrajczynię z generalnie lubianej przez widzów Sharon Carter. W roli przywódczyni planowanej krwawej rewolucji daje nam piegowatą, rudowłosą nastolatkę, której życie nie oszczędzało i której sprawa może budzić sporo sympatii. Sugeruje, że z Johnem Walkerem jest coś nie tak (a tak by go było fajnie po prostu nie lubić, po tym, jak olano wolę Steve’a i nie zrobiono Kapitana z Sama Wilsona!), po czym pokazuje go jako złożoną, na pewno raczej negatywną, ale summa summarum tragiczną postać. No i bierze znanego nam wcześniej drania, barona Zemo, mordercę króla Wakandy – i to jemu każe uświadomić bohaterom kilka przykrych prawd.

No, Daniel Brühl w tej roli, przyznam, pozamiatał. To jest w ogóle aktor świetny, a tu – z mieszanką fanatyzmu, dezynwoltury i całkiem sporej dozy cynicznych, a przy tym zdroworozsądkowych opinii o superbohaterach w ogóle, a superżołnierzach, w tym Karli, w szczególności, kradnie ekran za każdym razem, kiedy się pojawia. Nie sposób chwilami – na przykład, kiedy spokojnie pyta, kto z Avengersów pojechał zobaczyć pomnik na miejscu zniszczonej Sokovii – nie przyznać mu racji, nie sposób nie pokiwać głową, kiedy trzeźwo wskazuje, że Karli może mieć dowolnie dobre intencje, ale robiąc z siebie superwojowniczkę chcąc nie chcąc już stanęła po stronie podziału na ludzi zwykłych i ludzi ulepszonych, czy może – po prostu lepszych. Jednocześnie Zemo nie jest ani przez moment nawróconym złolem, z dobrej woli pomagającym bohaterom: cały czas kieruje się jedynie dobrze pojętym własnym interesem (może z wyjątkiem tych chwil, kiedy niszczy superserum i generalnie walczy z ideą “bogów wśród ludzi”) i już ja widzę, jak pozostaje na zawsze w tym super-więzieniu, z którego zwiali już chyba wszyscy możliwi aresztanci…

Daniel Brühl jako baron Helmut Zemo. Miałam nosa, facet mi aktorsko zaimponował już jakoś we wczesnych latach 2000, a z wiekiem jest coraz lepszy (no i IMHO nie-do-zapomnienia w duecie z Chrisem Hemsworthem w Wyścigu, jak ja kocham ten film!)

Natomiast w centrum fabuły mamy, hmmm, ducha Steve’a Rogersa. Metaforycznie, znaczy. Wspomnienie Steve’a służy za spoiwo dla dwóch ważnych relacji, a mianowicie partnerstwa między Falconem a Buckym/ Zimowym Żołnierzem i trudnej znajomości Falcona z Isaiah Bradleyem. I o ile w tej pierwszej kluczowy jest Steve, o tyle w tej drugiej – zdecydowanie Kapitan Ameryka.

Relacja między Buckym a Samem jest bardzo mocno w duchu klasycznych buddy movies, z tą drobną różnicą, że panowie się już znają i współpracowali, na dodatek w wyjątkowo stresujących okolicznościach. Zawsze jednak ich współpraca oparta była o obecność zwornika, jaki stanowił Steve Rogers. Teraz panowie muszą się nauczyć co najmniej współpracy (a ostatecznie również czegoś, co podejrzanie wygląda jak przyjaźń) bez założenia, że ten drugi jest tylko innym kumplem Steve’a. Na drodze do tego porozumienia stoi po pierwsze przeszłość – bo Bucky Barnes to 100+ latek z potężnymi problemami, związanymi z odpowiedzialnością za działania Zimowego Żołnierza, a po drugie, raczej samotnicza natura i indywidualizm obydwu. Ponieważ interakcje bohaterów, choć bywają śmiertelnie poważne (jak debata o tym, czemu Sam zrzekł się tarczy i dziedzictwa Kapitana Ameryki), często niosą też w sobie sporo humoru, stanowią one przeciwwagę dla poważnych kwestii fabularnych i tematów, których jest tu całkiem sporo.

Jednocześnie ważne są też wątki osobiste, indywidualne. W przypadku Bucky’ego związane są one z przeszłością i koniecznością rozliczenia się z nią by móc żyć dalej. Kluczowa jest historia starszego człowieka, Japończyka z pochodzenia, którym Bucky się opiekuje, a robi to, bo nie jest w stanie przyznać, że to on, a raczej Zimowy Żołnierz, zabił jedynego syna pana Nakajimy. Wyznanie prawdy uwolni Bucky’ego od jednego kłamstwa, ale zerwie więź między nim a Nakajimą – Bucky wybierze, ostatecznie, coś, co będzie dobre dla drugiego człowieka, a za co zapłaci on sam. Sebastian Stan zresztą gra tę rolę znakomicie, zarówno tam, gdzie wymaga ona umiejętności dramatycznych, jak i scenach bardziej komediowych, których też ma trochę.

U Falcona z kolei wątki osobiste łączą się z przyszłością. Mowa tu zarówno o przyszłości jego rodziny, konkretniej owdowiałej siostry i siostrzeńców oraz posiadanej przez nich łodzi i związanego z nią małego biznesu, dziedzictwa Wilsonów, jak o i jego własnej przyszłości jako superbohatera / ewentualnego Kapitana Ameryki. I tu pojawia się Isaiah Bradley – wykorzystany przed laty przez rząd, S.H.I.E.L.D. i HYDRĘ czarnoskóry chłopak, któremu podano eksperymentalne, zreplikowane serum superżołnierza. Nie był jedynym – ale był jedynym, który to przeżył. Uwięziony pod byle pretekstem na trzydzieści lat, stracił bliskich, dom i życie, jakie miał, a w zamian stał się obiektem eksperymentów. To na bazie jego krwi powstało ostatecznie serum, którego użyła Karli i jej ludzie. Postać Bradleya – starego, zgorzkniałego człowieka, któremu odebrano wszystko i dla którego idea, że miałby być dumny ze swojego kraju, jest, przewidywalnie i całkowicie realistycznie, śmieszna i gorzka jednocześnie, służy tu za punkt odniesienia zarówno dla Sama, jak i Steve’a Rogersa. Bradley jest Kapitanem, którego nie było. To, co dało Steve’owi dumę, spełnienie, realizację niemożliwego u chorowitego i chudego chłopca marzenia o służbie i walce ze złem – to wszystko, jak się przekonał Isaiah, było nieosiągalne, jeśli było się czarnoskórym weteranem. No Black man can be Captain America and no self-respecting African American should want to be it either, mówi Isaiah do Falcona, i w jego ustach jest to na pewno słuszne. Tylko że czasy się zmieniły – nie aż tak tam bardzo (patrz historia z kredytem dla siostry Falcona), ale się zmieniły. I Sam Wilson decyduje się, świadomie, zostać Kapitanem Ameryką. Nie tylko z namaszczenia Steve’a, nie tylko dlatego, żeby w pewien sposób oddać sprawiedliwość Bradleyowi i jego ludziom, ale też dlatego, że czuje, że takie ma prawo. I prawo, i obowiązek. Bo wierzy, że przy wszystkich nierównościach i niesprawiedliwościach, jakich jest świadomy, to jest też jego kraj, jego rola, jego prawo, by być tego kraju symbolem.

No i nim zostaje, i robi to po swojemu. Spokojnie i grzecznie (cynicznie można dodać – bo inaczej nie może) tłumaczy politykom od przesiedleń i zamykania granic, że źle się bawią; ratuje ich, ale próbuje ratować i Karli. Wydobywa z mroków historię Bradleya i jego oddziału. Stara się jednoczyć, tam, gdzie tylko można (co zresztą ładnie widać w scenie w rodzinnym miasteczku, kiedy zbiera ludzi na pomoc siostrze), ale jak nie ma wyjścia, to walczy piekielnie skutecznie – choć ma tylko własne siły i ludzkie moce. Powiem Wam, że bardzo czekam na solowy film z nim jako z Kapitanem Ameryką.

Adepero Oduye jako Sarah Wilson, konkretna, rozsądna i solidnie stąpająca po ziemi siostra Sama Wilsona. Wątek Sary i jej rodziny jest ważnym kontekstem dla historii Falcona, pokazuje bowiem jego korzenie, źródła siły, ale i pewnej goryczy, jaka w nim tkwi.

PS. Osobną historią (i nie do szerokiej dyskusji w tym wpisie, bo to w zasadzie wymaga dlugiej, samodzielnej analizy) są autentyczne inspiracje fikcyjnych i fantastycznych koncepcji w serialu. I tak, idea deportacji osób przemieszczonych po Blipie ma za pierwowzór przeprowadzone w USA (lata 20.-50.) masowe deportacje robotników, przede wszystkim z Meksyku, którzy wcześniej przekroczyli granice na podstawie legalnych umów. Podobnie – nikt nie eksperymentował z serum dla superżołnierzy, naturalnie, ale bodaj każda mniejszość etniczna w USA ma swoją historię prowadzonych na niej nieetycznych eksperymentów (ten konkretny był w ogóle inspiracją do powstania komiksowej historii Isaiah Bradleya).

PS 2: Równie osobną sprawą, i również przekraczającą ramy wpisu, jest pogrywanie sobie przez serial z komiksową i generalnie popkulturową tradycją – jest tu tego mnóstwo, od decyzji obsadowych takich, jak danie roli Bradleya aktorowi, który grał jednego z pierwszych czarnoskórych superbohaterów w TV w latach 90., po ogrywanie faktu, że Madripoor, tu będący siedzibą Power Brokera, komiksowo ma liczne związki z X-Menami i Wolverinem. Zresztą Isaiah Bradley to też nie jest żadna nowa postać, on się po raz pierwszy pojawił w znakomitym komiksie Roberta Moralesa i Kyle’a Bakera Truth: Black, Red and White z roku 2003.

(1) Yeah, pamiętam o Tonym Starku, ja zasadniczo zawsze pamiętam o Tonym Starku, bo to moja zdecydowanie ulubiona postać w uniwersum, ale o ile Tony zginął, żeby pokonać Thanosa, Natasha poświęciła się bezpośrednio po to, żeby zdobyć kamień i żeby Hulk mógł pstryknąć palcami i wszystkich przywrócić.