Zew Zajdla 2020: powieści (1). Inne “Pieśni”

Maciej Głowacki, Pieśni Chołów, Wydawnictwo Wertofix Media 2020

Od kilku lat regularnie biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody, ale też, kiedy przyjdzie pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować.

W tym roku nie napracuję się, czytając: zarówno spośród nominowanych opowiadań, jak i powieści, nie znałam dosłownie pojedynczych tekstów. Opowiadaniem, którego mi brakuje, jest „Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle!” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Jeśli natomiast chodzi o powieści – niedawno skończyłam czytać ostatnią, której wcześniej nie znałam, czyli Pieśni Chołów Macieja Głowackiego. I o niej chciałam dzisiaj napisać parę słów, bo to utwór ciekawy i niebanalny.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową opinię.

Okładka, źródło: Lubimy Czytać

Pojawienie się Pieśni Chołów na liście nominacji do Zajdla zaskoczyło część fandomu, bo, podobnie jak mnie, nazwisko autora było im nieznane, a książka – wydana metodą self publishingu, co dotychczas w nominacjach niespecjalnie się zdarzało. Maciej Głowacki nie jest jednak postacią anonimową, bo funkcjonuje w polskim internecie jako popularny twórca memów i copypast. Innymi słowy – to nie jest casus kompletnie nieznanego debiutanta, który jakimś cudem znalazł się na liście nominacji, to jest twórca z własną fanbazą, gotową sięgnąć po jego tekst, a następnie ten tekst nominować do nagrody. Zresztą – książkę poleca Michał Gołkowski, pisarz, o którym trudno powiedzieć, że jest autorem niszowym.

I wiecie co? Jakby mnie “Pieśni Chołów” wpadły w ręce w momencie, kiedy wysyłałam swoje zgłoszenie do nominacji, to też bym nominowała.

Nominowałabym głównie dlatego, że Głowacki w swoim tekście w sposób szalenie efektowny buduje nastrój i konstruuje fikcyjną rzeczywistość. W teorii Pieśni Chołów dzieją się w roku 1980, ale tak naprawdę niewiele w nich realiów tamtych czasów (mniej więcej pamiętam, jak wyglądały ejtisy w małym miasteczku). Kiedy czytałam, ukazany w powieści świat realny – o ile tam cokolwiek jest naprawdę realne – wydawał mi się bezczasowy, zawieszony w pewnym archetypie polskiej wiejskości, pewnej wizji tego, jak takie prowincjonalne życie wygląda niezależnie od epoki. To oderwanie od konkretu nie jest przy tym wadą, nie dlatego zwracam na to uwagę, mam zresztą wrażenie, że autorowi na realizmie absolutnie tu nie zależało – robię to raczej po to, żeby podkreślić pewną specyficzną cechę tej powieści, jaką jest jej eklektyzm.

Pieśni Chołów wymykają się jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej. Jest w nich i sporo z konwencji fantasy (którą sam autor określa jako folk fantasy), i z grozy, a nawet z SF, kojarzącej się gdzieś z Piknikiem na skraju drogi i inspirowanymi nim mediami (patrz scena z drzewem / serce), ba, jest tu też coś z takiej realistycznej polskiej prozy o wsi/małym miasteczku. Autor te konwencje miesza sobie z dezynwolturą i na luzie – i to wychodzi bardzo naturalnie, efektownie. Nie ma w tej powieści – bo ja wiem, jak to powiedzieć, nie ma w niej minoderii i nachalnego popisywania się aluzyjnością,mrugania do czytelnika w stylu “patrzcie, jaki jestem o-czy-ta-ny”, choć pogrywania rzeczami i ideami zrozumiałymi często głównie środowiskowo (patrz: bohater kompletnie absurdalnie w chwili zagrożenia śpiewa “Barkę”) jest tu sporo. Całość daje spójny mimo tej różnorodności efekt.

Same historie tworzą raczej pewną mozaikę wydarzeń, pewną serię bardziej niż super-spójną powieściową fabułę. Na poziomie czysto czytelniczym – to wciąga, dobrze się czyta, chce się wiedzieć, co dalej. I owszem, akurat ja czasem bym wolała, żeby autor wrócił do pewnych wątków na dłużej – jak do tego w znakomitym, trzymającym za gardło otwarciu powieści, do historii o spalonym dziecku – ale to nie jest tak, że to jakoś bardzo będzie każdemu przeszkadzać.

Bohaterowie… bohaterowie są w połowie drogi między byciem dobrze zrobioną realizacją pewnych modeli powieści grozy a pełnokrwistymi osobowościami. Zwłaszcza główny bohater-narrator, Jerzy Drozd, doktor psychologii taki nie całkiem udany, szukający w Chołach tematu naukowego, nad którym się nie napracuje i pakujący się w sam środek problemów. Na początku robi on wrażenie przede wszystkim postaci majacej skupić uwagę czytelnika, klasycznego bohatera przybywającego do przeklętego miasteczka i próbującego, mimo mniej lub bardziej czynnej niechęci miejscowych, zrozumieć, co to się dzieje. Później jednak, w miarę rozwoju akcji, Drozd nabiera indywidualnych cech i charakteru, a postacie z Chołów, które poznaje, też ujawniają swoje drugie i trzecie, skryte pod maskami, oblicze.

Najmocniejszą jednak stroną powieści Głowackiego jest światotwórstwo i światotwórcza wyobraźnia autora. Jego wizja świata, a raczej światów – kolejnych poziomów, pięter, na które się przeskakuje, a z których każde ma swoją rzeczywistość, widoczną z tego poziomu i tylko / głównie z niego – może koncepcyjnie przywodzić na myśl czy to, jakoś tam, Mythago Wood Roberta Holdstocka, czy, poniekąd, choć klimat radykalnie inny, Amber Zelazny’ego, przy czym absolutnie nie twierdzę, że te skojarzenia są inspiracjami, że są świadome; to raczej skojarzenia, które się pojawiły w moim umyśle przy lekturze – podobnie jak pewne konceptualne pokrewieństwa z Zoną w Pikniku na skraju drogi Strugackich. Wyobraźnia autora jest gotycka, weirdowa, pokręcona, jego wizje są barwne i często makabryczne, a jednocześnie fascynujące.

Bardzo też w Pieśniach Chołów ujęło mnie to, że ta powieść jest – odważna, a to nie jest najczęstszy przymiotnik, jakiego bym użyła, pisząc o polskich debiutach literackich w konwencjach szeroko pojętej fantastyki. Nieraz mi się zdarzyło sięgnąć po dłuższy tekst debiutanta/-tki, których znałam z odważnych, pomysłowych opowiadań, i czytać tekst znacznie bardziej konwencjonalny – może dlatego, że o powieściowy debiut wydawniczy jest niełatwo, może dlatego, że większość ma gdzieś z tyłu głowy poczucie, że trzeba trafić do jak najszerszego czytelnika… Tu tego nie ma. Tekst jest odważny koncepcyjnie, niebanalnie pogrywa baśniowymi może nawet bardziej niż mitycznymi motywami (wiem, co mówię, właśnie jestem po POTĘŻNEJ ilości przeczytanej słowiańskiej fantasy i tym bardziej doceniam to, co robi tu Głowacki), a przy tym – ma styl. To nie jest przezroczysta, pozbawiona właściwości poprawna polszczyzna bez charakteru, którą się często widzi (więcej o tym w następnej notce), to jest styl – własny. On się może podobać albo nie, ale jest barwny i nosi piętno autorskiej indywidualności.

Podobało się, znaczy. Będzie czytane więcej z tego uniwersum.

Caspar David Friedrich, Abtei im Eichwald, olej na płótnie, 1809/10, źródło

GDZIE ZNALEŹĆ: wersję elektroniczną na stronie autora.

DLA KOGO: dla osób szukających niebanalnej fantastyki inspirowanej folklorem i Słowiańszczyzną. Dla szukających nietypowych, oryginalnych pomysłów światotwórczych. Dla nie bojących się zdrowej porcji makabry i grozy.

Lemoświaty

Nowoświaty, Wydawnictwo SQN, Kraków 2021

Wśród imprez i obchodów, organizowanych z okazji Roku Lema, niewiele było, jak dotąd, premier książkowych. To aż dziwne – taka rocznica aż by się prosiła o konkursy i antologie wyrastające z inspiracji Lemem albo ze sprzeciwu wobec jego wizji fantastyki. Dobrze więc, że pojawiła się antologia SQN, w której z inspiracjami Lemowskimi mierzy się grupa autorów i autorek na początku drogi twórczej, od zupełnej debiutantki Moniki Fenc aż po twórców mających już na koncie kilka publikacji, jak Lech Baczyński, Aleksandra Stanisz czy Sylwester Gdela.

Antologia jest, w mojej opinii, równa i udana, choć – przyznam od razu – nie ma w niej ani jednego tekstu, który by mnie naprawdę zachwycił. Do dzieł Lema odnosi się na bardzo różne sposoby, i to właśnie ta mnogość inspiracji wydaje się jedną z najciekawszych stron całego projektu.

Otwierające zbiór opowiadanie Marka Kolendy (który ma już na koncie m. in. ciekawy tekst w antologii Fantastyczne pióra 2018) nosi tytuł “Dzieci Marii” i w dość otwarty sposób nawiązuje koncepcją i rozwiązaniami fabularnymi do klasycznej Lemowskiej fantastyki. Punktem wyjścia jest powrót na Ziemię, po ponad stu dwudziestu latach, wyprawy badawczej, mającej szukać nowego domu dla ludzkości. Tyle że kiedy Eryk, jego ukochana Maria i reszta załogi docierają do ojczystej planety, dowiadują się, że – są ostatnimi z ludzi, bo populację Ziemi zgładziła inwazja nieznanego dotąd czynnika chorobotwórczego. Ta część opowiadania – reakcje bohaterów na wieści, subtelna, ale żelazna kontrola, jaką sprawuje nad ostatnimi z ludzi Genetrix, sztuczna inteligencja statku, narzucona im przez los konieczność nowych heroicznych decyzji w momencie, kiedy wydawało się, że ich wielka misja się skończyła – efektownie nawiązuje do tematów i ujęć Lema i aż chwilami by się prosiło o szersze, może nawet powieściowe, ujęcie tych tematów. Równie udana jest druga część utworu, gdzie najpierw w centrum mamy etyczny problem z pobraniem DNA od zmarłych, by odtworzyć genetyczny potencjał ludzkości i wreszcie końcówka, z historią nowych ludzi i ich relacji z ostatnim ze starych ludzi, Erykiem. Opowiadanie Kolendy jest bardzo dobrym otwarciem antologii – z jednej strony w twórczy sposób nawiązuje do wzorców klasycznej SF i Lema, z drugiej – mówi własnym, osadzonym zarówno w nauce, jak i etyce, głosem, nie stroniąc przy tym także od ukazywania emocji i przeżyć bohaterów. Zdecydowanie mi się ten tekst podobał.

Mniej natomiast przekonała mnie “Adaptacja” Moniki Fenc, inspirowana, według komentarza samej autorki, Dziennikami gwiazdowymi. Moja ocena związana jest nie z literackim wykonaniem – bo tekst jest napisany wedle wszelkich zasad sztuki i porządnie zredagowany – co z faktem, że wyjściowy pomysł (wysyłamy śmieci w kosmos, żeby poprawić ekologiczną sytuację Ziemi, po czym ktoś nam je odsyła z powrotem) jest rodem raczej z farsy albo eko-animacji dla siedmiolatków, a ograny jest w tekście ponurym, serio i w apokaliptycznym tonie. Połączenie tych dwóch tonacji jest trudne, i tu debiutującej autorce moim zdaniem nie wyszło, choć widać potencjał – sama historia duszącej się w śmieciach i zanieczyszczeniu, ale też związanych z kryzysem ludzkich złych emocjach, Ziemi jest udana jeśli nie naukowo, to emocjonalnie, a i kreacje postaci przekonujące.

“Mgły nad Atlantis” Sylwestra Gdeli to moim zdaniem najmocniejszy punkt tej antologii i tekst, który ma spore szanse znaleźć się na mojej liście nominacji do Nagrody Zajdla za 2021. Gdela, który już w innych tekstach (publikowanych m.in. w antologiach Fantazmatów, Snach Umarłych i zbiorze Weird Fiction po polsku) udowodnił, że ma zamiłowanie do łączenia SF z psychodelicznymi klimatami, a przy tym – dość nieokiełznaną wyobraźnię, stworzył tekst – nieoczekiwany. Nie tego spodziewałam się po Lemowskiej inspiracji. Ta wizja obcego świata i umieszczonych w nim kreacji, ludzi odtworzonych z własnych śmieci, jest w swej malarskości szalenie efektowna i mimo słyszalnych w niej ech inspiracji – nigdy oczywistych, ni to Lema, ni to Vadermeera, ni to chwilami wręcz Dana Simmonsa z okolic Ilionu – oryginalna i pomysłowa.

“Flaworyści” Michała Antosiewicza mają znakomity pomysł wyjściowy, oryginalny, a jednocześnie jakoś tam kojarzący się z Powrotem z gwiazd: podobnie jak w klasycznej powieści Lema bohater, powróciwszy z długiej kosmicznej wyprawy, przekonuje się, że z ludzkością stało się coś dziwnego: tu akurat w wyniku pandemii en masse straciła węch i smak. Ogromne brawa dla autora nie tylko za pomysłowe ogranie czegoś, co działo się wokół nas (sama znam osobę, która po przejściu infekcji Covid-19 straciła węch na kilka miesięcy), ale za przemyślenie, jakie szerokie społeczne konsekwencje miałaby taka zmiana (zanik kultury kulinarnej, powstanie kulinomatów i jedzenia służącego jedynie zaspokojeniu potrzeb organizmu, nowe, zastępcze przyjemności zastępujące jedzenie). Tekst pewnie trafiłby na moją listę ulubionych, gdyby nie nużące, dla mnie jako dla czytelniczki, aluzje do współczesnej polskiej rzeczywistości – one mają być zabawne, ale mnie wydały się ciężkie i bez polotu, rodem z polskiego kabaretu, i nie, to nie jest komplement. Szkoda, bo poza tym, tekst jest pomysłowy i fajny.

“DYab” to także tekst, w którym czuje się inspiracje ostatnim rokiem, pandemią i kwestią izolacji. Tematyka ta wpisana jest w lekko cyberpunkowy klimat, pożeniony z literackimi aluzjami – bohater projektuje bowiem symulacje parte na klasyce prozy i ma obsesję na punkcie Mistrza i Małgorzaty. Autorka, Aleksandra Stanisz, znana z tekstów w zinach i antologiach, w notce odautorskiej wspomina o swoim zamiłowaniu do scen onirycznych. To widać w tekście, który przenosi w real rzeczywistość wirtualną, zakorzenioną jednak w literacko-kulturowej tradycji i chętnie ogrywa sceny wizyjne. Stanisz pisze je umiejętnie i z wyczuciem, ale tekst trochę traci na ich nadmiarze – po dwukrotnej lekturze w pamięci został mi głównie nastrój, fabuła gdzieś się w tym wszystkim gubiła i nie zostawała w pamięci.

“Ostatni mówi “Nie” to opowiadanie, które “kupiło” mnie formą, a konkretnie rwanym, niechronologicznym i mieszającym różne formy (w tym zapisy wywiadów, listy od i do postaci, różne czasy – teraźniejszy lub przeszły, ) sposobem prowadzenia narracji. Dzięki temu historia Wojciecha Tokarczyka, ostatniego ze starych ludzi, który pozostał na Ziemi po eksodusie, nabiera oryginalności i wciąga znacznie bardziej, niż gdyby podano ją nam w prostej chronologicznej narracji. Ten tekst jest w pewnym sensie uzupełnieniem opowiadania Marka Kolendy: jedno i drugie mają gdzieś w centrum kwestię starej i nowej ludzkości, przyszłości ludzkiej rasy jako innej i nieuniknionego buntu, jakie musi to budzić w ostatnich, którzy pozostali z dawnych ludzi. Paulina Rezanowicz, jego autorka, udowodniła już kilkakrotnie (m. in. tekstem w antologii Tęczowe i fantastyczne oraz opowiadaniem z tomu Weird Fiction po polsku), że umie pisać klimatycznie, budować nastrój i pisać przekonujące postacie – i wszystkie te cechy znajdziemy i w jej opowiadaniu z Nowoświatów.

“Decyzja” Lecha Baczyńskiego stoi przede wszystkim pomysłowym światotwórstwem i choć formalnie świat jej imaginarium należy do SF (nanoboty, konstruktorzy, zamknięte miasta pod kopułą), fabularnie i gdy chodzi o nastrój, tekst ma sporo wspólnego z fantasy: mamy w nim epicką walkę z (bardzo dobrze pomyślanym) potworem i technologię w zasadzie nieodróżnialną od magii. Tekst wciąga i dobrze się go czyta, a oryginalny pomysł na świat jest jego dużą zaletą.

Antologię kończy opowiadanie “A u Lema…” Marcina Bartosza Łukaszewicza, które zupełnie mnie nie przekonało – ani mnie nie wciągnęła historia, którą uznałam za psychologicznie mało prawdopodobną (jakoś podejrzewam, że ludzkość postawiona w obliczu zagłady i nie mająca szans na schron, który przysługuje nielicznym, nie prowadziłaby uprzejmych konwersacji w tramwaju), ani nie przekonała dialogowa forma, a końcowa (i tytułowa) aluzja do Lema wydała mi się przyczepiona dość na siłę. Ten tekst trochę cierpi na podobny problem, jak “Adaptacja” – ma ciekawy punkt wyjścia, napisany jest niewątpliwie z literackim wyczuciem, ale coś w fabule zawodzi.

Podsumowując, Nowoświaty to udana antologia, odnosząca się do Lemowskich pierwowzorów na rozmaite sposoby. Widać w niej poczucie autorów, że SF powinna dotykać problemów żywych i znaczących dla naszego świata – mamy w niej i pandemie, i katastrofę klimatyczną, i problem zanieczyszczenia środowiska – i widać, że problemy te nie są tylko ozdobnikami, że są dla autorów w jakiś sposób ważne. Literacko i gatunkowo także mamy tu pewną różnorodność, od klasycznej SF aż do po dialogową de facto formę ostatniego opowiadania. Czy mamy w tej antologii nowego Lema, w sensie – autora/-rkę o pozycji i literackim znaczeniu autora Solaris? Oczywiście, że nie, choć nie wiemy, jakie drogi przez autorami Nowoświatów się otworzą. Ważne jednak, że Nowoświaty dają czytelnikom ciekawą próbkę nowej polskiej SF, i choćby za to wydawcy i autor(k)om należą się słowa pochwały.

Czekoladka z wkładką

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, Wydawnictwo W. A. B., 2021

Między polskimi opowiadaniami fantastycznymi a kolejną lekturą Ady Palmer łyknęłam – sama nie wiem, kiedy – komedyjkę kryminalną Marty Kisiel.

UWAGA: Dalsza część recenzji zawiera niewielkie spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Serio, sama nie zauważyłam, kiedy ze strony piętnastej zrobiła się przedostatnia i skończyłam.

Dywan z wkładką to pierwsza powieść autorki Dożywocia i Toń bez elementów fantastycznych (za to z wkładką w postaci antypatycznego trupa), ale to nie znaczy, że znajdziemy tu jakąś rewolucję konceptualną czy stylistyczną w porównaniu do wcześniejszych tekstów autorki. Kisiel nadal skupia się przede wszystkim na tym, co od początku wychodziło jej najlepiej: humorze językowym, związanym z mocną stylizacją tekstu, i ogrywaniu typów postaci z klasycznego repozytorium komedii. Trup i jego dzieje są w tym wszystkim, powiedzmy sobie szczerze, raczej drugorzędnym elementem.

Na spotkaniu autorskim, w którym uczestniczyłam, Marta Kisiel mówiła o roli powieści Joanny Chmielewskiej w swojej własnej czytelniczej edukacji, ale nawet gdybyśmy nie wiedzieli tego od autorki, słychać to w jej prozie – także w tej fantastycznej. Pisząc Dywan z wkładką, Kisiel stworzyła powieść a la Chmielewska, ale na nasze czasy.

Historia w Dywanie… koncentruje się wokół bohaterek (co zresztą u Chmielewskiej też bywało): księgowej Tereski, którą szalony pomysł męża skazał na mieszkanie w wiejskim domu, jej energicznej i pełnej życia (i to jeszcze jak!) sześćdziesięcioletniej teściowej Miry, nastoletniej, a mocno przejętej problemami całego świata córki Zoi, a także sąsiadek – gadatliwej pani Edziowej i ochrzczonej przez Tereskę Stefcią idealnej żony pretensjonalnego marudy z sąsiedztwa (odpowiednio przezwanego przez panie Ordynatem) – a, i nie zapominajmy o dwóch innych fabularnie ważnych postaciach płci żeńskiej, suczkach Fifi i Pindzi! Ta pierwsza ma do odegrania małą, ale ważną rólkę, ta druga zaś to pełnoprawna i pierwszoplanowa postać, bez której cała fabuła wyglądałaby zupełnie inaczej.

Bohaterki są główną atrakcją – i główną siłą – tej powieści. Kisiel umie w bardzo skuteczny sposób ogrywać konwencjonalne komediowe typy i nadawać im ludzkie, sympatyczne oblicze. Daleko jesteśmy już od karykaturalnej wielbicielki Konrada z Dożywocia: w nowszych tekstach siłą autorki stało się właśnie odważne pożyczanie postaci z lamusa konwencji i mówienie “A teraz zobaczcie, jakiego fajnego człowieka można z tej kupy schematów zrobić”. Z sympatią podchodzi autorka do nastoletnich emocji Zoi, pokazując jej troskę o środowisko i o problemy wszystkich ludzi na całym świecie nie jako coś, z czego można się pośmiać, ale jako szczere, nawet jeśli naiwne i młodzieńcze, zaangażowanie. Mira, wesoła wdówka 60+, nie jest siwiuteńką babuleńką z fotela, ale pełną energii i zawsze gotową na ognisty romans kobietą. Kisiel bardzo zresztą udanie ogrywa w jej postaci stereotyp męczącej matki i teściowej: Mira ma tendencje do narzucania swojej woli, syna traktuje jak dziecko, a z Tereską się, najoględniej mówiąc, nie do końca dogaduje, ale nie dlatego, że jest schematyczną Straszną Babą, tylko dlatego, że długo musi uczyć się akceptować fakt, że nie wszyscy ludzie lubią to, co ona i są do niej podobni. Z kolei w postaci Tereski Kisiel dała nam detektyw-amatorkę o dość, hmm, nieoczekiwanym profilu: Tereska, mniej więcej czterdziestolatka, jest kochającą wygody i czekoladki księgową o obfitych kształtach, szczęśliwą żoną nieidealnego męża i matką zupełnie zwykłych dzieci. Owszem, to, co robi, robi świetnie, cyfry są jej ucieczką od chaosu świata, ale poza tym nadaje się na detektywa jak ja na primabalerinę (1). Bardzo mi się podoba to, jak Kisiel konsekwentnie czyni swoim bohaterkami zwykłe dziewczyny i kobiety, niekoniecznie zachwycające mądrością i głębokimi zrozumieniem świata, czasem porywcze, często naiwne, robiące zwykłe, codzienne rzeczy i pracujące w zupełnie nieromantycznych zawodach.

Mężczyźni z kolei odgrywają w Dywanie albo role ofiar (trup, znany też jako Olszyna lub dziad olchowy), albo wręcz damsels in distress. Mira i Tereska podejmują niechętną współpracę, ponieważ ich pierwszym podejrzanym o dokonanie zabójstwa jest Andrzej, koncyliacyjny, spokojny i generalnie nie stanowiący materiału na zabójcę mąż jednej, a syn drugiej z nich. Maciejka, młodsze dziecko Tereski, jest ciągłą ofiarą a to matki (jak można zabrać dwunastolatkowi internet potrzebny do grania z powodu konieczności robienia czegoś tak przyziemnego, jak praca, no jak?!), a to energicznej i skłonnej do komenderowania wszystkimi starszej siostry. Nawet ostateczny motyw zabójstwa Olszyny wiąże się z nadopiekuńczością pewnej żony wobec mężusia…

To bardzo zdecydowanie nie jest powieść dla wielbicieli skandynawskich kryminałów czy zwolenniczek Raymonda Chandlera. Dywan z wkładką jest, jak w moim tytule, gorącą czekoladą z pianką i odrobiną pikantnego chili: lekką, przyjemną, poprawiającą humor w ponury dzień, nie mającą ambicji mówienia czegoś wprost o społeczeństwie i rzeczywistości dookoła (choć, oczywiście, sam dobór postaci i ich charakterystyka coś jednak o naszej rzeczywistości i sympatiach autorki mówi). Fabularnie jest nieco przewidywalny – ale w tego typu komedii kryminalnej to raczej typowe.

Czytało mi się bardzo przyjemnie, ładnych parę razy zachichotałam głośno przy co bardziej udanych powiedzonkach i cały czas dręczyła mnie jedna myśl. A mianowicie pytanie, czy między kolejnymi odsłonami popularnego i udanego Małego licha a bawieniem nas naprawdę fajnymi komediami kryminalnymi Marta Kisiel będzie jeszcze mieć czas, ochotę i w ogóle plan, żeby napisać tę książkę, którą sobie ja, egoistycznie i nie pytając autorki o zgodę, u niej wymarzyłam. To arcydzieło nieoczywistej fantasy, wokół którego Kisiel krążyła w pojedynczych scenach swoich dotychczasowych tekstów, które gdzieś majaczyło w tle jej dobrych, udanych powieści i opowiadań, w takich momentach, kiedy czytając, czułam dreszcz na plecach albo łzy w oczach. Nie wiem, czy taka powieść – podkarmiona gotyckimi nastrojami i grozą, które Kisiel pisze świetnie, ubrana w klimaty polskiego romantyzmu, które akurat ta autorka rozumie jak mało kto, skupiona wokół postaci, których kreacja, niebanalna i pełna zrozumienia dla ludzkiej natury, zawsze była jej mocną stroną, opowiedziana aluzyjnym, a jednocześnie charakterystycznie humorystycznym stylem autorki, która, jak dla mnie, pierwsza po Sapkowskim i Brzezińskiej ma w polskiej fantasy własną, natychmiast rozpoznawalną stylistykę – jest czymś, co Marta Kisiel by chciała pisać, ale możliwości ma na to z całą pewnością. A ja bym czytała jak potłuczona.

(1) Przez lata nawet kroków do walca się nie nauczyłam, taki mam talent.

Dywan z wkładką. Obrazek niepowiązany.

DLA KOGO: Dla wielbicieli/ek Joanny Chmielewskiej i ogólnie osób lubiących cosy mysteries i komedie kryminalne. Dla fanów/-ek autorki, bo mimo braku fantastyki to bardzo charakterystyczna dla niej powieść. Dla czytelników/-czek lubiących skupiać się na postaciach. Niekoniecznie dla osób preferujących skomponowaną jak złożona maszyneria fabułę kryminalną albo dla wielbicieli kryminałów z zacięciem społecznym. Na pewno nie dla osób szukających w kryminale elementów gore (to jest dosłownie drugi koniec tej osi, na pierwszym końcu której jest Max Czornyj).

Dobra powieść, zła science fiction

Mary Doria Russell, The Sparrow, 1996 (polskie wydanie: Wróbel , przeł. A. Polkowski, Rebis 1999)

No, rzadko mi się zdarza mieć po lekturze uczucia tak mieszane, jak po tej powieści.

Uwaga: recenzja zawiera szczegółowe spojlery, a w przypadku tej powieści jest to szczególnie zabójcze. Krótkie bezspojlerowe podsumowanie znajduje się na końcu, po trzeciej ilustracji.

Okładka I wydania

Zacznijmy może od pewnego paradoksu. The Sparrow, debiutancka Mary Dorii Russell, antropolożki z tytułem i osiągnięciami, dzieje się na dwóch planach czasowych. Jeden to rok 2060, drugi – 2019 i jest rzeczą naprawdę ciekawą, jak bardzo prognozy Russell z 1996 na 2019 się nie sprawdziły. Dajcie mi szansę: naprawdę nie robię tej wyliczanki po to, żeby się zabawić w wytykanie SF, że jest kiepską futurologią- mam swój znacznie bardziej perfidny literacki cel w tej zabawie.

Teoretycznie w 2019 mogliśmy jeszcze odebrać sygnał z programu SETI, choć już niekoniecznie przez wycofywany sukcesywnie z eksploatacji od 2006 teleskop Arecibo. Gdybyśmy nawet go odebrali, bardzo, bardzo niewielka byłaby jednak szansa, żeby pierwszą misję na obcą planetę zorganizował akurat Kościół katolicki, a konkretnie – jezuici. A już zwłaszcza żeby zorganizowali ją w taki sposób, jak opisany w powieści.
Nie, nie chcę w tym miejscu robić złośliwych uwag na temat tego, że Kościół miał w 2019 własne problemy i że na wysyłanie misji na obcą planetę mógłby po prostu nie mieć czasu ani funduszy (choć przyznam, że nie mam bladego pojęcia o finansowej sytuacji zakonu jezuitów). Mam raczej na myśli to, jak bohaterowie w tej powieści i generalnie cały w niej ukazany świat podchodzi do tematu kolonizacji i eksploracji.

Założeniem Russell – założeniem, które IMHO miało gigantyczny wpływ na cały kształt i koncepcję jej powieści – jest oparcie swojej historii o Pierwszym Kontakcie na historiach misji, głównie jezuickich, na kontynencie amerykańskim w XVII w. Kluczowe są dla niej przede wszystkim historie dwóch świętych: wspomnianego explicite w powieści torturowanego męczennika Isaaca Joguesa, oraz Jeana de Brébeuf, nawracającego Huronów w dzisiejszej Kanadzie jezuity, który był przy tym wybitnym lingwistą. Zarówno Jogues, jak i de Brébeuf wydają się bezpośrednimi modelami dla kreacji postaci głównego bohatera powieści, Emilio Sandoza. Jak obydwaj święci, Sandoz jest jezuitą. Jak de Brébeuf, ma przy tym wybitny talent do nauki języków; a tortury, jakim poddali go obcy, przypominają te, które spotkały Joguesa (makabryczne okaleczenia dłoni). Ponieważ zaś bohaterami i punktami widzenia w powieści są w sporej części jezuici albo ich bliscy, przyjaciele, sympatycy – ich (ich, podkreślmy, bohaterów; to, jak widzi sprawy autorka, to kwestia osobna i do omówienia nieco później) stosunek do samej idei misji u obcej cywilizacji, misji eksploracyjnej oczywiście (o chrystianizacji nie ma w powieści mowy, ale naprawdę trudno zapomnieć o niej w tym kontekście) jest jednoznacznie i bezrefleksyjnie pozytywny. Bohaterowie – patrząc po tym, co robią, nie po tym, co mówią – kompletnie nie mają świadomości możliwych zagrożeń. Mowa tu z jednej strony o zagrożeniu dla nich samych – oni, trafiwszy na PIERWSZĄ W HISTORII LUDZKOŚCI OBCĄ PLANETĘ, Z PIERWSZĄ OBCĄ CYWILIZACJĄ, testują powietrze metodą “wyjdźmy na zewnątrz z gołą głową”, a miejscowe rośliny i zwierzęta użyte jako jedzenie metodą “dajmy Jimmy’emu, bo to największy żarłok, i zobaczmy, co będzie”. Lądując, biorą ze sobą zapas kawy, ale zostawiają na pokładzie statku-matki sól fizjologiczną i kroplówkę… Co gorsza, bohaterowie, trafiwszy na obcy świat, traktują go bez chwili zastanowienia jak swoją własność: nadają nazwy żywym istotom, polują, snują rozważania o tym, jak jest to miejsce stworzone, by uwiarygodnić i uwznioślić ich wiarę, ich doświadczenia, mimo że wiedzą, że planeta jest zamieszkana – innymi słowy, zachowują się jak pełną gębą kolonizatorzy. Bezmyślni kolonizatorzy, na dodatek, bo robią na przykład takie rzeczy: chowają zmarłego załoganta w miejscowej ziemi (zauważywszy beztrosko, że i tak już przez samą swoją obecność ją skazili ziemskimi bakteriami, więc co za problem – trzymanie ciała w chłodni na statku matce byłoby “nieludzkie”) albo zasadzenie ogródka z ziemskimi roślinami, za których smakiem tęsknią. A tęsknią, bo wypalili całe paliwo lądownika i NIE MOGĄ wrócić na statek-matkę. A wypalili, bo nikt poza jednym pilotem – w tym dodatkowa pilotka! – nie wiedział, na ile w zasadzie mają paliwa.

Jeżeli macie w tym momencie dwie intuicje – że mało obca ta obca planeta, a bohaterowie to zbieranina przypadkowych niekompetentnych bałwanów, która jakimś cudem właśnie służy za ambasadorów całej ludzkości w pierwszym kontakcie z Obcymi – to ja też je miałam.

W opisie Rakhat i jej mieszkańców bardzo, bardzo, bardzo widać, że jest ona wariantem nieznanego białym kawałka Ziemi: trochę północą Ameryki Pn., trochę terenami Amazonii w XVII/ XVIII wieku. Jest mniej więcej tak obca, jak te planety, na które załoga SG-1 przechodzi w serialu Stargate albo na które kapitan Kirk posyła nieszczęśników w czerwonych koszulach: spoko się oddycha, można jeść miejscowe żarcie i generalnie wszystko wygląda jak jakiś nieznany Amerykanom kawałek naszego świata. No dobra: w Star Treku: TOS bywają obcy zdecydowanie bardziej obcy niż Runa i Jana’ata, obie rasy opisane przez Russell. Żeby nie było: przepadam za obiema wymienionymi seriami TV, ale nie poszukuję w nich oryginalności w ujęciu tematu Pierwszego Kontaktu, a (chyba zupełnie niesłusznie) spodziewałam się jej po powieści Russell.

Pora wyłożyć karty na stół. Pierwsza konkluzja jest taka: The Sparrow to jest naprawdę serdecznie niedobra powieść SF. I – powiedzmy to sobie szczerze – niedobra powieść przygodowa jako taka.

Dlaczego? Ano, z kilku powodów.

Po pierwsze, wątki fantastyczne są tu mało oryginalne, mówiąc najoględniej, i dla osoby znającej gatunek nie będą specjalnie atrakcyjne – po lekturze Fiaska czy (też przecież ukazującej cywilizację zrozumiałą dla ludzi, w odróżnieniu od wspomnianej powieści Lema) Lewej ręki ciemności wizja Russell warta była dla mnie co najwyżej wzruszenia ramion: OK, czyli to tak sobie mainstreamowi autorka i czytelnik wyobrażają oryginalne ujęcie tematu obcości.

No właśnie, mainstreamowa autorka. Russell dostała za The Sparrow kilka nagród fantastycznych, i to ważnych, ale też trzeba podkreślić: ta powieść i jej kontynuacja były jej jedynymi próbami pisania fantastyki, od tamtej pory skoncentrowała się na powieściach historycznych. Obie swoje SF wydała w wydawnictwie na co dzień publikującym teksty spoza literatury gatunkowej (Villard, który opublikował m. in. The Wonder Boys Michaela Chabona i teksty Eve Ensler). To nie jest powieść dla czytelnika wychowanego od lat 60. na coraz bardziej ambitnych i złożonych konceptach obcości, które wypracowywała SF; autorka też ich chyba nie zna, mam wrażenie.

Założeniem autorki jest pokazanie nam, że bohaterowie potykają się na obcości tego świata – niezadanie kilku pytań, niewyciągnięcie wniosków z posiadanych informacji, niezrozumienie jednego elementu równowagi ekologiczno-społecznej Rakhat owocuje koszmarną katastrofą. No tylko że widać, że jej bohaterowie TEŻ nie czytają klasyki SF. Domyślenie się, co musi być podstawą wyżywienia Jana’ata – w kontekście podanych nam faktów – zajęło mi pięć minut. Ale ja czytuję klasykę SF, może to dlatego.

Dobra, złośliwości na bok. To nie jest też tekst dla osób przekonanych, że powieść – zwłaszcza awanturnicza – musi kierować się logiką i ładem narracyjnym, a nie autorskim widzimisię. Tu CAŁOŚĆ oparta jest na autorskim widzimisię.

No bo popatrzcie. Przypadkiem ludzkość odkrywa przekaz Obcych – OK. Młody astronom, który to odkrył, mówi o tym najpierw nie szefom, a grupie bliskich: 60+ letniej lekarce i jej mężowi – emerytowanemu inżynierowi złotej rączce (oboje hippisujący agnostycy) , pięknej i zdystansowanej emocjonalnie programistce AI (Żydówka), w której bez wzajemności się kocha, i genialnemu lingwiście- jezuicie, którego wiara w Boga jest wiarą chłodną i opartą na intelekcie. OK, psychologicznie rozumiem, czemu Jimmy potrzebował, żeby ktoś spojrzał na jego badania i powiedział “Nie, nie odbiło ci, to JEST muzyka i ona nie jest z tego świata”.

No i dalej: jezuita, Emilio Sandoz, uznaje muzykę za znak od Boga, dany sobie – wreszcie, po latach. Zawiadamia przełożonych. Planeta Obcych jest o siedemnaście lat świetlnych od Ziemi. Ergo, w 2019, ludzkość, która NIE PROWADZI eksploracji nawet bliskiego kosmosu, choć umie bez problemu rozpędzić wydrążony asteroid, zaadaptowany na statek matkę, DO PRĘDKOŚCI ŚWIATŁA (!!), może wysłać misję na Pierwszy Kontakt. No ale tego nie robi, bo po cichu i w tajemnicy przed światem robią to jezuici. Załogę zaś będzie stanowić odkrywca, jego przyjaciele, którzy pierwsi usłyszeli o odkryciu, wysoki rangą jezuita z USA (eks-wojskowy) i dwaj inni jezuici, w tym muzykolog.

Oni w czasie względnym spędzą na statku rok, nie trzydzieści lat, ale popatrzcie na tę załogę. Emilio Sandoz, wybitny lingwista, 40 lat, spore doświadczenie organizacyjne i ewidentnie magnes na erotyczne uczucia osób płci dowolnej – OK. Muzykolog – OK, zważywszy, że przekaz był w formie muzyki. Były wojskowy – hmmm, OK (poza faktem, że wiele wskazuje, że będąc gejem, kocha(ł) się w Emiliu przez lata). Annie i George – po około 65 lat w momencie wylotu, bez specjalizacji, Annie po cichu kochająca się w Emiliu, George tego świadomy. Sofia, programistka, po koszmarnych traumach (straciła rodzinę, wpadła w nędzę, była dziecięcą prostytutką w zniszczonym wojną mieście, potem de facto niewolnicą) i z niezaleczonym PTSD, trudna w kontaktach, kochająca się, dla odmiany, w Emiliu. W niej z kolei uporczywie i w zasadzie stalkersko kocha się Jimmy, odkrywca Obcych (i w końcu samą cierpliwością wychodzi sobie jej miłość, ugh). Żaden psycholog nie zamknąłby tych ludzi razem na rok z hakiem plus eksplorację obcego świata, to jest gotowa katastrofa. Nie ma za to mechanika, nie ma lekarza-chirurga, nie ma botanika (George jest ogrodnikiem-amatorem), psychologa przecież też nie ma. Sofia jest zapasową pilotką, wyszkoloną ad hoc na symulatorze. No ludzie, idea tej świadomie dobranej przy mnóstwie czasu na to załogi dla czytelnika obeznanego z SF i wymagającego od niej prawdopodobieństwa wewnętrznego będzie śmiechu warta.

Mówiłam wcześniej, że 2019 rok autorki mocno różni się od naszego (nie wiem co prawda, jak będzie wyglądał 2060, którego mam spore szanse nie dożyć). Ale nawet w 1996 dość mało realistyczna wydaje mi się sekwencja wydarzeń i reakcji: jezuici w sekrecie posyłają misję – urywa się kontakt z misją – ludzkość wysyła drugą misję – druga misja znajduje jedynego żyjącego członka pierwszej, uwięzionego, w koszmarnym stanie fizycznym i psychicznym – druga misja, a potem cała ludzkość, czują wobec jedynego ocalałego pogardę i nienawiść, bo na oczach innych przedstawicieli ludzkości, po traumie i więzieniu (oni go widzą, w brudzie, w ciemności, skutego!) zaatakował i zabił Obcą (nieletnią), a także, co jest najstraszniejsze, ZNALEZIONO GO W DOMU PUBLICZNYM, GDZIE EWIDENTNIE “PRACOWAŁ”. Z powodu tejże prostytucji i złamania celibatu, jak również ze względu na morderstwo – a wieści o nich poprzedziły powrót bohatera – jest on znienawidzonym pariasem. Dopiero pod koniec, po wielu, wielu trudach, współbracia i przełożeni wymuszą na Sandozie wyznanie, które IMHO jest oczywiste od pierwszej chwili i dla każdego, i chyba nie tylko dziś: “Nie zajmowałem się prostytucją; byłem ofiarą gwałtu”.

Z tym gwałtem to też trudny temat, w kontekście powieści Russell. “Prostytucja” pojawia się u niej w biografiach dwóch kluczowych postaci. Sofia jako dziecko (nawet nie nastolatka, dziecko) w zniszczonym wojną Stambule zarabiała na życie, sprzedając swoje ciało do gwałcenia mężczyznom, których było na to stać; następnie zaś jeden z nich zauważył jej intelektualny potencjał i postanowił, że sprzedawanie jej intelektu będzie dla niego niezwykle korzystne (przez co Sofia stała się w zasadzie jego niewolnicą). Emilio z kolei, który na Rakhat w Sofii się ze wzajemnością zakochuje, decyduje się nie próbować związku, zachować celibat, spełnić to, co postrzega jako wolę Boga i pozwolić, by odrzucona przez niego Sofia w końcu pozwoliła się zdobyć kochającemu się w niej od lat Jimmy’emu. Zachowuje więc mimo trudności celibat i żyje w poczuciu, że pełni wolę bożą. Ba! Uwięziony, okaleczony, po strasznej śmierci wszystkich przyjaciół, żyjąc z poczuciem, że przyczynił się do niektórych z nich, żywiąc się mięsem niemowląt z inteligentnej rasy, wśród której miał przyjaciół – Sandoz, oddany w ręce arystokraty-poety Hlavina Kitheri, ciągle wierzy, że za chwilę w końcu staną się te cudowne rzeczy, po które przybył na Rakhat, że wypełnią się boże zamiary:

And then, suddenly, everything made sense to him, and the joy of this moment took his breath away. He had been brought here, step by step, to meet this man: Hlavin Kitheri, a poet – perhaps even a prophet – who of all his kind might know the God, whom Emilio Sandoz served. It was a moment of redemption so profound he almost wept, ashamed that his faith has been so badly eroded by the inchoate fear and isolation.

Biedny, naiwny, bezmyślny Emilio. Supaari, ich pierwszy kontakt wśród Jana’ata, ostrzegał ich przed swoimi. Emilio widział, jak żyjący poza społeczeństwem przedstawiciel tego samego gatunku zabił i częściowo pożarł jego towarzyszy. Wiedział, że rasa, której śpiew słyszeli, to drapieżniki-mięsożercy. Widział, jak Jana’ata zabijali gołymi rękami niemowlęta ludu Runa, które hodowali na mięso. Po tym, jak kompletnie nie zrozumiał, na czym ma polegać – objaśniana mu przez Supaariego – ceremonia uczynienia z niego osoby całkowicie zależnej, domownika-poddanego, i zgodził się na całkowicie okaleczenie dłoni swoich i przyjaciela – nie stracił wiary w swoje rozumienie języka i kultury, z uporem odmawiał zaakceptowania, że znalazł się w beznadziejnej sytuacji i że NIC NIE ROZUMIE. Nawet kiedy rozebrano go do naga, kiedy obcy arystokrata podszedł do niego od tyłu, nawet mimo że wiedział, że jest własnością i częścią prywatnej menażerii, a będąc z portorykańskiej rodziny handlarzy narkotyków i pracując przez lata z najuboższymi, znając przecież Sofię i jej losy, dokładnie wiedział, jakie koszmary mogą spotykać ludzi zależnych, uwięzionych, ubogich – nawet wtedy szukał w Obcych PO ZIEMSKU I KATOLICKU ROZUMIANEJ etyki i zrozumienia Boga. I nie przyszło mu do głowy, że jest jeszcze jeden, obrzydliwy i boleśnie przewidywalny sposób, w jaki może zostać wykorzystany.
Jest jedna postać w światowej literaturze, która w podobnie zaślepiony i bezmyślny sposób wierzyła we własne iluzje i wizję siebie jako wybitnie inteligentnego i zdolnego do rozwiązania wszelkich zagadek, bo kiedyś udało mu się rozwiązać jedną, i mam wrażenie, że podobieństwo między tym bohaterem a Sandozem jest bardziej znaczące, niż by się wydawało… Ale o niej za chwilę 🙂

Generalnie dla wielu czytelników prawdopodobieństwo opisu misji załamie się również na ilości koszmarów, które na bohaterów spadają w ostatniej części powieści. Przez 3/4 akcji Russell umiejętnie buduje wizerunki swoich bohaterów, nie bojąc się pokazać ich słabostek, ale też podkreślając człowieczeństwo i tworząc galerię powiązanych emocjonalnie, życzliwych sobie wzajemnie, sympatycznych postaci. Potem zaś na przestrzeni chyba mniejszej ilości stron, niż zrobił to swoim postaciom Andrzej Sapkowski, obrzydliwie i okrutnie morduje większość z nich. Anne i D. W. rozszarpani na strzępy przez drapieżników-renegatów z miejscowej rasy, George zabity w ataku komanda Jana’ata, Sofia zamordowana (1) w zaawansowanej ciąży po tym, jak była świadkiem śmierci męża, Robichaux de facto zagładzający się na śmierć, młoda Obca Askama zabita przez Emilia, którego kochała jak ojca ze wzajemnością, a w tle okaleczenia, gwałty, konieczność żywienia się ciałami istot, o których myślało się jako o przyjaciołach. Do tego świadomość, że samemu się do tego dopuściło, i pogarda rodaków z Ziemi, kiedy w końcu znajdą ledwo żywego Sandoza. Nie wiem, czy cokolwiek, poza antropofagią, dałoby się tu jeszcze dołożyć. Raj, jakim zdawała się planeta, zamienia się nader prędko w piekło, i to takie z gatunku “teraz, ja, autorka, będę SZOKOWAĆ”.

Ale dajcie mi jeszcze chwilę, bo mnie nie o stawianie zagadek ani nie o wyśmiewanie się z autorki chodzi. Ba, mam wrażenie, że dla niej te idee, przedstawione przeze mnie powyżej jako nielogiczne, konstrukcyjnie błędne, nie były tak naprawdę szczególnie istotne. A dlaczego, o tym poniżej.

Znakomita IMHO okładka rumuńskiego wydania z 2013 (nie wiem niestety, czyjego autorstwa)

I teraz tak. Poprzednie dziesięć minut do czytania poświęcone zostało przeze mnie na wykazanie, gdzie powieść Russell nie działa. To teraz dla odmiany – gdzie działa. I to IMHO bardzo dobrze.

Zróbmy eksperyment. A gdyby tak zapomnieć o SF? I w ogóle o logice narracji? I potraktować The Sparrow nie jako powieść, ale jako czystą alegorię? Przypowieść o współczesnym Hiobie? (albo nie całkiem Hiobie?).

Wiele wskazuje, że to jest takie odczytanie, jakie chciałaby autorka. Bo, widzicie, Russell jest – wbrew temu wszystkiemu, co przeczytały/liście powyżej, już w debiucie dobrą pisarką. Tylko że ona wymaga od czytelnika jednego: żeby, jak egzegeta czytający świętą księgę, tropił w niej nieoczywiste i niejasne ślady autorki i jej idei. SF pisarka wykorzystuje zaś jako konwencję i tylko konwencję, pozwalającą na uzyskanie potrzebnych jej założeń świata (np. różnica w subiektywnym czasie między powrotem Sandoza z misji – dla niego rok, dla ludzkości prawie 40 lat).

Przy takich założeniach wyjdzie, że być może cała absurdalność tego, jak doszło do wyprawy, jest celowa. Bo mamy zobaczyć, za tymi zbiegami okoliczności i piętrzącymi się szczęśliwymi trafami, to, co widzi Emilio Sandoz. Rękę Boga. Nieprzypadkowo fraza Deus vult, Bóg tak chce, powtarza się tak często w powieści.

Naukowe analizy powieści Russell (na przykład ta), skupiały się głównie na teodycei – kwestii pogodzenia istnienie miłosiernego Boga będącego ostatecznym dobrem, z istnieniem zła na świecie. I rzeczywiście, ten element teodycei tu jest, ale mam wrażenie, że jest trochę zasłoną dymną; a może nie tyle zasłoną, co elementem większej całości. Spójrzmy bowiem na źródło tytułu powieści, bezpośrednio w niej przytoczone:

Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa ? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone . Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli [Mt 10: 29-31]

Kiedy padają te słowa, Sandoz zimno zauważa: ale jednak wróble spadają. Ludzie płacą cierpieniem i bólem za niepojęte boże plany. A tego Sandoz dłużej akceptować nie zamierza.

W końcowej części powieści Sandoz z przyszłego świętego i, jak go nazywano, ukochanego [przez] Boga, zmienia się w rozgoryczonego, cynicznego i wściekłego na Boga buntownika. Zapowiedzi tego są już wcześniej (kiedy mowa jest o młodym Sandozie, tak pięknym i doskonałym, tak umiłowanym przez Boga, że niewiele brakuje, by powiódł zastępy do upadku z nieba…), w końcowej części bywa wprost nazwany wrogim Bogu Mefistofelesem. Russell konsekwentnie używa metafor rodem z literatury mistycznej do opisania relacji Sandoza z Bogiem: miłość, zakochanie, bycie ukochanym. Pod koniec Sandoz mówi z goryczą, że został zgwałcony przez Boga. Nie tyle traci wiarę jako taką – traci wiarę w to, że wiara w dobrego Boga ma sens.
Debata rzeczywiście poniekąd toczy się wokół pytania “Jak dobry Bóg mógł komuś tak go kochającemu, współczesnemu Hiobowi, zrobić takie rzeczy?”. Ale tak naprawdę, mam wrażenie, pod tym wszystkim jest jeszcze jedno pytanie. Równie istotne. Pytanie, które brzmi: Jak to się stało, że Emilio Sandoz, człowiek o niezwykłym intelekcie, uczony, znawca języków, teolog, uwierzył w swoją własną interpretację woli bożej aż tak bezkrytycznie? A inni uwierzyli za nim?

W to ostatnie uwierzyć łatwiej: Emilio ma wyraźne cechy mesjańskiego proroka-lidera, plus (że będę złośliwa) połowa bohaterów i bohaterek i tak się w nim kocha, platonicznie lub nie. Ale mam wrażenie, że to, co Russell chce nam w swojej przypowieści powiedzieć, to przede wszystkim ostrzeżenie: Sandoz i jego załoga uwierzyli w potęgę swoich umysłów, w nieomylność swojego doświadczenia i rozumienia. Może nie zrozumieli woli Boga. Ale na pewno, na sto procent, nie zrozumieli dość z pobytu na Rakhat. Nie dopytywali. Nie próbowali wyjść poza siebie. Bez śladu pokory wobec OBCOŚCI, z którą się zetknęli, przyłożyli do niej ludzką miarę i ludzkie oceny.

Autorka bardzo powoli odkrywa przed nami karty, długo nie ujawnia, czym był koszmarny błąd w ocenie, który bohaterowie popełnili i który doprowadził do całego szeregu tragedii. Kiedy w końcu to ujawni, w pierwszej chwili czytelnikowi trudno jest nadążyć za jej konceptem. Jak w biblijnym Edenie, początkiem końca raju okazało się zjedzenie zakazanego owocu. A konkretnie – posadzenie zakazanego owocu.

Podobieństwo wyprawy na Rakhat do jezuickich misji w Quebecu, podobieństwo Sandoza do jezuickich męczenników, też, jak sądzę, jest narzędziem. Bo Russell jest tu, IMHO, daleka jest tu od bezkrytycznej akceptacji dla łagodnego, ale bezdyskusyjnego kolonializmu swoich bohaterów.

Zobaczmy, co się dzieje. Bohaterowie mają dość lokalnego jedzenia. George, zapalony ogrodnik, zyskuje pozwolenie miejscowych Runa na założenie warzywnika. Ponieważ Rakhat ma niezwykle żyzną ziemię, uprawa udaje się cudownie. I ludzie, i Runa jedzą do syta. Runa, dotychczas polegający na zbieractwie, mają wreszcie dość jedzenia. Raj, prawda?

No ale czego bohaterowie w swojej pysze i naiwności się nie dowiedzieli, choć, jak mówi później Sandoz, mieli już wszelkie poszlaki: to oznacza, że kobiety Runa zaczną mieć ruję, zachodzić w ciążę i rodzić. A ponieważ wioski Runa bez przerwy wymieniają się towarami, via handel te ogródki rozprzestrzenią się po całym rejonie. A to zachwieje delikatną równowagą demograficzną, na której całość lokalnej kultury jest oparta. A o to – o to, czemu jest tak mało dzieci Runa, co jest znaczące w fakcie, że Supaari podkreśla, że jest trzecim synem, jakie są tak naprawdę relacje między Runa a Jana’ata – o to nikt nie spytał, choć kilkoro z bohaterów języka Runa szybko i łatwo się nauczyło. A jeśli spytał – nie słuchał odpowiedzi.

Owoc z drzewa wiadomości dobrego i złego został zjedzony. Kobiety zaczęły rodzić dużo, dużo dzieci. A – jak się czytelnik SF domyśli szybciutko, a czytelnik nie znający konwencji gatunku dowie później – to oznacza, że przyjdą Jana’ata i zabiją niemowlęta na mięso, natomiast obcych, którzy ich bronią, zmasakrują.

Wielkim plusem opowieści Russell jest dla mnie to, że nie tworzy prościutkiej dychotomii między łagodnymi rolnikami-niewolnikami Runa, dobrymi do szpiku kości, a złymi Jana’ata. Tych ostatnich ukazuje konsekwentnie z ich własnego punktu widzenia (Supaari, Hlavin Kitheri). Opisuje ich jako kulturę, którą stworzyła rasa hierarchicznych mięsożerców-drapieżników, z wszystkimi tego skutkami; kulturę opartą na zastałych układach społecznych (radykalna segregacja kobiet od mężczyzn, tylko ci ostatni obecni w życiu publicznym, kategoryczny zakaz rozmnażania się dla trzeciego dziecka, jeśli ono w ogóle przyjdzie na świat, ścisłe role społeczne przypisane pierwszym i drugim synom). Hlavin Kitheri, który wielokrotnie gwałcił Emilio Sandoza i niemal zabił w nim wolę życia i człowieczeństwo, działa w granicach etycznych akceptowalnych w swojej kulturze; kulturze, w której on sam – poeta, piewca aktu seksualnego jako takiego, który swoim podejściem uwolnił swoje i kolejne pokolenia trzecich synów od poczucia bezsensu i od patrzenia na życie wyłącznie przez dominującą perspektywę “jedynie prokreacja, której nam zakazano, ma znaczenie i nadaje życiu sens” – jest postacią o rewolucyjnym znaczeniu. Z punktu widzenia Sandoza i z punktu widzenia ludzkiej etyki jest potworem; dla swoich jest kulturowym błogosławieństwem i katalizatorem zmiany. I ta paradoksalność, ta dwuznaczność jest zamierzona: Kitheri, drapieżnik, który chciałby dominować, ale jako “zapasowy” książę nie może, nie zapyta przecież obiektu o jego uczucia, wartości i cele. Sandoz, przekonany, że wie, jaka jest wola Boga, nie zastanowi się nad tym, jak może jego samego postrzegać drapieżnik.

EDIT: Co mi poniewczasie przyszło do głowy, to że tam gdzieś jeszcze jest ta sama myśl, która jest w słynnym wierszu Williama Blake’a Tygrys. Że to ten sam Bóg stworzył i jagnię (Sandoz) i tygrysa (Kitheri). I ani jagnię, ani tygrys nie mogą rościć sobie prawo do jedynego rozumienia, czym jest Bóg i niezrozumiałe plany boże (cf. Rzym. 11: 33-34: O głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! /Kto bowiem poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą?).

Nieprzypadkowo, jak sądzę, u Russell Hlavin i Sandoz nigdy nie rozmawiają, choć to po to Sandoz przybył na Rakhat, to Hlavina jego głos jako pierwszy usłyszał. Tu nie ma porozumienia: ani Jana’ata, ANI LUDZIE nie byli gotowi na wyjście poza swoje własne perspektywy, na zadawanie pytań, na niedopuszczenie do sytuacji, w której Sandoz, sponiewierany i zmaltretowany, zostanie już tylko ofiarą. Nieprzypadkowo też my, czytelnicy, wiemy, że Supaari może i lubi ludzi, ale ma swój cel w życiu, cel dla niego najważniejszy, którego nie odpuści, nie dla obcych. Czytelnik rozumie, czemu Supaari oddał Sandoza księciu, sam Emilio – nie. Tu nie ma rozmów, nie ma porozumienia, ani zrozumienia dwóch światów. Patrzymy na festiwal tragicznej ironii, fatalnych przypadków, złych decyzji. Kontakt, choć pozornie łatwy, jest niemożliwy. Ale dlaczego?

Napisałam powyżej taki akapit:

Jest jedna postać w światowej literaturze, która w podobnie zaślepiony i bezmyślny sposób wierzyła we własne iluzje i wizję siebie jako wybitnie inteligentnego i zdolnego do rozwiązania wszelkich zagadek, bo kiedyś udało mu się rozwiązać jedną, i mam wrażenie, że podobieństwo między tym bohaterem a Sandozem jest bardziej znaczące, niż by się wydawało.

Wiecie, co to za postać? Nie, żaden bohater biblijny. Edyp.

Mam wrażenie, że Emilio Sandoz w co najmniej takim samym stopniu, co biblijnym Hiobem i co postacią mesjańską (bo on ma z takiego Chrystusowego bohatera sporo), jest bohaterem greckiej tragedii. Edyp w Królu Edypie Sofoklesa jest tragiczny i cierpi w absolutnie niewspółmierny do winy sposób, sprowadzając przy tym klątwę i cierpienie na bliskich. A co jest jego winą? Nie tyle zabicie ojca i ślub z matką; to było nieuniknione, choć straszne. Jest nią natomiast hybris, każąca odrzucić rady Tejrezjasza i wolę Apollina. Jest nią też hamartia, katastrofalny w skutkach błąd w ocenie sytuacji, kiedy uparł się, że sam rozwiąże zagadkę śmierci poprzedniego władcy.

Widzicie to, prawda? Emilio Sandoz popełnia pierwszy raz hybris w momencie, kiedy odebraną przypadkowo przez Ziemian pieśń Hlavina, sygnalizującą zmianę w jego, Hlavina, świecie, uznaje za głos Boga skierowany do siebie samego. Drugi raz – kiedy, jak Edyp samodzielnie interpretujący wyrocznię o zabiciu ojca i ślubie z matką jako odnoszące się do adopcyjnych rodziców – zaczyna wierzyć we własne interpretacje bożej woli. Kolejne, kiedy przecenia swoją znajomość języków i kultur Rakhat i uznaje, że już wie, jak tu jest i jak ma być. Hamartia natomiast zdarza się bohaterom, kiedy bez pełnej wiedzy o możliwych skutkach swoich działań ingerują w system ekologiczno-społeczny, ucząc Runa uprawy i zmieniając ich obyczaje żywieniowe. To ma być dobre dla wszystkich; ale nie jest i prowadzi do tragedii i niewyobrażalnego cierpienia.

Emilio Sandoz jest dla mnie po części bohaterem tragicznym, w greckim rozumieniu – i dla autorki chyba poniekąd też. Jak bowiem wygląda jedna z jego ostatnich rozmów z Giulianim, jego opiekunem-jezuitą? Otóż Giuliani bierze z półki tekst i cytuje te oto słowa po grecku:

τὸν φρονεῖν βροτοὺς ὁδώ-
σαντα, τὸν πάθει μάθος
θέντα κυρίως ἔχειν.
στάζει δ᾽ ἔν θ᾽ ὕπνῳ πρὸ καρδίας
μνησιπήμων πόνος: καὶ παρ᾽ ἄ-
κοντας ἦλθε σωφρονεῖν.
δαιμόνων δέ που χάρις βίαιος
σέλμα σεμνὸν ἡμένων.

No dobra, Russell przytacza po angielsku, ale bohaterowi i tak obrywa się za bycie pozerem, a skoro on może, to ja też. Powyższy passus pochodzi z Orestei Ajschylosa, konkretnie z jej pierwszej części, Agamemnona. W roboczym moim przekładzie passus ten (Ag. 176 – 83) brzmi następująco (2):

który powiódł śmiertelnych drogą ku mądrości, drogą nauki przez cierpienie, który jak pan tak to ustalił. Nawet więc w nocy w serce kapie cierpienie z powodu zapamiętanego bólu. I choćbyśmy wcale tego nie pragnęli, dochodzimy do zrozumienia /mądrości. Pełna przemocy / straszliwa jest łaska bóstw, zasiadających na budzących podziw/grozę miejscach.

Kim jest ten, który nam naznaczył takie perspektywy? Passus powyższy jest częścią tego, co się określa, w obrębie pierwszej pieśni chóru Agamemnona, jako Hymn do Zeusa. Jest to – a niech ja użyję tego słowa, co się go klasycy boją – głęboka teologiczna refleksja nad tym, czym jest Zeus (zaczyna się od słów Zeusie, kimkolwiek jesteś i jak chcesz, by cię nazywać [przekł. własny]) i nad sensem istnienia zła w świecie. Teodycea, jeśli można tego nieadekwatnego słowa tu użyć, w greckim sensie.

Cierpienie, mówi Ajschylos, jest częścią świata i pochodzi od bogów, a jego celem jest – nauka. Ma ono nauczyć σωφρονεῖν [sofronejn], być rozsądnym, czyli pogodzić się z otaczającą nas rzeczywistością i własną naturą. Ale to nie znaczy, że człowiek akceptuje je chętnie albo że jest ono łatwe: Ajschylos zdecydowanie nie próbuje nam tu powiedzieć, że cierpienie uszlachetnia. Raczej, że kondycja ludzka jest taka, że musimy się nauczyć z nim żyć. A żeby dorzucić jeszcze meta-perspektywę: postacie literackie – bohaterowie tragedii – istnieją po to, żebyśmy mogli przeżyć pewien typ cierpień per procura, oglądając ich losy i przejmując się nimi, tak jak przejmujemy się historiami bohaterów Russell.

Tak to, jak sądzę, do dwóch wielkich debat o naturze zła i roli Boga – żydowskiej i chrześcijańskiej (tu: katolickiej) i do perspektywy agnostyczki Anne autorka dołącza czwartą wizję – grecką tragiczną koncepcję cierpienia, winy, kary i uleczenia. Moja druga konkluzja byłaby więc taka: jako debata o a) teodycei, b) ograniczeniach natury ludzkiej i ludzkiego poznania, jest to powieść inspirująca, intrygująca i udana.

Powiem Wam, że dawno nie miałam takich mieszanych wrażeń po lekturze – a jednocześnie takiej satysfakcji. A dla Was co jest ważniejsze w tekście kultury, po który sięgacie – idee czy literackie /filmowe ujęcie? Zła SF czy dobra dyskusja o naturze człowieka i Boga? Bardzo bym chętnie podyskutowała.

(1) Albo nie, patrz sequel.
(2) Mam pod ręką polski przekład Kasprowicza, tego się nie da czytać.

Warto przeczytać: jeżeli się szuka często paradoksalnej, bolesnej przypowieści o poszukiwaniu (i odnalezieniu?) Absolutu, o tym, że niezbadane są wyroki Pana i że właściwy kontakt z niepojętą Obcością to nie jest spotkanie z kosmitą, tylko próba racjonalizacji po ludzku wydarzeń rozumianych jako boskie wyroki i wpisywania ich w ludzkie kategorie dobra i zła, błogosławieństwa i przekleństwa. I że pycha kroczy przed upadkiem.

Nie warto czytać: jeżeli chce człowiek przeczytać ciekawą i oryginalną wizję obcej cywilizacji (nie ma tu takiej), jeżeli generalnie interesuje nas dobrze skonstruowana i prawdopodobna SF. To wbrew pozorom nie jest o tym.

This thing of blood

Z okazji faktu, że w tym tygodniu National Theatre daje szerokiej publiczności szansę na obejrzenie Koriolanaktórego ja miałam przyjemność widzieć na scenie, a potem kilkakrotnie w kinie – przypominam swoją recenzję z teatralnej wersji spektaklu, sprzed sześciu lat.

William Shakespeare, “Coriolanus”, reż. Josie Rourke, wyst. Tom Hiddleston (Gajusz Marcjusz Koriolan), Mark Gattiss (Meneniusz), Hadley Fraser (Tullus Aufidiusz), Deborah Findlay (Wolumnia) i inni. Donmar Warehouse Theatre, ja osobiście byłam 03.02.14

Hmmm, spojlery do a) treści, b) realizacji. Kto nie chce wiedzieć – nie czytać przed ewentualnym obejrzeniem transmisji!

Pozwolę sobie na początek na może trochę bardziej osobistą uwagę: zawsze mi się wydawało, że nie jestem osobą, której zdarzają się Takie Rzeczy. Raczej nie znajduję pieniędzy na ulicy (dobra, raz mi się zdarzyło), nie spotykam przypadkiem ulubionych aktorów w kawiarni, nie wygrywam nagród w loteriach i totolotkach. Kupienie online niemożliwego do dostania biletu do teatru, kiedy ma się na to w zasadzie sekundy od rozpoczęcia sprzedaży, normalnie byłoby w moim przypadku niemożliwe.

No i oczywiście, że się okazało niemożliwe, nie dla mnie takie numery. Na szczęście są na świecie ludzie znacznie bardziej lubiani przez Fortunę ode mnie, którzy na dodatek z własnej i nieprzymuszonej woli są gotowi użyczyć swojego szczęścia innym. I tak, Ela Loska kupiła mi bilet i dzięki niej poszłam wczoraj na Szekspirowskiego Koriolana w Donmar Warehouse, na którego chciało pójść pół Londynu. Samej by mi się nie udało – i dlatego Katarzynie, Eli i tym wszystkim innym, którzy starali mi się pomóc i/lub trzymali kciuki, dedykuję ten wpis.

Oczywiście, skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie poszłam na obsadę – i to niekoniecznie tylko na Toma Hiddlestona w tytułowej roli. Od samego początku fakt, że Meneniusza grał Mark Gattiss, też był co najmniej znaczący… no, a potem był ten moment, jeszcze w Polsce, kiedy zdałam sobie sprawę, że grający Aufidiusza Hadley Fraser to jest ten Hadley Fraser… Cóż, tak się składa, że jednego ze swoich ulubionych musicalowych wykonawców widziałam na scenie w roli czysto dramatycznej 🙂

Giovanni Battista Tiepolo, Koriolan u bram Rzymu, olej na płótnie, 1730, obecnie w Ermitażu

No tyle że nie poszłam tylko na obsadę. Moja przygoda z Koriolanem Szekspira sięga studiów i pracy semestralnej pisanej na seminarium z mitologii rzymskiej; pracy poświęconej właśnie klasycznym źródłom do legendy Koriolana, jej formie i jej późniejszej recepcji. W zasadzie od tamtego czasu Koriolan jest moją ulubioną z antycznych tragedii Szekspira: uważam go za lepszego, w sumie, od Juliusza Cezara i dość często zdarza mi się do niego wracać, czy to w postaci lektury, czy przy (nieczęstej) okazji obejrzenia kolejnej adaptacji.

No dobrze, skończę już z tymi wyznaniami i przejdę do rzeczy. Po raz kolejny w teatrze w Londynie miałam wrażenie, że zdecydowanie na pierwszym planie jest tu aktorstwo. Scenografia była pomysłowa, ale zdecydowanie umowna: ot, biało-czerwona, zagryzmolona graffiti ściana. Namalowany na niej na samym początku (jego malowanie w zasadzie otwiera spektakl) biały napis ANNONA PLEBIS plus minus, hasło mocno w rzymskiej tradycji ugruntowane) ginie potem pod wyświetlanymi tam chwilowymi graffiti z hasłami w tym momencie przez lud wykrzykiwanymi i wielbionymi, plus z innymi, minimalnymi wizualnymi komentarzami/uzupełnieniami do wydarzeń (drabiny przy murach w scenie oblężenia Korioli). Jedna realna drabina; rzucająca w jaskrawym świetle cienie szczebli na podłogę. Na podłodze obmalowany na krwawoczerwono kwadrat, wyznaczający miejsce konfrontacji bohaterów (pierwszy pojedynek Koriolana i Aufidiusza, rozmowy z matką); później, już po pojawieniu się trybunów mniejszy, ciemnozielony, jak ława oskarżonych, na której stanie Koriolan, wpędzony przez senat w pułapkę. No i krzesła: wnoszone i wynoszone przez aktorów, stawiane po cichu albo z hukiem, rzucane po scenie w chwilach gniewu: podstawowy rekwizyt w tej sztuce.

Te krzesła są o tyle ważne, że w Koriolanie Josie Rourke w zasadzie (poza sceną kąpieli, o ile pamiętam, i paroma innymi krótkimi) cały czas wszyscy są na scenie. Podczas scen rozgrywających się między kilkoma postaciami reszta siedzi lub stoi pod ścianą, nieruchomo i bez emocji: nie uczestnicząc w akcji, postacie są jednak jej świadkami. Tu nie ma tajemnic i w zasadzie, poza pojedynczymi scenami z trybunami, nie ma knucia i intryg siedzący pod ścianą bohaterowie mogą nie uczestniczyć w samej akcji, ale ich obecność łamie iluzję zagadki, narzucając w zamian inną: że wszystko to, co się dzieje, rozgrywa się przed oczyma publiczności, nie tylko tej spoza świata scenicznego, ale i tej z jego pogranicza, że wszyscy wszystko widzą, wszystko wiedzą… i nic nie mogą z tym zrobić. Ta obecność/nieobecność zostaje złamana raz: w II części (spektakl ma dwie, pierwsza kończy się, przewidywalnie, wygnaniem Marcjusza, druga zaczyna od jego przybycia do Aufidiusza), kiedy Meneniusz przychodzi prosić o spotkanie z Koriolanem i natyka się na niechętne, kpiące z niego straże. Koriolan w towarzystwie Aufidiusza siedzi pod ścianą ale okazuje się jak najbardziej obecny także w akcji: długo nie reagując i patrząc pozornie bez emocji na upokorzenie, jakie znosi dawny przyjaciel i mentor, w końcu decyduje się odpowiedzieć i włączyć się w działania, które dotychczas, z tym nieludzkim wymuszonym spokojem, tylko obserwował.

Ta skromność i nienachalność dekoracji oraz ruchu scenicznego (owszem, bardzo teatralnego w niemal-tanecznych wejściach i wyjściach grup postaci, zwłaszcza na początku, i w scenach pojedynków) sprawia, że kluczowe i bardziej zaskakująco zaaranżowane sceny pozostają w szczególny sposób w pamięci. Pierwsza to scena kąpieli Koriolana w I części spektaklu, jedyna chyba przed finałową konfrontacją z matką, kiedy widzimy bohatera cierpiącego: nie wściekłego, nie miotanego emocjami, nie triumfalnego, nie upokorzonego – cierpiącego. Tu jest to fizyczne cierpienie: półnagi, w potokach wody i jaskrawego światła wydobywającego głównie jego sylwetkę z ciemności pomieszczenia, Koriolan zmywa z siebie krew własną i wrogów, pokazując widzom  – ale nikomu innemu  – te rany, których pokazania dla popisu odmówi potem ludowi. Widzimy go tutaj w intymnej, osobistej, choć bynajmniej nie wyciszonej i subtelnej, on się miota i krzyczy z bólu, odrywając pokryte zakrzepłą krwią bandaże  – scenie, która z jednej strony pokazuje go jako cierpiącą, ludzką istotę (a on nie za bardzo pozwoli sobie nią być w drugiej części), z drugiej  – swojej olśniewająco zrealizowanej warstwie wizualnej podkreśla główny, wiodący koncept tej realizacji: krew, rozpryskującą się dookoła ostrą czerwień kropel strząsanych z włosów Koriolana, skrapiającą ziemię pod jego stopami.

Krew jest bez wątpienia leitmotivem tego spektaklu; nieprzypadkowo w programie  pojawiają się słowa, których użyłam w tytule – i oczywiście widać to dokładnie przede wszystkim drugiej z tych dramatycznie i zaskakująco zaplanowanych scen: w zamykającej spektakl scenie śmierci Koriolana. Tak jak w podczas kąpieli tak i tu Koriolan jest w centrum sceny: tam stojący w strumieniach wody spływającej nań z góry, tu jak zwierzę w rzeźni zawieszony za nogi głową w dół na łańcuchu. Aufidiusz klęczy pod nim, skąpany w ciemnej krwi kapiącej mu na głowę z poderżniętego gardła wroga-towarzysza; to, co widzimy, zgrzytliwie skontrastowane jest ze słodkim głosem dziecka śpiewającego pożegnanie dla Koriolana. Obie te sceny wydają się budowane na kontrastach – wyróżniają się zarówno bardziej wyszukaną wizualną formą, jak i niejednoznacznością tego, co się dzieje z bohaterem: w obu Koriolan, zachowując się, reagując momentami nie do końca ludzko (jak pies otrząsa się po kąpieli, jak rzeźne zwierzę zostaje potraktowany przez Wolsków), jest może najbardziej ludzki, w swoim cierpieniu i słabości.

Ta scena zapowiedziana jest niejako przez trzecią z tych bardziej bo ja wiem jak to ująć, bardziej malarsko zaplanowanych, mających zwracać uwagę kompozycją scen, a mianowicie tą z początku II części, kiedy to Marciusz i Aufidiusz spotykają się po raz drugi w sztuce: kiedy Koriolan przychodzi zaproponować byłemu wrogowi, żeby albo go zabił, albo pozwolił się do siebie przyłączyć. W tej scenie Koriolan klęczy w łachmanach, z otwartymi ramionami, nieludzko spokojny; Aufidiusz przy nim, ze sztyletem przytkniętym do gardła wroga, trudno powiedzieć, czy bardziej gotowy natychmiast go zabić, czy co w końcu zrobi, przycisnąć gwałtownie do siebie.

Hadley Fraser (Aufidiusz) i Tom Hiddleston (Koriolan)

Ale krew rozpryskująca się, rozlana czerwona krew pojawia się nie tylko dosłownie, w tych scenach, ale i symbolicznie: w postaci sypiących się na Marcjusza czerwonych płatków róż, ale i w postaci kart, na których lud miał oddać na niego głosy; te karty, podarte i nieważne, cisną mu w twarz trybunowie, którzy zaplanowali to upokorzenie, i te karty rozrzuci potem w ataku wściekłości sam Marcjusz, a one, czerwone jak krew, zasypią podłogę u jego stóp.

Przy wbrew pozorom prostej scenografii i kostiumach (akcja dzieje się w Rzymie-czyli-nigdzie, kostiumy mocno umowne i każdy trochę z innej bajki fantastyczny, lekko dandysowaty strój Meneniusza, archaiczne pancerze Koriolana i Aufidiusza, sukienka i fryzura Wolumnii prosto z lat 50 i modna mała czarna żony Koriolana, koszula mniej więcej pokutna zamiast toga candida, korpo-kostiumik pani trybun) uwaga widza skupiona jest na aktorstwie i na interpretacji przez wykonawców postaci i relacji między nimi. No i słusznie, tak po prawdzie, bo zagrane jest to wszystko dość koncertowo.

Wybór trzydziestoparoletniego, a wyglądającego przy tym zdecydowanie młodzieńczo (no i jego ostatnia szekspirowska rola to był, na bogów, w 2012 Henryk V, młody król par excellence) Toma Hiddlestona do roli Koriolana musi mieć konkretne konsekwencje. Bogiem a prawdą, moja pierwsza myśl, kiedy prawie rok temu usłyszałam nazwiska obsady jeszcze bez wiedzy o tym, kto gra kogo, to było przekonanie, że Hiddleston będzie świetnym Aufidiuszem dla Gattissowego Koriolana. Winię teatralną adaptację BBC i film z Ralfem Fiennesem, oczywiście, ale też i przekonanie, wyniesione z lektury nie tylko Szekspira, co może nawet bardziej jego źródeł, że mamy do czynienia z historią zdecydowanie dojrzałego mężczyzny, który zdążył już zrobić wojskową karierę i przyzwyczaić się do bycia podziwianym, szanowanym i słuchanym, a zarazem okrzepnąć w nieznośnej dumie i konserwatyzmie i nie być w stanie się dostosować do wymagań rzymskiej Realpolitik. Tutaj fakt, że Koriolan jest młody, z jednej strony dodatkowo podkreśla jego zależność od matki on się ciągle od niej nie uwolnił, ciągle nie całkiem, wbrew pozorom, dorósł – z drugiej, znakomicie tłumaczy niektóre jego zachowania i pozwala je ciekawie rozegrać. Świetnie to widać w scenie, w której Koriolan przychodzi prosić lud rzymski o głosy. Ubrany w ceremonialną koszulę (spłowiałą, kiedyś białą, dzisiaj zszarzałą szmatę do pół łydki, coś w połowie drogi między koszulą nocną Ebenezera Scroodge’a a strojem wariatki ze strychu w podrzędnym horrorze), Marcjusz przychodzi bez przekonania prosić o zatwierdzenie swojej pozycji jako konsula i naturalnie zostaje, po początkowej iluzji sukcesu, odrzucony. W analogicznej scenie Ralph Fiennes grał wybitnego wodza, nieomylnego na polu bitwy, a kompletnie bezradnego i nieporadnego, mimo dobrych chęci, gdy przyjdzie do wymagań polityki. Hiddleston z kolei gra tutaj dumnego, pewnego siebie młodego mężczyznę, głęboko przekonanego, że ci ludzie, których musi prosić o głosy on, prosić, w tym stroju! – są od niego gorsi i że spektakl, którego się od niego wymaga, wydaje mu się upokarzający. Bohater Fiennesa nie zasłużył na oskarżenia, że kpił z ludu bohater Hiddlestona kpił na potęgę i bez wątpienia. On w ogóle gra tę postać z większym humorem, niż można by się było spodziewać; jego Koriolan bywa ironiczny, sarkastyczny, otaczających go ludzi traktuje chwilami z jadowitą złośliwością i nie ma wątpliwości, że ich wykpiwanie sprawia mu przyjemność (patrz: scena ze służącymi Aufidiusza na początku II części).

Hiddleston gra Koriolana niejednoznacznego, nieoczywistego; to jest zresztą przecież bohater niejednoznaczny, tragiczny w greckim niemal rozumieniu tego słowa choć wybitny i wyrastający ponad innych, pychą sam na siebie ściąga zgubę. Hiddleston ogrywa tu pełną gamę emocji. Jego Koriolan to natchniony, fenomenalnie skuteczny wódz (znakomita scena, kiedy ochrypłym, łamiącym się głosem stara się porwać żołnierzy do ataku na mury Korioli, w której momentami mnie osobiście kojarzył się z tym, jak zagrał parę lat temu Henryka V), żołnierz par excellence. W scenie pojedynku z Aufidiuszem wydaje się nieludzko wręcz zwinny on w ogóle wydaje się mieć ten rodzaj charyzmy, od której trudno na scenie oderwać wzrok, świetnie predysponującej go do takich właśnie ról przywódców, liderów, generałów. W tej roli jest pełna gama emocji i stanów psychicznych: od krzyczącego do ochrypnięcia wodza przez dumnego (i tak strasznie, strasznie przez to nieskutecznego) polityka, przez wściekłego mówcę w senacie (i ten moment, kiedy on próbuje być spokojny, próbuje, a potem się zrywa z krzykiem, który wstrząsa całym teatrem: I banish you! do milczącego i nieludzko nad sobą panującego nie-do-końca-człowieka (jak on znakomicie pasuje do opisu Meneniusza z II części:

This Coriolanus is grown from man to dragon: he has wings; he’s more than a creeping thing. (…) The tartness of his face sours ripe grapes: when he walks, he moves like an engine, and the ground shrinks before his treading: he is able to pierce a corslet with his eye; talks like a knell, and his hum is a battery. He sits in his state, as a thing made for Alexander. What he bids be done is finished with his bidding. He wants nothing of a god but eternity and a heaven to throne in.

Jego to zobaczymy złamanego w końcu przez prośby matki, które zrobiły go z powrotem człowiekiem i z powrotem śmiertelnym. A się Hiddlestonowi udało tę najtrudniejszą tu chyba scenę – scenę zmiany decyzji Marcjusza, zmiany, która będzie go kosztować życie i oboje, i on i matka, o tym wiedzą – zagrać tak, że mi się na moment mózg wyłączył. No i fenomenalna jest finałowa scena, niosąca ze sobą ciężar tradycji; Koriolan umiera, w scenie wystylizowanej na finał jednego z najsłynniejszych wystawień tej sztuki – spektaklu Petera Halla z Laurence’em Olivierem z 1959 roku, spektaklu mocno politycznego, w którym ta finałowa scena i jej kompozycja były wyraźną aluzją do słynnego zdjęcia z egzekucji Benito Mussoliniego.

Finałowa scena z Koriolana z Laurencem Olivierem

No, że uważam, iż Hiddleston gra Koriolana fenomenalnie, to pewnie widać z poprzednich akapitów. Ale to nie jest jedyna znakomicie zagrana rola w tym spektaklu. Hadley Fraser jako Aufidiusz jest gorszym, słabszym odbiciem Koriolana i ma na jego punkcie kompletną obsesję, przy czym trudno powiedzieć, czy bardziej chciałby go zabić czy go sobie podporządkować, pokonać go czy stać się nim: walczy z nim, całuje go, na koniec niemal dosłownie kąpie się w jego krwi. Fraser gra Aufidiusza o tę odrobinę dzikszego od Koriolana, bardziej emocjonalnie niestabilnego, o ten jeden krok bliższego obsesji i obłędu i przez to skazanego na klęskę; jego fascynacja wrogiem ma momentami niemal erotyczny ton. Aufidiusz pogrywa sobie z Koriolanem, a raczej próbuje to widać w scenie ich spotkania w domu Audifiusza, kiedy ten wielokrotnie pyta o imię nowo przybyłego, choć ma go przed oczami i jego zachowanie wskazuje, że go rozpoznał, musiał rozpoznać ale przecież mu się to nie uda; ostatecznie i Rzym, i Koriolan wymkną mu się z rąk.

Deborah Findlay (Wolumnia)

Drugą główną, po Koriolanie, postacią tej sztuki zawsze wydawała mi się Wolumnia i tu jest ona znakomita, w pierwszych scenach absurdalnie mamuśkowata, wyliczająca rany syna jak piątki na świadectwie; bezwzględna przy tym i tyrańska, ale daleka od bycia takim potworem, jakiego zrobiła z niej Vanessa Redgrave w filmie Fiennesa. Fantastycznie pomyślane i zagrane są obie role trybunów ludowych, głównych w końcu czarnych charakterów w tym dramacie: ona – cyniczna i manipulatorska pani polityk, kryjąca pod pozorami troski o wyborców własne bezwzględne interesy, on – mały i troszkę tchórzliwy krętacz, kryjący się za jej plecami. Wszystkie zresztą w zasadzie role były zagrane i pomyślane znakomicie (najmniej może mnie przekonywała postać Virgilii  – żony Koriolana, pięknej, cichej i bardzo namiętnie w mężu zakochanej, ale też z tej postaci, przytłoczonej w tekście przez Wolumnię, nie aż tak chyba wiele da się wyciągnąć).

Zawsze wydawało mi się, że to Wolumnia jest drugą główną postacią w tej tragedii w tej chwili, po wczorajszym spektaklu, mam jednakowoż wrażenie, że jest nią i zawsze był Meneniusz Agryppa. Mark Gattiss zagrał go kon-cer-to-wo: jego Meneniusz, na pozór jowialny i czarujący dandys i pozer (jaki on miał obłędny kostium!) to jedyny w tym towarzystwie prawdziwy polityk, w sensie mąż stanu, rozumiejący, jak żeglować po wodach rzymskiej polityki między ludem a senatem, i na dodatek ta postać, która ma tutaj najlepsze teksty do wygłoszenia (na czele z, oczywiście, more of your conversation will infest my brain). Gattis gra go z lekkim dystansem i ironią w pierwszych scenach, przechodząc potem do bardziej emocjonalnych zachowań w scenie w senacie: coraz bardziej wściekły Koriolan przemawia i pogrąża się z każdym słowem, coraz bardziej zadowolona pani trybun się uśmiecha, a Meneniusz siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach, widząc dokładnie przyszłe skutki i konsekwencje tego, co się tu właśnie dzieje i nic nie mogąc na to poradzić. Gattissowy Meneniusz jest błyskotliwy, ironiczny i cholernie inteligentny, szczerze życzliwy Koriolanowi i jego rodzinie (w jednej z pierwszych scen podejmuje nawet grę z szaloną mamuśką w sumowanie ran syna), a jednocześnie gotowy na bardzo wiele dla Rzymu, który kocha, choć w pełni rozumie jego wady. Kiedy raz jeden widzimy go cierpiącego, po tym, jak nie udało mu się przekonać Koriolana do zmiany zdania, czujemy nagle (dobra, ja poczułam), że Rzym jest stracony  – jeżeli ktoś taki jak Meneniusz zaczął tracić nadzieję. Nagle, z postaci, o której istnieniu miałam tendencję zapominać, Meneniusz wyrósł w moich oczach na jednego z głównych bohaterów tej historii.

Mark Gattiss (Meneniusz)

Znakomity był ten spektakl, tak koncepcyjnie, jak i aktorsko, przemyślany, konsekwentny i koncertowo zagrany. Nie może mi od wczoraj wyjść z głowy i pewnie jeszcze długo tam posiedzi.

A, i jeszcze o jednym nie powiedziałam, a trzeba było. Były takie momenty, że uciekały mi moje analityczne refleksje i że miałam dreszcze.

Hordą, moście panie

Harda Horda. Antologia opowiadań, Wydawnictwo SQN 2019

UWAGA: RECENZJA ZAWIERA SPOJLERY

Źródło ilustracji: strona wydawnictwa SQN

Ludziom zdarza się kłócić o to ze mną na Fejsbuku i na żywo, ale mam całkiem poważne wrażenie, że od paru lat polskie autorki fantastyki co najmniej dogoniły swoich kolegów – zarówno pod względem popularności, jak i literackiej wartości i sukcesów swoich tekstów. Wieloletnia praca i ogromna ilość nagród i nominacji wszechstronnej Anny Kańtoch, powrót literacko najciekawszej chyba polskiej autorki – Anny Brzezińskiej, triumfy Marty Kisiel w Zajdlowej kategorii “Opowiadanie” przez dwa lata z rzędu i deszcz nagród dla jej fantastyki dla dzieci, wysoko oceniane przez krytykę cyberpunkowe powieści Martyny Raduchowskiej, fakt, że po naprawdę sporej ilości lat od publikacji pierwszych opowiadań wliczenia do klasyki polskiej fantasy doczekał się cykl Agnieszki Hałas o Krzyczącym w Ciemności, fantastyczny komercyjny sukces kolejnych projektów Anety Jadowskiej to są niewątpliwe oznaki powodzenia – niezależnie od faktu, że sukcesy te mają różny charakter, od artystycznego przez nagrodowy po czysto sprzedażowy, że nie wszystkie z tych tekstów to “moja” fantastyka i nie każdy z nich mam na własnej książkowej półce.

Polskie fantastki nie boją się zresztą także przyznawania do pewnej wspólnoty, opartej chyba przede wszystkim na socjologicznym fenomenie bycia autorką fantastyki w Polsce – bo przecież nie na podobieństwach gatunkowych czy stylowych. Owocem takiej współpracy jest tom opowiadań Harda Horda, niewątpliwie jedna z najgłośniejszych antologii w polskiej fantastyce w 2019.

To nie jest tak, że ten tom jest równy: są w nim teksty lepsze i gorsze, staranniej i mniej starannie dopracowane. Najciekawsze w nim jest chyba to, że powstał i że stanowi swoistą deklarację współpracy między autorkami – dawno (?) nie mieliśmy w polskiej fantastyce świadomej, współpracującej ze sobą, konsekwentnie działającej razem (liczne występy na konwentach i targach, wspólne spotkania, z których jedno miałam przyjemność prowadzić) grupy. A opowiadania – opowiadania są, jak to w antologiach. Lepsze, gorsze, bardzo dobre i słabe, przy czym tym gorszym często niewiele, tak naprawdę, brakuje do tego, żeby mnie jako czytelniczkę i (coś w rodzaju) krytyka zadowolić.

Zacznijmy może od deklaracji: “Dróżniczka” Aleksandry Janusz znajdzie się bezdyskusyjnie na mojej liście nominacji do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. To spokojne w tonie, melancholijne opowiadanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie zarówno tym, jak twórczo autorka posługuje się fantastyką bliskiego zasięgu, jak i nastrojem, a także – portretem bohaterki, wiarygodnym i emocjonalnie prawdziwym. Janusz sięgnęła po wariację postapo, dodała do niej odrobinę gorzkiej, solarpunkowej nadziei i stworzyła intrygującą, nostalgiczną wizję przyszłości – i tego, jak z tej przyszłości zagląda się w przeszłość. To jest, jak dla mnie, tekst “nagrodowy” i zrobię wszystko, co w mojej (marnej) mocy, żeby na liście nominacji do nagród się znalazł.

Moim drugim ulubionym tekstem ze zbioru jest opowiadania, stojące tak naprawdę na przeciwnym biegunie fantastyki: “Zielona zemsta” Anety Jadowskiej. Jak na co dzień autorka nie pisze “mojej” fantastyki, tak tym razem czytając jej tekst – ironiczny, złośliwy, humorystyczny i leciutki, a przy tym bardzo sprawnie literacko napisany – bawiłam się setnie. Widać w tym opowiadaniu, że Jadowskiej kilka lat pisania bardzo dużo i szybko dało warsztatową sprawność, której może jej pozazdrościć sporo utytułowanych kolegów i koleżanek po fachu. Jej tekst jest optymistyczny i podnoszący na duchu – jak ktoś ma ochotę na pozytywną a bezpretensjonalną, rozrywkową eko fantasy, to serdecznie polecam.

“Jaworowi ludzie” Marty Kisiel to też tekst zdecydowanie udany – a niewiele mu brakuje do znakomitego. Po sukcesach Dożywocia i Siły niższej, a także ich kontynuacji w literaturze dziecięcej, Kisiel zaliczono, i słusznie, do mistrzyń polskiej fantastyki humorystycznej; a przecież już jej najlepsza chyba literacko dotychczas powieść, Nomen omen z roku 2014, wskazywała równie wyraźnie na predylekcję autorki (Ałtorki?) do gotyckiego horroru i solidną umiejętność straszenia czytelnika. Takim właśnie horrorem, opartym na znanej piosence-wyliczance, jest opowiadanie ze zbioru Harda Horda. Autorka znakomicie buduje w nim nastrój, przedstawia swoich nastoletnich i dziecięcych bohaterów, zderza codzienność wiejskich wakacji z czającą się tuż pod powierzchnią rzeczywistości metafizyczną grozą, a przy tym – sprytnie myli tropy i sugestie, co się dzieje, co komu pisane i kto będzie żył, a kto nie. Wolałabym może w finale wiedzieć jaśniej, co się stało – czy Wika skazała Karola na bycia ofiarą przez to, że sama się wymknęła? Co tak naprawdę zaszło tam między dwójką nastolatków na granicy pierwszego zakochania, dzieckiem, psem i przeklętą górą z jej agentami? – ale może to tylko ja czegoś nie doczytuję i nie dostrzegam… Klimatem grozy w każdym razie tekst Kisiel wygrywa w tym zbiorze ze wszystkimi innymi, aspirującymi do miana tekstów z pogranicza horroru (a kilka ich jest).

Skomplikowane fabularnie i narracyjnie, a przy tym naprawdę ogromnie udane jest opowiadanie Martyny Raduchowskiej “Bezduch”. Raduchowska przez ostatnie parę lat dowiodła, że jest autorką ciekawą, oryginalną i literacko coraz sprawniejszą, a przy tym wszechstronną – radzi sobie świetnie i z urban fantasy, i z cyberpunkiem, a to są przecież dwa gatunki mocno od siebie odległe. Znałam ją dotąd jedynie z powieści, a tu ogromnie zaskoczyła mnie na plus opowiadaniem. “Bezduch” jest w swojej skomplikowanej, “filmowej” narracji niezwykle konsekwentny, a postacie wiarygodne psychologicznie – i może dlatego zaproponowany przez autorkę twist tak świetnie działa? Mnie, przyznam, złapało za gardło. Gdybym miała wskazać na drugie “nagrodowe” opowiadanie w zestawie, to byłby to właśnie ten tekst.

Nastrojowe, z pogranicza new weird opowiadanie Aleksandry Zielińskiej “Po drugie” jest chyba najtrudniejsze do zaklasyfikowania gatunkowego; widać w nim sprawność pisarską autorki – cenionej i nagradzanej także za twórczość głównonurtową – i jej umiejętność kreowania zarówno nastroju, jak i postaci. Konsekwentnie prowadzona narracja z punktu widzenia nie wszystko rozumiejącej, małej dziewczynki żyjącej na zawsze z piętnem nieszczęścia, jakie ściągnęła na rodzinę, zderzona, jak u Kisiel, z pozornie sielskimi realiami wakacji na letnisku i z wdzierającą się nagle w świat dziwacznością i niesamowitością, robi spore wrażenie – choć jest to tekst raczej dla osób lubiących klimat i skupienie na psychologii postaci, a nie dla wielbicieli/ek opowiadań z szybką akcją (znaczy, dla mnie tekst, mnie się zdecydowanie podobał).

“Szanowny panie M” Anny Kańtoch to też tekst bardzo sprawnie napisany, bardzo efektownie grający konwencją – ileż opowieści o dziewiętnastowiecznych pannach umierających na gruźlicę i o rodzinie, tracącej majątek na grand tour, już znamy, a jednak tę kolejną się czyta jednym tchem? – i bardzo nastrojowy. Kańtoch od dawna przecież jest mistrzynią literackiego kreowania klimatu i jedną z najpiękniej, moim zdaniem, piszących polskich autorek (i autorów, żeby nie było – pod względem językowym niewiele osób w polskiej fantastyce może się z nią równać). Tu jednak trochę jakby, moim zdaniem, zbudowała przepiękny kościół, w którym nie ma boga – a przynajmniej bóstwo opowieści trochę się z tekstu wymknęło tylnym wyjściem. Zabrakło mi tu – bo ja wiem, jakiegoś mocniejszego tąpnięcia w zakończeniu? Ładnie rozegrana klamra rozmowy z M. o fiołkach to trochę za mało. Po co mamy w tym tekście niedoszłego narzeczonego i jak się mają historie Salimy i innych ofiar do tego, co się stało z Wiolą? Ile domyślała się zaniedbywana siostra-narratorka, kiedy w tę rozmowę z M.-mordercą się angażowała? Jak bardzo – czy w ogóle? – chciała zabić? Kańtoch, jak zwykle, świetnie rozumie swoje bohaterki i mimochodem, subtelnie a wiarygodnie, kreśli tło, którym tu jest świat ubożejącej europejskiej rodziny i traktowanych przez nich jak powietrze miejscowych mieszkańców – ale ja-czytelniczka finałem jej tekstu nie byłam usatysfakcjonowana.

To samo zresztą odnosi się do opowiadania Magdaleny Kubasiewicz “Dokąd odeszły cienie”. A może ja to powiem od razu: to nie powinno było być opowiadanie, tu jest materiał na krótką powieść i ściśnięcie go do formy opowiadania tekstowi po prostu szkodzi. Z wszystkich dotychczasowych to jest też najbardziej schematyczne i gatunkowo oczywiste: nekromaci, magia, duchy, upiory, nawiedzone domy, lordowie, rycerze… Mam do autorki pretensje o burzące mi zawieszenie niewiary niedodbanie realiów (choćby nie wiem co, dom bez ingerencji z zewnątrz nie osiągnie opisywanego poziomu ruiny w pięć lat) i o to, że IMHO zdecydowanie za słabo wypunktowała końcowy, kluczowy dylemat – co zrobić z dziewczynką i jak odnieść się do ultimatum Liljas. Bohater musiał podjąć jakąś straszną decyzję i naprawdę, wielka szkoda, że autorka nie dała się jemu i nam nad tym chwilę zatrzymać. Miał ten tekst szansę na bycie czymś ciekawszym, niż dość przewidywalna urban fantasy o duchach i nawiedzonym domu, bo autorka opisała chocholi taniec bardzo nastrojowo, a i na dziką nekromantkę wymyśliła efektowny i oryginalny pomysł, ale mocno się to wszystko rozlazło w przyspieszonym zakończeniu. Natomiast, owszem, czytało się bardzo przyjemnie.

“Tylko nie w głowę” Ewy Białołęckiej ciągnęło mi się za to w nieskończoność. Może czytałam w życiu o jeden mniej więcej humorystyczny tekst o zombie za dużo, a może to zupełnie nie dla mnie pisanie, ale męczyłam się z tym opowiadaniem niemożebnie. Wszystko mi w nim zajeżdżało kliszami ogranymi do niemożliwości w gatunku, żarty nie śmieszyły, emocji nie czułam… Nie, zdecydowanie nie.

“Z góry nie patrzą” Anny Hrycyszyn też mnie, zdecydowanie, nie zachwyciło. Ten tekst się świetnie zaczyna – autorka zresztą już kilkakrotnie udowadniała, że pisać opowiadania umie – i jego pierwsza część, opowiadająca o problemach bohaterki z rodziną i bratem w świecie po klimatycznej katastrofie, jest wiarygodna i przekonująca. Męczy mnie, tak naprawdę, ta druga: niby-przygodowa, niby jak z Verne’a z antyutopijnym twistem, a jak do tego dodać jeszcze zakończenie z jego trochę zbyt przewidywalnym i oczywistym twistem jak z filmu Nowej Przygody z lat 80. Fabularnie był dla mnie mało ciekawy, a naddaną literacką wartością (postacie, styl) też nie nadrobił.

“Lot wieloryba” Mileny Wójtowicz to z kolei sprawnie napisane i pomysłowe quasi-urban fantasy ze światami alternatywnymi i Koniunkcją Sfer piknikiem na skraju drogi zderzeniem światów w tle. Widać umiejętności i warsztat w tym, jak Wójtowicz mimochodem wprowadza informacje o świecie, nie obciążając czytelnika zbędnymi infodumpami. Jej tekst jest, owszem, typowo rozrywkowy, z bohaterką-stalkerką (jak z “Pikniku”, nie jak z kryminału!) z gatunku “pyskata, silna, twarda, rzucająca onelinerami, ze starannie ukrytym sercem”, dość w takiej fantastyce przewidywalnego, ale czyta się to bardzo przyjemnie. Największą zaletą tekstu jest kreacja świata – choć nie porażająco oryginalna, to spójna, pomysłowa i rozwojowa (grałabym w erpega w tym świecie!) – i konsekwentny ton pierwszoosobowej narracji bohaterki. Przy okazji: mam wrażenie, że chyba nie powinniśmy tak do końca wierzyć Malwie Sołtysiak, przestępczyni. Zwłaszcza, kiedy mówi, że czegoś nie czuje albo nie planuje. Wiecie co? Poprosiłabym więcej z tego świata.

“Jest nad zatoką dąb zielony” to dowód, że Agnieszka Hałas mogłaby częściej wychodzić poza swoje koronne uniwersum Krzyczącego w Ciemnościach i eksperymentować z innymi gatunkami, bo bardzo dobrze jej to wychodzi. Tu sięgnęła po soft SF bliskiego zasięgu, skupiając się wokół kwestii pamięci, świadomości i pogranicza życia i śmierci. Autorka sięgnęła po znane motywy – unieśmiertelnianie przez tworzenie cyfrowej kopii mózgu, śmiertelna choroba dziecka nieuleczalna nawet w tak zaawansowanym świecie – i w te wątki rodem dziś już z klasyki SF wplotła nastrojowy, baśniowy motyw rodem z Puszkina. Hałas bardzo ładnie buduje tu paralele między dwojgiem rodziców, zagrożonych stratą dzieci. W Leningradzie podczas hitlerowskiej blokady umierający z głodu i zimna Siergiej Chłudow nie ma żadnej nadziei, że jego ewakuowane nagle w środku zimy dzieci przeżyją. Trzy pokolenia później jego prawnuczka Wiera – potomkini córki Siergieja, ewakuowanej i ocalonej wbrew wszystkim nadziejom – mieszkająca w Niemczech programistka, obserwuje powolne i nieuchronne odchodzenie własnego kilkuletniego, śmiertelnie chorego synka, a jednocześnie – sięga we wspomnienia swej niemal stuletniej, cyfrowo unieśmiertelnionej babki, by spotkać w nich innego przodka. Ci dwoje – ojciec, który umrze, nie wiedząc, że jego dzieci żyją i matka, pewna, że jej syn musi umrzeć – spotkają się pół we śnie, pół na jawie w baśniowym miejscu nad zatoką i dowiedzą, że istnieje więcej niż jeden rodzaj nieśmiertelności. “Jest nad zatoką dąb zielony” dowodzi dużych literackich kompetencji autorki – no i brawo za śliczne pogranie Rusłanem i Ludmiłą Puszkina.

Anna Nieznaj w “Ognistym warkoczu” także gra elementami klasyki fantastyki naukowej, tyle że w jej przypadku elementy SF mają więcej wspólnego ze space operą: zagłada Ziemi, ucieczka, kolonizacja obcych światów. W ten świat autorka wpisuje historię dwóch kobiet: postarzałej podczas podróży narratorki i jej wybudzonej z kriogenicznego snu, a w efekcie młodszej od własnego dziecka nieneurotypowej matki, i ich decyzji, by zmienić losy kolonii i, w efekcie, być może świata. To jest, wbrew pozorom, raczej kameralny tekst, skupiony na wiarygodnych postaciach i ich emocjach, całkiem przy tym udany.

Generalnie Harda Horda to dobry zbiór: większość tekstów stoi na wysokim albo co najmniej przyzwoitym poziomie, kilka jest bardzo dobrych, jeden czy dwa – znakomite. Zupełnie nie przeszkadza ogromna różnorodność gatunkowa i literacka (mówię to ja, która preferuję antologie tematyczne). Z dużą ciekawością będę czekać na kolejną antologię autorek, zapowiadaną na rok 2002.

PS. Jeżeli uznać ten blog za kontynuację dawniejszego, tego z blox.pl, to blog właśnie obchodzi dwunaste urodziny. Najlepszego, blogu. Obyśmy się częściej spotykali.

Piorun zabija królowę

Z faktu, ze piorun może spaść i zrobić kuku, autorzy i autorki recenzowanego tu zbiorku powinni zdawać sobie sprawę. Bo za chwilę to im się może oberwać, od pioruna albo od wkurzonego ducha Juliusza Słowackiego. A przynajmniej słowem, od mocno zirytowanej recenzentki.

Wydawnictwo Filia przygotowało mianowicie na 2019 rok, z okazji 180 lat lat od pierwszej publikacji Balladyny Juliusza Słowackiego, tomik opowiadań, inspirowanych tymże dramatem. W zbiorze przeważają opowiadania kryminalne – jedynie opowiadanie Gai Grzegorzewskiej jest space operą, a raczej jej średnio udanym pastiszem.

Balladyna jest tekstem specyficznym: niejednorodnym, mieszającym różne inspiracje i różne literackie rejestry; wydaje się dzięki temu niezwykle wręcz wdzięcznym źródłem inspiracji. Zbiór współczesnych tekstów gatunkowych wynikłych z fascynacji dramatem Słowackiego – w momencie, w którym literatura gatunków sięga po inspiracje przeszłością często i chętnie – wydawałby się samograjem.

No właśnie. Wydawałby się. A co dostajemy?

Ano dostajemy zbiór, który nie broni się ani jako zestaw przetworzeń i różnych modeli recepcji tekstu-źródła, ani jako samodzielne dzieło/a literatury kryminalnej i fantastycznej.

Ta pierwsza kategoria rozczarowała mnie bodaj najbardziej. Spodziewałam się – bo ja wiem, czegoś bardziej pomysłowego niż wieczne ogrywanie idei “żona zabiła męża, siostra zabiła siostrę”? Tu coś oryginalnego i pomysłowego udało się stworzyć, moim zdaniem, wyłącznie Łukaszowi Orbitowskiemu. W jego opowiadaniu “Opowieść pioruna” Bala-Balladyna i Alina są, owszem, siostrami, ale ich relacja jest jak z Co się zdarzyło Baby Jane albo, może bardziej nawet, z Wszystko o Ewie. Nieprzypadkowo przywołuję tu tytuły klasycznych filmów – w świecie filmowym w końcu dzieje się akcja tekstu Orbitowskiego. Śliczna Alina wychodzi z biedy, robi karierę filmową, wychodzi za starszego producenta, spotyka mnóstwo autentycznych postaci polskiego kina, młodziutko umiera na raka; a kiedy już jest śmiertelnie chora, siostra Bala tłamsi ją swoją fałszywą miłością i nadopiekuńczością, by potem zabić ją symbolicznie: ukraść wdowca, życie i w końcu zastąpić całkowicie, czyli zagrać siostrę w poświęconej jej filmowej biografii. Chwała autorowi, że uciekł od prostych i banalnych rozwiązań, na które skusili się koledzy i koleżanki z tomu: tu zabójstwo siostry jest kradzieżą jej pamięci, a wygnanie matki – zrobieniem z niej w prasie alkoholiczki i dręczycielki. A Grabiec – Grabiec, mąż Bali, jest piorunem, od tatuażu, który ma na ramieniu. Tylko czy zabija królową? Orbitowski zostawił mnie z kilkoma pytaniami i z szacunkiem dla sposobu, w jaki odniósł się do tekstu Słowackiego – ale to nie jest opowiadanie dla mnie. Męczyły mnie w nim pojawienia się postaci autentycznych, mam co najmniej mieszane uczucia wobec dedykowania tej historii pamięci Anny Przybylskiej i generalnie ta “fanfikowość” nieco mnie irytowała – ale obiektywnie, to jest dobry tekst. Bezdyskusyjnie najlepszy w zbiorze, i literacko, i koncepcyjnie.

A co jest poza tym? Ano, na przykład jest otwierający zbiór Max Czornyj i jego pretensjonalnie zatytułowane opowiadanie “To nie jest kolejna ballada o miłości”. To nie jest też dobry pomysł na pierwszy tekst w tym zbiorze: nie wiem, kto uznał, że tomik dość konwencjonalnych i raczej tradycyjnych tekstów kryminalno-thrillerowych z małą domieszką fantastyki powinien otwierać się opisami wysysania skrzepów krwi z resztek uciętego penisa lub fantazji o kanapce ze smarkami. Tekst wydaje się być adresowany do nieco innego odbiorcy, niż reszta opowiadań w zbiorze i może robić mocno mylące wrażenie co do całości – a poza tym, powiedzmy to sobie szczerze, jest fatalny w każdej, ale to każdej możliwej płaszczyźnie. Zarówno minoderyjne zwroty do czytelnika, jak i szczeniacka fascynacja wulgarnością i obrzydliwością (tu jest więcej odmieniania przez wszystkie przypadki spermy, smarków, penisów – w tym odciętych – krwi, kału i moczu niż w przeciętnym podręczniku medycyny) niestety nie robią wrażenia oryginalnych ani buntowniczo wyzwolonych z konwencji, a jedynie, bądźmy szczerzy, nudzą. Zieeew. Ile można, po stu latach od Artauda i dwustu plus od markiza de Sade? Na dodatek cały ten festiwal szczeniackiej skatologii zahaczony jest nieciekawie i mocno pretekstowo w pierwowzorze. Wybór tego tekstu na otwarcie zbioru to był pierwszej klasy strzał w stopę – czytelnicy lubiący taką stylistykę nie znajdą w tomie nic innego podobnego, a ci, których mogłyby bawić pozostałe – mają spore szanse rzucić książką w cholerę.

Potem jest niezły Orbitowski, a po nim – poprawnie napisana, nudna, kompletnie nie odnosząca się do tekstu-wzorca (pseudonimy w cudzysłowach i żona z kochankiem mordujący męża to trochę maławo), przewidywalna przy tym do bólu opowieść o mafijnych porachunkach, czyli “Upadek” Marka Stelara. Czyta się to, Bogiem a prawdą, jak scenariusz drugorzędnego telewizyjnego thrillera – łącznie z niczym nie sygnalizowanym i mało przekonującym crossoverem z Konradem Wallenrodem twistem na koniec. Twistem, dodajmy, znanym co najmniej od czasu Morderstwa w Orient Ekspresie.

A potem Gaja Grzegorzewska spróbowała napisać pastisz space opery z kolesiem nazwiskiem admirał Kirk w głównej roli. Ma być gra z imieniem Kirkora i z konwencją, wychodzi na to, że żeby napisać udany pastisz konwencji, najpierw by trzeba tę konwencję nieco lepiej zrozumieć. Mnie przy lekturze chwilami skręcało z zażenowania na to, jak autorka próbuje pogrywać konwencją takiej właśnie stratrekowej space opery (tym całym technobełkotem, typowymi motywami wojny w kosmosie, androidami itd.). Na dodatek Grzegorzewska próbuje przenieść motywy z dramatu Słowackiego 1:1 (Kirk jako Kirkor, matka-inżynier i jej twory, androidy: A jak Alina i B – Balladyna, pas asteroidów o nazwie Las, w który idą/lecą dziewczyny, zbierać pokonanych wrogów, żeby się zdecydowało, czy admirał na pierwszą oficer wybierze A czy B, i tak dalej, i tak dalej) – i dokładnie do niczego to nie prowadzi.

Przez opowiadanie Małgorzaty Rogali “Beata” brnęłam z poczuciem, że czytałam to już tysiąc razy: zimna femme fatale, policjanci pozornie wybitni, ale zasadniczo gnani Imperatywem Narracyjnym (nie, nie będą o zabójstwo podejrzewać współlokatorki, która ostatnia widziała ofiarę, nawet kiedy nazwisko TEJ SAMEJ WSPÓŁLOKATORKI wypłynie w kolejnej sprawie o morderstwo i okaże się, że wcześniej rywalizowały o to samo stanowisko) i autorka starannie opisująca nam wszystkie uczucia, emocje i przeżycia postaci, zamiast je choćby minimalnie zasygnalizować. Nudne. To było przede wszystkim nudne.

Robert Małecki w swojej “Grze” też daje nam, na wejście, konwencjonalną do bólu parę policjantów: starzejący się mentor i młoda zdolna adeptka. Nazwiska postaci – Wdowska, Skiera, Kirkoś, Fijołek, Pustelnik – nawiązują do Słowackiego, a sama akcja toczy się, pozornie, wokół zabójstwa studentki, Aliny Wdowskiej, znalezionej z czerwonym śladem – raną wlotową – na czole, w domu bogatego a szemranego biznesmena. Alina jest tu malina i, jak się okazuje, luksusową prostytutką; Balladyna 2.0 to nazwa tajnej aplikacji do zamawiania usług podobnych jej kobiet. To jest zupełnie przyzwoite kryminalne opowiadanie, w odróżnieniu od innych z tego zbiorku wciąga, ale ma, z mojego punktu widzenia, dwie zasadnicze wady. Po pierwsze, dość bezsensownie się urywa – nie, to nie jest otwarte zakończenie, to jest co najwyżej jego leniwa podróbka z równie leniwym i mało pomysłowym twistem. Po drugie, co ono robi w tym zbiorze? Autor, owszem, żongluje imionami i nazwiskami ze Słowackiego, każe odegrać ważną rolę malinom, ale to trochę za mało na sensowne pogranie z tekstem. Szkoda, tu akurat był potencjał.

“Raz, dwa, trzy, znikasz ty” Marcela Woźniaka to kolejny kryminał (a jego bohater, prokurator Cyriak Mauer zwany Prorokiem, bije na głowę dotychczasowego króla pomylonych imion w polskim kryminale, Maria Ybla). Autor tu przynajmniej jakoś reinterpretuje historię Balladyny i Aliny – sióstr, niby bliźniaczek, ale regularnie określanych jako “starsza” i “młodsza”. Jedna z nich, jeszcze jako siedmioletnie dziecko, perfidnie odebrała drugiej szansę na adopcję do dobrego niemieckiego domu, by sama mogła tam pójść; w rezultacie tę pozostawioną spotkało w polskiej patologicznej rodzinie piekło na ziemi. Problemem w tym tekście jest kompletne nieprawdopodobieństwo wydarzeń: większość z nich dzieje się, bo autor tak chce (zastanawiam się, czy szaleńczo kochający mąż mógłby pomylić żonę, nawet po wypadku i ranie głowy, z jej wychowaną w zupełnie innych realiach, zniszczoną życiem siostrą, nie bliźniaczką? I czy naprawdę mógł istnieć we współczesnych czasach dom dziecka, gdzie programowo i z założenia rozdzielano przy adopcji spore, bo siedmioletnie, rodzeństwa?). Skądinąd, autorzy, motyw pt. “Bohaterka stała się Zła, bo miała Straszne Dzieciństwo, w którym spotkał ją m.in. gwałt, gdy była dzieckiem, a w jego wyniku ciąża i poronienie/ urodzenia martwego dziecka” naprawdę nie jest specjalnie dobry pomysł, żeby w rozrywkowym tekściku budować głębię postaci. Na dodatek cały ten paskudny motyw niczemu nie służy: przysięgam, nudna do bólu psychopatyczna morderczyni Alice-Beth w nowej Batwoman, też porwana za młodu, jest ciekawsza i wiarygodniejsza jako postać, a to już dużo mówi.

Ostatnie opowiadanie – “Królowa” Aleka Rogozińskiego – odwołuje się do Balladyny na meta-poziomie: bohaterką jest starzejąca się aktorka, grająca od dwudziestu lat główną rolę w sztuce Słowackiego. I mordująca na zawołanie rękami matki, siostry i ojca wszystkie rywalki, w liczbie dziewięciu (przykład: nasza bohaterka właśnie nie dostała roli w polsko-hollywoodzkim filmie wg Balladyny, kiedy producenci dostają telefon, że gwiazda, która miała grać, zginęła w wypadku). A na końcu, spojler, ale mała strata, piorun w postaci faceta zamordowanej asystentki, zabija królową na scenie. Gdyby ten tekst był lżejszy w tonie, bardziej komiczny – co skądinąd pasowałoby do postaci prowadzącej tu prywatne śledztwo nieco roztrzepanej asystentki i ostatniej ofiary aktorki, Sandry – może dałoby się w to uwierzyć. W tej postaci pozostaje tylko pokiwać głową.

Szczerze? Rozczarowana jestem. Większość tekstów wygląda, jakby napisano je na kolanie, bez specjalnego przemyślenia ich związków z dramatem Słowackiego, ale też bez specjalnej dbałości o zrobienie czegoś ciekawego w konwencjach i gatunkach, jakie reprezentują. Zamarzyła mi się teraz taka książka z opowiadaniami polskich fantastów – pisarzy i pisarek odwołujących się przecież chętnie do tradycji polskiej literatury. Jestem jakoś dziwnie pewna, że wyszłoby ciekawiej…

“Ja, legenda”

Idea stojąca za serią darmowych antologii i zbiorów opowiadań, wydawanych przez Fantazmaty, jest bardzo cenna. Z jednej strony coraz trudniej o debiut (w tym konkretnym przypadku – w ramach szeroko pojętej fantastyki). Z drugiej – czytelnikom wcale nie jest łatwo dotrzeć do ciekawych opowiadań, bo owszem, publikują je niektóre czasopisma papierowe i internetowe, ale w stosunkowo niewielkich ilościach, a i o zbiory opowiadań coraz trudniej. Tegoroczny sukces zbioru Harda horda to raczej wyjątek niż reguła. W takiej sytuacji idea, by udostępniać czytelnikom obszerne (i dodajmy, redaktorsko i edycyjnie bardzo starannie przygotowane) zbiory opowiadań autorów debiutujących bądź młodych stażem, jest naprawdę cenna. Zwłaszcza że – powiedzmy to sobie od razu – Ja, legenda zawiera kilka opowiadań naprawdę bardzo dobrych, a całość trzyma równy poziom.

Zacznijmy może od kawałka historii i kawałka wyznania na początek. Antologia powstała jako owoc konkursu ogłoszonego na forum fantastyka.pl i tam też można (lub można było) przeczytać pierwotne wersje opowiadań. To może być całkiem ciekawe – zobaczyć, jak z pomysłu, czasami literacko nie do końca oszlifowanego, albo z pierwszego szkicu rodzi się gotowy do publikacji tekst. W większości przypadków znałam obie wersje opowiadań z antologii i obserwowanie, co się w nich pod wpływem pracy z redaktorem zmieniło, było szalenie ciekawe. Skądinąd, jeżeli jest się (no nie oszukujmy się, jak ja) aspirującym autorem lub autorką, warto zrobić sobie takie ćwiczenie nawet na jednym tekście: pozwala to uzmysłowić sobie, że dobry redaktor nie jest wrogiem pisarza, a wręcz przeciwnie – może pomóc oszlifować pomysł  i pozwolić opowiadaniu rozwinąć skrzydła.

Przy tej okazji – obiecane wyznanie i disclaimer w jednym: znam część autorów, osobiście lub wirtualnie. Trudno, żeby było inaczej, polskie środowisko piszących i czytających fantastykę nie jest ogromne, a mnie się w różnych miejscach zdarzało udzielać. Wolę to jednak powiedzieć wprost – dlatego, że zamierzam sporo osób chwalić. Ale to nie są pochwały dla kolegów i koleżanek (a w jednym przypadku – dla osoby, z którą zdarza mi się pisarsko współpracować)  – to są pochwały uczciwie, moim zdaniem, zasłużone.

Legendę otwiera „Babel z moich snów” Alicji Janusz, tekst fantasy z ciekawym pomysłem na magię powiązaną z muzyką. Autorka umieszcza epizod z dziejów swojej bohaterki na tle alternatywnej, magicznej Europy (i kawałka Bliskiego Wschodu), wpisując dzieje młodej uczennicy maga-artysty, Audrey, w barwną historię klątwy i zemsty. Muzyka-magia jest najmocniejszym zdecydowanie punktem tego tekstu,  efektowny jest też nastrój, który udało się autorce wykreować. Mniej przekonują mnie relacje między postaciami i w ogóle ich psychologia – a że niewiara zawiesza mi się na twiście, który wprowadza rozwiązanie akcji, fabularnie tekst  mnie nieco rozczarował. Niemniej, umiejętności kreowania klimatu i pomysłowości światotwórczej nie można Alicji Janusz odmówić.
Generalnie pomysły na kreowanie światów fantastycznych to jest mocna strona tej antologii. Podobnie jest w „Zakrzywieniu czasozefiru” Kamila Kuliga, gdzie dwaj bracia-uczeni z mniej więcej naszego świata trafiają do rzeczywistości o obcej, innej fizyce. Ciekawszy zresztą w tym tekście wydaje się opis zasad budowy tego świata niż jego rzeczywistości – może po prostu na mnie jako czytelniczce sprawdza się założenie, że im więcej pozostawione wyobraźni, tym lepiej uzupełnia ona braki w pisanym tekście – ale autorowi udało się stworzyć niebanalne i żywe postacie braci-uczonych i umiejętnie wykreować napięcie między nimi. 
Efektownym konceptem są  też Płynne Formy w „Sercu szwajcarskiego bohatera” Weroniki Seliman, gdzie wybraną perspektywą sporej części narracji jest spojrzenie oczyma obcej – także na poziomie czysto biologicznej organizacji – rasy, a raczej czegoś, co się nią wydaje. Spaceoperowy klimat – opuszczone statki, dziwne obce rasy, kosmiczne konflikty, ożywione SI  – jest tu tłem dla oryginalnie opowiedzianej historii konfliktu, w którym „walczący” nie do końca zdają sobie sprawę nie tylko z tego, jakie będą konsekwencje ich zaangażowania, ale nawet, tak naprawdę, z kim walczą. Autorka stara się oddać obcość Płynnych Form także na poziomie językowym, kreując elementy mowy i wybierając nietypowe formy gramatyczne dla swoich postaci. Subiektywnie, czegoś mi w tym opowiadaniu zabrakło na poziomie czysto emocjonalnym, ale odmówić mu solidnego warsztatu i pomysłu nie można.     
Spaceoperowy w charakterze jest także „Status ofiary ściśle reglamentowany” Jerzego Bogusławskiego, ale tu z kolei to imaginarium służy nie tyle kreacji efektownego obcego świata czy rasy, a skonstruowaniu skomplikowanej fabuły, odnoszącej się do zagrożeń i zjawisk znanych jak najbardziej i z naszego świata, w tym przede wszystkim kwestii wojny hybrydowej i jej skutków, a wśród nich – konsekwencji  dla pojedynczego człowieka, który znalazł się na celowniku władzy. Bogusławski nie boi się eksperymentów formalnych – rozbija narrację nagłówkami, fragmentami oficjalnych wypowiedzi i tym podobnymi konstrukcjami, w ten niebanalny sposób wprowadzając kolejne, dodatkowe elementy świata przedstawionego. Przy czym stwierdzenie, że chyba nie o światotwórstwo w tym tekście chodzi (a przynajmniej nie jest to pierwszy cel), nie zmienia faktu, że wizja tegoż świata w opowiadaniu Bogusławskiego jest intrygująca i bogata.

Udaną wariacją na temat space opery jest „Louise” Magdaleny Wilk, gdzie pozornie dość typowa akcja – rozbitkowie na groźnej, śnieżnej planecie – umieszczona w znanych z klasyki gatunku dekoracjach (statki kosmiczne, opuszczone kosmoporty, ucieczki i strzelaniny, ponury półświatek) jest w interesujących sposób skontrapunktowana wiarygodnym opisem relacji między tytułową bohaterką a towarzyszącym jej obcym, którego przez sporą część akcji bierzemy za kogoś innego, niż to, czym się ostatecznie okazuje. 

„Jestem legenda” Marzeny Zawierskiej jest z kolei opowiadaniem, w którym obraz naszej rzeczywistości – bardzo konkretnej, inspiracja dla postaci himalaisty jest oczywista od pierwszego jego pojawienia się – z kreacją fantastycznego świata górskich istot i ich cywilizacji. Muszę przyznać, że jest to tekst, który podobał mi się zdecydowanie najmniej z całego zestawu: ani nie przekonuje mnie postać sportowca i jego motywacje, ani cywilizacja anaeredów, małych a dobroczynnych stworków w postaci podobnej do myszek, nie intryguje (a ich nie najlepiej wymyślony język tylko do tego niezadowolenia się dokłada). Tekst  wydaje mi się pęknięty, niespójny: z jednej strony wzniosła (aż do przesady) walka himalaisty z górą, której postanowił nie odpuścić – górą, dodajmy, de facto upostaciowaną, z drugiej – puchaty, bajkowy świat gumisiopodobnych anaeredów i ich dylematy, czy ludzie ich polubią, czy nie. To chyba jedyne opowiadanie zbioru, w którym nie znalazłam nic, co by mnie w jakimś choćby stopniu, jak czytelniczkę, porwało czy zaintrygowało.

Nie wszystkie jednak teksty antologii skupiają się kreowaniu obcych, fantastycznych światów czy istot. Ja, legenda jest zbiorem mocno eklektycznym pod względem gatunkowym i zawiera opowiadania formalnie i koncepcyjnie bardzo się od siebie różniące – a wiele z nich zakłada wplecenie elementu fantastycznego w realia mniej lub bardziej przypominające nasz świat. Tak jest zresztą w przypadku najlepszych, moim zdaniem, tekstów w zbiorze: „Kroków Komandora” Agnieszki Fulińskiej, „Fischerköniga” Krzysztofa Rewiuka i „Szóstej minuty na językach” Krzysztofa Matkowskiego.  

„Kroki Komandora” i „Fischerkönig” mają sporo wspólnego, zarówno gdy chodzi o koncepcję, jak i o osadzenie w czasie i przestrzeni. Obydwa zderzają fantastyczne elementy ze światem dziewiętnastowiecznej Europy – i obydwa używają jako punktu odniesienia opery. W opowiadaniu Rewiuka to operowe skojarzenie jest świadomie umieszczone wewnątrz świata przedstawionego: bohaterami są Ludwik II Bawarski i Lohengrin, mistyczny rycerz z opery pod tym samym tytułem, a muzyka Wagnera pełni funkcję łącznika pomiędzy światami: to jej odtworzenie sprowadza rycerza z zamku Graala na smutny bal na dworze szalonego króla. Lohengrin jest tu zresztą w roli podobnej raczej do Parsifala, tytułowego bohatera innej opery Wagnera: pojawia się, nie rozumiejąc świata dookoła i nie wiedząc, co to za miejsce i jaka ma w nim być jego rola, a przychodzi nie tyle po to, by ratować króla (jak Lohengrin operową Elzę), co by przynieść mu paradoksalnie i dziwacznie rozumiane wybawienie i odkupienie.

O ile Rewiuk swoim tekstem wpisuje się w tradycję wpisywania fikcyjnych i fantastycznych wyjaśnień w wątki kluczowych historycznych wydarzeń – tradycję sięgającą co najmniej Aleksandra Dumasa – o tyle „Kroki Komandora” Agnieszki Fulińskiej postacie z pierwszych stron historii mają raczej w tle. Na pierwszym planie jest postać nie tyle fikcyjna (pan hrabia ma swój historyczny pierwowzór), co mocno sfikcjonalizowana i w dużym stopniu wykreowana przez autorkę. To opowiadanie bodaj najciekawsze w zbiorze, gdy chodzi o sposób prowadzenia narracji. Nie dość, że w postaci André Pontisa dostajemy punkt widzenia nie tylko mocno niewiarygodny, ale i będący przy tym czarnym charakterem, to na dodatek autorka wpisała w swój tekst dwie postacie, które stanowią jego – a przy tym swoje nawzajem – zwierciadło. Nemezis Pontisa jest Człowiek z Tulonu – ale przecież ludzi z Tulonu jest w tym tekście dwóch: jednym jest, jak się nietrudno z tekstu domyślić, Napoleon Bonaparte, drugim – enigmatyczny inspektor Vidocq. Obaj bohatera mniej lub bardziej realnie prześladują, z oboma się zestawia i w jakiś dziwny sposób z oboma przegrywa, choć ma za sobą wsparcie jakiegoś rodzaju siły zła, o Lovecraftowskim raczej niż szatańskim rodowodzie. To nie jest łatwy w odbiorze tekst – skomplikowanej narracji towarzyszy spora porcja historycznej i kulturowej erudycji, a konstrukcja tekstu oparta jest o aluzje do Don Giovanniego Mozarta – ale warto się w niego zagłębić.

Trzecie z najbardziej przeze mnie cenionych opowiadań zbioru to „Szósta minuta na językach” Krzysztofa Matkowskiego. „Szósta minuta…” jest swoistą wariacją na temat low fantasy, gdzie w bardzo codziennym, współczesnym świecie, pełnym celebrytów, tabloidów i trollingu – pojawiają się czarodzieje. Ba, pojawia się wojna czarodziejów – a raczej prywatna wojenka tytułowego bohatera, Czarka Marnego, z tajemniczym wrogiem. W tej wojnie, owszem, walczy się na magię – ale też korzysta się z plotkarskich czasopism, portali internetowych i walki na plotki. Matkowski, co udowodnił już w innych swoich opowiadaniach, ma ogromną wyobraźnię i duży talent do kreowania fantastycznych, zatrącających chwilami o groteskę zderzeń naszego realnego świata z Niesamowitym. Także i w tym tekście – opowiadaniu o małych, zwykłych ludziach władających (na nieszczęście swoje i innych) całkiem sporą magią, ta sztuka mu się udaje.

Wśród tekstów w zbiorze pozytywnie wyróżnia się także „Nowy gracz na rynku many” Sylwii Finklińskiej, brawurowo żeniący rosyjskie, wojenno-gangsterskie klimaty ze światem, który w pierwszej chwili wygląda jako mariaż postapo z cyberpunkiem, ale w rzeczywistości okazuje się mieć sporo wspólnego z pokrętną i dziwaczne rozumianą fantasy. Finklińska ma świetny słuch językowy – tak dialogi, jak i narracja w tym tekście płyną, są barwne i potoczyste, a przy tym, przy całej mnogości rusycyzmów i przekleństw, uwodzą czytelnika rytmem i stylistyczną urodą. Koncepcyjnie ten tekst też jest efektowny i pomysłowy, a poza tym – jako jeden, tak naprawdę, z nielicznych w zbiorze – świetnie związany z tytułowym byciem legendą.

„Instrukcja obsługi drzwi/Latać jak ptaki” Łukasza Skonecznego ma szalenie ambitny i oryginalny pomysł wyjściowy. Jeśli dobrze rozumiem autorskie intencje, to zmiana magnetosfery Księżyca ma wywołać zmianę magnetosfery Ziemi, a co za tym idzie – możliwość stworzenia nowego paradygmatu myślenia, możliwość blokowania różnego rodzaju dewiacji i problemów psychicznych i tym podobne. Niestety, między Strefą 51, żartami z nazwisk i tajnych agentów, tragedią rodzinną bohatera, znikającym i pojawiającym się menelem, problemami z finansowaniem badań na uczelni, testami na pedofilach i kanibalach a panem Twardowskim na kogucie ten znakomity pomysł nieco się gubi – podwójny tytuł to dopiero początek komplikacji w tym tekście. Na tej pizzy, że tak powiem, jest nieco za dużo dodatków – każdy smaczny, razem nieco, hmmm, dezorientujące i chaotyczne. 

Tekstem opartym na jednym efektownym pomyśle jest „Rdza” Justyny Maciny, w której tajemnica rdzawej substancji, która zaczyna pokrywać wszystko w okolicy, jest w warstwie fabularnej zestawiona z zagadką bohatera-narratora: po co chodzi on do lasu, zawsze w jedno i to samo miejsce? Po co, jak sam mówi, kopał tam dół? I jaki ma to związek z ulegającym na jego oczach przemianie światem? To niepokojący i intrygujący tekst, od którego trudno było mi się oderwać.      

Jest w zbiorze Ja, legenda trochę opowiadań dających łatwo wpisać się w konkretne konwencje fantastyczne. Należy do nich na przykład udane i efektowne postapo „Clean  up & Go” Michała Pięty, dziejące się w schronie, w którym atomową zagładę przeżyła grupa pracowników zatrudnionej przez armię firmy sprzątającej.  W nurcie postapo mieści się też intrygujący „Deszczowy żołnierz” Filipa Laskowskiego, w którym życie ocaleńców w dziwacznym, przefiltrowanym przez skrzywioną percepcję bohaterów świecie jest pretekstem nie tylko do opisu otaczającej ich rzeczywistości, ale i do subtelnego i wiarygodnego zarysowania łączących te tak bardzo od siebie różne osobowości więzów. Opowiadanie wyróżnia się dodatkowo bardzo efektownym stylem i pomysłową metaforyką; świetnie mi się je czytało. Z kolei „Kilka rzeczy do zrobienia” Krzysztofa Górskiego łączy pewne elementy sztafażu postapo ze space operą: akcja, która w pierwszej chwili wydawała mi się umieszczona w odradzającej się po upadku cywilizacji, dzieje się tak naprawdę w kosmosie, na skolonizowanej przez ludzi planecie, na której zjawienie się człowieka ewidentnie przyspieszyło ewolucję lokalnego gatunku. Gdybym jeszcze, czytając, mogła uwolnić się od fabularnych skojarzeń z Jak wytresować smoka

Obok takich dość łatwo definiowalnych gatunkowo opowiadań w zbiorze jest także kilka tekstów niemożliwych do prostego przypisania. Wyróżniają się tu przede wszystkim filozofująca „Dzwoneczek i klub solipsystów” Michała Brzozowskiego – inteligentny, sarkastyczny i pozornie łatwy w lekturze mini-traktacik o kwestii bytu i niebytu, oraz „Karpia dzień, czyli JaFonowi wypaplane” Dariusza Skrzydło. Ten ostatni tekst, odważny językowo i formalnie („słuchamy” nagrań narratorki, wystylizowanej na groteskową dresiaro-blacharę), jest, paradoksalnie, konserwatywną dystopią, którą poznajemy przez monolog postaci, która też okazuje się być trochę czym innym, niż się wydaje… Pewne elementy groteski i sporo satyry widać także w „Zwykłym szarym Heniu i korpoprzyjacielu” Mateusza Hengiera, opowiadaniu, które skupia się na ponurej w gruncie rzeczy historii człowieka uwikłanego w kontrolującą wszelkie aspekty jego życia pracę (i to pracę kontrolera biletów!).   

Przy lekturze „Siódmego dnia” Michała Woźnego towarzyszyły mi natomiast skojarzenia z Kantyczką dla Leibowitza – tekst Woźnego jest zapisem ostatnich chwil przed (odwołanym) końcem świata, widzianym z punktu widzenia upadającego kościoła katolickiego. Opis niewidomej dziewczyny-papieżycy i jej doznawania świata jest literacko bardzo ładny i z dużą wyobraźnią opisany – choć ciekawe postaci i intrygujący świat aż by się prosiły o rozszerzenie; chętnie bym poznała powieść z tego świata, nie tylko niedługie opowiadanie. Pozostałam natomiast nieprzekonana przez „Skalę wartości” Miłosza Śmiałka – może przez fakt, że działał mi na nerwy główny bohater, może przez narrację w czasie teraźniejszym, za którą nie przepadam, a może dlatego, że przez sporą część tekstu mamy do czynienia ze szkolną opowiastką o młodym buntowniku, przeplataną równie szkolną analizą fragmentów Hamleta, a fantastyczność (i niesamowitość, choć tak naprawdę mocno metaforyczna) pojawia się dopiero w końcowej części tekstu.

Lekko parodystyczna „Farsa” Michała Puchalskiego, odwołująca się do dobrze znanego nurtu tworzenia pastiszów i parodii arturiańskich opowieści (jak by to powiedzieć, Jankes na dworze króla Artura ukazał się w 1889…) jest tekstem bardzo sprawnie napisanym, ale nie wywołała we mnie jakichś szczególnych emocji. Lepiej czytało mi się podobną w założeniu, tyle że opartą na wątkach z klasycznych baśni, „Jedną długą noc” Katarzyny Szymonik, gdzie literackie i baśniowe bohaterki spotykają się na blokowisku w dzisiejszych Kielcach. Obydwa te opowiadania fabularnie nie porywają i są dość przewidywalne i nieco za długie, ale bohaterki Szymonik wydały mi się ciekawsze od rycerzy i czarodziejów Puchalskiego. Baśniowe inspiracje widać także – obok innych motywów – w nierównej, ale obiecującej „Dzikusce” Michała Stachnika, która zaczyna się od trzęsienia ziemi: szalenie efektownej literacko, a doświadczanej przez jedną z bohaterek wizji Jezusa niosącego krzyż; potem niestety zamienia się w starannie literacko napisaną, ale fabularnie przewidywalną i przez to rozczarowującą kronikę życia rodziny wilkołaków, z ukłonami w stronę baśni o Czerwonym Kapturku i pojawiającymi się postaciami braci Grimm. Szkoda, początek zapowiadał trochę inne opowiadanie – co nie zmienia faktu, że będę śledzić kolejne teksty tego autora.  

A jak już mowa o tekstach, które mnie nie zachwyciły – zalicza się do nich „Sztuka Gordiana del Monte” Marka Betlejewskiego, bo ileż średnio pomysłowych koncepcyjnie wariacji na temat Portretu Doriana Graya skrzyżowanego z Draculą i okraszonego z lekka umoralniającym finałem można w życiu przeczytać? Trzeba jednak autorowi przyznać, że tekst jest bardzo sprawnie skomponowany i napisany barwnym językiem – do mnie jako czytelniczki nie trafił, ale odmówić mu solidnego warsztatu nie można. Sprawna językowo i kompozycyjnie jest też „Przygoda wesoła i niebezpieczna Pupca Sierotki” Łukasza Kulińskiego, zdradzająca swoje inspiracje już mottem z Dyla Sowizdrzała de Costera, ale żeby ją w pełni docenić, trzeba by lubić ten rodzaj parodii, a nie jest to stylistyka, za którą bym przepadała: jestem w stanie wytrzymać dość ograniczoną ilość dowcipów o pupie, kupie i kradzeniu cnoty, a w tym tekście jest ich mnóstwo.

Generalnie, zbiór Ja, legenda jest bardzo zróżnicowany – zarówno tematycznie, koncepcyjnie, gatunkowo, jak i gdy chodzi o realizację tytułowego motywu. Są teksty, które opierają się na idei bycia/stawiania się/ pragnienia stania się legendą (jak przykładowo „Nowy gracz na rynku many”, „Kroki Komandora” czy „Dzwoneczek i klub solipsystów”), ale zdarzają się i takie, gdzie motyw ten potraktowany jest pretekstowo. Co ważniejsze, opowiadania w zbiorze trzymają, moim zdaniem, solidny i równy poziom. W tak obfitej kolekcji zawsze oczywiście znajdą się takie teksty, które zrobią na konkretnym czytelniku większe wrażenie, i takie, które przekonają mniej, ale Ja, legenda nie zawiera ani jednego tekstu, który bardzo wyraźnie odstawałby na minus poziomem. Polecam z całego serca, także tym, którzy szukają swoich typów na nominacje do nagród literackich w kategorii „Opowiadanie”.