Stary blog: “Hamilton”

W ramach odgrzebywania stareńkich notek – taka sprzed dziesięciu lat, o nowym wówczas musicalu.

Hamilton (1): dramat

To nie będzie jedyny wpis na ten temat – nie mógłby być, mam od miesiąca muzykę z Hamiltona w głowie bez przerwy i osiem stron notatek do wpisu o niej, come on – ale będzie pierwszy z serii. I nie będzie o muzyce. Ba, nawet o tekstach – w sensie o ich detalach, poetyce itd. – też nie będzie.

http://www.npr.org/2015/09/21/440925873/first-listen-cast-recording-hamilton

On będzie o czymś, co, skądinąd, bezskutecznie od paru dni wyobrażałam sobie w polskich realiach. O Hamiltonie Lina-Manuela Mirandy jako o dramacie.

To jest przecież, summa summarum, dokładnie to: tekst literacki, przeznaczony do realizacji scenicznej, w tym przypadku ujęty konkretnie w formę libretta dla musicalu. I o tym dramacie – w sensie, o jego konstrukcji, o przyjętych założeniach, o koncepcji i konwencji i – nieśmiało i niepewnie – o tym, co się stało, że to zaczęło działać tak, jak działa, a działa, powiadam wam ja, ale nie tylko ja, fantastycznie.

No więc dobrze, dramat. Pisanie dramatów o postaciach historycznych nie jest łatwe (a ich czytanie/oglądanie, że się przyznam, to coś, co lubię, choć czasem lubię trochę masochistycznie). Nie jest łatwe bo, na przykład, wszyscy wiemy, co będzie – a nawet jak natychmiast nie wiemy, to przecież jesteśmy o kliknięcie od sprawdzenia, co się było stało z bohaterami. No oczywiście, pisanie dramatów historyczno-biograficznych jest też modne i bardzo na czasie (kto nie wierzy, niech może zerknie może na ostatnie 2-3 lata nominacji Oscarowych i policzy biografie oraz filmy oparte na faktach, co? Scenariusz filmowy też jest przecież formą dramatyczną), ale jednak, jednak, nie zawsze działa. Możesz mieć fantastyczną historię, fascynującą postać i naprawdę bardzo dobrego i mającego pomysł na postać jej odtwórcę, a i tak ciągle masz szansę, że wyjdzie ci niezła, poprawna, nie porywająca rzecz (nie, zupełnie nie patrzę na taką Imitation Game, ależ skądżeż. Ani na, powiedzmy, Aviatora, że wymienię tylko dwa pierwsze z brzegu niezłe przy tym, summa summarum, filmy).

No to dobrze. Zrób sobie, człowieku, tę krzywdę: wymyśl, że napiszesz dramat na dwie godziny grania w oparciu o osiemsetstronicową biografię. I że napiszesz go o pomnikowej postaci z historii walk o niepodległość w twoim kraju.  I że on będzie, bo być musi, o kluczowych momentach wczesnej tegoż kraju historii. Gotowe, możesz siadać i pisać swój Oscarowy pomnikowy tekst.

Albo nie.

Albo możesz napisać go wbrew, jak Miranda napisał Hamiltona. Hamilton jako dramat sprawdza się fantastycznie (sprawdza się również fantastycznie jako libretto, na poziomie tego, jak napisane i skomponowane literacko są poszczególne teksty, ale o tym innym razem), a sprawdza się, moim skromnym zdaniem, także dlatego, że autor wymyślił sobie znakomity sposób, żeby nas-odbiorców w ten dramat zaangażować, żeby nam go sprzedać. Miranda w Hamiltonie gra w unowocześnianie historii swojego bohatera/ swoich bohaterów, ale unowocześnianie specyficzne – on uwspółcześnia nie postacie (jak, powiedzmy, Shaffer Mozarta w Amadeuszu), tylko sposób mówienia o nich. On ich nie zrzuca z piedestału, nie odbrązawia – raczej podaje im rękę i pozwala zejść z pomnika i przemówić ponad tym 250 laty, ćwiercią tysiąclecia różnicy, żebyśmy zobaczyli w nich ludzi, a nie postacie z okładek książek, z banknotów i portretów.

Hamilton musiał być, jeżeli miał być historią całego życia tytułowego bohatera, dramatem, w którym splatają się co najmniej trzy płaszczyzny, trzy kłócące się ze sobą formuły i tematy. Musiał być epickim, podnoszącym na duchu i, nie bójmy się tego słowa, patriotycznym dramatem o wygranej wbrew wszystkiemu wojnie młodego kraju o niepodległość przeciw potężnemu kolonialnemu mocarstwu. Musiał, po drugie, być gęstym i skomplikowanym scenariuszem o politycznej wojnie o kształt państwa i narodu – sztuką o prezydenturze, o gabinetowych rozgrywkach, wyborach, banku centralnym, polityce zagranicznej i podatkach. No i musiał, oczywiście, być psychologiczno-obyczajową tragedią o historii i żywocie tytułowego bohatera, który nie ma nic, zyskuje wszystko i wszystko z siebie daje, traci za dużo i umiera za wcześnie.  Każda z tych form wymaga czego innego, każda jest, nie oszukujmy się, wymagająca i zazdrosna – kiepsko godzi się bowiem z pozostałymi, bo niełatwo być patriotycznie wzniosłym i psychologicznie bezlitosnym, niełatwo pogodzić subtelne analizy relacji zdradzanej żony i niewiernego męża z koncentracją na politycznych machinacjach w korytarzach władzy.

No więc Hamilton jest tym wszystkim (a teraz sobie dołóżcie, że jest tym wszystkim, zachowując rygorystyczną i wymuszoną wymaganiami gatunkowymi stylu/-ów muzyki formę poetycką!), i to jest tym wszystkim w sposób niezwykle, moim zdaniem, udany.

To jest dramat o państwie i o ludziach. O państwie, które się rodzi w wojnie i pokoju, pod przewodnictwem polityków bezdyskusyjnie wielkich (Waszyngton) i takich, którzy chwile wielkości miewają, o państwie, w którym polityka bywa, owszem, brudna i niemądra, ale oglądając, nie mamy wątpliwości, że to wszystko do czegoś prowadzi i coś ma zbudować. Założenia tego nowego państwa oglądamy wyłożone, bardzo filmowo, nie wprost, a w kontrastach, aluzjach, zestawieniach. Konflikt angielsko-amerykański, a konkretniej lojalistyczną i brytyjską jego stronę, widzimy przede wszystkim w wypowiedziach  dwóch postaci: w krótkim a jadowitym no-powiedzmy-dialogu między Alexandrem Hamiltonem a biskupem Seaburym, gdzie ton oryginalnej polemiki Hamiltona oddany jest ostrym muzycznym i poetyckim skontrastowaniem ich wypowiedzi; kwestia lojalistów zostaje podsumowana i, nie oszukujmy się, ośmieszona tym jednym uderzeniem. Kwestia z kolei stosunku samej Anglii do tego, co się dzieje,  wychodzi oczywiście w monologach króla Jerzego, o których pewnie napiszę więcej, kiedy będę pisać o tekstach w Hamiltonie – ale tutaj podkreślę jedno, a mianowicie konsekwentne ukazywanie w wypowiedziach Jerzego III relacji kolonia-metropolia w kategoriach toksycznego związku i małżeństwa z domowym tyranem i facetem nie stroniącym od przemocy domowej. To jest część tej strategii uwspółcześniania – a tak naprawdę, nie tyle uwspółcześniania postaci, co opisywania relacji między krajami, między partiami i między ludźmi tak, żeby je przybliżyć i uczynić zrozumiałymi. I nie, nie próbuję powiedzieć, że współczesny widz nie zrozumie niuansów historii bez takiego jej przepisania – chcę raczej powiedzieć, że takie paradoksalne potraktowanie historii pozwala, w tym konkretnym dramacie, odebrać ją nagle osobiście, personalnie – poczuć, przez te wszystkie warstwy narracji podręcznikowych, filmowych, historiograficznych, patriotycznych, przez izolacyjną warstwę 250 lat to, jak osobiście i emocjonalnie ci wykorzystywani i ci zaskoczeni porzuceniem przez kolonię mogli tamte wydarzenia odbierać. Już nie mówiąc o tym, że taki wybór formuły i języka sam sobie jest oceną etyczną racji, nieprawdaż?

Miranda rozwiązuje w podobny sposób – przybliżeniem, przez pojedyncze sceny i monologi/dialogi – kwestię prezentacji sporej części politycznej części swojej sztuki; pryncypium demokracji amerykańskiej, jaką jest kadencyjność władzy, kwestii rozumienia roli banku centralnego, problemów powstawania i kształtowania się partii politycznych – ale też gabinetowych mniej lub bardziej brudnych rozgrywek (jak w The Room Where It Happens, gdzie zakulisowe rozgrywki na najwyższych szczeblach władzy skomentowane są subtelnie przez fakt, że ta sama tytułowa fraza użyta jest gdzie indziej w dramacie na określenie zdrady małżeńskiej/romansu; to jest zresztą w ogóle ulubiony zabieg autora, takie używanie tych samych fraz w wielu znaczeniach, ale o tym to ja więcej może w następnej notce, OK?).

To jest bardzo, bardzo dramat o Ameryce. I to bardzo, bardzo widać w tych fragmentach, które poświęcone są wojnie o niepodległość i rewolucji amerykańskiej: te wojenne passusy są pełne, tak, triumfu i dumy (patrz: The Battle of Yorktown), a jednocześnie nie ma w nich nic z irytującego często odbiorców poza USA patetycznego zadęcia (tak, mam na myśli te wszystkie sceny z flagą na wietrze, you name the movie). Może dlatego, że Miranda wyraźnie podkreśla, że to jest triumf ludzi, nie tylko ludu – ludzi, do których już zdążyliśmy poczuć sympatię i podziw i szacunek. I że to są ludzie… różni. Różniący się od siebie. Imigranci i koloniści, dopiero się uczący, jak być narodem – i tak, nie mam najmniejszych wątpliwości, że to subtelne, ale mocne podkreślenie tego, że to  oni razem wszyscy współtworzyli USA, wraz z wyborem konkretnych inspiracji – czarną amerykańską muzyką w mnóstwie jej odmian, ale też np. tradycją klasycznego musicalu, plus, oczywiście, decyzje obsadowe – jest w oczywisty sposób polityczną deklaracją tego, jak Miranda rozumie swój kraj, jego inspiracje, dziejowy sens jego istnienia i kierunek, w którym powinien on pójść. To jest kraj dla wszystkich, stworzony przez różnych ludzi – i te decyzje, o których mowa była przed chwilą, decyzje muzyczne i tekstowe i obsadowe pokazują to bardzo wyraźnie. To, jak to jest napisane, przez kogo i jak śpiewane, jest deklaracją: ta historia jest nas wszystkich, o nas wszystkich, nasza wspólna, wszyscy mamy do niej prawo – a jednocześnie tamta walka, dziś tak oczywista, była wtedy dla wielu mniej więcej równie niezrozumiała, jak konflikty, na przykład rasowe, bywają ciągle dzisiaj.

No więc to jest dramat o polityce i dramat o państwie. Ale, przede wszystkim przecież, to jest dramat o człowieku w sercu tej polityki i blisko steru tego państwa. Miranda, który napisał tu rolę Alexandra Hamiltona dla siebie samego, wygrywa po części na tym, jak nam tę postać przedstawia. Generalnie, Hamiltona poznajemy z relacji pozostałych postaci, w tym narratora-uczestnika wydarzeń, o którym za moment, oraz z jego własnych refleksji, monologów, komentarzy. Idea, że narratorem w tym dramacie będzie człowiek, który zastrzelił Hamiltona w pojedynku – o czym, nawet gdybyśmy jakimś cudem nie wiedzieli, Aaron Burr mówi nam od razu w pierwszym utworze w tym musicalu – jest znakomita (acz nie jest tak, że nikt tego wcześniej nie wymyślił, oczywiście). Jest znakomita bo, po pierwsze, od początku rysuje nam nieunikniony konflikt między dwiema centralnymi indywidualnościami dramatu. Po drugie, bo przyjmując od początku, świadomie, perspektywę z zewnątrz, spoza współczesności bohatera (perspektywę, skądinąd, akurat przez libretta musicalowe lubianą, bo i Evita i Elisabeth, że rzucę dwoma pierwszymi skojarzeniami, jakie mi do głowy przychodzą, mają podobnie), Miranda może od pierwszej chwili pokazać nam, jasno, w oczy i wprost, to, o czym bohater mówi wielokrotnie i o co się martwi: jego dziedzictwo.  Docelowy amerykański odbiorca jest teoretycznie tego dziedzictwa doskonale świadomy – ale tutaj, w otwierających i zamykających całość libretta ansamblach, dostajemy to dziedzictwo jak na dłoni: i to podręcznikowe, z osiągnięciami dla kraju i historii, ale i to osobiste, to, o które tu może najbardziej chodzi – historię imigranta, biedaka, nadambitnego i piekielnie zdolnego chłopaka znikąd, jego wspinaczki, wojny z okolicznościami, walki ze światem i wychodzenia, wbrew pochodzeniu i wbrew początkom, coraz wyżej i wyżej i wyżej.

Wiemy, jak to się skończy: jak się skończy życie Hamiltona, jakie będzie jego życie po życiu. Wiemy od razu, kto go pokocha, znienawidzi, wesprze, zabije – wiemy to jeśli nie z historii, to z pierwszego, tytułowego utworu całości. Postacie mówią nam w nim o swoim przeznaczeniu, określają się – po czym, oczywiście, świadomie zaprzeczają tym określeniom w całym dramacie, bo przecież jest w nich znacznie więcej; taka Eliza Hamilton jest, och, znacznie więcej niż tylko kobietą, która kochała męża. Nie dostajemy typów postaci ani ilustracji z podręcznika, dostajemy bohaterów, którzy są, owszem, sobą z historii (nie mamy tu rewizjonistycznych przetworzeń ani zmian), ale też sobą, w sensie – są ludzcy, są starannie scharakteryzowanymi, wiarygodnymi postaciami (o czym pewnie więcej następnym razem).

Tekst dramatu jest celowo niejednorodny stylistycznie i językowo, od cytatów i kryptocytatów z tekstów z epoki, przez odwołania do literackiej klasyki, do piśmiennictwa o Hamiltonie, ale także do klasyki i stylistyki tekstów tych gatunków muzycznych, które są tu wykorzystane, w tym między innymi hip hopu; raz tradycyjny, raz celowo i świadomie współczesny, gra z czytelnikiem w warstwie językowej tak samo, jak gra w konstrukcji tekstu i fabuły. A jednocześnie przecież ten świadomy synkretyzm jest też zaplanowaną częścią komentarza na temat Ameryki i jego niejednorodność, współgranie różnych elementów, mówi coś o wizji kraju, jaką autor zakłada. To jak ja jeszcze dodam, że na dodatek wspomniane w paragrafie wyżej ujęcie dziejów bohatera w klamrę, gdzie kluczem jest narracja z punktu widzenia/ w odniesieniu do tych, którzy przeżyli, ma swoje odbicie a rebours w będącej inspiracją dla libretta biografii Hamiltona pióra Rona Chernova – Chernov zaczyna 50 lat po śmierci Alexandra, opowieścią o Elizie Hamilton, wdowie po nim, Miranda bardzo podobnie ujętą opowieścią o niej, w pierwszej osobie, zamyka – to będzie chyba widać, jak – na jakim poziomie skojarzeń, dwu- i  wieloznaczności, aluzji i odniesień to wszystko funkcjonuje. Jak chodzi o zrealizowanie zadania niemożliwego  napisz amerykański dramat, w kilku gatunkach naraz, o herosie rewolucji amerykańskiej i postaci z pomników i podręczników, i napisz go tak, żeby ludzie płakali i odczuwali ten dramat osobiście – to jest wykonanie 200% zadania.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (5): Marta Kisiel, “Idzie, powtarzał wiatr”

No to się doczekałam. Przy prywatnej liście opowiadań-“kandydatów” do tegorocznego Zajdla liczącej w tej chwili kilkanaście pozycji dostałam nagle jak obuchem tekstem, który do piątki, na listę pewniaków trafił z marszu, dzisiaj.

Krótko mówiąc, jest tak:

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Dzisiaj, niespodziewanie, piszę o opowiadaniu autorki, która tak naprawdę reklamy nie potrzebuje. Marta Kisiel ma nie tylko kilka nominacji do Nagrody Zajdla i dwie wygrane za opowiadania – ma też od wielu lat, co najmniej od 2010, oddaną grupę fanów i fanek, ma dość nieprzeliczone nagrody za swoje książki dla dorosłych i zwłaszcza dla dzieci, w tym roku w dorobku doskonale przyjęty komiczny kryminał… Jej opowiadanie ma ogromne nagrodowe szanse nawet bez wsparcia niszowego bloga.

Ale nie mogę o nim nie napisać, choć staram się pisać te Zajdlowe notki raczej o autor(k)ach mniej jeszcze znanych. Bo ten tekst mnie, przyznam, wbił w ziemię.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Harde baśnie to kontynuacja świetnie przyjętej Hardej Hordy, z tekstami tym razem przetwarzającymi baśniową klasykę. Opowiadanie Marty Kisiel nie jest jedynym wartym uwagi w tym zbiorze, ale jest – no, znakomite. Koncepcyjnie i wykonaniem.

Kisiel wychodzi, jak pisze w swoim małym odautorskim komentarzu, od pojedynczej sceny z baśni braci Grimm – tej o dziecku, które nawet zza grobu musiało doczekać się chłosty rózgą w wyciągniętą nad grobem dłoń, by zaznać spokoju. Ten krótki tekst dziś wydaje się porażająco okrutny: któż dzieci tak bije, zwłaszcza zmarłe, że powtórzę niedokładnie za wieszczem? Jest w nim jednak jakiś rodzaj strasznej, pierwotnej sprawiedliwości, tej samej, która każe duchom dzieci w Dziadach błagać o dwa ziarnka gorczycy, bo za słodko im, mimo przedwczesnej śmierci, było w życiu, by mogły wejść do nieba.

Och, ale ten tekst nie jest o dzieciach. On jest, przy wszelkich różnicach między tym, przeciw komu bohaterowie Mickiewicza i Kisiel zawinili, o widmie złego pana.

Kisiel realizuje zadanie, jakie stawia antologia – napisz nową baśń, zakorzenioną w starych – w sposób, moim zdaniem, błyskotliwy. Wychodząc koncepcyjnie od sceny w której dłoń winnego (winnej, w tym przypadku) wystaje z grobu, wskazując, gdzie jest pochowana ta, która nie spocznie w spokoju, autorka wplata w swój tekst także inne klasyczne motywy rodem z baśni, w tym przede wszystkim opowieść o zmiennokształtnej żonie. Jest takich historii w korpusach baśni wiele, i czasem, czytając je, zastanawiamy się: po co było Andersenowskiej Elizie wracać do męża, który omal jej pod wpływem intryg nie spalił na stosie, nie uwierzył w jej historię? Czy naprawdę sądziła, że to się nie powtórzy? Kolejny motyw, jaki się tu pojawia, to kobieta zmuszona do milczenia – przysięgą, jak wspomniana bohaterka Dzikich łabędzi, albo i przemocą. Jaśnie pani – biała jak śnieg, czerwona jak krew, czarna jak bez, scharakteryzowana wizualnie jak królewna Śnieżka, którą też przecież swoisty a niechciany pakt życia i śmierci związał z łanią, serce której przyniósł myśliwy złej królowej – pani snująca się w rozpaczy po nieużytkach i ponurych zakątkach jak Andersenowska Eliza, to kobieta, której wyrwano język, jak mitycznej Filomeli. Magiczną przemocą wyrwana ze swojego świata dziewczyna-łania zostaje żoną jaśnie pana – i zobaczcie, jak świetnie autorka ogrywa tu kolejne klasyczne literackie tropy: skojarzenie ofiary z lasem, naturą, dzikością, samotnością, krzywdą. Krzywda, wyrządzona pani, jest dojmująca i wielostronna: wyrwano ją magią lalki-motanki z jej stanu zmiennokształtnej, uczyniono żoną, zmuszono do podporządkowania się ludzkim zasadom, a potem zdradzono, okaleczono i niesłusznie skazano na śmierć, nie dając prawa do obrony.

To jest tekst, który skojarzyłabym, koncepcyjnie i ideowo, tak z klasyczną, grecką tragedią, jak z ludową pieśnią. W jego centrum stoi temat krzywdy słabych i niewinnych – krzywdy, wyrządzanej im przez możnych tego świata, takich jak jaśnie pan. Tymi krzywdzonymi są przede wszystkim kobiety, dwie główne bohaterki, ta umarła i ta wiecznie żywa; i popatrzcie, jak efektownie Marta Kisiel buduje między nimi paralelę, opartą na powtórzonej tytułowej frazie. Po raz pierwszy idzie, powtarzał wiatr pada na początku pierwszej części tekstu, w odniesieniu do widmy Hyczki. Po raz drugi pojawia się na początku części ostatniej i wtedy idzie, powtarzał wiatr odnosi się do bezimiennej pani-łani, która przyszła zza grobu, przyzwana po należną jej pomstę.

Świetnie wybrzmiewa ta paralela między bohaterkami w zestawieniu ich losów: obydwie wezwane przez pana, obydwie nie-całkiem-ludzkie, obydwie zabite za nic – i obydwie przywrócone do życia, jedna zmartwychwstała siłą swojej natury i potęgą magicznej rośliny, łączącej ten świat z tym drugim, druga przez tę pierwszą przyprowadzona z zaświatów. To nie jest świat, w którym łatwo być kobietą, zwłaszcza – nie-arystokratką, obojętne, czy jest się młodą żoną, która straciła miłość męża, czy starą, pozornie kruchą wysłanniczką śmierci.

Po drugiej stronie mamy krzywdziciela, jaśnie pana, pięknego i pysznego i ufnego w swą bezkarność, a obok niego – współwinowajczynię, tę prawdziwą panią wioski. Zwodzi nas tu autorka, ech, zwodzi: kiedy pierwszy raz słyszymy o zarazie, która pozabijała dzieci w wiosce, pada także informacja, że grabarz pochować musiał i jaśnie panią. Dopiero podczas odczynianego przez Hyczkę rytuału dowiemy się, że tą pochowaną z szacunkiem była pani matka, nie żona – ludzka dama, a nie zmiennokształtna z lasu, która na dodatek nie urodziła panu syna. A jeszcze później poznamy, że jaśnie pani, w odróżnieniu od swojej nieszczęsnej synowej, owszem, jak najbardziej była czarownicą, i to skuteczną, uroki motała wyjątkowo biegle, no ale kto by chciał karać prawdziwą damę za to, za co na śmierć skazuje się zwykłe kobiety?

Zdawało się wam, że wiecie o mnie wszystko, choć wiedzieliście, tyle, co nic, mówi Hyczka do pana, zanim wymierzy mu sprawiedliwość, i to jest niezwykle prawdziwe i niezwykle symptomatyczne, bo przecież część winy pana i jego matki polega na tym, że robią tylko to, czego sami pragną i naprawdę nie obchodzi ich reszta świata. I za tę pychę, za tę hybris, oboje zapłacą, tak jak płacą za nią Kreon czy Edyp czy Jazon, bo jak po tamtych, przyjdzie po nich bezlitosna sprawiedliwość, wcielona w postać naznaczonej, istniejącej w pół drogi między życiem a śmiercią kobiety.

Wspomniałam wcześniej o pieśni ludowej – w tekście Kisiel wyczuwa się bardzo wyraźnie podobną mentalność, jak znana z takich właśnie tekstów. Hyczka, główna bohaterka, jest widmą. Wyraźne są w tym słowie skojarzenia zarówno z widmem, jak i z wiedźmą. Widma jest sługą sprawiedliwości, a jej zadaniem jest odprawianie rytuałów wokół zmarłych, a konkretnie – wokół skazańców; uspokajanie ich dusz i odsyłanie w zaświaty, by nie szkodziły żywym i nie szukały zemsty.

No chyba, że to zemsta jest sprawiedliwa. A to jest dokładnie ten przypadek. Hyczka, wiedząc, że za to zapłaci, i domyślając się, że ceną będzie jej życie, decyduje się mimo to na poszukiwanie sprawiedliwości dla okaleczonej, niesłusznie oskarżonej, w majestacie prawa zamordowanej pani. Za to spotka ją śmierć z ręki pana, który zakłada, że jeśli pozbędzie się świadków, nikt nie odkryje, co zrobił.

I tu się myli, i u następuje wstrząsająca i znakomicie napisana scena kary, kiedy z zaświatów wracają obie zamordowane i przynoszą ze sobą tę okrutną sprawiedliwość, taką, jaką znamy z ludowej tradycji, ale i z II części Dziadów, gdzie duchy zamęczonych sług bezlitośnie dręczą widmo swego złego pana.

Z ludowej tradycji wywodzi się także postać pomocnika i towarzysza Hyczki, Pokraka. Kisiel używa tej postaci, bardzo zresztą umiejętnie, dla przełamania dominującego w tekście elegijno-tragicznego nastroju. Pokrak wyraża się sarkastycznie, z prostym ludowym humorem, by nie rzec – prostacko, świat ocenia trzeźwo i bez jakichkolwiek sentymentów, a o ludziach opinię ma jak najbardziej niską. Jego głos przypomina tonem wypowiedzi z ludowych tekstów, nie tylko pieśni, także z opowiastek i dowcipów o sowizdrzalskim charakterze.

A jak już jesteśmy przy Pokraku, to powiedzmy jeszcze parę słów o tym, jak bardzo mocno zanurzony jest świat tego tekst w naturze. Hyczka nosi imię rośliny, czarnego bzu, zakorzenionego w polskiej, i nie tylko, kulturze jako rośliny o potężnych magicznych mocach, korzeniami sięgającej zaświatów, koroną – nieba. To jej używa się w rytuałach uspokajających dusze ofiar kata i to spod jej korzeni powstanie wskrzeszona Hyczka, wcielenie zemsty za krzywdę swoją i nie swoją. Mity i legendy związane z bzem, są w tekście Kisiel wszechobecne i posługuje się ona nimi w subtelny, ale jednocześnie bardzo znaczący sposób. Czarny bez nie jest jednak jedyną magiczną rośliną przywołaną w tym opowiadaniu – mamy w nim przecież także, w bardzo ważnej roli, mandragorę. Kisiel robi do niej aluzje na kilku poziomach, odwołując się i do legend związanych z jej narodzinami, i z tym, jak powstaje, a także – z mitem mandragory jako żywej istoty.

Powiedzmy jeszcze na koniec w paru słowach coś o stylu opowiadania – bo Kisiel jest znana z bardzo rozpoznawalnego stylu, lekko komicznego, aluzyjnego, opartego na słownych skojarzeniach i nieco przywodzącego na myśl, chwilami, pisarstwo Joanny Chmielewskiej. Tu jest inaczej, choć uważni czytelnicy rozpoznają tu ton, który u Kisiel już się pojawiał, jak w opowiadaniu “Jawor” z poprzedniego tomu Hardej Hordy: ton archaicznej pieśni, rozlewny, oparty na powtórzeniach, na stałych epitetach (jaśnie pan, cud-małżonka, cud-skóra), na archaicznych rytmach prawie-poetyckich wypowiedzi, kontrapunktowanych współcześniej i odważniej stylistycznie zaprojektowanymi, choć też poetyckimi passusami (porównajmy frazę taką jak grała piszczałka, grała tęskną melodię o strachu, bólu i śmierci z passusem takimi, jak powietrze pachniało już mrozem i zimą, śniegiem i niedostatkiem. Te poetyckie frazy zestawione są z kolei z prostszą, mniej poetycką narracją trzecioosobową i ostro skontrastowane z wypowiedziami Pokraka – a wszystko to tworzy harmonijną i szalenie efektowną całość.

Ten tekst dał mi rzeczywiste poczucie katharsis – odebrałam go emocjonalnie, przede wszystkim ze względu na to, jak czysto wybrzmiewa w tekście idea sprawiedliwości – archaicznej, strasznej, bezlitosnej, ale też nieuchronnej. Trafiła tym tekstem Kisiel w moją wrażliwość bardzo mocno – mam wrażenie, że mam tu do czynienia nie tylko z kandydaturą do Zajdla, ale z tekstem, który trafi na moją listę klasyki polskich opowiadań fantastycznych.

Sambucus nigra, albo hyćka. Zdjęcie z Wikipedii, na licencji Creative Commons

GDZIE ZNALEŹĆ: w tomie Harde baśnie, wydanym przez SQN i dostępnym zarówno w postaci papierowej, jak i elektronicznej.

ZA ILE: Dostępne w rozmaitych zestawach w sklepie SQN, od 55 PLN/ ebook. Ta wysoka cena i trudność dostępu (książkę sprzedaje oficjalnie tylko sklep SQN) to chyba główna bariera dostępności tego tekstu.

DLA KOGO: Dla osób lubiących poważną, dramatyczną fantasy i niebanalne retellingi baśni. Dla osób szukających niebanalnych postaci i ciekawie ujętych motywów folklorystycznych. Paradoksalnie, także dla tych, których nie przekonuje na co dzień proza Marty Kisiel, z jej komicznymi bohaterami i specyficznym stylem, bo ten tekst, choć też stylistycznie mocno naznaczony indywidualnością autorki, jest jednak zupełnie inny – to jest dobry punkt, od którego taka osoba może zacząć zapoznawanie się z pisarstwem autorki.

Zew Zajdla (7): Opowiadania. Krzysztof Rewiuk, “Der Fischerkönig”

Ostatnie chwile na głosowanie, ostatnie rekomendacje Zajdlowe. Dzisiaj – opowiadanie dla tych, którzy tęsknią za arturiańskimi klimatami – choć, powiem od razu, to nie jest tak do końca tekst o rycerzach, damach i Świętym Graalu. Spodziewajcie się dworzan w tużurkach raczej niż w turniejowych zbrojach.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Jeżeli naprawdę nie chcesz znać żadnych szczegółów, przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło: strona Fantazmatów

„Der Fischerkönig” Krzysztofa Rewiuka pomysłowo zderza fantastyczne elementy ze światem dziewiętnastowiecznej Europy, a konkretniej – z dworem szalonego króla Ludwika Bawarskiego: dworem człowieka popadającego w obłęd, zakochanego w baśniach i rycerskich opowieściach, będącego przy tym protektorem i mecenasem Richarda Wagnera. Ten konkret jest ważny: w opowiadaniu Rewiuka operowe skojarzenie z Lohengrinem Wagnera jest świadomie umieszczone wewnątrz świata przedstawionego. W końcu bohaterami są Ludwik II Bawarski i Lohengrin, mistyczny rycerz z opery pod tym samym tytułem, a muzyka Wagnera pełni funkcję łącznika pomiędzy światami: to jej odtworzenie sprowadza rycerza z zamku Graala na smutny bal na dworze szalonego króla. Lohengrin jest tu zresztą w roli podobnej raczej do Parsifala, tytułowego bohatera innej opery Wagnera: pojawia się, nie rozumiejąc świata dookoła i nie wiedząc, co to za miejsce i jaka ma w nim być jego rola, a przychodzi nie tyle po to, by ratować króla (jak Lohengrin operową Elzę), co by przynieść mu paradoksalnie i dziwacznie rozumiane wybawienie i odkupienie – tak jak mityczny Parsifal raczej niż Lohengrin (ojciec, a nie syn) daje nieszczęsnemu, dotkniętemu nieuleczalną raną Królowi Rybakowi, do którego tytuł tekstu Rewiuka się odwołuje.

Rewiuk pisze bardzo sprawnie, ciekawie literacko i jego tekst niewątpliwie ma szansę trafić do czytelników, których męczy z jednej strony literacka awangarda, ale z drugiej – banalnie proste historyjki, opowiadane i dopowiadane od początku do końca , bez pozostawienia pola wyobraźni czytelnika. Paradoksalnie, ten tekst ma niski “próg wejścia”, inaczej niż opowiadania przywoływanej tu wcześniej Agnieszki Fulińskiej – nie trzeba wiele wiedzieć o epoce, żeby cieszyć się lekturą tego opowiadania.

Ilustracja Zuzanny Malkowskiej do opowiadania Rewiuka

GDZIE ZNALEŹĆ: antologia Fantazmatów Ja, legenda

ZA ILE: Za darmo, do ściągnięcia w licznych formatach

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę historyczną, ale niekoniecznie chcących czytać z otwartą w drugim oknie Wikipedią. Dla osób ceniących literaturę arturiańską i retellingi. Dla tych, których cieszą historyczne i muzyczne nawiązania. Dla lubiących elegancką, staranną prozę.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Światowy Dzień Czytania Tolkiena

Z okazji dzisiejszego dnia czytania autora, bez którego niewątpliwie byłabym czytelniczo kimś innym, niż jestem – łapcie wysoce amatorski filmik (ktoś się tu dopiero uczy nagrywać dźwięk). Czytam na nim (swoim głosem pani przedszkolanki…) fragment pierwszego rozdziału łacińskiego przekładu Hobbita – a konkretniej, opis Bilba i jego rodziny oraz scenę spotkania z Gandalfem. Dziesięć minut mnie, czytającej po łacinie (i robiącej w paru miejscach – co zauważyłam już po zgraniu całości – małe błędy akcentowe 😀 ). Czytam tak zwaną wymową szkolną, a nie preferowaną w kręgach akademickich restytutą, bliższą wymowie Rzymian z czasów Cezara i Cycerona – robię to dlatego, że tłumaczenie, którym się posługuję, stylizowane jest na łacinę późną – już nawet nie średniowieczną.

Tłumaczenia dokonał Mark Walker, a ukazało się ono w roku 2012 nakładem wydawnictwa HarperCollins. To nie jest przekład, który by mnie zachwycał – mam do tłumacza sporo pretensji o poszczególne decyzje przez niego podjęte (a na starym blogu miałam też długą recenzję – ale uznałam, że dzisiaj, z okazji dnia czytania autora, wybiorę raczej to tłumaczenie niż któryś z polecanych przez organizatorów fragmentów. Ciekawe, co sam Tolkien, świetny przecież latynista, myślałby o pracy Walkera…