Stary blog (1): “Maladie”

Było tak. W 2007 w wigilię założyłam bloga na platformie Blox.pl. W 2019 Agora zamknęła bloxa na amen. Między 2007 a 2019 pisałam bloga, którego serdecznie kochałam, w sensie: poświęciłam mu sporo czasu i wysiłku, był ważną częścią mojego życia, powiedzmy, twórczego i na tamtym etapie – jedynym moim stałym miejscem do publikowania tekstów krytycznych i publicystyki, głównie o fantastyce.

Teoretycznie blox dał szansę ściągnięcia tekstów z bloga, w praktyce – zrobiłam jakieś dzikie zamieszanie ze spakowanymi plikami, które się nie otwierały. I tak straciłam tę robotę, a z czasem przestałam nawet czuć z tego powodu żal – w końcu to ja zawaliłam.

I tak, co jakiś czas przychodziło mi do głowy “A może by zajrzeć do Wayback Machine”? Ale – ale zajrzałam dopiero dzisiaj. I, jak się okazało, odzyskałam całkiem sporo. A skoro już to mam, to uznałam, że wrzucę tu część z tych starych notek, zerknę, na ile dzisiaj zgadzam się z sobą sprzed tych -nastu czasem lat. I na początek recyklingu: notka z 2009, o Maladie.

John Duncan, Tristan and Isolde, Museum and Galleries Edinburgh, źródło: wikimedia

[Po niespecjalnie udanym podejściu do Trylogii husyckiej, jakoś w 2009] postanowiłam sobie przypomnieć Sapkowskiego w wersji bardziej klasycznej. I zacząć może niekoniecznie od wiedźmina. Wybór padł więc na tekst, który mnie swego czasu absolutnie zachwycił i który – w momencie, kiedy czytałam jego pierwodruk w Fantastyce w 1992, mając dziewiętnaście lat – był w mojej opinii najlepszym tekstem Sapkowskiego: na Maladie, jego własną wersję opowieści o Tristanie i Izoldzie.

Wiele z tego, co mnie wtedy urzekło, niekoniecznie trafia do mnie dzisiaj: barwne opisy (mokre brylanty w kobiecych oczach, na przykład) wydają się lekko pretensjonalne, podobnie jak patetyczne dialogi Branwen i Morholta; przemieszanie patosu i (młodopolskiej momentami) egzaltowanej stylizacji z typowym dla Sapkowskiego humorem (a chwilami humorkiem, jak w postmodernistycznie współczesnych kwestiach zbójców na plaży czy aluzjach do wojen religijnych w Ulsterze) też czasami owocuje raczej niezamierzonym zgrzytem niż harmonią.

Tyle, że dla mojej opinii o tym tekście jest to co najmniej drugorzędne. I mówię to ja, z moim fiołem na punkcie stylistyki.

Co Sapkowski wobec tego robi w tym tekście bezbłędnie? Po pierwsze – kreuje nastrój deszczowej, kołysanej szumem morza Kornwalii. Nastrój ten autor przywołuje niekoniecznie przy pomocy samych opisów szarego morza, ciężkich chmur i mżawki – podkreślają go także na pozór luźne skojarzenia ogarniętego amnezją Morholta (zapach jabłek, przywołujący skojarzenia z Avalonem). Nastrój ten jest nie tyle jednak romantyczny, co ewokujący nieskończony smutek: coś się nieodwołalnie kończy – o tym wiemy od początku. Od uwag Morholta o tym, że rycerski kodeks zaczyna zamieniać się w sztywny zestaw reguł po deklarację Iseult o Białych Dłoniach, że legenda się kończy, od początku mamy poczucie, że czas spotkania Morholta i Branwen jest czasem schyłku, końca – i wiemy to zanim dowiemy się, że Tristan umiera.

Bo na pozór, oczywiście, ten koniec to koniec rycerskich, legendarnych czasów, czasów Artura i Tristana, Guinevere i Izoldy.  Nieprzypadkowo Branwen ( z jej krągłą figurą i miłą – nie olśniewającą – buzią) i Morholt (duży, ciężki, krępy) są wyraźnie skontrastowani wyglądem z Tristanem (młodziutkim i nieludzko sprawnym w Morholtowych wspomnieniach pojedynku, jaki stoczyli) i obiema elfio pięknymi Izoldami. Morholt zresztą stwierdza to w swoim monologu wewnętrznym: uważa się człowieka prostego, kochającego proste przyjemności; nie ma w nim, jak mówi, nic z la tristesse trubadurów. Branwen i Morholt są ludźmi, z tego, zwykłego, przyziemnego świata; Tristan, Iseult Złotowłosa i Iseult o Białych Dłoniach – na pozór nie. Ludzie pozostaną – trochę jak u Tolkiena – a nadludzkie, heroiczne postacie z mitu odejdą. Na pozór.

Ale tylko na pozór, bo Sapkowski jest pisarzem zbyt inteligentnym na takie proste rozróżnienie, taką tanią nostalgię. To nie jest świat, w którym wzniośli rycerze i damy z romansów są prostym zastępstwem dla odchodzących na Zachód elfów Tolkiena, a ich ładniutkie służące i prostaccy wojacy – odpowiednikiem tych, co zostają. Wersja Sapkowskiego jest znacznie bardziej ironiczna i znacznie bardziej – jak u ująć? – humanistyczna? – niż proste przepisanie przejmującej wizji Tolkiena na inne realia.

To jest właśnie moje po drugie. Po drugie, Sapkowski znakomicie – jak chyba żaden polski pisarz-fantasta – radzi sobie z postaciami; czy to ze swoimi własnymi, czy z retellingami tradycyjnych, mitycznych charakterów. Wierna Brangien, podająca się za Izoldę i oddająca swe dziewictwo królowi z miłości do królowej, zamienia się u Sapkowskiego w psychologicznie prawdziwą kobietę, która wiele wycierpiała i z pogodnej dziewczynki z dworu w Tarze wyrosła na smutną, nie wierzącą w siebie i pozbawioną szacunku do samej siebie i perspektyw życiowych kobietę. Morholt Sapkowskiego jest daleki od demonicznego smoczego rycerza, znanego z romansowych wersji. W swym ironicznym i cynicznym oglądzie świata przypomina Geralta –  podobnie jak on, niewiele ma złudzeń na temat siebie i innych. Mistrzowski jest opis najbardziej chyba tragicznej postaci z legendy o Tristanie – niekochanej i samotnej w kamiennej twierdzy Izoldy o Białych Dłoniach, cały czas świadomej, że jej mąż kocha inną. Znakomicie też wyszedł Sapkowskiemu bardzo ludzki Tristan, pełen wad – zadufany w sobie, bezwzględny, gotowy podporządkować wszystko i wszystkich swoim uczuciom i potrzebom – a zarazem przejmujący w tym, jak się miota i jak próbuje nadać jakiś sens temu, co dał mu los. Sapkowski lekceważy i odrzuca tradycję o miłosnym napoju – przez to, paradoksalnie, podkreśla po pierwsze, potęgę miłości Iseult i Tristana, a po drugie – fakt jej nieuchronności. Tu nie było innej możliwości, nie było “a gdybyśmy nie wypili” – tu bohaterowie są na siebie skazani nieodwołalnie; dla Tristana, jeśli można sparafrazować poetę, jest tylko Izolda – i właśnie jej nie ma. Ale to właśnie wieloznaczność postaci, a przede wszystkim rola Morholta i Branwen w legendzie miłości królowej i rycerza – to, innymi słowy, jak Sapkowski traktuje mit – jest moim po trzecie.

Jedynym, co nas łączy, jest legenda o miłości, która nie jest naszą legendą, mówi Branwen do Morholta – i nie ma racji. Z jednej strony, może ją ma – może Morholt umarł z ran, ona utonęła i oboje z otchłani śmierci wyciągnęła tylko rola, jaką mają do odegrania w ciągle trwającym micie. Ale może też jest zupełnie inaczej.
I tu, po trzecie, wracamy do mojego po pierwsze po drugie. Dzieje Tristana i Iseult rozgrywają się u Sapkowskiego na dwóch planach. Z jednej strony, są niezaprzeczalne i bardzo przyziemne fakty. Morholt ranił Tristana, opiekowała się nim królewna, wylądowali w łóżku; Iseult sypiała i z Markiem, i z Tristanem, a Branwen zdarzało się zastępować ją i przy jednym, i przy drugim. Tristan unieszczęśliwił inną, by się odegrać na Iseult. Życie, ot co, i to niekoniecznie w najpiękniejszym wydaniu. To jest ta demaskatorska, przyziemna, mało wzniosła i mało nawet romantyczna strona miłości Tristana i Izoldy, którzy się wcale niczym od Morholta i jego kompanów, od Branwen i jej towarzyszek, nie różnią; żadni z nich tak naprawdę nadludzie, żadni herosi.
Ale jest też ta druga strona – ta, o której mówi Tristan, kiedy opisuje, co czuł, kiedy po raz pierwszy zobaczył królową, ta, przez którą umiera Iseult o Białych Dłoniach. Morholt może sobie powtarzać, że tego nie rozumie, nie czuje – ale sam tymi samymi słowy mówi przecież o Branwen. W tym sensie Morholt i Branwen są Tristanem i Izoldą – jak wszyscy kochankowie, wszyscy zakochani. Ponad i poza romansem Tristana i Iseult jest jeszcze miłość jako taka – mit, legenda, coś, co żyje wiecznie. I to jest to, co przetrwa. Zawsze. To jest mit, który chce zabić – w imię moralności i wyższych spraw – czterech pozbawionych indywidualności, mówiących tylko “my” rycerzy. Ale mitu zabić się nie da: tajemniczy zakonnik, ciągle się przez fabułę przewijający (wysłannik Boga? Bóg we własnej osobie?), pomaga Morholtowi z nim walczyć i Morholt wygrywa. Legenda będzie żyła w opowieściach minstreli – ale także, przecież, w życiu. W życiu Branwen i Morholta i – wbrew woli tych czterech, we wszystkich ludziach, którzy kiedykolwiek mówili do siebie: “Jesteśmy jak Tristan i Iseult”.

Doktor, Doktor, Doktor! I jeszcze kilkoro innych

Stary blog, którego przez 10 lat prowadziłam na Bloxie, aż do zamknięcia tej platformy, zawierał historię mojej narastającej miłości do serialu Doktor Who. Od przypadkowo obejrzanego kawałka odcinka specjalnego (to były The Waters of Mars) przez decyzję o rozpoczęciu oglądania nie od serii z aktorem, który mnie w tych Wodach Marsa oczarował, tylko od pierwszych odcinków New Who, narastającą fascynację, bycie fanką, akceptację zmiany i Jedenastego Doktora, zachwyt (i irytację, i zachwyt) historiami Stevena Moffata, oglądanie spinoffów, poszukanie klasycznych odcinków i zapoznanie się Doktorowymi klasykami, Dwunastego Doktora, Big Finish, pożegnanie z Dwunastym, ekscytację ideą Doktora-kobiety… No dobra, to ostatnie było już po Bloxie, nie zostawiło śladów – może i dobrze, bo z bólem serca przyznaję, że niewiele mam, jako oglądająca, dobrego do powiedzenia o fabułach z czasów duetu Whittaker / Chibnall.

No ale teraz, po nadejściu Czternastego (a i Piętnastego), jest okazja sobie pewne rzeczy poukładać. Na przykład zrobić listę ulubionych Doktorowych odcinków :). Tak, spora ich część miała szczegółowe, kilkustronicowe omówienia na starym blogu. Tak, gdzieś kiedyś ściągnęłam zip ze starych notek. Nie, nie mam go. Tak, strasznie mnie serce o to boli.

No ale dobrze, dość rozdrapywania ran, lecimy. Odcinek/ seria (dla klasyków), rok, Doktor, dwa zdania (powiedzmy). I potraktujcie ostrzeżenie River Song poważnie 🙂

Neron (Derek Francis) i Pierwszy Doktor (William Hartnell)

The Reign of Terror, 1964 (Pierwszy), scen. Dennis Spooner: klasyczna seria z cyklu “Doktor i historia”. Rewolucja francuska jak zwykle w brytyjskim / anglosaskim filmie (tylko Scarlet Pimpernela brakowało), ale świetny, świetny William Hartnell, grający Doktora z mieszanką powagi, obcości i humoru).

The Romans, 1965 (Pierwszy), scen. Dennis Spooner: (Ale głupi ci) Rzymianie, w szczególności Neron z dworem i rodzinką, a do tego wyjątkowo komiczny Pierwszy Doktor. Komediowe ujęcie klasycznego schematu typu “Doktor uczy o przeszłości”, tu gdzieś między obyczajowością Ja, Klaudiusz a anarchicznym absurdem spod znaku brytyjskich komedii o antyku, a la Up Pompeii.

Figurki Drugiego i Cybermena, niestety nie moje

The Tomb of the Cybermen, 1967 (Drugi), scen. Kit Pedler, Gerry Davis. No co ja będę, Cybermeni.

Trzeci Doktor (Jon Pertwee) i Jo Grant (Katy Manning)

Terror of the Autons, 1971 (Trzeci), scen. Robert Holmes. Fajni Obcy. Spójny scenariusz. Kathy Manning/ Jo Grant. MASTER. Pomysły ogrywane potem w późniejszych inkarnacjach Doktora (Rose).

The Mind of Evil, 1971 (Trzeci), scen. Don Houghton. Brygadier Lethbridge-Stewart, polityczna fabuła na Ziemi, fajne ogranie thrillerowej de facto konwencji typu “Terroryści mają broń masowej zagłady, czas goni”. No i Master.

Czwarty Doktor (Tom Baker) i profesor Litefoot (Trevor Baxter)

Terror of the Zygons, 1975 (Czwarty), scen. Robert Banks Stewart. Eeee… fajni Obcy? Sarah Jane. Cudowny Czwarty Doktor, za którym przepadam i który jest – po Pierwszym – moim ulubionym Doktorem czasów klasycznych. Brygadier, UNIT, zabawa ideą potwora z Loch Ness.

The Talons of Weng Chiang, 1977 (Czwarty), scen. Robert Holmes. KOCHAM. Przede wszystkim za to, że to jest chyba seria najbliższa w całym Doktorze bycia pastiszem Sherlocka Holmesa, jedynej postaci/”uniwersum”, której było na starym blogu więcej niż Doktora. GIGANTYCZNY SZCZUR Z SUMATRY. Jago i Litefoot <3. Tak, ta seria ma swoje wady, ale miłość, w tym przypadku, ci wszystko wybaczy.

Piąty Doktor (Peter Davidson), bez Mawdryna

Mawdryn Undead, 1983 (Piąty), scen. Peter Grimwade. Fajna historia, pomysłowa i nieoczywista, do tego Nyssa i Tegan.

Valeyard (Michael Jayston), bez Doktora

The Trial of the Time Lord (Szósty), scen. Robert Holmes, Philip Martin, Pip & Jane Baker. Valeyard. Master. Gallifrey, ja chyba jeszcze nie mówiłam, że jak lubię inne typy odcinków, tak do tych związanych z Gallifrey i Time Lordami mam sporą słabość.

Rani (Kate O’Mara)

Time and the Rani, 1987 (Siódmy), scen. Pip & Jane Baker. Rani, plus w sumie niedoceniony Siódmy. I Mel.

Dziewiąty Doktor (Christopher Eccleston) z osobami do tańca, Rose Tyler (Billie Piper) i kapitanem Jackiem Harknessem (John Barrowman)

Dalek, 2005 (Dziewiąty), scen. Robert Shearman. Pierwsza tutaj, nie ostatnia historia z najbardziej chyba ikonicznymi wrogami Doktora. I mój mniej więcej pierwszy Doktor (patrz The Waters of Mars). Przepiękny i przejmujący odcinek, wspaniale naświetlający paradoksalnie podobieństwo między pozornymi przeciwieństwami, błyskotliwie zagrany przez Christophera Ecclestona. Tak się powinno ogrywać klasyczne potwory w tej serii. Top topów moich ukochanych odcinków.

The Empty Child / The Doctor Dances, 2005 (Dziewiąty), scen. Steven Moffat. Wejście smoka, w roli smoka Steven Moffat, scenarzysta; wtedy chyba nikt nie podejrzewał, jak będzie ważny dla Doktora. Doktorowy horror w najlepszym wydaniu (Moffat chyba w tym jest najmocniejszy).

Ten dialog, w kawałkach z obrazkami

The Christmas Invasion, 2005 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. Głównie dla regeneracji w Dziesiątego, plus – ja wiem, mnóstwo osób jej nie cierpi, ale ja naprawdę uwielbiam Jackie Tyler.

Army of Ghosts / Doomsday, 2006 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. Konkretnie dla dwóch motywów. Pierwszym jest legendarna konwersacja Daleków z Cybermenami, drugim (tymczasowe) zamknięcie wątku Rose Tyler. Stoi to wszystko na emocjach i aktorstwie Tennanta, nie oszukujmy się.

The Runaway Bride 2006 (Dziesiąty), Russell T. Davies. Donna Noble. Wystarczy, bo reszta jest… OK.

Alexandra Moen jako udręczona Lucy Saxon

Human Nature / The Family of Blood, 2007 (Dziesiąty), scen. Paul Cornell. No i się zaczyna: trzecia seria Tennanta jako Doktora i jak spojrzycie na listę odcinków, to zobaczycie, że od siódmego (a w zasadzie mogłoby być i od szóstego, 42 to chyba najlepszy odcinek Chrisa Chibnalla napisany dla Doktora) są tu już wszystkie. Ten odcinek kupił mnie pomysłem (wreszcie!) na Marthę Jones, jednymi z najlepszych i najstraszniejszych Doktorowych przeciwników i umiejętnym poruszeniem tematu emocji i samotności Doktora.

Blink, 2007 (Dziesiąty), scen. Steven Moffat. Moffat at his best, paradoksalny, niedoktorowy, błyskotliwy scenariuszowo i trzymający widzów w ciągłym napięciu odcinek. Jeśli eksperymentować z Doktorem, to tak. Plus, Anioły.

Utopia / The Sound of Drums / Last of the Time Lords 2007 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. A tu z kolei IMHO Davies at his best, budujący tragedię tak ponurą, jak tylko on umie. Zacznijmy od upiornego losu, jaki zgotował ostatnim ludziom przyszłości (jak do mnie dotarło, kim są Toclafane, to mnie solidnie trzepnęło i pomyślałam, że trzeba mieć naprawdę pokręconą wyobraźnię, żeby to tak wymyślić…). Ale to nie wszystko, bo jest i fenomenalna, naszkicowana kilkoma scenami i fantastycznym (!!) aktorstwem Alexandry Moen tragiczna postać Lucy Saxon, i historia Marty (chyba sam Davies ją określił jako the gospel according to Martha Jones), i koncertowo zagrany przez Johna Simma Master, rozpięty między absolutnie nieludzkim okrucieństwem i kompletnym brakiem jakiejkolwiek kontroli nad sobą a ewidentnym cierpieniem i niepewnością. Relacja między nim a Doktorem jest wielowymiarowa, skomplikowana – to jest przyjaźń/miłość, która przeszła przez tyle prób i zdrad i rywalizacji i nienawiści i rozczarowań i niezrozumienia i, po prostu, czasu, że stała się nieuniknioną wrogością, ale nigdy do końca nie umarła. Ta mini-seria fantastycznie też używa muzyki, do dzisiaj mam kawałki z tych odcinków na playliście.

David Tennant (Dziesiąty Doktor) i Lesley Sharp (Sky) w Midnight

The Fires of Pompeii, 2008 (Dziesiąty), scen. James Moran. (Ale głupi ci) Rzymianie i Doktor z Donną. Bardzo klasyczny odcinek, z klasycznym Doktorowym dylematem i z dość typowym pomysłem (Obcy stoją za jakimś historycznym wydarzeniem). Cudne dialogi, na czele z tym o Spartakusie. Fajnie ograne schematy związane z popkulturowym Rzymem (mam o tym artykuł naukowy!). Plus, Amy Pond i Dwunasty Doktor, którzy jeszcze nie wiedzą, że będą kiedyś Amy i Dwunastym.

Silence in the Library / Forest of the Dead 2008 (Dziesiąty), scen. Steven Moffat. Nastrój. Klimat. Idea River Song i Alex Kingston jako River Song. Czy mówiłam coś o klimacie?

Midnight 2008 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. TEN odcinek. IMHO najlepszy – scenariuszowo, konstrukcyjnie, od strony postaci i aktorstwa – odcinek Doktora Who. I groza, i niesamowitość, i budowanie klimatu prostymi środkami, i znakomite aktorstwo. I smutne refleksje o ludzkości.

Turn Left 2008 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. Odcinek alternatywny, Doktor bez Doktora i świat bez Doktora, za to z Donną i z Rose. Odważny pomysł, który wyszedł.

Dziesiąty Doktor (David Tennant) i Master / Mistrz (John Simm, aktor, którego w ogóle uwielbiam, widziałam kilkakrotnie w teatrze i uważam, że jest skandalicznie, mimo wszystko, niedoceniony)

The Waters of Mars 2009 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies, Phil Ford. Drugi TEN odcinek (choć w praktyce to nie jest odcinek, to jest godzinny film fabularny, jeden z, powiedzmy, odcinków specjalnych). Mój pierwszy odcinek Doktora – skacząc po kanałach, obejrzałam kawałek i zaintrygowało mnie na tyle, że celowo nie skończyłam, tylko zaczęłam od pierwszego odcinka Dziewiątego, Rose. Wygrywa przede wszystkim tym, jak Tennant kreuje cierpiącego, pełnego buntu i wściekłości, niegotowego na odejście Doktora – scena z Time Lord Victorious to jest Doktorowy odpowiednik Galadrieli z Pierścieniem, tylko znacznie bardziej gorzki. Plus znakomita Lindsay Duncan.

The End of Time, 2009 (Dziesiąty / Jedenasty), scen. Russell T. Davies. Nierówny, nie zawsze udany, ale za Wilfreda Motta i za to, co się okazało znaczyć He will knock four times. I za Mastera, i za finałowe słowa Dziesiątego Doktora, które chyba nie tylko we mnie siedziały jak zadra aż do wczoraj.

Alex Kingston jako River Song jako Kleopatra. A to dopiero początek timey-wimey

The Pandorica Opens / The Big Bang 2010 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. Timey-wimey Steven Moffat w mistrzowskiej formie. Miało być big and mad, i było. Plus, wow, wspaniali książkowi plastikowi Rzymianie, wspaniały Matt Smith i absolutnie boska Kleopatra, która powinna być w Egipcie, i martwa. Mam o tym odcinku artykuł naukowy 🙂

A Christmas Carol, 2010 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. Mój ulubiony Christmas Special Doktora: po części za wizualną wyobraźnię, po części za naprawdę pomysłową i inteligentną adaptację Dickensa.

The Impossible Astronaut, 2011 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. Początek olśniewająco-męczącego Moffatowego timey-wimey chaosu, ale jaki początek! Smith bezbłędny jako Doktor patrzący w twarz własnej śmierci, zagadki w zagadkach , hmm, River Song.

The Doctor’s Wife 2011 (Jedenasty), scen. Neil Gaiman. Nagrodzony Hugo odcinek, w którym mamy złe mówiące głosem Michaela Sheena i kobietę TARDIS w nieco gotyckich ciuchach.

Tu wcale nie miało być obrazka, ale jak tak można, bez Jedenastego (Matt Smith) i jego TARDIS / Idris (Suranne Jones)

The God Complex, 2011 (Jedenasty), scen. Toby Whithouse. Przepiękny retelling mitu o Minotaurze (ależ mi się marzyło, żeby Toby Whithouse, który go napisał, został showrunnerem!) z bardzo efektownie rozegraną kwestią boskości i samotności – w sumie nie wiadomo, bardziej Minotaura czy bardziej Doktora.

The Wedding of River Song, 2011 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. RIVER SONG. Rozwiązanie (??) tego całego timey-wimey z żonami, dziećmi, teściowymi, synowymi i Time Lordami. Chaotyczne, nie dla wszystkich, ale dla mnie osobiście ważne i wzruszające.

War Doctor (John Hurt)

The Day of the Doctor, 2013 (Jedenasty / Dziesiąty / War Doctor), scen. Steven Moffat. John Hurt jako Doktor, powrót Tennanta, Kate Lethbridge-Stewart, nie całkiem Rose Tyler. KURATOR. Odcinek (a raczej film) zdecydowanie, zdecydowanie dla fanów, ale nie dziwota, bo to special na pół wieku Doktora.

Picture shows: Peter Capaldi as the Doctor

Heaven Sent, 2015 (Dwunasty), scen. Steven Moffat. Peter Capaldi plus Steven Moffat wydawali mi się w teorii duetem idealnym, w praktyce – chyba nie wszystko wyszło, przynajmniej dla mnie. Większość odcinków Dwunastego to dla mnie odcinki między solidną szkolną czwórką a trójką – rzetelne, fajne, bardzo efektownie przez Capaldiego zagrane, ale za serce nie chwytające. No więc są takie odcinki i jest Heaven Sent, absolutna IMHO topka serialu – może dlatego, że ten odcinek odchodzi od utartych fabularnych schematów, jest koncepcyjnie odważny i pomysłowy, no i naładowany emocjami. Capaldi, aktor świetny, ma wreszcie okazję naprawdę coś pograć.

The Husbands of River Song, 2015 (Dwunasty), scen. Steven Moffat. Doktorowe heist movie, River Song w idealnej dla niej roli awanturniczej heroiny, romans, ucieczki, przygody. Słodko-gorzkie i urocze.

Trzynasta (Jodie Whittaker) i Uciekająca (Jo Martin), dwie Doktor(ki)

Fugitive of the Judoon, 2020 (Trzynasta / Fugitive), scen. Vinay Patel, Chris Chibnall. Obawiam się, że strasznie dużo o moim stosunku do Trzynastej Doktor mówi fakt, że moim ulubionym odcinkiem z nią i tym, który rzeczywiście po prostu zrobił na mnie wrażenie, jest ten, w którym scenę kradnie jej inna Doktor, nieznana wcześniej, a grana z charyzmą i urokiem przez Jo Martin.
Nie zrozumcie mnie źle. Bardzo mnie ucieszyła wiadomość o kobiecej inkarnacji Doktora (a że regenerację z Time Lorda w Time Lady się da zrobić ŚWIETNIE, dowodzi Missy), lubię i cenię Jodie Whittaker (była znakomitą Antygoną w spektaklu Polly Findlay, u boku Christophera Ecclestona jako Kreona!), do oglądania przystępowałam pod sporym wrażeniem tego, jak umiejętnie i skutecznie Chris Chibnall napisał i poprowadził pierwszy sezon Broadchurch… No, zapowiadało się idealnie.
Zapowiadało się i coś nie zagrało, przynajmniej ze mną – może fakt, że miałam wrażenie, że sporo z tych historii ma ładunek dydaktyzmu wzięty wprost z odcinków z Pierwszym, a ja już mocno z tego wyrosłam? Może towarzyszy było za dużo na raz, co zostawiało każdej z osób za mało miejsca? Nie wiem, w każdym razie nie działało, oglądałam już wtedy raczej z doskoku niż regularnie, a miłość do serialu zamieniła się w mieszankę nostalgii i irytacji. Tyle że potem pojawiła się na ekranie Jo Martin i poczułam znowu ten dreszcz – radość, że Doktor to jest taka postać, którą naprawdę kocham, ale i żal, że ona jest Doktorem tylko na chwilę, bo na tę chwilę weszła w rolę znakomicie. Kupiła mnie całkowicie, poproszę o rolę dla niej w nowych seriach (i nie, to nie musi być Doktor, taki Master odkrywający po regeneracji, że ma twarz Doktor, to też by było coś).

David Tennant (Czternasty) i Ncuti Gatwa (Piętnasty). Szkoda, że nie widzicie reszty jego stroju 🙂

The Giggle, 2023 (Czternasty / Piętnasty), scen. Russell T. Davies. DOKTOR WRÓCIŁ. Znaczy, mój Doktor, mój ulubiony aktor jako Doktor, ale też pewien typ podejścia do postaci i opowieści. Jestem daleka od bezkrytycznego idealizowania w całości czasów Daviesa – on się, jak dla mnie, trochę za bardzo lubi znęcać nad postaciami, patrz Donna, i kreować nieopisane tragedie, patrz końcówka drugiego i zwłaszcza cały trzeci sezon Torchwood (ale i ostatnie słowa Dziesiątego są z tej samej kategorii). Niemniej, ma on na swoim koncie sporo odcinków udanych, i do nich zaliczyłabym wszystkie trzy specjalne odcinki z Donną i Czternastym – niezłe The Star Beast, dobre Wild Blue Yonder i naprawdę, naprawdę bardzo, IMHO, dobre The Giggle. Dawnośmy w Doktorze nie mieli tak udanego złola, jak Toymaker Neila Patricka Harrisa, w idealnych proporcjach mieszający groteskę, okrucieństwo i grozę. David Tennant – cóż, Tennant jest Tomem Bakerem Nowego Who, najwyraźniej 🙂 Do tego miał ten odcinek idealny IMHO finał dla Doktora, który zasłużył na spokój, i dla Doktora, który jest cieplejszy, bardziej otwarty, empatyczny i chyba po prostu miły, niż którykolwiek przed nim. Oraz, obecny na ekranie czy nie, WILF. Jestem gotowa na nowe przygody.

Neve McIntosh (Madame Vastra), Catrin Stewart (Jenny Flint), Dan Starkey (Strax)

DODATKI

Wzmianki: postacie, które uwielbiam, a których główne odcinki się tu nie zmieściły: Strax, Jenny, Madame Vastra, Missy, Master (Sacha Dhawan).

Niekończącą się miłością kocham serię animowaną Scream of the Shalka (2003, alternatywny Dziewiąty <Richard E. Grant> i jego (życiowy) partner, alternatywny Master <Derek Jacobi>), scen. Paul Cornell. Biedny Ósmy Doktor nie załapał się ze swoim jedynym filmem, ale wspomnę o tym, jak bardzo go lubię w miniaturce The Night of the Doctor.

Mam sporo ulubionych słuchowisk Big Finish, ale to chyba temat na osobną notkę.

Zew Zajdla 2022. Opowiadania (3). Michał Cholewa, “Na granicy”

Dzisiaj kolejna z krótkich notek, poświęconych nominowanym na Nagrody im. Janusza A. Zajdla opowiadaniom. Czytam je, bo lubię, a także, bo od początku biorę udział w akcji Zew Zajdla. W ramach tej akcji czytam polską fantastykę, nominuję do Nagrody, a następnie – głosuję na teksty, które uzyskały nominację. Akurat ja będę głosowała osobiście, ale możliwa jest także inna droga: wykupienie akredytacji wspierającej i głosowanie online. Osobiście natomiast będą głosować osoby uczestniczące w tegorocznym konwencie w randze Polconu – w tym roku jest to Łódzki Festiwal Fantastyki “Kapitularz”.

Udział w akcji Zew Zajdla bywa chwilami frustrujący – pewnie wrócę do tego tematu przy którejś z tegorocznych notek – ale znacznie częściej daje satysfakcję: z lektury ciekawych tekstów, po które niekoniecznie bym sięgnęła bez tej akcji (albo z możliwości skrytykowania tych mniej się podobających!), ze świadomego głosowania, z możliwości jakiejś – u mnie niewielkiej, bo na skalę moich może kilkunastu czytelników! – promocji, także przez te notki, polskiej fantastyki. Jak na razie w tym roku zrecenzowałam dwa nominowane opowiadania – Potwór i nić Agnieszki Hałas i pierwszy z tekstów Michała Cholewy, Zwycięstwo. Teraz pora na jeszcze jedno opowiadanie tego autora – o ile to jest w ogóle opowiadanie – zatytułowane Na granicy.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Ilustracja do opowiadania w Fahrenheicie, autor: A. Mason

W publikacji w Fahrenheicie opowiadanie Michała Cholewy zostało poprzedzone krótką przedmową, podsumowującą dość specyficzne okoliczności powstania utworu:

Jak zapewne czytelnicy pamiętają, od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia trwał Whamageddon – czyli adwentowa gra w nieusłyszenie (oryginalnej wersji) piosenki „Last Christmas”. W zabawę włączył się ponownie Michał Cholewa, który dzień w dzień raczył swoich odbiorców niesamowitą opowieścią. Autor pomyślnie dotrwał do końca, zarówno zabawy, jak i wymyślanej historii.
Podobnie, jak w zeszłym roku, w ostatni dzień 2022 Fahrenheit przedstawia cały, dwudziestoczteroczęściowy utwór.
Kto wie, może właśnie jesteśmy świadkami narodzin nowej, świeckiej tradycji…

Widać więc, że opowiadanie Michała Cholewy powstało jako część przedświątecznej zabawy – ale trzeba przyznać, że w samym tekście ten lekko (?) komiczny, a co najmniej pastiszowy rodowód oraz fakt, że tekst powstawał w odcinkach, nie jest widoczny. Owszem, genezą tekstu była zgrywa (fantastycznie skądinąd przez Michała Cholewę ogrywana, śledziłam jego Whamageddonowe posty z ogromna radochą), ale efektem jest pełnokrwiste opowiadanie militarnej dark fantasy z elementem horroru.

Tylko czy opowiadanie? Ten tekst jest, moim zdaniem, bliższy mikropowieści, bo ma ponad cztery arkusze, jest więc wyraźnie dłuższy od pozostałych nominowanych opowiadań, mieszcząc się raczej w kategorii mikropowieści. To oczywiście nic nie zmienia w kwestii jego nominacji – po prostu polskie nagrody nie mają takiej kategorii i teksty za długie na opowiadanie, a zbyt krótkie na pełnoprawną powieść lądują raz wśród tych pierwszych, jak tutaj, innym razem – między powieściami (pewnie można byłoby argumentować, że to casus Imperium chmur Dukaja i Nagrody Żuławskiego).

Na granicy, jak chodzi o konwencję, mieści się w szufladce z napisem “dark fantasy”, zwłaszcza jeśli założyć, że do szufladki wpadają czasem jakieś kawałki horroru. Czuć tu klimat, który trochę kojarzył mi się z niektórymi tekstami nieodżałowanego Feliksa W. Kresa, trochę z kolei z Czarną kompanią Glena Cooka. Najkrócej mówiąc, w opowiadaniu Cholewy zgrana grupa najemników w kłopotach, głównie finansowych, pakuje się kłopoty, które ich zdecydowanie przerastają, a wszystko przez to, że przyjmują pewne zlecenie, wiążące się z atakiem na fortecę krasnoludów…

Cholewa w tym opowiadaniu umiejętnie konstruuje nie tylko spójną fabułę, ale przede wszystkim zimny, a jednocześnie duszny nastrój grozy, a we wcześniejszych partiach opowiadania – klimat niepokoju i zagrożenia. Kolejny raz widać tu warsztatową biegłość autora, który potrafi nienową przecież opowieść o grupie wojowników walczących z pradawnym złem ukrytym w podziemiach sprzedać nam tak, że przynajmniej ja przeczytałam jednym tchem.

Jednocześnie, wpisując się umiejętnie w konwencje dark fantasy, autor pogrywa sobie pomysłowo i ciekawie ze stereotypami fantasy. Wystarczy spojrzeć, co robi z klasycznymi dla fantasy postaciami krasnoludów i czarodzieja. Ci pierwsi mają teoretycznie sporo cech klasycznych – żyją w górach, noszą brody, zajmują się górnictwem i słyną z siły – ale jednocześnie są bardzo dalecy i od Tolkienowskiego archetypu, i od tego, co robili z niego autorzy późniejsi, z Sapkowskim na czele. U Cholewy krasnoludowie mają w sobie coś z de facto obcej rasy (a dodatkowo wzmacnia to skojarzenie fakt, że ludzie niespecjalnie wiedzą nawet, jak oni wyglądają!), niezrozumiałej i groźnej dla człowieka. Podobnie jest z postacią złowrogiego czarodzieja Lorda Leara, który pewnie bliżej miałby do wizerunków ponurych nekromantów niż do postaci w typie Merlina czy Gandalfa.

Częścią tego umiejętnego budowania klimatu i fabuły jest decyzja, by oddać głos jako narratorowi jednemu z członków drużyny, sierżantowi Candorowi, który wie sporo, ale nie wszystko, bo dowódca, szaman i czarodziej detalami planów się z nim nie dzielą. Mamy więc pierwszoosobową narrację, a do tego narratora, który nie tyle zwodzi nas, czytających, na manowce, co raczej sam nie ma pełnego oglądu sytuacji. Dzięki temu tego oglądu nie mamy i my, a zagadki, niedopowiedzenia i mniej lub bardziej paskudne tajemnice poznajemy razem z bohaterami.

To jest tekst może nie porażająco nowatorski czy emocjonalnie mi bliski, ale bardzo umiejętnie realizujący wybrane przez autora konwencje, niezwykle sprawnie napisany i doskonale się czytający – w zasadzie jedyne, co mnie tu odrobinkę rozczarowało, to niewiele wyjaśniające zakończenie. Zupełnie mnie nie dziwi, że tę plebiscytową nominację uzyskało.

To nie są krasnoludy, które znajdziecie. Źródło: wikipedia

GDZIE ZNALEŹĆ: W darmowej antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla. Opowiadanie pojawiło się oryginalnie w e-zinie Fahrenheit. Powstawało natomiast, o ile pamiętam, w odcinkach na Facebooku.

ZA ILE: Za darmo w obu źródłach. Uwaga: antologia Zajdlowa jest dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej do końca tego roku.

DLA KOGO: dla lubiących dark fantasy, zwłaszcza taką, która ma lekki militarny skręt i odrobinę klimatu grozy. Dla tych, którzy chętnie czytają o kampaniach najemników w dręczonych wojną światach. Dla osób, które chętnie zobaczą niekoniecznie oczywiste wariacje na temat czarodziejów i krasnoludów.

Zew Zajdla 2022: Opowiadania (2). Michał Cholewa, “Zwycięstwo”

Powoli i mało regularnie, ale kontynuuję akcję pisania krótkich recenzji z nominowanych do Nagrody im. Janusza A. Zajdla opowiadań i powieści. Wszystko przez to, że od paru lat trwa akcja Zew Zajdla, a ja, jak co roku, biorę w niej udział. Oznacza to, że po pierwsze, sama wysyłam propozycje nominacji do Nagrody imienia Janusza A. Zajdla. Po drugie, kiedy przychodzi pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wykupując akredytację wspomagającą i głosując online, albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Łódzki Festiwal Fantastyki “Kapitularz”. Po co to wszystko? A przede wszystkim po to, żeby promować dobre polskie teksty fantastyczne, w tym przede wszystkim opowiadania. Pierwszy wpis w serii, o tekście Agnieszki Hałas, jest tutaj.

Czy wszystkie nominacje do opowiadań są dobre? A to już się przekonam, jak wszystkie przeczytam. Dzisiaj – “Zwycięstwo” Michała Cholewy, pierwsze z dwóch nominowanych opowiadań tego twórcy.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

“Zwycięstwo” sięga po klasyczne, doskonale znane z SF/ space opery motywy. Mamy tu i pierwszy kontakt, i wielkie mechy, i bohaterskich pilotów, i przede wszystkim – kosmiczne zagrożenie. Jest nim Rama V-ger Behemot – nazwana tak przez ludzi konstrukcja, potężny statek Obcych lecący w kierunku Ziemi i pożerający wszystko na swojej drodze. Przeciw niemu stanie grupa Bruce’a Willisa oddział bohaterów i ich Jaegery mechy zwane Archaniołami, gotowe na ostateczne poświęcenie, by ocalić Ziemię. Tę samą Ziemię, która w obliczu nadciągającego zagrożenia zjednoczyła się i połączyła jak nigdy dotąd, ruszyła drogą rozwoju i współpracy, zaczęła wreszcie funkcjonować tak, żeby dać szanse rozwoju wszystkim… Hmm, ależ by było szkoda to zmarnować…

Zła jestem troszkę, przyznam, na to opowiadanie.

Nie zrozumcie mnie źle. Michał Cholewa jest niezwykle sprawnym pisarzem, ze znakomitym warsztatem. Konsekwentnie i bardzo umiejętnie prowadzi narrację, kilkoma kreskami szkicuje wiarygodne, prawdopodobne postacie. Świetny przykład mamy nawet w tym właśnie tekście – Colin Heathers, bohater mimo woli, wyszkolony do walki, ale czujący przed ostateczną bitwą lęk i desperację, które za wszelką cenę próbuje ukryć, to jedna z takich postaci. Cholewa pokazuje nam jego emocje i charakter w kilku scenkach, kreśląc postać wiarygodną, do której trudno nie czuć sympatii, odrobiny współczucia, zrozumienia. Przyczynia się do tego również fakt, że autor nie oszczędza nas emocjonalnie; posługuje się elementami wszechwiedzącej epickiej narracji i zapowiada przyszłość, robi to po to, żeby zasugerować nam, że oglądamy ostatni dzień ludzkości, odchodzącej w chwale i w najlepszym momencie historii (to się nazywa, w teorii narracji, prolepsis / prokatalepsis, i to są takie zdania, jak To był piękny dzień – zwłaszcza że po nim nie miał nastać już żaden kolejny).

Potem mamy cięcie i scenę po latach, kiedy stary, zgorzkniały generał Heathers przychodzi pod pomnik bitwy pod Sodden poległych koleżanek i kolegów. Jest jednym z nielicznych, którzy znają prawdę – prawdę o tym, że choć Behemot został zniszczony, a ludzkość rozwija się w harmonii i porozumieniu, bohaterowie Ziemi zginęli na darmo. A może nie tak, nie tyle na darmo – zginęli w imię cynicznie rozumianego wspólnego dobra. Bo to nieprawda, że piloci Behemota, Obcy, których przerażająca pomyłka doprowadziła do konfliktu, chcieli wojny z Ziemią. Szansa na pokój, na porozumienie i Pierwszy Kontakt była, ale decyzją generalicji i rządu światowego została zaprzepaszczona. A zarzucono ją świadomie w imię utrzymania jedności, pokoju i ładu, jakie przyniosło wielkie pozaświatowe zagrożenie. I dlatego generał Heathers milczy i nie dzieli się z ludźmi swoją wiedzą – dla niego każda decyzja, jaką by mógł teraz podjąć, będzie zła. Zła dla niego, albo potencjalnie zła dla zjednoczonej przeciw kosmicznemu wrogowi ludzkości.

Cholewa zostawia nas z otwartą kwestią dalszych losów Ziemi. Ja nie jestem specjalnie optymistyczna. Mówię wam, bohaterowie, gdzieś tam ktoś już sfałszował listę dla Czarnej Sakury. Gdzieś tam, w jakimś urzędzie pocztowym, leży sobie dziennik Rorschacha. Ta próba kupienia za krew i oszustwo szczęścia i pokoju na świecie, to się nigdy tak do końca nie udaje. Przynajmniej w fikcji.

I jednak mi żal. To jest bardzo dobrze, solidnie napisany początek i koniec tekstu. Pretensje mam więc, po pierwsze, o to, że nie dostajemy w zasadzie kluczowych wydarzeń. I teraz: ja jestem – oczywiście – jak najbardziej i zawsze zwolenniczką bawienia się narracją, odejścia od opowiadania po bożemu, w najprostszej możliwiej chronologii i niekoniecznie streszczając krok po kroku. Jasne. Tutaj jednak mam wrażenie, że trochę za dużo mamy tu streszczone, czyli że coś trochę jest nie tak z konstrukcją. A po drugie – żal mi, bo przy stylistycznych umiejętnościach Cholewy, przy jego umiejętności konstruowania postaci, budowania fabuły, opowiadania, ale i zadawania pytań, tu był materiał na znakomitą powieść. Ale nie mamy powieści, mamy krótkie opowiadanie, w którym na mnóstwo rzeczy nie ma miejsca. A szkoda. Dostajemy dobry, naprawdę udany tekst, który się szybko i płynnie czyta, ale siedzi w nim potencjał na znacznie więcej.

Spojler, wiem, poniekąd spojler na obrazku, ale nie mogę się się oprzeć.

GDZIE ZNALEŹĆ: W darmowej antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla. I w antologii Polskiej Fundacji Fantastyki Naukowej Ku gwiazdom (2022).

ZA ILE: Za darmo w antologii z opowiadaniami nominowanymi do nagrody. Uwaga: antologia Zajdlowa jest dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej do końca tego roku.

DLA KOGO: dla lubiących klasyczną science fiction, tematykę związaną z walkami w kosmosie, Pierwszym Kontaktem, ale także – ze skupieniem na postaciach, nie mechach 🙂

Da Vinci, demony, fanfiki

… czyli dlaczego serial “Demony da Vinci” wydaje mi się wręcz skrojony pod fandomowe interpretacje. I aż dziwne, że ma ich tak mało.

Zresztą, co ja wam będę gadać, macie głównego tragicznego antagonistę. A po nim – spojlery.

Blake Ritson jako hrabia Girolamo Riario, na zdjęciu promocyjnym z serialu

Obejrzałam kiedyś, ładnych parę lat temu, parę odcinków pierwszego sezonu Demonów da Vinci (2013-15), a ostatnio, zaproszona do rozmowy o serialu, wróciłam do niego. No i, cóż, wsiąkłam, absolutnie nieoczekiwanie.

Tom Riley (Leonardo ‘Leo’ da Vinci, z lornetką) i Gregg Chillin (Zoroastro ‘Zo’ de Peretola)

Żeby się na Demonach… bawić równie dobrze, jak ja, trzeba przyjąć jedno kluczowe założenie. Uznać mianowicie, że to jest czyściusieńki fantasyland, jak ta “Brytania” w Merlinie BBC, i że ci ludzie naprawdę zupełnie przypadkiem nazywają się Riario, Donati, Medici, Orsini, Cereta (o, zwłaszcza (1) – no i da Vinci (2). Bo jeżeli choć przez moment spróbujemy przyłożyć tu miarę fabuły historycznej… no cóż, może być różnie. A jak człowiek oleje fakt, że spokojny ponoć i mało konfliktowy wedle biografii Leonardo jest tutaj skrzyżowaniem Iron Mana z Sherlockiem Holmesem (i fakt, że jeden miał kłopoty z alkoholem, a drugi z narkotykami, nie jest tu bynajmniej przypadkiem), Nicolo Machiavelli – naiwnym chłopcem o anielskiej urodzie, matka Leonarda – podróżującą w czasie wieszczką, dość młodo zmarła i znana z młodzieńczej humanistycznej twórczości Laura Cereta – stateczną figurą matki i inspiratorki krucjaty, a papież Sykstus IV – człowiekiem w żelaznej masce, plus minus… Jak się nie przejmie tym, że bohaterowie zwiedzają Machu Picchu pełne półnagich sexy kapłanek i żądnych krwi wojowników, walczą, a potem współpracują z hrabią Drakulą (a Drakula jest, jak najbardziej, jak wprost z Francisa Coppoli, tylko bardziej obłąkany), wyświetlają na niebie ruszający się prototyp znaku Batmana (i powtarzają niesławną scenę z pierwszego odcinka Black Mirror), szkicują swoje dzieła w stylu bliższym tumblra niż renesansu i przeprowadzają udaną transfuzję krwi… Jak nie będzie się zastanawiał, czemu proces o sodomię w piętnastowiecznej Florencji wygląda jak z amerykańskich seriali kryminalnych bardzo zdecydowanie dziejących się w wieku co najmniej dwudziestym i skąd wśród przywódców Florencji wzięła się nosząca sikhijskie nazwisko Singh, a grana przez Brytyjkę japońskiego (!) pochodzenia (niezwykle efektowna skądinąd Eleanor Matsuura) właścicielka przybytku z zakazanymi rozkoszami… No więc jak się to wszystko uzna za elementy wysoce postmodernistycznego (XD) fantasylandu, to się można naprawdę nieźle bawić.

Kolumbijska aktorka i modelka Carolina Guerra jako kapłanka Inków Ima. Serio serio, 2014, to nie kostium ze starego Star Treka (1966). Żal aktorki, nie zasłużyła na to “cudo” (a i postać miała więcej potencjału, niż jej pozwolono pokazać).

Powiedzmy sobie od razu: fabularnie nie jest to wybitny serial, przede wszystkim dlatego, że trochę się miota i nie bardzo wie, czym chce być. Główna fabuła jest, jak się łatwo domyślić z powyższego streszczenia, taka, jakby Dan Brown wziął się za konstruowanie scenariusza do Fringe: na granicy światów i pisał to, mając cały czas włączone DVD z filmowymi przebojami początku lat dwutysięcznych. Historia naszego fantasylandu wygląda następująco. W fantasy świecie istnieją trzy imperia i kilka pomniejszych jednostek państwowych. Jest więc w centrum akcji podzielona Italia, którą w trzecim sezonie trzeba zjednoczyć (!), rozbita na dwie części – trzymaną okrutnie za mordę frakcję zarządzaną przez Głównego Złola, znaczy papieża, a nawet dwóch, oraz niedoskonałą, ale jednak ojczyznę wszelkich wolności, pozwalającą na wolnomyślicielskie eksperymenty, szanującą naukę i w zasadzie uznającą mniej więcej współczesne prawa człowieka (minut proces Leonarda, o nim za chwilę) Florencję, rządzoną w imieniu Libertas Populi (wolności ludu) przez mającego wściekły temperament, ale szlachetnego i mądrego Wawrzyńca de Medici. Na terenie Italii są jeszcze państwa takie jak Neapol (którego władca, król Ferrante, jest z jakichś powodów kompletnie obłąkanym tyranem) i Otranto, ale one wliczają się w dominia papieskie. W tle mamy także królową Izabelę i króla Ferdynanda z Kastylii, wraz z kumplem Torquemadą, a także dziką i mrrrhoczną Wołoszczyznę, rządzoną przez, jakże by inaczej, Vlada III zwanego Draculą. Który, jakże nieoczekiwanie, jest wampirem, plus minus. No dobra, bardziej kultystą Lucyfera. Nieumarłym. I wygłaszającym egzystencjalne teksty jak z fanfiku nastolatka do Dostojewskiego.

Tom Riley (Leonardo) i Paul Rhys (Vlad III Dracula)

Wspomniane zjednoczenie fantasy Italii odbywa się z okazji najazdu przez imperium numer dwa, czyli strasznych ido szpiku kości złych Turków, niby rządzonych przez sułtana, ale w sumie kontrolowanych, zgadliście, przez tajne bractwa. Są dwa, jedno gorsze od drugiego, ale o nich za chwilę. Natomiast sporą część II sezonu bohaterowie nasi spędzają, podróżując do Ameryki Południowej (z tego niektórzy – na statku starego kumpla Zo i znanego oszusta Ameriga Vespucciego), a jak już tam dotrą – do Machu Picchu i imperium Inków. Bo tam, widzicie, ponoć ukryta jest magiczna Księga Liści, zawierająca całą przyszłą wiedzę ludzkości. Księgi pożądają oba tajne bractwa, a także – Leonardo, którego, dodajmy, tajne bractwa także pożądają. I nie są jedyne.

Tom Riley (Leonardo)

Ale zanim o tym, kto tu kogo pożąda, to parę słów o tajnych bractwach? Od razu na początku dostajemy pierwsze z nich, Synów Mitry, początkowo wybitnie chwilowo podobne do tego czegoś, czym było Bractwo Syjonu w Kodzie da Vinci – czyli mające za cel przekazywanie prastarej wiedzy wbrew podłym intrygom Kościoła. Później okaże się, że oni wcale tacy fajni nie są, o nie – ale ciągle gorsze jest drugie z bractw, Labirynt, zwący się także Nieprzyjaciółmi Człowieka. Walka między nim trwa, jakże by inaczej, od stuleci, a Leonardo (i jego arcywróg i frenemy Girolamo Riario) w pewnym momencie znajdują się w jej centrum. Co rusz to pojawiają się nam mistyczne wizje, tajni a egzotyczni agenci, mroczne rytuały, aluzje do mitologii, pradawne księgi, zakazana wiedza – generalnie to wszystko, co fani tego typu opowieści lubią. I jeszcze więcej, i jeszcze jeden, i jeszcze raz.

A teraz to już nie ma wyjścia, pora porozmawiać o pożądaniu.

Tom Riley (Leonardo) i Laura Haddock (Lukrecja Donati); i to nie jest najbardziej naga scena w tym serialu, a i nie jedyni bohaterowie, których widzimy na ekranie w wersji mocno rozebranej.

To jest pierwszy powód, dla którego ten serial wydaje mi się idealny jako inspiracja dla fanfiction. Bo, widzicie, tu wystarczy lekko zmrużyć oczy i – ze względu na emocjonalny ton serialowej opowieści – można sobie napisać w wyobraźni dość dowolny romans. Nie żeby w samej fabule było ich mało.

To jest serial, który skończył się w roku 2015, a to znaczy – w nieco innej epoce, jak chodzi o tego typu produkcje. Jak na ten rodzaj lekkiej w sumie historycznej fantastyki, w Demonach… jest sporo nagości (choć, przyznajmy, raczej częściowej) i sporo seksu, a także – romansów. Paradoksalnie, najmniej przekonujące emocjonalnie wydają się te historie, które fabuła pokazuje nam jako true love. W centrum motywów miłosnych w założeniu był trójkąt Leonardo – Lukrecja – Lorenzo (no sorry, cały czas pisałam o nim per Wawrzyniec, ale szkoda mi tutaj ładnej aliteracji XD). W teorii mamy tu dwie pary, w praktyce znacznie więcej chemii niż między Lukrecją a którymś z jej kochanków jest między Leonardem a jego patronem. Ponieważ obydwaj, i Wawrzyniec, i Leonardo, są grani na bardzo emocjonalnych tonach, ich wspólne sceny – przede wszystkim te w odcinkach Krew człowieka i Krew braci, kiedy Leonardo ryzykuje życiem, by przetoczyć ciężko rannemu przywódcy własną krew (!) – mniej mają w sobie z chyba zamierzonego przez twórców wzniosłego braterstwa, a więcej z gwałtownej i solidnie podszytej przemocą wzajemnej fascynacji, (no ale jak się każe dwóm niedoubranym postaciom miotać się w pozach takich ja na obrazku poniżej, to się zbiera efekty).

Wawrzyniec (Elliot Cowan) nie wie, czy czy zasztyletować, czy uściskać Leonarda (Tom Riley), który właśnie zaryzykował dla niego życiem i choć nie miał pojęcia o grupach krwi, skutecznie przetoczył mu swoją. Obok: Andrea Verrocchio (Allan Corduner) i Vanessa Moschella (Hera Hilmar).

Wawrzyniec ma lepiej napisaną relację z własną zdradzaną żoną (boska, bosko piękna i koszmarnie źle w tym serialu ubierana Lara Pulver) niż z Lukrecją – małżonkowie wydają się parą mocniej związaną niż teoretycznie zafascynowani sobą kochankowie. Nieźle też wygrany jest motyw fascynacji Wawrzyńca byłą ukochaną, Ippolitą Sforzą (zjawiskowa Jeany Sparks), obecnie żoną brutalnego i niestabilnego księcia Neapolu, Alfonsa, ale to stosunkowo krótka historia. Z kolei Lukrecja (Laura Haddock), paradoksalnie może najlepsze sceny ma z Zoroastrem, który kanonicznie nie ma z nią romansu, za to dość bezczelnie i bezskutecznie z nią flirtuje i widać, że oboje nieźle się tym bawią.

Aha: im mniej powiedziane o “małżeństwie” Leonarda z inkaską kapłanką Imą, tym lepiej. Nawet mi nie przypominajcie.

Tom Riley (Leonardo) i Elliott Cowan (Wawrzyniec)

A jak już mowa o hetero-romansach w tym serialu – grana przez Herę Hilmar Vanessa Moschella ma w kontekście wszystkich trzech sezonów całkiem fajnie napisaną postać, ale to, jak są pisane jej dialogi z kochankiem numer jeden, Giulianem de Medici, woła o pomstę do nieba. Kiedy wygłasza do konającego na posadzce katedry kochanka zdanie Twój ród będzie żył we mnie. Noszę twe dziecko, zęby cierpną; poprawia to potem jeszcze gorszą deklaracją do pogrążonego w żałobie Wawrzyńca w odcinku Krew człowieka. No weźcie:
Vanessa: Być może masz przyszłość dla Florencji, panie. Ogień Giulana wciąż płonie we mnie. Noszę jego dziecko.
Aaaa!
Ale proszę bardzo – Vanessę w kanonie serialu romans łączy najpierw przelotnie z Leonardem (co jest mocno sugerowane w pierwszym odcinku), następnie w Giulianem, potem najwyraźniej z Nikiem, a w końcu – z samym Wawrzyńcem, a podejrzewam, że jakby kto chciał, to doklei ją i do Zoroastra… Można fantazjować do woli, nie wyjdzie gorzej, niż w źródle.

Najciekawszą postacią kobiecą wydaje mi się Clarice (Clarissa) Orsini, ale podejrzewam, że mogę tu być nieobiektywna: uwielbiam grającą ją Larę Pulver do tego stopnia, że zmogłam dla niej najgorszy chyba serial w moim życiu, Robin Hooda BBC. W bohaterce Pulver widać, że scenarzyści nie są tak do końca pewni, co z nią zrobić, więc od pewnego momentu dają jej kompletnie od czapy motywy takie, jak romans z wujem męża Carlem (znakomity skądinąd Ray Fearson). Mimo tego (i mimo strasznych ciuchów) Clarice broni się i jako bohaterka, powiedzmy, “rodzinna”, matka i zdradzana, choć chyba kochana mimo to żona, i jako kobieta-polityk, przywódczyni Florencji w trudnych chwilach.

To jest Lara Pulver w renesansowych ciuchach. Albo tak się twórcom wydaje. Wiem, że miałam nie narzekać na ahistoryczność, ale, ech.

Bo, co gorsza, Lara nie jest niepodobna do autentycznej Clarissy Orsini (tu na prawdopodobnie przedstawiającym właśnie ją portrecie Ghirlandaia)

Bladawo wypadają też oba kanoniczne romanse hrabiego Riario – tak fatalnie od początku do końca pomyślany tragiczny romans z wierną i umierającą w końcu za niego czarnoskórą eks-niewolnicą i służącą Zitą (ilość przyprawiających o ból zębów stereotypów w tym wątku przekracza ludzkie pojęcie), jak i późniejszy związek z Laurą Ceretą, która wprowadzona jest jako figura wyraźnie mająca zastąpić mu matkę i ni z tego ni z owego nagle staje się kochanką, hmmm… Ciekawsza dynamika, jak chodzi o bohaterki, jest między nim a jego (spojler!) kuzynką, Lukrecją, dla której jako agentki papiestwa jest kimś w rodzaju oficera prowadzącego – znowu, może dlatego, że oboje pisani są jako postacie tragiczne, cierpiące, rozdarte emocjonalnie i moralnie, półświadomie poszukujące wsparcia i nader często znajdujące je u Leonarda.

Która to uwaga prowadzi nas wprost do faktu, że kluczowe emocjonalnie relacje w tym serialu są, kanonicznie, relacjami między mężczyznami. I to mimo że z kolei nie ma w Demonach… ani jednej kanonicznej historii miłosnej sensu stricto między mężczyznami. A to z kolei mimo że mamy odcinek, w którym główny bohater siedzi w więzieniu za sodomię, i co najmniej dwie sceny z gatunku “Bohater + nagi chłopiec w sytuacji erotycznej” (wrócimy do tego).

W centrum rodzinnych, emocjonalnych i osobistych konstelacji w Demonach… stoi Leonardo. Wokół niego mamy dwóch ojców (opiekuńczy i lojalny mistrz Andrea Verocchio i powoli przekonujący się do nieślubnego syna rodzony ojciec Leonarda, notariusz Medicich, Piero), oraz zaginioną tajemniczą matkę, która okazuje się kultystka, mistyczką, wszechobecną członkinią tajnego bractwa, wieszczką i cholera wie, czym jeszcze (zapewniam, ten wątek jest co najmniej tak irytujący, jak historia Samanthy Mulder w Archiwum X), plus w połowie trzeciego sezonu dostarcza Leonardowi nastoletnią siostrę ex machina, Sophię, równie jak on genialną.

Eros Vlahos (Nico)

Na dodatek do kłopotliwej rodzonej rodziny Leonardo ma też tę wybraną – mistrza Verocchia w roli dobrotliwego, ale wymagającego ojca plus dwóch nieodłącznych przyjaciół: Zoroastra de Peretola i nastoletniego Nico. Nico (Eros Vlahos), zasadniczo, wygląda jak jeszcze bardziej anielska wersja historycznego Salaia, ale pod koniec drugiego sezonu ujawnia nam swoje prawdziwe nazwisko, które brzmi, ku chyba niewielkiemu zaskoczeniu widzów znających konwencje tego typu fantasy historycznej (gdzie zwykle kolanem upycha się jak najwięcej jak najbardziej znanych postaci) – Niccolo Machiavelli. To by była zresztą historia na ciekawszą narrację, niż tutaj – to, jak z naiwnego i idealistycznego słodkiego chłopca wyrasta piewca Realipolitik; tu mamy tylko lekkie sygnały tej ewolucji, czemu winny jest, oczywiście, nasz główny bajroniczny czarny charakter, hrabia Riario.

Relacja Leonarda i Girolama Riario stoi w centrum fabuły, ale i w centrum emocjonalnej pajęczyny pt. “Leonardo i (nie)przyjaciele”. To akurat również nic specjalnie zaskakującego – i literatura, i kino (i inne sztuki) dawno już zrozumiały, że jedną z najlepszych rzeczy, jaką można w popularnej fikcji zrobić, jest dać bohaterowi wroga, który jednocześnie mu dorównuje i jest jego mrocznym alter ego, z którym naszą główną postać łączą uczucia co najmniej ambiwalentne – obsesja, nienawiść, niechętny szacunek dla wroga równego geniuszem, obsesyjna i nienawistna fascynacja. Zawdzięczamy to w sporej części, podejrzewam, tym raptem kilku stronom, na których pojawia się u Conan Doyle’a pewien Napoleon zbrodni, a późniejsze rozmaite popkulturowe warianty tej relacji są zbyt liczne, by je wymieniać. Demony da Vinci idą dodatkowo za tropem ukochanego wroga, bo bohaterów w pewnym momencie więcej zaczyna łączyć niż dzielić – Riario poświęci ukochaną Zitę, by uratować Leonarda (i, bądźmy szczerzy, nie stracić szansy na zdobycie Księgi Liści), Leonardo z kolei po odkryciu, że to Riario jest seryjnym mordercą znanym jako Potwór z Italii i że winne są temu upiorne praktyki Labiryntu, które spowodowały u hrabiego rozszczepienie osobowości na postacie Świętego i Grzesznika, postanawia go za wszelką cenę uleczyć i ocalić, ryzykując własnym życiem.

Postać Girolama Riario w serialu łączy w sobie chyba wszelkie możliwe tropy związane z postacią tragicznego antagonisty. Girolamo jest nieślubnym synem papieża-potwora, od dzieciństwa dręczonym i indoktrynowanym, by stać się mieczem Rzymu i narzędziem papieskiego gniewu. Zabija bez wahania i pozornie bez wyrzutów sumienia – zaczął jako młody chłopak od uduszenia własnej matki, żydowskiej prostytutki, skończył mordując ojca-papieża, trupów pomiędzy nie da się zliczyć. Chłodny, elegancki (chyba że właśnie ktoś go dręczy i torturuje, a robi to sporo osób sporo razy), cedzący przez zęby sarkastyczne repliki i na pozór niewzruszony w wierze w Boga i Kościół, równie na pozór niezdolny do miłości, Riario zaczyna patrzeć na świat nieco inaczej od spotkania z Leonardem i jego kompanionami, że się wyrażę Sienkiewiczem. Od tej pory scenarzyści ciągle dowalają mu kolejne koszmary, a jednocześnie każą nieustannie miotać się między poczuciem winy i chęcią pokuty – czemu zawdzięczamy może najlepszy motyw związany z tą postacią, czyli historię Potwora z Italii – a autentyczną potwornością i indukowanym w nim przez kolejnych złoli poczuciem, że jest czarnym aniołem i narzędziem Bożego gniewu. Za dużo trochę tego miotania, bo z tragedii szybko robi się emo, ale Blake Ritson jest na tyle kompetentnym aktorem, że jakoś radzi sobie z dodawaniem postaci jakiegoś minimum prawdopodobieństwa. W tym wszystkim jego relacja z Leonardem to jest ciągły taniec dookoła siebie, wyzwania, wrogość, współpraca, przyjaźń i nieukrywana wzajemna fascynacja (podejrzewam, że w 2023 niejeden twórca napisałby ją jako erotyczną).

Blake Ritson (Riario)

Blake Ritson (aktor ze sporym doświadczeniem w rolach historycznych arystokratów i/lub bohaterów Jane Austen, z wykształcenia skądinąd italianista-mediewista po Cambridge; ciekawe, jak mu się tu grało 😀 ) ma akurat odpowiednią mieszankę łajdackiego uroku i umiejętności aktorskich pozwalających na zasugerowanie, że pod pod maską religijnego fanatyzmu, intelektualnej i militarnej błyskotliwości, okrucieństwa i lodowatego perfekcjonizmu kryje się tragiczna i udręczona dusza czekająca na ratunek. ratunek, dodajmy, któremu summa summarum na imię jest Leonardo. Jeżeli ludzie piszą romansowe fanfiki do Demonów, w jakichś 80% piszą je o tej parze – a fakt, że bohaterowie co rusz to patrzą sobie głęboko w oczy, zwierają się w morderczych starciach, obiecują sobie nawzajem zgubę i wieczną wrogość, a jednocześnie i jeden, i drugi od pewnego momentu gotowy jest poświęcić wszystko, by ratować wroga, najoględniej mówiąc nie przeszkadza. Nie przeszkadza też, że będę nieco złośliwa, fakt, że a) cała główna i dobierana także pod kątem urody, nie tylko talentu, męska obsada (da Vinci, Riario, Zoroaster, Wawrzyniec, Giuliano, nawet Nico) nader często pokazuje się nam w rozchełstanych koszulach, albo i bez nich, ewentualnie w wybitnie nie renesansowych dopasowanych skórzanych wdziankach, b) wszyscy mają na wierzchu nie tylko klatki piersiowe, ale i serca, emocje znaczy. Patrz zresztą poniżej.

Tom Riley (Leonardo) i Blake Ritson (Girolamo Riario)

Niech ja wobec tego na moment wrócę do kwestii erotyzmu i homoseksualnych romansów, bo Demony da Vinci to ciekawy przykład (i chyba dość typowy dla seriali sprzed +/- 10 lat) stania sobie okrakiem nad barykadą. W teorii serialowy Leonardo (4) jest kanonicznie biseksualny; widzimy go w łóżku z co najmniej kilkoma kobietami, ale też dość jasno powiedziane jest, że oskarżający go o gwałt Jacopo Saltarelli faktycznie był jego kochankiem. Rozwinięte wątki romansowe Leonarda na ekranie są jednak wyłącznie hetero (a co sobie autor/ka fanfiction dopisze, to ich sprawa). Dziś, podejrzewam, na dodatek do Vanessy, Lukrecji czy Imy Leonardo pewnie dostałby przynajmniej jeden męski obiekt fascynacji.

Natomiast dwukrotnie sceny przedstawiające ważne postacie i ich (nastoletnich) kochanków użyte są do pokazania moralnego upadku tychże postaci – są to hedonistyczny pijak i hulaka Gaetano Sforza, książę Mediolanu (który zginie minutę po tym, jak wygoni z łóżka przygodnego młodziutkiego kochanka i zbierze się na uroczystą mszę w towarzystwie małżonki i dziatek) i odrażający papież Sykstus (którego nieletniego kochanka – raczej ofiarę – zabije Riario). Przypuszczam przy tym, że ważniejszy dla charakterystyki bohaterów jest tu wiek ich ofiar, wyraźnie bardzo młodych.

I to jest ten moment, kiedy wspomnimy sobie o złolach. Bo Riario oczywiście nie jest głównym czarnym charakterem, choć jest tym właściwym antagonistą. Natomiast poza tym mamy odrażającego papieża Sykstusa, jego paskudnego, jak się okaże, brata Alessandra, tajne bractwa i ich przywódców (w tym fałszywego i zdradzieckiego Carla de Medici), okrutnego i obłąkanego króla Ferrante i jego syna-potwora Alfonsa, a we Florencji – perfidnych i knujących Pazzich. Kto widział, jak Elliot Levey – który gra tu młodszego z przedstawicieli rodu – zagrał śliskiego i obłudnego trybuna Brutusa w Koriolanie Josie Rourke (2014), wie, czego się spodziewać.

Elliott Levey (Francesco de’ Pazzi)

Ale to, że w sumie, jeślibyśmy chcieli, jesteśmy w stanie napisać erotyczną historię w zasadzie dowolnemu układowi bohaterów i mieć na to jakąś, choćby małą, inspirację z oryginalnej serii, to jedno. Drugie to sposób konstrukcji postaci i zwłaszcza fabuły. A przy całych tejże fabuły nonsensownych założeniach, ona jest zwłaszcza w pierwszych dwóch sezonach naprawdę dobrze pisana. Spójrzmy na dwa pierwsze odcinki, Wisielec i Wąż. Umiejętnie i efektownie wprowadzają one kolejne postacie i motywy, szybkimi i zdecydowanymi scenami szkicując postacie i wątki. Konkretnie, popatrzmy na postać Girolama Riario. W pierwszej scenie, w której się pojawia, pokazuje swoją bezwzględną, nomen omen, lojalność wobec swego rzekomego wuja, a w rzeczywistości ojca, papieża – rozumie wydany bez słów rozkaz i nie wahając się, podrzyna gardło nieletniemu kochankowi Sykstusa. W bardzo dobrze napisanej pierwszej konfrontacji między nim a Wawrzyńcem scenarzysta (i przy okazji główny producent serialu, David S. Goyer) buduje charaktery bohaterów przez dialogi – a pamiętajmy, to są czasy, kiedy ideałem błyskotliwego bohatera ciągle jest doktor Gregory House (serial skończył się rok przed początkiem Demonów…) lub Sherlock Benedicta Cumberbatcha (serial rozpoczęty w 2010), któremu po piętach depcze o rok wcześniejszy Sherlock Roberta Downeya Jr. [BTW to jest, ups, trzech Sherlocków w jednym zdaniu, hmmm]. Innymi słowy, niespecjalnie rozumiejący świat i mający do niego cierpliwość geniusze, rzucający cięte uwagi i sarkastyczne riposty. Tu bywa podobnie. Wawrzyniec oświadcza wysłannikowi papieża, że Florencja będzie mu posłuszna po jego, Wawrzyńca, trupie, na co Riario odpowiada: Rozumiem. Czyli to twój warunek. Wawrzyniec odcina mu się scenę później, kiedy po zorganizowanym na cześć rzymskich wysłanników prowokującym spektaklu z prawie nagim Adamem i bardzo nagą Ewą bierze w dłonie węża, który “grał” w tymże spektaklu, i porównuje Florencję do Edenu, a następnie, wskazując na zwierzę, dodaje: Oczywiście, w Edenie był gość. To tak, jak u nas. Ale na tym nie koniec, bo identyfikacja Riario z wężem wygrana jest potem w scenie spotkania hrabiego z Leonardem, która jest wyraźnie sceną kuszenia w raju – zakończoną potem w następnej scenie pozornej zdrady wyznaniem miłości Leonarda do Florencji i lojalności wobec jej przywódcy oraz upokorzeniem hrabiego, który odejdzie, ślubując zemstę. Układ “Wawrzyniec jako niecierpliwy, bezwzględny, charyzmatyczny i budzący miłość przywódca, Leonardo jako jego niepokorny ale lojalny pomocnik, mający jednak własną wizję Florencji i jej obrony, Riario jako genialny polityczny przeciwnik Wawrzyńca i osobisty (ukochany) wróg Leonarda” przetrwa już do końca obecności tych postaci w fabule (czytaj, do ostatniego odcinka). To są sceny, dynamika i dialogi, które chce się ogrywać we własnych wersjach.

Elliott Cowan (Wawrzyniec)

Do tego dochodzi pomysłowe i często inteligentne ogranie historycznych detali. Że powtórzę – to jest serial fantasy, a jakiekolwiek traktowanie go serio historycznie musi zaowocować bolesną frustracją (3). Niemniej, podoba mi się sposób, w jaki takie szczegóły pojawiają się jako swoiste inkrustacje, ozdoby fabuły. A tych jest całkiem sporo. Od samego początku (sen Leonarda) przez drobiazgi typu zgadzająca się ilość kardynałów-krewnych mianowanych przez papieża, prze ideę, historycznie chyba jak najbardziej prawdziwą, że oryginalnie idea “Leonardo jako inżynier wojskowy” to była trochę reklamowa ściema, po meta-zabawę w mojej chyba ulubionej komicznej scenie, kiedy po lądowaniu w Ameryce Południowej maksymalnie wściekły Amerigo wrzeszczy, że nazwie ten nowy kontynent na swoją cześć, po czym zaczyna wołać Vespuccia! Vespuccia!

James Faulkner w podwójnej roli, jako Francesco (uwięziony prawdziwy papież, ojciec Lukrecji) i jego bliźniak Alessandro (papież-uzurpator, ojciec Girolama) della Rovere. Obaj okażą się równie perfidni.

Jednocześnie “fanfikowe” jest też to, jak serial ogrywa klasyczne konwencje i formaty seriali – różnych gatunków. Pierwszy sezon ma w sporej części format typu “przygoda tygodnia”, co sprawia, że pojawiają się w nim warianty co najmniej kilku popularnych motywów, i to głównie takich, jakie znamy z bardzo współczesnych / fantastycznych produkcji. W odcinku Więzień mamy Leonarda prowadzącego śledztwo w sprawie tajemniczych opętań w klasztorze, mocno w stylu Sherlocka Holmesa, a może jeszcze bardziej – diagnoz doktora Gregory’ego House’a, bo wszystko okazuje się mieć medyczną przyczynę. W Wieży scenarzyści wykorzystują format odcinka z procesem sądowym (bardzo amerykańskim i bardzo współczesnym). W trzecim sezonie, w odcinkach Modus operandi i Anima Venator, motyw związany z poszukiwaniem Potwora z Italii jest wypisz-wymaluj z filmów o seryjnych mordercach, gdzie Leonardo jest profilerem (łącznie ze stwierdzeniami typu “Morderca ma wyrzuty sumienia i jest głęboko religijny, bo stylizuje swoje ofiary po śmierci na dzieła religijnej sztuki”), a Riario – dotkniętym osobowością wieloraką, szukającym mimo wszystko odkupienia zabójcą mimo woli. Mamy nawet – też w trzecim sezonie – odcinek pokazujący alternatywną wersję historii bohatera i tego, co by się stało ze światem, gdyby Labirynt i jego Architekt zwyciężyli (Labrys) – chwyt znany przede wszystkim z seriali fantastycznych, od Star Treka (choćby Mirror, Mirror z TOS) po Supernatural (What Is and What Should Never Be i inne), ale pojawiają się w innych konwencjach (coś tam chyba było nawet w Przyjaciołach, ale jako że najoględniej mówiąc fanką nie zostałam, nie pamiętam najlepiej). Z kolei historia papieża Sykstusa i jego zamkniętego w lochu bliźniaka Aleksandra zaczyna się i przez spory kawałek rozwija jak opowieść o Człowieku w Żelaznej Masce, przede wszystkim w wersji a la film z 1998 roku, gdzie Leonardo di Caprio jest złym Ludwikiem XIV i jego dobrym uwięzionym bratem (a, dodajmy, najlepsza w historii obsada starszych Trzech Muszkieterów marnuje się na ekranie, że aż niemiło). Tyle że w Demonach da Vinci w pewnym momencie fabuła zaczyna robić fikołki i żaden z braci nie okazuje się szczególnie dobry – cóż, takie skutki bratania się z tajnymi bractwami… Dodajmy do tego przeróbkę klasycznych fabuł o wyprawie do Transylwanii na Wołoszczyznę i spotkania z Drakulą – chyba mniej więcej widać, jak to działa.

A i, że będę złośliwa, w co najmniej paru odcinkach serialowi przydałyby się także i popularne wśród autorów i autorek fanfiction opka typu “fix it” – serio, jak się człowiek przyjrzy na przykład temu, co pozytywni (!) bohaterowie robią z ofiarą, oskarżycielem i sędzią w odcinku Wieża, tym z procesem Leonarda o sodomię, to się trochę włos jeży na głowie. Że o całej historii Zity nie wspomnę. W ogóle widać po tym serialu, że te dziesięć lat od jego początku to jest epoka w rozwoju telewizji i że dziś mnóstwo rzeczy robi się nieco inaczej.

Od lewej: Tom Riley (Leonardo, oskarżony), David Schofield (Piero da Vinci, ojciec i niechętny adwokat), Elliot Levey (Francesco de’ Pazzi, oskarżyciel).

Generalnie, ojej, to jest fabularnie – no, jak Dan Brown, tylko z jeszcze głupszą fabułą, kręcącą się jak pies za własnym ogonem, za to z sympatyczniejszymi niż nadęty Robert Langdon postaciami i ozdobioną raz czy drugi świetnymi dialogami, fajnymi pomysłami i sprytnymi ozdobnikami w postaci pomysłowo wrzuconych w tej wesolutki fantasyland historycznych aluzji. Aktorsko jest więcej niż przyzwoicie, wizualnie – bardzo nierówno, a oglądało się, ku mojemu absolutnemu zaskoczeniu, całkiem przyjemnie. No i – co kluczowe dla faktu napisania tego wpisu – złamałam się i poszłam poszukać jednego konkretnego motywu w fanfiction, a to mi się dawno nie zdarzyło.

(1) Miało być bez narzekania na “historyczne’ pomysły, ale na jedno pozwólcie – czemu, na litość, była im ta biedna Laura Cereta potrzebna? Czemu nie zrobić twardą przywódczynią krucjaty i love interest Riaria – zamiast piszącej głównie o sprawach kobiecych młodo zmarłej humanistki – Cateriny Sforzy? Była z niej kobieta barwna, wojownicza, inteligentna i zdecydowana, z zacięciem do wojaczki i zarządzania, a na dodatek miała tę malutką zaletę, że, jak by to powiedzieć, historycznie była żoną niejakiego Girolama Riaria, hrabiego Imoli? Cóż, podejrzewam, że się nigdy nie dowiemy.

(2) Może ktoś zapytać: po co w takim razie w ogóle nazywać bohaterów “da Vinci”, a miasto “Florencja”? Może lepiej stworzyć własny fantasyland? I to jest doskonałe pytanie, i ja bym się chętnie nad nim zastanowiła, ale na pewno nie w tej notce. Ona i tak już jest za długa.

(3) Nawet sobie nie wyobrażacie, jak maksymalnie mnie drażni zwrot fabuły w trzecim sezonie: jednocząca Italię “krucjata” i fakt, że walka dobra ze złem i światła z ciemnością przyjmuje postać wojny z imperium osmańskim (które ta banda pacanów, nasi bohaterowie, zasadniczo sprowokowali do ataku). Mam wrażenie, że scenarzyści niepotrzebnie chcieli ograć historyczny konflikt o Otranto na początku rządów Bajazyda II, i poszli w najbardziej banalny i szkodliwy schemat “Europa dobrze, Turczyn pohaniec sprosny źle”. Sto razy bym wolała wojnę z armią któregoś z mitycznych tajnych bractw, szczerze mówiąc.

(4) Seksualność autentycznego historycznego Leonarda da Vinci nie jest oczywista, szanse, że erotycznie interesowali go raczej mężczyźni / chłopcy – spore, w świetle niezbyt licznych danych, jakie mamy, a temat absolutnie nie do dyskusji tutaj, bo notka i tak jest za długa.

Garść impresji na temat Wakandy

Nadrobiłam sobie ostatnio w końcu Wakanda Forever (co ciągle zostawia mi nieobejrzany cały jeden film Marvela (przy obejrzanych / oglądanych na bieżąco wszystkich serialach), a to z kolei mówi dużo o tym, że dalej naprawdę lubię to uniwersum) i tak sobie myślę, że to jest jeden z tych filmów, którym niewiele brakło, by były naprawdę udane. Zapowiem od razu – to poniżej to nie będzie recenzja sensu stricto, raczej garść pewnych impresji i uwag, związanych z filmem (nie będę kłamać, kusi mnie cykl recenzji z kluczowych filmów Marvela, ale KIEDY JA TO ZROBIĘ?!).

UWAGA: solidne spojlery.

W każdym razie: twórcy byli, wyjściowo, jak mi się zdaje, na przegranej pozycji. Każde rozwiązanie, związane z koniecznością wypisania z fabuły Chadwicka Bosemana i jego T’Challi, natychmiast znalazłoby krytyków, obojętne, czy zostawiono by postać, ale zmieniono aktora, zabito bohatera za kadrem lub w zasadzie za kadrem, użyto starych zdjęć, bo pokazać nam jego śmierć w filmie czy odesłano go gdzieś na czas jakiś, by w kolejnym filmie i po upływie dłuższego czasu przywrócić z nową twarzą. Tu, niestety, zadecydował za nich los, bo na tragiczną chorobę i przedwczesną śmierć aktora, który niósł na sobie i swoim talencie sporą część sukcesu pierwszej “Czarnej Pantery”, nikt nic nie mógł poradzić. Przyjęty pomysł – T’Challa umiera niby na naszych oczach, ale za kadrem, a my widzimy głównie paniczne reakcje Shuri – jest z tych bezpiecznych, ale może dlatego zrobił na mnie nie najlepsze wrażenie: miałam poczucie, że scenarzyści chcą jednocześnie zamknąć ten temat szybko, przygotować i pokazać nam hołd raczej dla aktora niż jego postaci, a przy tym – na gniewie i złości Shuri zbudować większość emocjonalnej historii filmu. Było tego za dużo i nie do końca wyszło. W każdym razie brak Bosemana się czuje – ogromna, ogromna szkoda, że tak się historia potoczyła.

Letitia Wright (Shuri) radzi sobie ze swoją bohaterką i jej problemami całkiem IMHO skutecznie, chwilami wręcz błyskotliwie, jak w scenie, kiedy w transie po spożyciu magicznej rośliny dającej jej moce Czarnej Pantery spotyka zupełnie nie tego, kogo się spodziewała. Scenarzyści, jednakowoż, za bardzo jej życia nie uławiają.

Wakanda Forever ma, po pierwsze, strasznie dużo wątków i głównych bohaterów. Z jednej strony mamy historię Shuri, z drugiej – jej matki Ramondy, która jako królowa usiłuje radzić sobie zarówno z problemami międzynarodowymi, jak i z własną córką (jedno i drugie idzie jej jakby średnio) oraz z faktem, że Wakanda pierwszy raz pozbawiona jest pomocy Czarnej Pantery. Do tego dochodzi wspomniany wątek problemów międzynarodowych (skutkujący obecnością agenta Rossa i jego szefowej i eks w jednym), wątek Okoye, która zawodzi królową i zostaje zwolniona ze służby, wątek Nakii, od sześciu lat mieszkającej na Haiti, ale wezwanej ponownie do służby (i dostarczającej na koniec motywu typu “bomba ex machina”), wątek M’Baku i pomniejsze wątki innych wodzów klanów, duży i kluczowy wątek Namora i jego podwodnego imperium, wątek Riri Williams/Ironheart i jej pobytu w Wakandzie… No, sporo tego. W związku z tym film, choć długi, skacze między motywami i w zasadzie nie do końca realizuje ich potencjał.

Weźmy Ironheart, graną przez Dominique Thorne. Aktorka jest kompetentna i z postacią sobie radzi bez problemu, plus nadaje jej jakiś tam rys indywidualności, o co nie jest łatwo, oj, nie jest, bo scenarzyści przeszkadzają, jak mogą. Riri w tej fabule, tak jak jest ona napisana, jest postacią doskonale IMHO zbędną. Po pierwsze, dublują się z Shuri: dwie nastolatki, obie przy tym genialnie genialne, obie pyskate i nieposłuszne, obie o podobnych kompetencjach i zainteresowaniach. Wątek Riri jest nie najgorzej wprowadzony (to ona zaprojektowała urządzenie, które zwraca uwagę Namora i zaczyna konflikt), ale potem w zasadzie większość tego, co przyszła Ironheart robi, mogłaby robić Shuri. Po drugie, to by może i było do uratowania, gdyby pogłębić relację tych postaci, pokazać, jak ewoluuje ich stosunek do siebie, zarysować im bardziej wiarygodny wątek rodzącej się wbrew różnicom przyjaźni, a może nawet, cholera, czemu nie, wbrew komiksowym biografiom, romantycznej fascynacji albo wzajemnego hero worship? Tymczasem idea, że one szybko łapią kontakt ze względu na podobne doświadczenie bycia utalentowanymi młodymi czarnymi kobietami jest… no, IMHO mało przekonująca. Podejrzewam, że doświadczenia Shuri – bajecznie bogatej królewny (!) wychowanej w utopijnym, nie mającym kontaktu ze światem, nie znającym rasizmu państwie, różnią się zasadniczo od tych, jakie miała dorastająca w USA niezbyt zamożna adoptowana córka mechanika samochodowego, Riri… Plus, rany, kto zaprojektował dla Ironheart ten chyba najbrzydszy w MCU, ciężki, niezgrabny strój z wielkim sercem na barkach?

Nominację do Oscara za Wakanda Forever miała grająca Ramondę Angela Bassett, ale mam wrażenie, że chyba jeszcze bardziej zasłużyła na nią Danai Gurira (Okoye), która ma w tym filmie kilka naprawdę znakomitych scen (jest świetna w relacjach z Shuri na tajnej misji na Uniwersytecie Harvarda i znakomita w emocjonalnej scenie konfrontacji z królową podczas przesłuchania po porwaniu Shuri). No ale ma je, konkretnie, w pierwszej połowie, potem znika. A szkoda, wielka szkoda – to jest świetna, wiarygodnie napisana i zagrana postać. No dobra, na koniec wraca w ładnej superbohaterskiej zbroi, zawsze to coś.

Film nie wykorzystuje też do końca wątku Nakii – tego, że opuściła Wakandę sześć lat wcześniej, nie bardzo wiadomo, czemu, że nie wróciła nawet na pogrzeb byłego ukochanego T’Challi – a potem, na koniec, dowala nam motywem pt. “Oni mieli dziecko przez cały czas, i w sumie wszyscy w rodzinie wiedzieli, tylko nikt nie powiedział Shuri, umierającej z tęsknoty za zmarłym bratem, że ma bratanka”. No, wzdech. Na miejscu Shuri tu bym się dopiero wściekła.

To jest film z kobietami w centrum i w głównych rolach, ale tak się składa, że najlepsze role trzecioplanowe / epizodyczne mają tu mężczyźni. Winston Duke jako M’Baku zamiatał już w pierwszym filmie. Tu w scenach, które ma, pokazuje się jako rozsądny, sensowny, doświadczony lider, a nie moralizuje i nie ględzi – to nie jest takie częste w rozrywkowym kinie. Bank rozbiło, jak dla mnie, te parę minut największej niespodzianki filmu, czyli nieoczekiwanego powrotu Killmongera. Michael B. Jordan w tej roli to ciągle jeden z moich ulubionych skomplikowanych złoli w MCU, a tutaj, kiedy pojawia się, by wodzić na pokuszenie młodą i cierpiącą królową, jest IMHO wręcz elektryzujący. Osobnej wzmianki domaga się Everett Ross i w ogóle ten wątek CIA / FBI i całej reszty – no bardzo on jest fajny, w sumie, fajnie zagrany zarówno przez Martina Freemana, jak i Julię Louis-Dreyfus, ale w tym filmie zbędny absolutnie i doskonale.

Natomiast, jak o męskich rolach – co ten film ma, to ma, a ostatnio w Marvelu to nie jest takie oczywiste, dobrze pomyślanego antagonistę (1). Namor, fantastycznie grany przez Tenocha Huertę, może i w swojej oryginalnej komiksowej inkarnacji przypominał Aquamana z DC, ale postać wykreowana tu przez Huertę nie ma nic wspólnego z ekstrawertycznym i trochę nie dającym się nie lubić Aquamanem Jasona Momoi. Namor jest zimny, kalkulujący, bezwzględny i absolutnie imperialistyczny w swoim myśleniu o świecie i swoim w nim miejscu, a jednocześnie – nie ma wątpliwości, skąd się takie jego podejście wzięło i jaki ból i emocje za nim stoją. Sceny w podmorskim Talokanie między nim a Shuri – na granicy wzajemnego podziwu i zrozumienia, zrujnowanego potem zarówno przez decyzje Ramondy, jak i przede wszystkim samego Namora – są naprawdę dobre, udane, przemyślane, oraz, co nie jest ostatnio normą w MCU, efektowne wizualnie.

Jak chodzi o efekty specjalne, podobała mi się też walka na okręcie – a raczej na jego pionowych burtach, pokazana z perspektywy Shuri – Czarnej Pantery. Wielka bitwa oczywiście jest, i dla mnie oczywiście jak zwykle (z wyjątkiem Avengers: Endgame) jest nudnawa, ale nie oszukujmy się, nie dla mnie te sceny bitew są kręcone; moim siostrzeńcom (dziewięć i siedem) na pewno się spodoba.

No i co? No i oglądało się przyjemnie, słuchało jeszcze przyjemniej (muzyka Ludwiga Göranssona bardzo nastrojowa i efektowna), momentami zgrzytałam zębami, chwilami lekko się nudziłam, generalnie skończyłam z poczuciem “Było OK, mogło być świetnie”.

***

(1) Dobrze zagrani, i owszem, się zdarzają całkiem często – i Jonathan Majors jako Kang w Quantumanii, i Christian Bale jako Gorr Bogobójca w czwartym Thorze, i znakomita w Doktorze Strange’u w multiwersum obłędu Elizabeth Olsen to są dobrze zagrane postacie, tylko (może z wyjątkiem Olsen / Wandy) nie bardzo mające sensowne miejsce w fabule.

Zew Zajdla 2022. Opowiadania (1). Agnieszka Hałas, “Potwór i nić”.

Tradycyjnie, jak – no, nie do końca “co roku”, bo w zeszłym roku tego nie zrobiłam – po ogłoszeniu nominacji do Nagrody im. Janusza A. Zajdla zaczynam akcję krótkich recenzji z nominowanych opowiadań i powieści. Wszystko przez to, że od paru lat trwa akcja Zew Zajdla, a ja, jak co roku, biorę w niej udział. Oznacza to, że po pierwsze, sama wysyłam propozycje nominacji do Nagrody imienia Janusza A. Zajdla. Po drugie, kiedy przychodzi pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wykupując akredytację wspomagającą i głosując online, albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Łódzki Festiwal Fantastyki “Kapitularz”. Po co to wszystko? A przede wszystkim po to, żeby promować dobre polskie teksty fantastyczne, w tym przede wszystkim opowiadania. Nie, nie łudzę się, że moje recenzje dotrą do więcej niż kilku osób – ale nawet taka grupka czytających bywa cenna. A czy, z kolei, wszystkie nominowane teksty są dobre? Nie, oczywiście, że nie zawsze. Jak będzie w tym roku – zobaczymy, bo na razie z dziewiątki nominowanych opowiadań znam ledwie trzy. Dzisiejsze jednak – żeby zacząć od mini-spojlera – zdecydowanie mi się podobało.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Ilustracja ze strony wydawnictwa

Inne Nieba. Antologia inspirowana obrazami Jakuba Różalskiego została wydana przez Wydawnictwo SQN w roku 2022 i była niejako kontynuacją jednego z flagowych cykli wydawnictwa – serii antologii Hardej Hordy. Po Hardej Hordzie i Hardych Baśniach dostaliśmy antologię opowiadań inspirowanych malarstwem Jakuba Różalskiego (co, skądinąd, sytuuje ją także jako kontynuację innej inicjatywy SQN-u, antologii Inne Światy z roku 2018; ciekawostką jest fakt, że w obu tych tomach mamy opowiadania Anny Kańtoch). Inne nieba zawierają dwanaście tekstów fantastycznych, napisanych przez autorki Hordy – Annę Kańtoch, Anetę Jadowską, Aleksandrę Zielińską, Milenę Wójtowicz, Martynę Raduchowską, Aleksandrę Janusz, Annę Hrycyszyn, Annę Nieznaj, Ewę Białołęcką, Magdalenę Kubasiewicz, po raz pierwszy EDIT drugi publikującą w tomie Hordy Krystynę Chodorowską oraz Agnieszkę Hałas. To właśnie jej opowiadanie znalazło się w tym roku na liście nominacji do Nagrody Zajdla.

Opowiadania w zbiorze Inne nieba prezentują spory gatunkowy rozrzut, zahaczając to o alternatywną historię współczesną (Aleksandra Janusz), to o specyficznie rozumianą postapokalipsę (Aleksandra Zielińska) albo swoistą folk fantasy (Aneta Jadowska). Agnieszka Hałas, na co dzień kojarzona przede wszystkim z dark fantasy, ale znakomicie przecież sprawdzająca się i w innych stylistykach, tym razem zdecydowała się na konwencję, którą najlepiej byłoby chyba określić jako space fantasy.

Jesteśmy zdecydowanie w naszym świecie – wiele, wiele stuleci po tym, jak Europę spustoszyła wywołana przez Federację Rosyjską wojna, po której Rosjanie zostali pariasami świata, dla których emigracja w kosmos jawiła się jako całkiem sensowne rozwiązanie – ale zarazem na dalekiej, obcej i działającej według obcych reguł planecie. Potomkowie rosyjskich emigrantów w kosmos, Cygnotowie, zdążyli okrzepnąć w groźnym, nieziemskim świecie i znaleźć sposób komunikowania się z zamieszkującym go Potworem, co pozwoliło im, w zamian za oddawaną mu cześć, dostać choćby namiastkę zabezpieczenia na wypadek chorób i głodu. Komunikowanie się, w przypadku Potwora, to chyba nieco za dużo powiedziane: mieszkańcy nie są pewni jego natury i pochodzenia, a pieśni, których używają do przekazywania swoich potrzeb, są oparte na fundamentalnym oszustwie, próbują bowiem przekonać drzemiącą w letargu istotę, że zaspokaja potrzeby własnego potomstwa. Nie każdy też potrafi te pieśni snuć: moc ta przysługuje tylko potomkom i następcom pierwszego śpiewaka, Ilii Smertina. Czego Cygnotowie się nie spodziewali, to kolejna fala ludzkich osadników. Kiedy pojawił się brutalny, ewidentnie pochodzący z hiszpańskojęzycznej tradycji i – mimo posiadania wysokiej technologii – żyjący według feudalnych zasad Lud Gwiazd, niewiele zajęło mu podporządkowanie sobie Cygnotów. Bezlitosne rządy przybyszów doprowadzają do tragedii, która dotyka narratorkę i główną bohaterkę, Larysę. Śmierć ojca, podobnie jak ona śpiewaka, czyli tego, który umie porozumiewać się z Potworem, a także fakt, że umarł, wykonując polecenie Gwiazdhrabiego i sprowadzając przez to gniew boga-bestii i zagładę na swoich, sprawiają, że Larysa nie chce już niczego poza zemstą. Czego ma zresztą chcieć? Umarł ojciec, umarła macocha, mordercza zima zabrała obu braci, a gdy w końcu Larysie udało się znaleźć odrobinę ciepła i miłości w ramionach przyjaciółki-kochanki, Swiety, i ją odebrał jej los, a właściwie – okrutny kaprys Gwiazdhrabiego. Została tylko nienawiść i gorycz, silniejsza od śmierci.

Gorzka, bardzo gorzka to opowieść. Choć tytuł i pozorne skojarzenia odsyłają do mitu o Minotaurze, czyli opowieści, która chwali męską dzielność i kobiecą przemyślność, niewiele z tego zostało w bohaterkach i bohaterach Potwora i nici. Autorka dzieli rolę Ariadny między obie bohaterki: Swieta przypomina mityczną bohaterkę z zachowanego ziemskiego obrazka, kojarzy się Larysie z jej zmysłowością i urokiem. Jednocześnie coś z Ariadny ma w sobie sama Larysa – to ona wchodzi do labiryntu, skąd można porozumieć się z istotą (ba, w ostatniej wyprawie nawet towarzyszy jej Tezeusz – Manuel, młody śpiewak na usługach hrabiego). Ale tu nie będzie prostego pokonania potwora, pojedynku, wyniesionej z labiryntu głowy potwora, nawet potraktowanej z ironicznym dystansem jak w otwierającym opowiadanie cytacie z tekstu Zbigniewa Herberta. A nie będzie, bo potwór – Potwór – nie jest silnym, bezmyślnym Minotaurem z mitu, tylko postacią z zupełnie innej opowieści. To nie Minotaur, którego da się zabić, to Kościej Nieśmiertelny, który, uwolniony w końcu z więzienia, ruszy, by pożreć świat. Larysa będzie jego pierwszą ofiarą, ale też częścią jego świadomości; dostanie swoją zemstę za cenę zniszczenia siebie, swoich i wszystkiego dookoła, w tym – także wrogów (1).

Widać w tym tekście, że Agnieszka Hałas jest sprawną pisarką o dużych umiejętnościach, że konstruuje wiarygodne i ciekawie napisane postacie – nawet jeśli Lud Gwiazd, a raczej jego arystokracja, to cywilizacja bez serc, bez ducha i bez jednej cechy pozytywnej – i że umiejętnie posługuje się pierwszoosobową narracją. W tym tekście więcej jest retro-, ale i introspekcji niż fajerwerków – i bardzo dobrze, bo to jest opowiadanie raczej dla osób ceniących fantastykę refleksyjną, psychologizującą, niekoniecznie na akcji zbudowaną. Jednocześnie zwraca uwagę to, jak umiejętnie autorka konstruuje tu obcość Potwora, oswajanego mitycznymi skojarzeniami, ale przecież będącego, w zasadzie, obcą, kosmiczną siłą. W klimacie, jaki kreuje w scenach w labiryncie i opisach Potwora, Agnieszce Hałas blisko chwilami do jednej z moich ulubionych pisarek, C. S. Friedman, a to wielka pochwała.

Podsumowując; ciekawy, oryginalny, pomysłowy tekst z dobrze napisanymi postaciami, ale jeśli Waszą bajką są pojedynki w kosmosie albo dzielni barbarzyńcy, to może niekoniecznie do Was trafi.

(1) Miałam przez moment ochotę pospekulować tu o rosyjskim pochodzeniu Cygnotów, o kulturowym obrazie Rosji i rosyjskiej dusz, odbijającym się w tekście, a także o tym o tym, jak się w niego wpisuje i kult Potwora, i sama tegoż Potwora natura, i reakcje Larysy w obliczu nadchodzącej śmierci, ale nie chcę iść w aż tak daleko idące domysły i skojarzenia, które wcale niekoniecznie muszą być przez autorkę zamierzone.

Ilustracja ze strony wydawnictwa

GDZIE ZNALEŹĆ: Na razie tylko w antologii SQN Inne nieba, zapewne trafi także do tegorocznej Antologii Zajdlowej.

ZA ILE: Uwaga: Antologia Zajdlowa zapewne jak zwykle będzie do ściągnięcia za darmo do końca roku; tom Inne nieba chwilowo można kupić na stronie SQN za 69,99 PLN (papier) lub 49,99 (ebook).

DLA KOGO: Dla lubiących pogranicze SF i fantasy. Dla szukających niekoniecznie typowych mitologicznych retellingów – tu elementy wzięte z mitu są subtelne i mocno przetworzone. Dla osób zainteresowanych nieschematycznymi kobiecymi postaciami. Wreszcie, dla doceniających raczej subtelną grozę i powolne budowanie klimatu.

Duch w maszynie

Harlan Ellison, “I Have No Mouth and I Must Scream, pierwodruk w piśmie F: The Worlds of Science Fiction 3/1967, liczne przedruki; na polski tłumaczyli Marek Marszał i Piotr Gąsiewski, przekład Marszała w: James Gunn, Droga do science fiction, t. 3, przekład Gąsiewskiego – w zbiorze opowiadań autora, zatytułowanym “Ptak śmierci”. Cytuję w tekście tłumaczenie Piotra Gąsiewskiego, choć wolę to Marka Marszała, ale jak się nie ma (pod ręką) co się lubi…


W roku 1968 Harlan Ellison dostał za “Nie mam ust, a muszę krzyczeć” Nagrodę Hugo. Pamiętam, jak piorunujące wrażenie zrobiło to opowiadanie na mojej nastoletniej osobie, kiedy w późnych latach 80. go przeczytałam (i, wygląda na to, zapamiętałam na całe życie). Popularność “Nie mam ust…” nie zmalała z czasem. Tekst nadal bywa dyskutowany, zarówno w świecie naukowym, jak i w środowiskach fanowskich. Dzięki jednej z takich dyskusji, na forum Fantastyka.pl, powstał ten wpis.

UWAGA: To nie jest recenzja, raczej literacka analiza. Jako taka, ZAWIERA SPOJLERY.

Okładka: ilustracja z archiwum allegro.pl, zmieniona.

“Nie mam ust, a muszę krzyczeć” to dla mnie przede wszystkim tekst dogłębnie przygnębiający w swojej wizji świata, a jednocześnie, paradoksalnie, pokazujący w dziwacznie krzywym, groteskowym zwierciadle dokładnie tę samą siłę ludzkiego ducha, którą mamy w finale Niezwyciężonego Lema. Poczekajcie proszę chwilę, zanim mnie wyśmiejecie za to ostatnie stwierdzenie.

Założenia światotwórcze Ellisona w tym opowiadaniu pozwalają spojrzeć na nie jako na połączenie kluczowych cech kilku konwencji. W przedakcji mamy a) nuklearną zagładę ludzkości, w wyniku b) buntu maszyn, dwa tematy klasyczne dla SF w jej postapokaliptycznej odmianie, ale niekoniecznie tej najnowszej, raczej tej typowej dla lat 60. (to nie znaczy, że dziś nie mamy postapo w wersji post-nuklearnej, bo oczywiście mamy, patrz oczywiście uniwersum Metro 2033, by przytoczyć najbardziej oczywisty przykład; dziś jednak postapo co najmniej równie często ma w przedakcji epidemie, katastrofę klimatyczną i podobne, aktualne społecznie tematy). Do tego dochodzi komponenta, którą chyba można byłoby z lekką tylko przesadą, nazwać proto-cyberpunkową (tak, wiem, cyberpunk zwykle kojarzy się z początkiem lat 80.). Bohaterowie nie przebywają co prawda w cyberprzestrzeni sensu stricto, tylko w zamkniętej podziemnej strukturze, ale rzeczywistość wokół nich została uformowana całkowicie przez złośliwą, nienawidzącą ludzkości sztuczną inteligencję i nie działa dokładnie według zasad logiki i porządku naszego świata. Bliżej jej do okrutnej, dziwacznej symulacji, stworzonej w jednym jedynym celu – dręczenia ostatnich pozostałych przy życiu przedstawicieli ludzkości. To z kolei przybliża opowiadanie Ellisona do jeszcze jednej obecnej w nim konwencji – grozy, i to takiej z naciskiem na body horror i makabrę.

Ellison uchodził słusznie za mistrza krótkiej formy i także w “Nie mam ust, a muszę krzyczeć” posługuje się formą opowiadania w bardzo umiejętny sposób. Zaczyna mianowicie od trzęsienia ziemi – przerażającego i odrażającego obrazu:


Z różowej palety, niczym pusty flak, zwisało ciało Gorristera. Wisiało wysoko pod sufitem, nie dygocąc nawet w zimnym, śmierdzącym smarami ciągłym przeciągu głównej komory komputera. Zwisało głową w dół, przyczepione do palety stopą lewej nogi. Na metalowej posadzce nie było kropli krwi. Spuszczono ją z niego przez precyzyjne cięcie pod zapadłymi policzkami, od ucha do ucha.

Ten pierwszy akapit zostaje natychmiast skontrowany pozornie absurdalną informacją, kolejne zdanie bowiem brzmi: Kiedy Gorrister wrócił do nas i przyjrzał się swojemu ciału, nic nam nie przyszło ze zrozumienia, iż AS znowu wystrychnął nas na dudka. Nie wiemy, kim jest Gorrister, jakim cudem wrócił pod tym, jak poderżnięto mu gardło, a przede wszystkim, kim jest AS. Trafiamy dość modelowo in medias res, w sam środek wydarzeń, zostawieni sami sobie i zmuszeni do odgadywania ukrytych przez autora odpowiedzi. Dla piszących – warto podpatrzeć technikę, jaką tu Ellison stosuje: najpierw szok estetyczny, potem zaskoczenie powrotem Gorristera, pokazującym, że to nie jest nasz normalny świat, a potem wzmianka o AS-ie, dookreślonym w następnym zdaniu jako maszyna. Od początku jesteśmy zaintrygowani, a jednocześnie niepewni świata, jaki widzimy, i zdecydowanie gotowi czytać dalej.

Prędko dowiemy się, że mamy czterech bohaterów – są nimi Gorrister, Nimdok, Benny i narrator, Ted, oraz jedną bohaterkę, Ellen. Od stu z hakiem lat trwają – bo trudno to nazwać życiem – w przerażającej, wrogiej przestrzeni, wykreowanej dla nich przez szóstą postać tej historii – sadystyczną, nienawistną sztuczną inteligencję, która nadała sobie imię AM – jak Allied Mastercomputer, ale przede wszystkim jak I think, therefore I am, cogito ergo sum Kartezjusza. Ten AM w polskim przekładzie Gąsiewskiego stał się AS-em, co brzmi świetnie, pasuje do poczucia wyższości i pychy superkomputera, ale gubi niezwykle ważny podtekst. AS/ AM sam nam podsuwa trop z Kartezjuszem, ale tak naprawdę robi to, żeby nas zmylić. Bo on nie jest (tylko) istniejącym, myślącym podmiotem, postulowanym przez Kartezjusza. On jest, we własnych oczach, tym, który mówi: JESTEM, KTÓRY JESTEM.

Trop utożsamienia AS-a z wykrzywionym, groteskowym obrazem mściwego Boga daje się wyraźnie prześledzić w całym tekście Ellisona. Od wypowiedzianego przez Teda stwierdzenia wprost – A my byliśmy bezradni. To również zrozumiałem z przeraźliwą jasnością: jeżeli istniał słodki Jezus i jeżeli był Bóg, tym Bogiem był AS – przez nasuwające biblijne skojarzenia sformułowania i obrazy (AS sypiący szarańczą, objawiający się w krzewie gorejącym i w postaci żelaznego słupa, choć to ostatnie skojarzenie jest mniej oczywiste, bo przywodzi na myśl słup ognia, w którym Bóg ukazał się podczas przejścia przez Morze Czerwone), przez wyliczenia kojarzące się z alegoryczną religijną literaturą spod znaku Wędrówki Pielgrzyma Paula Bunyana (1), obraz AS-a jako wykrzywionej parodii boskości jest w tym tekście oczywisty.

AS jednak [n]ie był Bogiem, lecz maszyną, jak mówi narrator. A może inaczej: AS jest niedoskonałym, zamkniętym w maszynowej formie Bogiem, który nienawidzi świata i ludzi. I tak jak on sam jest parodią Boga, tak w parodie najgorszych stereotypów i wizji ludzkości przemienił swoje ofiary.

Spójrzmy. Oto ostatnia piątka ludzi na Ziemi. Gorrister, dawniejszy aktywista i pacyfista, został przemieniony w pozbawioną woli i chęci działania, bierną i pogrążoną w marazmie istotę. Ellen, kochająca, wierna i monogamiczna, stała się z woli AS-a karykaturalną parodią nimfomanki, a fakt, że w jej przypadku, i tylko w jej przypadku, Ellison podkreśla kolor jej skóry, czyni ten stereotyp i karykaturę jeszcze paskudniejszą (patrz rasistowskie stereotypy hiperseksualizujące czarne kobiety). Subtelny i wrażliwy intelektualista Benny nie tylko został wepchnięty w obcą swojej naturze orientację hetero, ale i pozbawiony samokontroli, intelektu i wiedzy, zdeformowany do postaci ludzko-małpiej hybrydy z powykrzywianą twarzą i gigantycznym penisem. Nimdok, którego wcześniejszej historii nie znamy, żyje w ciągłej udręce i strachu. Oni wszyscy po kolei robią sobie krzywdę, biją się, kopią, gardzą sobą nawzajem i nawzajem się wykorzystują, demonstrując najgorsze strony tego, czym może być człowiek.

Zostaje jeszcze nasz narrator, Ted.

Ted powtarza nam, że jest, jako jedyny, nie odmieniony, nie pozbawiony rozsądku i całkowicie taki, jak przed AS-em, i musimy zrobić krok w tył – na przykład starannie przeczytać te passusy, w którym Ted opowiada, jak to pozostali go nienawidzą za jego nieskalane, nienaruszone człowieczeństwo i nietknięty manipulacjami AS-a umysł, albo kiedy rozważa los i charakter Ellen – żeby zauważyć, jak absolutnie niewiarygodnym narratorem go to wszystko czyni.

Ellison jawi się nam w tym opowiadaniu jako mistrz makabry i body horroru, bezlitośnie atakujący wszystkie zmysły czytelnika potokiem koszmaru. W życiu bohaterów dominuje strach, nienawiść, upokorzenie, a w momencie, kiedy ich spotykamy, głód. Choć AS utrzymuje ich przy życiu, każe im cierpieć wieczne niedożywienie, z epizodami absolutnego braku żywności, a jednocześnie – karmi swoje ofiary pożywieniem najbardziej niebezpiecznym, nadzieją. Kanwą fabularną opowiadania jest wędrówka ku lodowcowym jaskiniom, gdzie – wedle wieszczego snu Nimdoka – może znajdować się skarb nad skarby, zapas konserw. Bohaterowie spotykają na swojej drodze wszelkiego rodzaju makabry, groteskowe i absurdalne koszmary, by w końcu być może znaleźć, paradoksalnie, to, czego szukali. Nie udało się dostać do konserw – choć leżą w zasięgu ręki, nie ma ich czym otworzyć – ale rozpacz i szał, który ta utrata nadziei na koniec głosu przyniosła, dał w końcu czworgu z nich to, czego pragnęli naprawdę: śmierć, prawdziwą śmierć. Ted zabija troje z nich, ale zanim skończy z Ellen, ona zdąży jeszcze wbić lodowy szpikulec w ciało Nimdoka. Ted zostaje sam.

Zakończenie “Nie mam ust…” to temat ciągłych debat. Czy Ted ma rację, mówiąc, że AS wygrał? Na pewno wygrał o tyle, że zamienił istnienie narratora w ostateczną makabrę – potworny bóg-maszyna odebrał mu nie tylko ludzką formę, ale przede wszystkim wolną wolę. Świat pozostał tym samym, upiornym miejscem. Ja jednak mam wrażenie, że przy całej ponurości ukazanej tu wizji, bohaterowie wygrali. Nie pokonali zła. Nie obalili AS-a. Nie uciekli z paskudnych kazamatów, by odnaleźć na powierzchni Ziemi cudem ocalałą cywilizację, obojętnie, na Wschodzie czy nie. Ale wyrwali AS-owi to ostatnie, co mogli. Ted zapłacił najwyższą cenę za to, że inni mogli zbuntować się przeciw maszynie i uciec przed nią w śmierć. Nie wierzę Tedowi jako narratorowi, ale mam wrażenie, że finał – fakt, że sam skazał się na wieczne piekło, by tamci mogli z piekła uciec – jest jak najbardziej serio. Nawet mimo faktu, że sam Ted nie wie, czy może w to wierzyć. I dlatego właśnie napisałam to, co napisałam na początku – że dla mnie, przy całej groteskowości i goryczy całego tekstu, jego finał jest, w paradoksalny i bardzo gorzki sposób, triumfem człowieczeństwa. Nawet jeśli ten triumf dokonuje się przez morderstwa i oznacza, dla tego, który nie zdążył umrzeć, wieczne męki. Bardzo to, hmmm, Ellisonowskie.

Okładka tomu Ptak śmierci, źródło: Lubimy Czytać

(1) Patrz na przykład:

I przeszliśmy przez jaskinię szczurów.
I przeszliśmy przez buchającą parę.
I przeszliśmy przez krainę ślepców.
I przeszliśmy przez czarną rozpacz.
I przeszliśmy przez padół łez.

W polskiej tradycji dzieło Bunyana (1678) nie jest aż tak znaczące, z oczywistych powodów związanych z różnicą wyznania i religijnych tradycji, ale w Wielkiej Brytanii i USA jest to tekst o fundamentalnym wręcz znaczeniu.

PS. Wiedząc o Ellisonie, jego mizantropii, sarkazmie i wybitnej złośliwości tyle, ile mówili i pisali o nim jego koledzy i koleżanki z amerykańskiego fandomu, odczułam dokładne 0% zdumienia, kiedy się dowiedziałam, że w grze według “Nie mam ust…” Harlan Ellison osobiście podkładał głos pod AS-a… XD

Wtedy=dziś=teraz

Ted Chiang, “Story of Your Life”, pierwodruk w antologii Starlight 2, 1998; przedrukowane później w zbiorze Chianga Story of Your Life and Others; polski przekład: “Historia twojego życia”, przeł. Michał Jakuszewski, w: Historia twojego życia, Solaris 2006, Zysk i S-ka 2016.

Ted Chiang dość powszechnie uchodzi za znakomitego autora opowiadań science fiction, jednego ze współczesnych mistrzów krótkiej formy. Jego “Historia twojego życia”, nagrodzona Nebulą w 1998 roku, jest wśród najczęściej dyskutowanych opowiadań SF – a dzięki jednej z takich dyskusji, na forum Fantastyka.pl, powstał ten wpis.

UWAGA: To nie jest recenzja, a bardziej analiza. Jako taka, ZAWIERA SPOJLERY. Najpierw jednak zawiera potencjalnie równie szkodliwe FILOLOGICZNE ROZWAŻANIA. Czytacie / pomijacie według woli i chęci 🙂

Litera S w SF od zawsze sugerowała, że materiałem naukowym dla tej literatury zwykle jest jedna z “twardych” nauk – czy to przyrodniczych, czy ścisłych. Ale przecież nie zawsze tak bywa. Jest całkiem sporo tekstów SF, dla których punktem wyjścia jest lingwistyka. Przed Chiangiem była przecież Babel 17 Samuela R. Delany’ego (1966), po nim znakomita IMHO Ambasadoria Chiny Mieville’a (2011), a po drodze – powieści, opowiadania, ale i scenariusze, by wspomnieć nie raz używany na uniwersyteckich kursach lingwistyki odcinek Star Treka TNG, “Darmok” (1991, pomysł i scenariusz Philip LaZebnik i Joe Menosky).

W roku 1921 ukazał się drukiem (po dłuższym procesie powstawania) Tractatus Logico-Philosophicus trzydziestokilkuletniego wtedy austriackiego filozofa Ludwiga Wittgensteina, jedno z dzieł fundamentalnych dla rozwoju filozofii języka. Pochodzące z niego zdanie Granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata, w samej koncepcji Wittgensteina pełniące dość skomplikowaną rolę, stało się jednym z kluczowych konceptów, które w sumie doprowadziły do idei niekoniecznie dziś – zwłaszcza w twardej wersji – akceptowanej w nauce, ale za to nadal płodnej kulturowo.

Mowa tu o hipotezie Sapira-Whorfa, sformułowanej dzięki badaniom dwóch uczonych, którzy za życia nie mieli okazji pracować razem, ale których połączyła wspólna tematyka badawcza. W swojej wersji popularnej – a to ona nas interesuje, bo to blog o popkulturze, a nie o historii lingwistyki – sprowadza się ona do stwierdzenia, że język, jakim mówimy, determinuje sposób, w jaki postrzegamy świat. To nie jest do końca nieprawdziwe, oczywiście, choć w twardej wersji, sugerującej, że to, na co nie mamy słów, dla nas nie istnieje, bywa traktowane w językoznawstwie dość sceptycznie. To jednak, co niekoniecznie przekonuje naukowców, bywa ciekawą inspiracją dla twórców i Ted Chiang nie jest tu wyjątkiem. W przypadku jego opowiadania mamy niejako drugą stronę medalu: granice ludzkiego świata głównej bohaterki i narratorki, Louise, zostają rozsadzone przez fakt, że przyswoiła sobie ona język kosmicznych gości, język, który zupełnie inaczej postrzega relacje czasoprzestrzenne.

Granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata. Autor; Arturo Espinosa. Więcej dzieł Autora można znaleźć tutaj.

To, co mnie zachwyca w “Historii twojego życia” to przede wszystkim to, jak Chiang ustawia tu perspektywę, zarówno fabularnie, jak i narracyjnie. Narracyjnie – jak rzadko komu, udaje mu się ograć umiejętnie i skutecznie narrację w drugiej osobie, tak, że ona nie robi wrażenia wysilonej ani sztucznej, ba, postać nieobecnej w sumie w samej akcji adresatki, tkwiącej w przeszłości-przyszłości, ale nie tu i teraz, jest dla tej fabuły kluczowa. Ta narracja miesza, komplikuje, sprawia, że wydarzenia w ich bazowej, chronologicznej kolejności – dla nas naturalnej, dla bohaterki już niekoniecznie – musimy z tej opowieści rekonstruować i układać samodzielnie. Zwrot do drugiej osoby, nieprzypadkowej, ale bliskiej i ukochanej, dodaje tej narracji intymności i zmniejsza skalę: globalne wydarzenie (pierwszy kontakt) zostaje zestawione z tymi bardzo prywatnymi, życiowymi, osobistymi.

Fabularnie, rozbudowane opisy tego, jak Louise i Gary powoli uczyli się rozumieć Obcych, próbując funkcjonować w środowisku, gdzie ich własne naukowe ambicje nie były żadnym priorytetem (bo była armia, ludzkość, Ziemia) łączą się z osobistymi, skupionymi na postaci córki i w mniejszym stopniu innych bliskich osób. To jest, jak obiecuje tytuł, historia “twojego”, a więc córki, do której przemawia Louise, życia, ale przecież też historia życia jej samej.

Autorowi uda się tu jeszcze jedna rzadka rzecz. Główne założenie, czyli mieszanie się teraźniejszości, przeszłości i przyszłości w świadomości Louise pod wpływem przekształceń, jakie w jej mózgu wywołało poznanie języka Obcych jest istotne nie tyle i nie tylko z naukowej perspektywy – Obcy jak nagle przylecieli, tak nagle odchodzą bez słowa. Zostaje Louise i jej przemieniona świadomość – i jej życie. I przecież o tym życiu, tak naprawdę, jest to opowiadanie. Tak, mowa jest o zasadzie najmniejszego działania i ona odgrywa rolę w konstrukcji tekstu, są Obcy i armia i pierwszy kontakt, ale przecież to nie do końca o tym jest ten tekst i nie dlatego robi tak ogromne wrażenie na naprawdę dużym procencie czytelników.

Fabuła opowiadania rozwija się przez dwa wątki, tematyczne i czasowe: jeden to przeszłość i poznanie języka Obcych, drugi – przyszłość, a w niej życie i śmierć adresatki. Chiang konsekwentnie używa czasu przeszłego dla tego pierwszego wątku, a teraźniejszego, uzupełniającego przyszły, dla drugiego. To, co dla nas jest “przeszłością” i “przyszłością”, wyznaczoną przez linearny bieg czasu i przez użycie odpowiednich gramatycznych czasów, nie jest jednak przecież doświadczeniem Louise: ona czas postrzega inaczej, a to postrzeganie powinno, w zasadzie, wyłączyć ją z ludzkiej wspólnoty, tak jak wyłączyło bohatera opowiadania “Ziele czasu” (“Time Weed”) Normana Spinrada, który spożył obcą roślinę, dającą w mózgu podobny efekt, co język Siedmionogów u Chianga. Ale w przypadku Louise stało się inaczej.

Spójrzmy na jeden z kluczowych, moim zdaniem, passusów w tekście.

The request for that meeting was perhaps the second most momentous phone call in my life. The first, of course, will be the one from Mountain Rescue. At that time your dad and I will be speaking to each other maybe once a year, tops. After I get that phone call, though, the first thing I’ll do will be to call your father.

To jest pierwsza jasna wskazówka, co się stało/stanie/dzieje z adresatką. Zarazem jest to fragment, który wyraźnie ustawia perspektywę narratorki: dwa kluczowe wydarzenia w jej życiu, to wielkie, ale mniej ważne (decyzja, że to ona będzie pracować nad odszyfrowaniem języka Obcych, stając się reprezentantką ludzkości w pierwszym kontakcie) i to pierwsze, własne, osobiste (tragiczna śmierć dorosłej córki podczas górskiej wyprawy).

Chiang mistrzowsko posługuje się w tym opowiadaniu środkami językowymi, by budować swoją opowieść: oszczędnie, raczej sugerując i podpowiadając głębię i miłości, i straty Louise. Nie ma tu emocjonalnych deklaracji ani jazd po badzie, są za to subtelne, bardzo efektowne zabiegi, jak dwukrotne użycie dokładnie tej samej frazy Yes, that’s her, she‘s mine, pierwszy raz przy identyfikacji zwłok córki, drugi raz – kiedy bohaterka pierwszy raz widzi nowo narodzoną córkę w szpitalnej sali pełnej innych dzieci. Ta oszczędność i pewne uczuciowe wyciszenie dodają, a nie ujmują opowiadaniu psychologicznej wiarygodności, ale i emocjonalnego oddziaływania na odbiorcę.

“Historia twojego życia” jest w takim samym stopniu tekstem o fizyce, co o językoznawstwie, w takim samym stopniu dotyka problematyki pierwszego kontaktu, jak i kwestii macierzyńskiej miłości czy wolnej woli (ten ostatni temat świetnie wychodzi w ostatnich, znakomitych passusach, kiedy Louise, wiedząc, co będzie, decyduje się na to, żeby mieć to dziecko, które dwadzieścia pięć lat potem przypadkowo i bezsensownie zginie w górach podczas wspinaczki). Może zresztą dlatego “Historia…” wydaje się tak dobrze trafiać do szerokiej grupy czytelników?

PS. Celowo pozostawiłam poza dyskusją Arrival / Nowy początek (2016), film Denisa Villeneuve’a będący adaptacją opowiadania Chianga. Wprowadza on pewne zmiany do opowiadanej historii, a jednocześnie wydaje mi się na tyle ciekawy sam w sobie, że chyba warto poświęcić mu kiedyś odrębną notkę.

Czerwień i błękit (i Wojna Czasu)

Nie, nie będzie o Doktorze Who. W sumie, hmm, stęskniłam się za Doktor/em.

UWAGA: Mogą być bardzo łagodne spojlery, raczej związane z ideą świata / założeniami powieści niż z detalami fabuły, ale jak ktoś organicznie nie znosi spojlerów, lepiej nie czytać 🙂

Amal-El-Mohtar, Max Gladstone, This Is How You Lose the Time War, Simon and Schuster 2019; wydanie polskie: Tak właśnie przegrywasz wojnę czasu, tłum. Anna Warso, Uroboros 2023

Nieczęsto spotykamy na polskich półkach księgarskich mikropowieści, zwane też dziś pod wpływem angielszczyzny nowelami. Choć forma ta święci od lat triumfy w światowej fantastyce, u nas z jakichś powodów nie do końca się przyjęła. Tym bardziej należy się cieszyć, kiedy dostajemy przekłady takich krótkich powieści. W przypadku Tak właśnie przegrywasz wojnę czasu Amal El-Mohtar i Maxa Gladstone’a do decyzji o przekładzie przyczynił się zapewne fakt, że powieść została nagrodzona trzema spośród najbardziej prestiżowych nagród fantastycznych – otrzymała Hugo, Nebulę i nagrodę Locusa za rok 2019, właśnie w kategorii mikropowieści.

Tłumaczka, Anna Warso, musiała zmierzyć się z niełatwym zadaniem, bo ujęta w epistolarną formę powieść El-Mohtar  i Gladstone’a napisana jest specyficznym, poetyckim językiem, nasyconym metaforami i ukazującym obcy świat w serii niezwykłych malarskich obrazów. Nic dziwnego: współautorka, Amal El-Mohtar, kanadyjska pisarka libańskiego pochodzenia, jest nie tylko prozaiczką, ale także cenioną i nagradzaną poetką, i jej poetyckie inklinacje są w Tak właśnie przegrywasz… wyraźnie widoczne. To z kolei sprawia, że nie jest to powieść dla każdego – kto oczekuje po fantastyce przede wszystkim wartkiej akcji, opowiedzianej jasnym i prostym językiem, na pewno się rozczaruje. Warto jednak spróbować wejść w wykreowany przez dwójkę autorów świat, bo zaskakuje on nie tylko pod względem językowym i stylistycznym.

Ta stylistyka i specyficzna obrazowość nie są jedynie sztuką dla sztuki ani popisem umiejętności – wręcz przeciwnie, wydają się jak najbardziej świadomą próbą oddania świata, który jest nieopisywalny z punktu widzenia zwykłego człowieka. Bohaterki powieści, Red i Blue, to czołowe agentki dwóch przeciwstawnych sił, choć może trzeba byłoby powiedzieć – dwóch przeciwstawnych wizji przyszłości ludzkości. Ingerując w strumień czasu, kontrolując rzeczywistość ex post, mocodawcy obydwu próbują, nad głowami i często po trupach zwykłych ludzi, przeważyć szale historii na swoją korzyść i wymusić na ludzkości ewolucję w jedną ze stron: albo w kierunku preferującego organiczną, biologiczną technologię Ogrodu, albo ku stechnicyzowanej, maszynowej wizji Agencji. Między tymi siłami nie ma kompromisu, nie ma drogi pośredniej – ani nie ma przed nimi ucieczki. Red i Blue mogą być wrzucane w strumień czasu i wędrować od niewyobrażalnej przyszłości po zanurzoną w mrokach niepamięci przeszłość, ale przez cały czas pozostają pod kontrolą, każda sekunda życia zważona, zmierzona i policzona. Taka egzystencja nie pozostawia miejsca na spontaniczność, na sekrety, a już na pewno – na zakazane i nieoczekiwane uczucie między dosłownie rozumianymi przeciwieństwami. A jednak. By zacytować pewien klasyczny już dla fantastyki film (a raczej będącą jego pierwowzorem powieść), Życie zawsze znajdzie sposób.

Paradoksalnie, ta poetycka i wizyjna opowieść ma fabułę godną thrillera SF. Ścierają się w niej wywiady i zabójcy dwóch sił, bohaterki snują złożone i wielopoziomowe intrygi, rywalizują, walczą, spotykają się coraz częściej i uczą rozpoznawać swoje nawzajem ślady w kolejnych odsłonach konfliktu. A jak czytającym fantastykę doskonale wiadomo, bywa i tak, że w chwili, gdy naprawdę rozumiemy swojego wroga, tak dobrze, że możemy go pokonać, w tej właśnie chwili go kochamy… I kiedy bohaterki to zrozumieją, i kiedy zobaczą, jaka jest przed nimi przyszłość, i że jest ona nieunikniona, zrobią to, co zakochani robią od zawsze: zbuntują się przeciw światu, który chce je rozdzielić. A ponieważ w ich świecie bunt jest, w zasadzie, niemożliwy – dostaniemy niemożliwą i fantastycznie opowiedzianą historię o tym, jak przegrać, żeby wygrać.

Tak właśnie przegrywasz wojnę czasu zawiera jeden z efektowniejszych i bardziej, dla mnie, przejmujących romansó w fantastyce ostatnich lat. Być może dlatego, że historia miłości jest tu jednocześnie jednocześnie opowieścią o próbie zrozumienia. Dotyczy ono nie tylko przeciwniczki, ale i jej wersji świata, jej wizji przyszłości. W ten sposób motyw romansowy staje się u El-Mohtar i Gladstone’a sposobem na opowiedzenie o obcości i jej przełamaniu, ale także o zachowaniu czegoś, co pewnie można byłoby nazwać człowieczeństwem. W świecie, w którym rywalizują kontrolujące czas siły, w którym ludzie są pionkami na szachownicy, przestawianymi i strącanymi bez mrugnięcia okiem, jakakolwiek próba podważenia tego porządku wydaje się niemożliwa. A jednak Red, postawiona w niemożliwej sytuacji, taką próbę podejmuje.

Tak właśnie przegrywasz wojnę czasu wymaga lektury spokojnej i wręcz powolnej, nie tylko po to, by cieszyć się urodą stylu, ale także ze względu na to, że autorzy odsłaniają przed nami plany bohaterek krok po kroku, mieszając plany czasowe i myląc tropy. To nie jest typowa powieść SF, bliżej jej do poetyckiej science fantasy, a i w obrębie tej konwencji też pewnie nie znaleźlibyśmy wielu podobnych. I o ile faktycznie nie jest to powieść dla każdego czytelnika, o tyle warto się z nią zmierzyć, choćby po to, żeby sprawdzić, czy nam pasuje.