Słońce, kwiaty i krew

Arkady Martine, A Memory Called Empire, Tor Books 2019

Oczekując na tom II space opery Martine, przeczytałam jeszcze raz pierwszy, za który autorka dostała nagrodę Hugo, a który ja zaliczam na najciekawszych tekstów przeczytanych w roku 2020. Od początku planowałam napisać o tej powieści, ale to, co znajdziecie poniżej, to bardziej analiza niż recenzja – innymi słowy, będą spojlery. Kto chce krótkiej bezspojlerowej rekomendacji, może przejść na koniec, pod ostatnią ilustrację (mapę imperium Azteków).

UWAGA: Jakkolwiek przeczytałam już część II, A Desolation Called Peace, postaram się nie zamieszczać spojlerów do tej części, może poza tymi, które są już na okładce (na poziomie: że imperium dalej istnieje). Jeżeli ktoś absolutnie nie chce żadnych skojarzeń i podpowiedzi, może też pominąć przypisy w nawiasach, choć one nie są sensu stricto spojlerowe, wskazują jedynie na to, co ma później duże konsekwencje.

Gdyby mnie ktoś zapytał, o czym jest ta powieść, odesłałabym do tytułu. Bo właśnie ten tytuł znakomicie oddaje to, co jest sercem tej historii – w centrum znaczeń tekstu stoją właśnie te dwa problemy, pamięci i związanej z nią indywidualności/tożsamości oraz imperium, z całym ciężarem (a i tego słowa używam tu nieprzypadkowo, o czym później) związanych z tym terminem skojarzeń: dominacji, wielkości, kulturowej hegemonii, brutalności, podboju, trwania i tradycji, przemocy.

Fabularnie A Memory Called Empire wpisuje się przede wszystkim w konwencję space opery, choć widoczne są i inne – Martine w spaceoperową fabułę włącza również motywy i koncepcje cyberpunkowe (koncepcja imago, kluczowa dla akcji powieści), a także kryminalne oraz te typowe dla politycznego thrillera. W stolicy – na stołecznej planecie, tworzącej jedno, gigantyczne miasto – kosmicznego imperium Teixcalaan zjawia się wezwana w trybie pilnym i bez większego przygotowania nowa przedstawicielka dyplomatyczna stacji górniczej Lsel, ambasador Mahit Dzmare. Mahit ma dwadzieścia sześć lat i jest ledwie gotowa do pełnienia swoich obowiązków – co prawda jej kompetencje kulturowe i językowe nie ulegają wątpliwości, zważywszy, że cywilizacja imperium fascynowała ją od dzieciństwa i popchnęła ku studiowaniu z dużymi sukcesami imperialnej literatury, języka i kultury, ale nigdy wcześniej tam nie była; może w teorii znać zasady funkcjonowania dworu, specyfiki lokalnej polityki i jej problemów, ale nie ma pojęcia, jak wyglądają nieoficjalne układy sił w cesarstwie, sekretne sojusze i koterie, nieujawniane cudzoziemcom konflikty…

To znaczy, w teorii nie ma. W praktyce w głowie Mahit, widoczne jedynie jako niewielka blizna na karku, spoczywa wszczepione imago: zapis całej wiedzy i osobowości jej poprzednika na urzędzie, mający dać jej niezbędną wiedzę, której nie mogła zaczerpnąć skądinąd. Praktyka kultywowania linii imago i przekazywania także w ten sposób wiedzy jest wysoko ceniona na stacji Lsel i zazdrośnie strzeżona. W imperium Teixcalaan (teoretycznie) nikt nie wie, że Mahit posiada (też teoretycznie) całość doświadczenia poprzedniego ambasadora, Yskandra Aghavna, którego tajemnicze zniknięcie – a tak naprawdę, jak się dowiemy zaraz na początku, śmierć w wyniku otrucia – spowodowało konieczność wysłania nowej reprezentantki Lsel, natychmiast.

No ale, jak zaznaczyłam powyżej, obie te rzeczy są wysoce teoretyczne. Mahit bardzo szybko przyjdzie się przekonać, że po pierwsze, tajemnica nie jest tajemnicą zupełnie dla wszystkich – wysoko postawiona na dworze funkcjonariuszka, Nineteen Adze, którą łączyła z martwym ambasadorem zagadkowa relacja, przy oględzinach jego ciała bez wahania dotyka dokładnie tego miejsca, w której znajduje się imago. Po drugie zaś – ech, po drugie, na widok swojego własnego martwego ciała zawarta w imago pamięć Yskandra znika. Mahit podejrzewa szok, tym bardziej, że – i to po trzecie – imago i tak nie było takie, jak powinno. Yskandr Aghavn bowiem, z powodów, których nigdy nie wyjawił, złamał obowiązuje na stacji Lsel zasady i od piętnastu lat nie uaktualniał nagrania swoich wspomnień.

W punkcie wyjścia mamy więc Mahit pozostawioną samej sobie na głębokich wodach imperialno-dworskiej polityki, zmuszoną chwytać się wszelkich sposobów, by powstrzymać Imperium przed podbojem jej stacji i włączeniem jej przemocą w struktury Teixcalaan. Pozbawiona wiedzy poprzednika, a na dodatek – oddzielona dwoma miesiącami od chwili jego śmierci (tyle zajęła podróż) i postawiona przed sytuacją polityczną jeszcze inna niż ta, którą zostawił Yskandr, wcale przy tym nie wspierana jakoś specjalnie przez własny rząd, którego machinacje też nie są jej do końca znane, Mahit musi w pewnym momencie podjąć decyzję, komu w skomplikowanej imperialnej machinie – najwyraźniej śmiertelnie chory cesarz, dwoje następców-regentów (starsza już wiekiem de facto przyrodnia siostra imperatora oraz piekielnie ambitny dworzanin Thirty Larkspur), dziesięcioletni klon władcy szykowany na właściwego następcę, zżerany ambicjami One Lightining, yaotlek (naczelny wódz) armii gotowej ruszać na podbój kawałka przestrzeni, w której jest stacja Lsel, kolejni ministrowie i ezuazuacatim, najbliżsi towarzysze cesarza – może zaufać, bo komuś musi.

Jej wybór pada na Three Seagrass, naturalną sojuszniczkę: ambitna i utalentowana, a jednocześnie zafascynowana obcymi (no dobra, nazwijmy sprawę jasno, jak robią to Teixcalaanlitzlim: barbarzyńcami; do tego terminu i tej kwestii jeszcze wrócę) urzędniczka Ministerstwa Informacji została jej wyznaczona jako oficjalna współpracownica z ramienia rządu imperium. Między dziewczynami (Three Seagrass jest pewnie gdzieś w wieku Mahit, co znaczy, że obie są sporo przed trzydziestką) nawiązuje się od razu porozumienie, w którym flirtu i wzajemnego zauroczenia jest co najmniej tyle samo, co politycznej współpracy i zainteresowania innością. Three Seagrass jest w pewnym sensie idealną współpracownicą dla Mahit, wcieleniem – jako poetka, intelektualistka, wierna swemu państwu, a jednocześnie krytyczna i niezaślepiona asekreta (wysoka urzędniczka) – wszystkiego tego, co Mahit zawsze w Teixcalaan fascynowało. Do “drużyny” Mahit szybko dołącza też najlepszy przyjaciel Three Seagrass, młody arystokrata i urzędnik imieniem Twelve Azalea.

Ten obrazek jest całkowicie nieprzypadkowy: glify opisujące państwa tworzące imperium azteckie; źródło: Wikimedia

Problemy, przed którymi staje Mahit – kwestia zapobieżenia przejęciu jej stacji przez imperium, awaria jej imago, zagadka morderstwa Yskandra, polityczne, ale i techniczne problemy w mieście (awarie infrastruktury, problemy z wydajnością; jak tu widać, że Arkady Martine aktualnie zawodowo zajmuje się przestrzenią miejską!) – pozwalają autorce wprowadzić elementy kilku różnych konwencji. Jak już wspomniałam, obok space opery mamy tu elementy cyberpunku, widoczne w kwestii imago i w ogóle moralnych i etycznych uwarunkowań posługiwania się tego rodzaju technologią, także w kontekście planów, jakie miał Yskandr Aghavn wobec cesarza, a sam cesarz – wobec swojego dziecięcego klona. Cała kwestia śmierci Yskandra i odpowiedzialności za nią wpisana jest z kolei w konwencje z pogranicza powieści kryminalnej i thrillera politycznego, bo kwestie otrucia ambasadora Lsel, nagłej a nieoczekiwanej wojny zdobywczej, która może zaowocować podważeniem sukcesji i zdobyciem tronu przez wodza ekspedycji, niespodziewanych błędów w algorytmach zarządzających miastem oraz wewnętrznych konfliktów wśród następców są, wbrew pozorom, połączone. Martine prowadzi nas przez skomplikowany świat imperialnej polityki, dając za przewodniczkę Mahit, której oczyma patrzymy na wydarzenia i widzimy zarówno jej bezradność w sytuacjach, w których w oczywisty sposób nie wie, co ma robić, pozbawiona wiedzy poprzednika, jak i wtedy, kiedy stara się własną odwagą i determinacją osiągnąć swoje cele i przeżyć.

Te wszystkie wątki i konwencje autorka splata sprawnie i umiejętnie, dzięki czemu powieść wciąga i zaskakuje – ale A Memory Called Empire to więcej niż udana i sprawnie napisana space opera z przekonującymi postaciami. Ogromnie podoba mi się zarówno to, jak autorka posługuje się językiem i buduje swój obraz imperium wokół kilku wiodącym metafor i symboli, jak i to, jak zarysowuje kluczową dla siebie opozycję przyciągania i odpychania, fascynacji i odrzucenia, miłości i lęku, jakie w Mahit budzi imperium Teixcalaan.

A ten obrazek, przedstawiający bizantyjskiego patriarchę i wybitnego dyplomatę Jana VII Gramatyka na dworze kalifa, też raczej nie z przypadku. Ilustracja z rękopisu kroniki Jana Skylitzesa przechowywanego w Madrycie, źródło: Wikimedia

Kluczowym konceptem jest w A Memory Called Empire inność i odmienność – odmienność stylu życia, polityki i kultury stacji Lsel, zawieszonej w przestrzeni metalowej konstrukcji, na której wszystko służy konkretnym celom, w tym przede wszystkim przetrwaniu w kosmosie, i rozległego, rozciągającego się pod wieloma słońcami i w kosmicznej pustce imperium Teixcalaan. Mahit Dzmare, mieszkanka Lsel, ale z zawodu i wykształcenia specjalistka od imperialnej kultury i jej wielbicielka, jest łącznikiem spajającym te dwa światy, ale łącznikiem niedoskonałym. Mahit nigdy nie będzie w pełni dwukulturowa, o czym marzyła jako nastolatka: z jednej wychowanie, wpojone na stacji nawyki i zachowania (czuje się niepewnie pod odkrytym niebem, szokuje ją rozlewanie – marnowanie – wody w kawiarni), z drugiej powszechne wśród Teilxalaanlitzim poczucie odrębności od barbarzyńców i kulturowej nad nimi wyższości sprawia, że jako tłumaczka z jednej kultury na drugą jest ona równie niedoskonała, jak niedoskonałe jest uszkodzone i nieaktualne imago Yskandra w jej głowie.

Ale Mahit się uczy, i uczy się szybko: kiedy upewnia się ostatecznie, że i warunki fizyczne (jest za wysoka, za jasna pod względem koloru skóry, ma inne włosy i czoło, niż imperialny ideał urody), i kwestie kulturowe skazują ją na wyróżnianie się, zaczyna to wyróżnianie ogrywać, grać na zmianę barbarzynkę i zasiedziałą mieszkankę, wykorzystywać zarówno swoje kulturowe kompetencje, jak i fakt, że powszechna w imperium lekka ksenofobia i poczucie wyższości sprawi, że przeciwnicy jej nie docenią. Doceniają ją za to współpracownicy – Three Seagrass, sama przecież, przy swojej fascynacji obcymi kulturami, niewolna od uprzedzeń, wielokrotnie mówi jej z podziwem i odrobiną autoironii, że jest clever barbarian. A musi być, bo to, przed czym stoi, to wyzwania, które przerosły polityków starszych i bardziej doświadczonych od niej.

Mahit jest ciekawą i nieoczywistą postacią, bo nie jest wariacją na temat żadnego bardzo konkretnie dookreślonego archetypu. Nie jest chłopczycą ani pięknością, nie jest po prostu Kopciuszkiem na cesarskim balu (dużo za dużo w niej na to determinacji i uporu w dążeniu do celu, od początku, kiedy jako nastolatka zakochała się w kulturze Teixcalaan) ani dziewczynką z naiwnym zachwytem wchodzącą w wymarzony imperialny świat i potem rozczarowaną, że machina imperium ją przeżuła i wypluła (och, ona od początku doskonale wie, jak groźne i obce jest imperium!). Nie jest Jamesem Bondem space opery, radzącym sobie łatwo i bez kosztów ze swojej strony z politycznymi i kryminalnymi problemami, nie jest też jedynie bojącą się imperium i wszędzie widzącą spiski przeciw swojej stacji patriotką. Mahit, choć dobrze wie, czego chce i w co wierzy, ciągle dojrzewa, ciągle się uczy i przekształca. Niezwykle mnie, jako czytelniczkę, satysfakcjonowało to poczucie, że obserwujemy człowieka in statu nascendi, osobę, która na naszych oczach podejmuje trudne decyzje i dorasta – z pomocą przyjaciół – do roli, w którą los ją wepchnął. A przy tym jest ciągle zwykłą dziewczyną, rozważającą z głęboką samokrytyczną niepewnością, co właściwie czuje w obecności swojej miejscowej współpracownicy…

Przy pierwszej lekturze powieści postacią, na której skupiły się moje emocje jako czytelniczki, był jednak – w co najmniej równym stopniu, co Mahit – Yskandr Aghavn, nieuchwytny i pół-obecny zaginiony / martwy ambasador. Nic nie poradzę, lubię takie postacie – zagadkowe, o wielu obliczach, nieprzewidywalnych lojalnościach, nieoczywistej tożsamości i celach. Yskandr, którego pamięć przez chwilę nosi w sobie Mahit na początku powieści – zanim go straci, pozornie po szoku na widok jego martwego ciała, w rzeczywistości w wyniku starego sabotażu – to tylko częściowo tamten mężczyzna: pamięć imago nie zawiera ostatnich kluczowych piętnastu lat, nie zarejestrowała wszystkich tych zmian, do których doszło podczas pobytu Yskandra w imperialnej stolicy, kiedy ambasador Lsel, niewiele przecież wtedy starszy od Mahit, stanął przed wyzwaniami równie dramatycznymi jak te, z którymi musiała sobie później radzić jego następczyni.

Znakomite są te sceny, kiedy po wielu wyobrażonych rozmowach z Yskandrem, którego-nie-ma, po tym, jak chodziła po jego śladach, usiłowała odgadnąć jego decyzje i motywacje, zrekonstruować jego siatkę lojalności i emocji, odkryć, kto mu był przyjacielem, a kto wrogiem, po tym, jak wielokrotnie przeklinała jego nieobecność i obciążenie, jakim się ta nieobecność dla niej stała, Mahit staje w końcu z Yskandrem, metaforycznie, twarzą w twarz. Dzieje się to po tym, kiedy Mahit podjęła ryzykowną decyzję: aby dostać się do wspomnień Yskandra, tego właściwego, tego, którego imago ukradł z martwego ciała, na jej prośbę, Twelve Azalea, postanowiła poddać się eksperymentalnej operacji w nielegalnym gabinecie lekarki bez licencji i kazać wszczepić sobie odzyskane imago w miejsce starego. W długiej sekwencji scen autorka po raz pierwszy od prologu daje nam tutaj, na moment, inny punkt widzenia; przez chwilę niepewna, dopiero po chwili zorientowałam się, że teraz nagle widzę świat oczyma nie Mahit, a Yskandra.

Relacja między tą dwójką, a raczej trójką – Mahit, Yskandrem młodym, po którym zostały jej pojedyncze wspomnienia, i Yskandrem, który pamięta własną koszmarną śmierć – jest jedną z najciekawszych idei w powieści Martine, choć, powiedzmy sobie szczerze, rozwinięciu ulega przede wszystkim w części II, A Desolation Called Peace, którą w trakcie pisania tej notki zdążyłam skończyć czytać. Niemniej, już w A Memory Called Empire widać, jak znakomicie ogrywa autorka dynamikę relację między Yskandrem a Mahit, ich podobieństwa i różnice, to, czemu na testach zgodności wypadli jako idealna para do dopasowania imago i to, co każde z nich jest gotowe – albo niegotowe – zrobić: z miłości do Imperium, do ojczyzny, do konkretnych osób, które darzy uczuciem. Yskandr, dojrzalszy od Mahit, może bardziej cyniczny, na pewno jednocześnie bardziej skłonny do porywów serca i emocji, nieważne: obecny czy nieobecny, ciąży na całej świadomości Mahit i jej losach. Wszystko to, co ją spotyka w imperialnej stolicy, ostatecznie orbituje wokół niego, jego obecności i nieobecności, założenia, że Mahit zna jego sekrety, problemu z tym, że wcale ich nie zna… Nie zmienia to jednak kluczowego faktu: przy całym bardzo skutecznym graniu na zafascynowanie czytelnika zagadkami życia i śmierci Yskandra, Mahit Dzmare napisana jest bardzo zdecydowanie jako samodzielna i działająca bohaterka, nie blada kopia poprzednika i nie nośnik dla jego wspomnień i osoby. Cokolwiek on namotał – i zapłacił za to życiem – ona musi odkręcić i, och, zabiera się za to z uporem i determinacją, które w końcu muszą zaowocować, nawet jeśli ten owoc okaże się, ostatecznie, gorzki w smaku. Pamiętacie ten passus z pieśni XVII Raju Dantego (w. 55-60), którym Guy Gavriel Kay otworzył Tiganę? Tu pasuje równie dobrze:

Naprzód porzucisz najsłodsze kochania:
To pierwsza będzie z twych losów przygody
Strzała puszczona po łuku wygnania.
Poznasz następnie, jakie gorzkie gody
Spożywać cudzy chleb; jak uciążliwa
Droga wstępować na nie swoje schody. [przeł. Edward Porębowicz]

I gdyby jeszcze Mahit wiedziała, gdzie tak naprawdę jest dom, a gdzie wygnanie! Jestem pod nieustannym wrażeniem tego, jak błyskotliwie Martine ogrywa kwestię tego, co imperium robi z człowiekiem. Bo tak, upiorne imperia zła wysadzające planety (1) bardzo fajnie wyglądają na ekranie, nie przeczę, ale przecież ich siła nie tylko na militarnej przemocy polega.

Statek Imperatora przybywa na Gwiazdę Śmierci w “Powrocie Jedi”

Będzie dygresja, bo chyba jeszcze nie napisałam wpisu bez dygresji. Oprócz bycia specjalistką od klimatu i przestrzeni miejskiej, Arkady Martine (a właściwie AnnaLinden Weller) jest bizantynistką z doktoratem, która naukowo zajmowała się relacjami bizantyjsko-armeńskimi. I to widać, bardzo widać, mówię wam to ja, z zawodu specjalistka od imperium Aleksandra Wielkiego i ekspansywnego Rzymu okresu późnej republiki.

Bo oprócz tego Imperium, które mamy na obrazku (2), są jeszcze takie, jak państwa hellenistyczne, jak Rzym czy Bizancjum. Równie bezwzględne i bezlitosne, napędzane machiną podboju i związanymi z nią zyskami z rabunku, zniewalające i podporządkowujące – ale też imponujące olśniewającą architekturą, podbijające doskonałością swojej kultury, podporządkowujące sobie nie tylko terytorium, ale i serca, dusze, kulturowe i artystyczne wybory nie tylko tych, których podbija, ale też tych niepodbitych, dla których jest centrum, ku któremu grawitują. I nie ma w tym sprzeczności ani nie trzeba wybierać, która z tych wizji imperium jest prawdziwa: obie są prawdziwe i obie tworzą, jednocześnie, obraz tego, co imperium – każde wielkie, realne imperium – robi z ludźmi. I miażdży, i uwodzi. I zniewala, i czaruje. I w jednej i drugiej postaci, zabiera. Podmiot liryczny Potęgi smaku Herberta tak naprawdę miał, paradoksalnie, szczęście: nie dał się skusić komunistycznej retoryce aż nazbyt parcianej i składni pozbawionej urody coniunctivu, ale co by było, gdyby zamiast wnucząt Aurory z pokusą przyszedł Marek Aureliusz? Ze swoją głęboką filozofią, piękną greką, głęboką mądrością rzymskiego intelektualisty – i legionami. A to właśnie jest dokładnie to, przed czym staje bohaterka Martine.

Powtórzmy jeszcze raz: Mahit nie jest naiwną dziewczynką. Już wkraczając do stolicy Teixcalaan, nie ma w sobie idealizmu swojej nastoletniej osoby, marzącej w czasie lekcji imperialnej literatury i języka, że Teixcalaanlitzlim uznają ją za swoją. Ale zetknięcie się z tym, że zawsze będzie barbarzynką – nawet taką, o której więcej niż jedna osoba powie, jaka szkoda, że ty się nie urodziłaś w imperium, byłabyś świetną poetką / oratorką, boli. A może inaczej: bycie taką barbarzynką boli jeszcze bardziej. I ostatecznie kształtuje jej decyzje – nie te polityczne, ale te dotyczące jej własnej przyszłości.

W polityce Mahit stanie przed wyjątkowo trudnymi decyzjami. Jej poprzednik, z powodów łączących te bardzo polityczne i te całkowicie prywatne, obiecał umierającemu cesarzowi sekretną technologię imago, by zrealizować jego wizję – przedłużyć trwanie, móc dalej kierować imperium w stronę nie wojny i podbojów, a pokoju, a w zamian dostać gwarancje dalszej niezawisłości swojej stacji. Z punktu widzenia Lsel to jest zdrada. Z punktu widzenia imperium – a przynajmniej kilku frakcji w tymże imperium – to jest problem. Problem etyczny (Teixcalanlitzlim nie akceptują tego rodzaju wspomagania i w ogóle mają problem z rozumieniem, czym jest taka osoba – jednostką? wielością? (3)), problem polityczny (wieczny nieumierający cesarz, zawsze ten sam, na tronie – jak wam to brzmi?), a dla niektórych osób na dworze także problem osobisty, bo to imago miałoby być wszczepione nie przygotowanemu na to psychologicznie młodemu dorosłemu, jak na stacji Lsel, tylko dziecku: dziesięcioletniemu klonowi imperatora. A to oznacza, że osobowość dorosłego całkowicie zdominowałaby chłopca: Eight Antidote zniknąłby zupełnie, a w jego ciele rozgościłby się i opanował je zmarły-ale-żywy Six Direction. Yskandr zrobił to przynajmniej po części, by ratować niepodległość swojej stacji. Mahit, żeby osiągnąć ten sam cel, będzie musiała zrobić coś równie niebezpiecznego i politycznie niejednoznacznego: stanąć po jednej ze stron podczas zamachu stanu, wplątać imperium w wojnę.

Mahit nie jest sama – i nie zmaga się tylko z tym, że jak barbarzynkę traktują ją tradycjonaliści i dworscy oficjele. Jednym z tych rozwiązań, które mnie u Martine zafascynowały, było to, jak wplata kwestię relacji obywatel / nie-obywatel w historię przyjaźni i wzajemnej fascynacji Mahit i Three Seagrass.

Three Seagrass, zdolna i ambitna, poetycko utalentowana, zakochana we własnej kulturze idealna obywatelka imperium, jest jednocześnie wymarzoną przyjaciółką Mahit, taką, jaką sobie wyobrażała na lekcjach języka i kultury imperium w nastoletnich czasach. Ta szybka przyjaźń – właściwa akcja A Memory Called Empire trwa raptem parę dni! – i rodząca się jednocześnie z nią wzajemna erotyczna fascynacja jest jednocześnie emblematyczna dla wszystkiego tego, co Mahit odczuwa w kontakcie z kulturą Teixcalaanlitzlim, a Three Seagrass – w zetknięciu z barbarzyńcami.

One obie, jak tak o tym pomyśleć, reprezentują najlepsze cechy światów, z których pochodzą, z dodatkiem jednak sporej porcji cech już typowo indywidualnych. Mahit Dzmare jest niezależna i ambitna, jak jej stacja, i jak ona, choć (Mahit dobrowolnie, Lsel niekoniecznie) weszła w orbitę przyciągania imperium, nie odda się mu całkowicie: nie zaakceptuje roli clever barbarian, uroczej, bystrej i dającej się kochać, z lekką pobłażliwością traktowanej cudzoziemki. A tego z kolei nie może (fundamentalnie, ideowo nie jest w stanie pojąć) Three Seagrass, która jest bystra i zdolna, która naprawdę, serio, uwielbia barbarzyńców, nieba by im przychyliła i z rozkoszą patrzyła, jak biorą i dzielą się jej kulturą: jak uznają za naturalnie lepsze i godne naśladowania jej wygodne miasto, jej elegancki styl życia, jej wyszukaną literaturę, urok wszechobecnej zieleni i kwiatów, piękno architektury i strojów. Która z zachwytem patrzy na to, jak Mahit pięknie mówi w jej języku, jak blisko (ale tylko blisko, nigdy do końca!) jest bycia pełnym człowiekiem, a to znaczy: Teixcalaanli. A jednocześnie Three Seagrass naprawdę szczerze za nią przepada, jest, co Mahit absolutnie docenia, jej życzliwa i bardzo ją ceni, ryzykuje dla niej życie i karierę, poświęca bardzo dużo, a jest gotowa oddać i więcej – tu nie ma prostego rozwiązania “Zakocham się i zrozumiem, zakocham się i odrzucę cały bagaż kultury i wychowania”; nie ma, bo to – nic, nawet zakochanie – tak nie działa.

Udało się autorce napisać relację bohaterek naprawdę świetnie, pokazać je jednocześnie jako sympatyczne, budzące pozytywne emocje czytających, pozytywne bohaterki – które jednak obie, zwłaszcza Three Seagrass, uwikłane są w uwarunkowania polityczne, społeczne i kulturowe, które je ukształtowały. Na końcu, kiedy Mahit odchodzi – pół-odchodzi, prosi o urlop, teoretycznie zawsze może wrócić, po tym, jak pomogła zasiąść na tronie nowemu cesarzowi, nie jest już do końca ambasadorką, ale też nie całkiem przestała nią być – jej sytuacja skojarzyła mi się niezwykle mocno z tym, co przeżywa Genly Ai w Lewej ręce ciemności Ursuli K. LeGuin, już pod koniec, kiedy przyjeżdżają po niego przedstawiciele jego własnej kultury:

But they all looked strange to me, men and women, well as I knew them. (…). They looked like a troupe of great, strange animals, of two different species; great apes with intelligent eyes, all of them in rut, in kemmer… (4)

Genly, po czasie spędzonym wśród obcych na Gethen, nie jest, przynajmniej chwilowo, w stanie zidentyfikować się ani z Getheńczykami, od których różni się biologicznie, ani ze swoimi. Mahit zrobiła sobie coś podobnego, choć w jej przypadku kluczowe są czynniki kulturowe. Nie jest i nigdy nie będzie prawdziwą mieszkanką Imperium; Lsel, z której pochodzi, daje jej szansę na powrót do domu, ale sama Mahit nie wie, przy pełnej politycznej lojalności wobec swoich, czy to jeszcze będzie / kiedykolwiek był, kulturowo, jej dom. Przyznam, że miałam wielką nadzieję, że autorka zechce pogłębić ten temat w II tomie (5).

I kolejna zupełnie nieprzypadkowa ilustracja; źródło: wikipedia

Dwa razy w tym tekście już przymierzałam się do opisania wizji imperium w powieści Martine i dwa razy zmeandrowałam na kolejne dygresje, ale w końcu przyszła pora zmierzyć się z jednym z najlepiej przez autorkę przemyślanych konceptów: imperium Teixcalaanli.

Na pierwszy rzut oka słownictwo, religia, pismo, rytuały Teixcalaanlitzlim wskazują na inspiracje imperium azteckim, i one tam tam niewątpliwie są. Widoczne są w efektownych, starannie zaplanowanych detalach. Kolibry w pałacu. Glify, w odróżnieniu od alfabetycznego pisma Lsel. Przelewanie krwi – zazwyczaj tylko paru kropel, ale, och, jak zaświadcza jedna z kluczowych scen, nie zawsze, nie zawsze – w ofierze za sukces lub powodzenie albo w momencie przysięgi, ale też twarze wodzów-triumfatorów, pomazane krwią własną i wrogów. Rola wojny w aklamacji wodza-cesarza. Woda i kwiaty, wszechobecne.

Woda i kwiaty, zwłaszcza te ostatnie, stanowią jedną z trzech kluczowych metafor, których Martine używa do opisu imperium. Dosłownie i w przenośni, kwiaty są wszędzie, wypełniają przestrzeń wokół Teixcalaanlitzlim, ich język, metaforykę ich poezji. Dla Mahit, wychowanej na stacji kosmicznej – metal, szkło i plastik, trzydzieści tysięcy ludzi wepchniętych w ciasną przestrzeń, oddzielonych cienkimi ścianami od kosmicznej pustki, oglądających słońce, ale nie błękit nieba – te kwiaty i zieleń symbolizują z jednej strony pokusy imperium, z drugiej – jego status jako czegoś, co po prostu stać na taki luksus. Stać, bo w drodze podbojów posiadło niejeden glob, którego bogactwa, w tym kwiaty i zieleń, służą teraz jako dekoracja, jako symbol piękna i elegancji imperium jako takiego.

Ale jest też druga strona i druga sfera symboliczna konsekwentnie używana przez Martine do opisu Teixcalaan. Kły. Kły i paszcze i krew. Czytając, zaznaczałam te wszystkie fragmenty (i nazbierałam kilkadziesiąt), w których mowa jest o pożeraniu, rozszarpywaniu, wykrwawianiu przez imperium podbijanych terenów. Wykrwawianiu dosłownym, ale może i częściej – symbolicznym. Stacja Lses postrzega zwróconą na siebie uwagę Teixcalaan jako potworną, pełną zębów paszczę, wojenne statki imperium zwracają ku wrogom paszcze dział, imperium pożera wszystko na swojej drodze. To jest szalenie trafiona metafora, nawet – a może zwłaszcza – w zderzeniu z wizją imperium, jaką widzimy. Imperium, w którym od osiemdziesięciu lat panuje pokój. Nie przyłączono przemocą nowych ziem. Nikogo, może poza rebeliantami w peryferyjnych układach (a o nich, w przekazach publicznych, a już zwłaszcza tych zagranicznych, za dużo się nie mówi) nie masakrowano. A jednak, imperium jest, było i pozostanie wielkim wyrównywaczem, pożeraczem lokalnych kultur i tradycji. Nieprzypadkowo Mahit nie zna rodzimych komiksów ani popkultury: nigdy jej przecież nie interesowały, miała pod ręką ciekawsze i bardziej wysublimowane projekty imperialnej cywilizacji.

I one takie są – są ciekawsze i bardziej wysublimowane, tak jak dla mnie ciekawsza zawsze będzie na przykład popularna muzyka brytyjska od polskiej, w której prawie nigdy nie mogę znaleźć nic dla siebie. Choć, w odróżnieniu od Mahit, szukałam. Martine tego nie ukrywa: urok imperium także na tym polega, że jest piękne, jest bogate, wygodnie się w nim żyje, państwowy sponsor pozwala rozkwitać artystycznym talentom, pozycja mocarstwa daje czas i możliwości na rozwój kultury. I tak, imperium jest jednocześnie jak słońce, wokół którego krążą na orbicie inne kultury, ale i jak czarna dziura, wciągająca wszystko dookoła.

Te metafory nie są przypadkowe – sfera skojarzeń związanych z grawitacją, przyciąganiem, ciężarem, ściągającym coś ku sobie, to trzeci główny typ metafor, używanych przez Martine do opisu zarówno imperium jako takiego – nic dziwnego, Teixcalaanlitzlim widzą siebie jako centrum, by nie rzec pępek, świata – jak i jego przedstawicieli. Ta siła przyciągania, charyzmatyczna moc, skupiająca na sobie uwagę i starania wszystkich, cechuje w powieści także dwójkę władców, tego obecnego i tę przyszłą: Six Direction i Nineteen Adze. Sceny spotkania Mahit z obojgiem, kiedy odczuwa ona, poza swoją, także reakcję Yskandra, nieobecnego świadomie, ale ciągle oddziałującego na jej emocje w chwilach takich, jak te. W chwilach spotkania z ludźmi, których kochał, dla których zdradził, którzy zdradzili jego. Nawet Mahit, spotykająca cesarza, czuje się jak poddana – cóż dopiero mówić o mieszkańcach Teixcalaan. Potęga imperium, moc legendy, jaka za nim stoi, ma moc przyciągania, z którą nie da się walczyć, tak jak nie da się walczyć z prawem fizyki.

W tym miejscu warto wrócić na moment do drugiej inspiracji Martine – do Bizancjum. W odróżnieniu od Azteków, tego źródła nie widać na pierwszy rzut oka, chyba że ktoś siedzi w grecko-rzymsko-bizantyjskiej tematyce (i właśnie dlatego, że w nich siedzę, trochę się uśmiechnęłam, czytając pewną polską dyskusję, w której chwalono powieść m.in. za odejście od zawsze tych samych rzymskich inspiracji w obrazie imperium; pewnie w każdym z nas tkwi coś z Teixcalaanli). Ale jak już się przyjrzeć – tej tradycji bizantyjskiej jest tu mnóstwo, a nigdzie nie rzuca się w oczy tak mocno, jak w rozumieniu różnicy między człowiekiem (obywatelem, kimś wychowanym w tradycji imperium) a barbarzyńcą.

Kim jest barbarzyńca? W greckim rozumieniu, które to bizantyjskie ukształtowało, βάρβαρος [barbaros] to ktoś, kto bredzi, bełkocze, kto – jak nasz Niemiec (niemy) – nie mówi właściwym językiem (6). Innymi słowy – nie-ja. Barbarzyńcy mogą być fascynujący, ba, mogą być wzorcem dla ludów cywilizowanych (jak jest raz czy drugi u Tacyta, z którego autorka zaczerpnęła tytuł II tomu), ale zawsze są obcy. Nie całkiem ludzcy. Nie-barbarzyńskość nie musi oznaczać etnicznej jednolitości – tak imperia Greków i Rzymian, jak i imperium Teixcalaanli, są niejednolite etnicznie i religijnie, ale są częścią tej samej cywilizacji. Cywilizacji, do której dzięki wykształceniu (to też jest bardzo greckie!) Mahit może aspirować, ale której częścią nie jest i nie będzie. Cywilizacja jest światem, a barbarzyńca jest poza nim (podobna jest zresztą idea w cyklu Ann Leckie o Radch).

Ale Mahit jest a clever barbarian i jest świadoma, przez cały czas, że imperialna narracja, jaka ją otacza – to, co jej mówią, pokazują, to, jak przedstawia się jej świat, jak wygląda rzeczywistość – jest właśnie tym, narracją. I nie, nie chodzi tu o jakąś Orwellowską mega-nowomowę, raczej o to, jak kluczową rolę odgrywa literatura i tradycja – nie tylko w imperium, ale na swój sposób, również na stacji Lsel.

I jedna, i druga kultura, opisana przez Martine, ma obsesję pamięci. A także, co równie istotne, obsesję powtarzalności. W imperium ta obsesja powtarzalności wiąże się z kultem i kluczowym miejscem literatury i literatów w świecie tutejszej polityki; a jest to, dodajmy, literatura trochę jak bizantyjska, wyhodowana po części na greckim i rzymskich wzorcu. A więc – ambitna. A więc – uczona, przez uczonych i do uczonych skierowana, wymagająca erudycji, znajomości kontekstu, odczytywania piętrowych, skomplikowanych aluzji i skojarzeń, kodowanych w słowach, frazach, rytmie poezji (yup, dekodowanie takich rzeczy to także mój zawód, nie dziwcie się, że uwielbiam grzebać w słowach). Ta literatura, związane z nią tradycje i skojarzenia, rządzi nie tylko kulturą, ale, w sporym stopniu, także i polityką Teixcalaan. I uważny czytelnik zada sobie pytanie, uważna czytelniczka się zastanowi – czy ta obsesja, to kultywowanie tradycji i przeszłości aż tak się różni od linii imago, praktykowanych na Lsel? (7)

Oczywiście, obywatel/ka imperium zareagował(a)by na to pytanie z oburzeniem: tamtejszy koncept osoby podkreśla indywidualność i pojedynczość, a zrozumienie idei imago i tego, kim jest nosząca je osoba (Mahit? Yskandrem? Mahityskandrem? Kimś jeszcze innym?) zasadniczo przerasta większość imperialnych dostojników – i tak, ten fakt ma kluczowe polityczne znaczenie w obliczu planów Yskandra i Six Direction. Tak naprawdę jednak obie te kultury, i Lsel, i Teixcalaan, żyją zanurzone w przeszłości i tradycji, przynajmniej oficjalnie (8) – i zobaczymy, jak długo jeszcze będzie im się to udawać…

To absolutnie nie jest wszystko, co mam do powiedzenia w kwestii cyklu Arkady Martine. Ale reszta notatek do tej notki, widzicie, reszta pytań i problemów spasuje znacznie lepiej do omówienia A Desolation Called Peace, i tam się znajdzie. A kiedy? Mam nadzieję, że niedługo, bo skończyłam tę powieść czytać wczoraj i nie daje mi spokoju.

(1) Osoby, które przeczytały już sequel, proszę o niekomentowanie tej Gwiazdy Śmierci XD

(2) Abstrahując od jego rozwinięć w fanfikach i innych takich – opieram się to na obrazie Imperium, jaki wychodzi z kanonicznych filmów.

(3) I ta kwestia, pytanie jakie są granice “ty” w waszej kulturze, jest absolutnie do zapamiętania w kontekście II tomu

(4) Cytat po angielsku, bo nie mam polskiego tekstu po ręką

(5) I nie, nie powiem wam, czy to zrobiła

(6) Kolejny problem do zapamiętania

(7) I niech lepiej nie zapomni tego pytania…

(8) Jest takie jedno pytanie, które bohaterowie zadają sobie a propos Sunlit, policji miejskiej, na które w I tomie nie pada odpowiedź, i zastanawiałam się, czy to niedopatrzenie. Zapamiętajcie sobie to pytanie, myślę, że po przeczytaniu będziecie wiedzieć, o które chodziło.

Ekspansja imperium azteckiego; źródło: wikipedia

DLA KOGO: dla osób lubiących space operę, ale skupioną na polityce, nie wojnie. Dla szukających tekstu z cyberpunkowymi konceptami bez typowego cyberpunkowego świata przedstawionego. Dla czytających, zainteresowanych problemami polityki, imperiów, imperialności jako konceptu, zarówno bez prostego podziału na “źli barbarzyńcy, dobra cywilizacja”, jak i “dobra mała kolonia, złe imperium zła”. Dla mających ochotę przeczytać, w tle, naprawdę ładnie i efektownie napisany wątek wzajemnej fascynacji, także romantycznej i erotycznej, dwóch kobiet z różnych kultur. Dla zainteresowanych kreowaniem i wykorzystaniem fikcyjnej literatury jako klucza do mentalności.

2 thoughts on “Słońce, kwiaty i krew

  1. I tak: całkowicie świadomie pominęłam wątek wojny, w którą Mahit wplątuje imperium. Bo o tym, jak by to powiedzieć, będzie osobny wpis 😀

    Like

  2. To jest powieść bardzo dla mnie, ale poczekam na polskie tłumaczenie i kupię w papierze. Notkę przeczytałam “po łepkach”, by uniknąć spoilerów. Ale to, co przeczytałam, bardzo kojarzy mi się z innym imperium u Ann Leckie 😀

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s