Doktor, Doktor, Doktor! I jeszcze kilkoro innych

Stary blog, którego przez 10 lat prowadziłam na Bloxie, aż do zamknięcia tej platformy, zawierał historię mojej narastającej miłości do serialu Doktor Who. Od przypadkowo obejrzanego kawałka odcinka specjalnego (to były The Waters of Mars) przez decyzję o rozpoczęciu oglądania nie od serii z aktorem, który mnie w tych Wodach Marsa oczarował, tylko od pierwszych odcinków New Who, narastającą fascynację, bycie fanką, akceptację zmiany i Jedenastego Doktora, zachwyt (i irytację, i zachwyt) historiami Stevena Moffata, oglądanie spinoffów, poszukanie klasycznych odcinków i zapoznanie się Doktorowymi klasykami, Dwunastego Doktora, Big Finish, pożegnanie z Dwunastym, ekscytację ideą Doktora-kobiety… No dobra, to ostatnie było już po Bloxie, nie zostawiło śladów – może i dobrze, bo z bólem serca przyznaję, że niewiele mam, jako oglądająca, dobrego do powiedzenia o fabułach z czasów duetu Whittaker / Chibnall.

No ale teraz, po nadejściu Czternastego (a i Piętnastego), jest okazja sobie pewne rzeczy poukładać. Na przykład zrobić listę ulubionych Doktorowych odcinków :). Tak, spora ich część miała szczegółowe, kilkustronicowe omówienia na starym blogu. Tak, gdzieś kiedyś ściągnęłam zip ze starych notek. Nie, nie mam go. Tak, strasznie mnie serce o to boli.

No ale dobrze, dość rozdrapywania ran, lecimy. Odcinek/ seria (dla klasyków), rok, Doktor, dwa zdania (powiedzmy). I potraktujcie ostrzeżenie River Song poważnie 🙂

Neron (Derek Francis) i Pierwszy Doktor (William Hartnell)

The Reign of Terror, 1964 (Pierwszy), scen. Dennis Spooner: klasyczna seria z cyklu “Doktor i historia”. Rewolucja francuska jak zwykle w brytyjskim / anglosaskim filmie (tylko Scarlet Pimpernela brakowało), ale świetny, świetny William Hartnell, grający Doktora z mieszanką powagi, obcości i humoru).

The Romans, 1965 (Pierwszy), scen. Dennis Spooner: (Ale głupi ci) Rzymianie, w szczególności Neron z dworem i rodzinką, a do tego wyjątkowo komiczny Pierwszy Doktor. Komediowe ujęcie klasycznego schematu typu “Doktor uczy o przeszłości”, tu gdzieś między obyczajowością Ja, Klaudiusz a anarchicznym absurdem spod znaku brytyjskich komedii o antyku, a la Up Pompeii.

Figurki Drugiego i Cybermena, niestety nie moje

The Tomb of the Cybermen, 1967 (Drugi), scen. Kit Pedler, Gerry Davis. No co ja będę, Cybermeni.

Trzeci Doktor (Jon Pertwee) i Jo Grant (Katy Manning)

Terror of the Autons, 1971 (Trzeci), scen. Robert Holmes. Fajni Obcy. Spójny scenariusz. Kathy Manning/ Jo Grant. MASTER. Pomysły ogrywane potem w późniejszych inkarnacjach Doktora (Rose).

The Mind of Evil, 1971 (Trzeci), scen. Don Houghton. Brygadier Lethbridge-Stewart, polityczna fabuła na Ziemi, fajne ogranie thrillerowej de facto konwencji typu “Terroryści mają broń masowej zagłady, czas goni”. No i Master.

Czwarty Doktor (Tom Baker) i profesor Litefoot (Trevor Baxter)

Terror of the Zygons, 1975 (Czwarty), scen. Robert Banks Stewart. Eeee… fajni Obcy? Sarah Jane. Cudowny Czwarty Doktor, za którym przepadam i który jest – po Pierwszym – moim ulubionym Doktorem czasów klasycznych. Brygadier, UNIT, zabawa ideą potwora z Loch Ness.

The Talons of Weng Chiang, 1977 (Czwarty), scen. Robert Holmes. KOCHAM. Przede wszystkim za to, że to jest chyba seria najbliższa w całym Doktorze bycia pastiszem Sherlocka Holmesa, jedynej postaci/”uniwersum”, której było na starym blogu więcej niż Doktora. GIGANTYCZNY SZCZUR Z SUMATRY. Jago i Litefoot <3. Tak, ta seria ma swoje wady, ale miłość, w tym przypadku, ci wszystko wybaczy.

Piąty Doktor (Peter Davidson), bez Mawdryna

Mawdryn Undead, 1983 (Piąty), scen. Peter Grimwade. Fajna historia, pomysłowa i nieoczywista, do tego Nyssa i Tegan.

Valeyard (Michael Jayston), bez Doktora

The Trial of the Time Lord (Szósty), scen. Robert Holmes, Philip Martin, Pip & Jane Baker. Valeyard. Master. Gallifrey, ja chyba jeszcze nie mówiłam, że jak lubię inne typy odcinków, tak do tych związanych z Gallifrey i Time Lordami mam sporą słabość.

Rani (Kate O’Mara)

Time and the Rani, 1987 (Siódmy), scen. Pip & Jane Baker. Rani, plus w sumie niedoceniony Siódmy. I Mel.

Dziewiąty Doktor (Christopher Eccleston) z osobami do tańca, Rose Tyler (Billie Piper) i kapitanem Jackiem Harknessem (John Barrowman)

Dalek, 2005 (Dziewiąty), scen. Robert Shearman. Pierwsza tutaj, nie ostatnia historia z najbardziej chyba ikonicznymi wrogami Doktora. I mój mniej więcej pierwszy Doktor (patrz The Waters of Mars). Przepiękny i przejmujący odcinek, wspaniale naświetlający paradoksalnie podobieństwo między pozornymi przeciwieństwami, błyskotliwie zagrany przez Christophera Ecclestona. Tak się powinno ogrywać klasyczne potwory w tej serii. Top topów moich ukochanych odcinków.

The Empty Child / The Doctor Dances, 2005 (Dziewiąty), scen. Steven Moffat. Wejście smoka, w roli smoka Steven Moffat, scenarzysta; wtedy chyba nikt nie podejrzewał, jak będzie ważny dla Doktora. Doktorowy horror w najlepszym wydaniu (Moffat chyba w tym jest najmocniejszy).

Ten dialog, w kawałkach z obrazkami

The Christmas Invasion, 2005 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. Głównie dla regeneracji w Dziesiątego, plus – ja wiem, mnóstwo osób jej nie cierpi, ale ja naprawdę uwielbiam Jackie Tyler.

Army of Ghosts / Doomsday, 2006 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. Konkretnie dla dwóch motywów. Pierwszym jest legendarna konwersacja Daleków z Cybermenami, drugim (tymczasowe) zamknięcie wątku Rose Tyler. Stoi to wszystko na emocjach i aktorstwie Tennanta, nie oszukujmy się.

The Runaway Bride 2006 (Dziesiąty), Russell T. Davies. Donna Noble. Wystarczy, bo reszta jest… OK.

Alexandra Moen jako udręczona Lucy Saxon

Human Nature / The Family of Blood, 2007 (Dziesiąty), scen. Paul Cornell. No i się zaczyna: trzecia seria Tennanta jako Doktora i jak spojrzycie na listę odcinków, to zobaczycie, że od siódmego (a w zasadzie mogłoby być i od szóstego, 42 to chyba najlepszy odcinek Chrisa Chibnalla napisany dla Doktora) są tu już wszystkie. Ten odcinek kupił mnie pomysłem (wreszcie!) na Marthę Jones, jednymi z najlepszych i najstraszniejszych Doktorowych przeciwników i umiejętnym poruszeniem tematu emocji i samotności Doktora.

Blink, 2007 (Dziesiąty), scen. Steven Moffat. Moffat at his best, paradoksalny, niedoktorowy, błyskotliwy scenariuszowo i trzymający widzów w ciągłym napięciu odcinek. Jeśli eksperymentować z Doktorem, to tak. Plus, Anioły.

Utopia / The Sound of Drums / Last of the Time Lords 2007 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. A tu z kolei IMHO Davies at his best, budujący tragedię tak ponurą, jak tylko on umie. Zacznijmy od upiornego losu, jaki zgotował ostatnim ludziom przyszłości (jak do mnie dotarło, kim są Toclafane, to mnie solidnie trzepnęło i pomyślałam, że trzeba mieć naprawdę pokręconą wyobraźnię, żeby to tak wymyślić…). Ale to nie wszystko, bo jest i fenomenalna, naszkicowana kilkoma scenami i fantastycznym (!!) aktorstwem Alexandry Moen tragiczna postać Lucy Saxon, i historia Marty (chyba sam Davies ją określił jako the gospel according to Martha Jones), i koncertowo zagrany przez Johna Simma Master, rozpięty między absolutnie nieludzkim okrucieństwem i kompletnym brakiem jakiejkolwiek kontroli nad sobą a ewidentnym cierpieniem i niepewnością. Relacja między nim a Doktorem jest wielowymiarowa, skomplikowana – to jest przyjaźń/miłość, która przeszła przez tyle prób i zdrad i rywalizacji i nienawiści i rozczarowań i niezrozumienia i, po prostu, czasu, że stała się nieuniknioną wrogością, ale nigdy do końca nie umarła. Ta mini-seria fantastycznie też używa muzyki, do dzisiaj mam kawałki z tych odcinków na playliście.

David Tennant (Dziesiąty Doktor) i Lesley Sharp (Sky) w Midnight

The Fires of Pompeii, 2008 (Dziesiąty), scen. James Moran. (Ale głupi ci) Rzymianie i Doktor z Donną. Bardzo klasyczny odcinek, z klasycznym Doktorowym dylematem i z dość typowym pomysłem (Obcy stoją za jakimś historycznym wydarzeniem). Cudne dialogi, na czele z tym o Spartakusie. Fajnie ograne schematy związane z popkulturowym Rzymem (mam o tym artykuł naukowy!). Plus, Amy Pond i Dwunasty Doktor, którzy jeszcze nie wiedzą, że będą kiedyś Amy i Dwunastym.

Silence in the Library / Forest of the Dead 2008 (Dziesiąty), scen. Steven Moffat. Nastrój. Klimat. Idea River Song i Alex Kingston jako River Song. Czy mówiłam coś o klimacie?

Midnight 2008 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. TEN odcinek. IMHO najlepszy – scenariuszowo, konstrukcyjnie, od strony postaci i aktorstwa – odcinek Doktora Who. I groza, i niesamowitość, i budowanie klimatu prostymi środkami, i znakomite aktorstwo. I smutne refleksje o ludzkości.

Turn Left 2008 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies. Odcinek alternatywny, Doktor bez Doktora i świat bez Doktora, za to z Donną i z Rose. Odważny pomysł, który wyszedł.

Dziesiąty Doktor (David Tennant) i Master / Mistrz (John Simm, aktor, którego w ogóle uwielbiam, widziałam kilkakrotnie w teatrze i uważam, że jest skandalicznie, mimo wszystko, niedoceniony)

The Waters of Mars 2009 (Dziesiąty), scen. Russell T. Davies, Phil Ford. Drugi TEN odcinek (choć w praktyce to nie jest odcinek, to jest godzinny film fabularny, jeden z, powiedzmy, odcinków specjalnych). Mój pierwszy odcinek Doktora – skacząc po kanałach, obejrzałam kawałek i zaintrygowało mnie na tyle, że celowo nie skończyłam, tylko zaczęłam od pierwszego odcinka Dziewiątego, Rose. Wygrywa przede wszystkim tym, jak Tennant kreuje cierpiącego, pełnego buntu i wściekłości, niegotowego na odejście Doktora – scena z Time Lord Victorious to jest Doktorowy odpowiednik Galadrieli z Pierścieniem, tylko znacznie bardziej gorzki. Plus znakomita Lindsay Duncan.

The End of Time, 2009 (Dziesiąty / Jedenasty), scen. Russell T. Davies. Nierówny, nie zawsze udany, ale za Wilfreda Motta i za to, co się okazało znaczyć He will knock four times. I za Mastera, i za finałowe słowa Dziesiątego Doktora, które chyba nie tylko we mnie siedziały jak zadra aż do wczoraj.

Alex Kingston jako River Song jako Kleopatra. A to dopiero początek timey-wimey

The Pandorica Opens / The Big Bang 2010 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. Timey-wimey Steven Moffat w mistrzowskiej formie. Miało być big and mad, i było. Plus, wow, wspaniali książkowi plastikowi Rzymianie, wspaniały Matt Smith i absolutnie boska Kleopatra, która powinna być w Egipcie, i martwa. Mam o tym odcinku artykuł naukowy 🙂

A Christmas Carol, 2010 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. Mój ulubiony Christmas Special Doktora: po części za wizualną wyobraźnię, po części za naprawdę pomysłową i inteligentną adaptację Dickensa.

The Impossible Astronaut, 2011 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. Początek olśniewająco-męczącego Moffatowego timey-wimey chaosu, ale jaki początek! Smith bezbłędny jako Doktor patrzący w twarz własnej śmierci, zagadki w zagadkach , hmm, River Song.

The Doctor’s Wife 2011 (Jedenasty), scen. Neil Gaiman. Nagrodzony Hugo odcinek, w którym mamy złe mówiące głosem Michaela Sheena i kobietę TARDIS w nieco gotyckich ciuchach.

Tu wcale nie miało być obrazka, ale jak tak można, bez Jedenastego (Matt Smith) i jego TARDIS / Idris (Suranne Jones)

The God Complex, 2011 (Jedenasty), scen. Toby Whithouse. Przepiękny retelling mitu o Minotaurze (ależ mi się marzyło, żeby Toby Whithouse, który go napisał, został showrunnerem!) z bardzo efektownie rozegraną kwestią boskości i samotności – w sumie nie wiadomo, bardziej Minotaura czy bardziej Doktora.

The Wedding of River Song, 2011 (Jedenasty), scen. Steven Moffat. RIVER SONG. Rozwiązanie (??) tego całego timey-wimey z żonami, dziećmi, teściowymi, synowymi i Time Lordami. Chaotyczne, nie dla wszystkich, ale dla mnie osobiście ważne i wzruszające.

War Doctor (John Hurt)

The Day of the Doctor, 2013 (Jedenasty / Dziesiąty / War Doctor), scen. Steven Moffat. John Hurt jako Doktor, powrót Tennanta, Kate Lethbridge-Stewart, nie całkiem Rose Tyler. KURATOR. Odcinek (a raczej film) zdecydowanie, zdecydowanie dla fanów, ale nie dziwota, bo to special na pół wieku Doktora.

Picture shows: Peter Capaldi as the Doctor

Heaven Sent, 2015 (Dwunasty), scen. Steven Moffat. Peter Capaldi plus Steven Moffat wydawali mi się w teorii duetem idealnym, w praktyce – chyba nie wszystko wyszło, przynajmniej dla mnie. Większość odcinków Dwunastego to dla mnie odcinki między solidną szkolną czwórką a trójką – rzetelne, fajne, bardzo efektownie przez Capaldiego zagrane, ale za serce nie chwytające. No więc są takie odcinki i jest Heaven Sent, absolutna IMHO topka serialu – może dlatego, że ten odcinek odchodzi od utartych fabularnych schematów, jest koncepcyjnie odważny i pomysłowy, no i naładowany emocjami. Capaldi, aktor świetny, ma wreszcie okazję naprawdę coś pograć.

The Husbands of River Song, 2015 (Dwunasty), scen. Steven Moffat. Doktorowe heist movie, River Song w idealnej dla niej roli awanturniczej heroiny, romans, ucieczki, przygody. Słodko-gorzkie i urocze.

Trzynasta (Jodie Whittaker) i Uciekająca (Jo Martin), dwie Doktor(ki)

Fugitive of the Judoon, 2020 (Trzynasta / Fugitive), scen. Vinay Patel, Chris Chibnall. Obawiam się, że strasznie dużo o moim stosunku do Trzynastej Doktor mówi fakt, że moim ulubionym odcinkiem z nią i tym, który rzeczywiście po prostu zrobił na mnie wrażenie, jest ten, w którym scenę kradnie jej inna Doktor, nieznana wcześniej, a grana z charyzmą i urokiem przez Jo Martin.
Nie zrozumcie mnie źle. Bardzo mnie ucieszyła wiadomość o kobiecej inkarnacji Doktora (a że regenerację z Time Lorda w Time Lady się da zrobić ŚWIETNIE, dowodzi Missy), lubię i cenię Jodie Whittaker (była znakomitą Antygoną w spektaklu Polly Findlay, u boku Christophera Ecclestona jako Kreona!), do oglądania przystępowałam pod sporym wrażeniem tego, jak umiejętnie i skutecznie Chris Chibnall napisał i poprowadził pierwszy sezon Broadchurch… No, zapowiadało się idealnie.
Zapowiadało się i coś nie zagrało, przynajmniej ze mną – może fakt, że miałam wrażenie, że sporo z tych historii ma ładunek dydaktyzmu wzięty wprost z odcinków z Pierwszym, a ja już mocno z tego wyrosłam? Może towarzyszy było za dużo na raz, co zostawiało każdej z osób za mało miejsca? Nie wiem, w każdym razie nie działało, oglądałam już wtedy raczej z doskoku niż regularnie, a miłość do serialu zamieniła się w mieszankę nostalgii i irytacji. Tyle że potem pojawiła się na ekranie Jo Martin i poczułam znowu ten dreszcz – radość, że Doktor to jest taka postać, którą naprawdę kocham, ale i żal, że ona jest Doktorem tylko na chwilę, bo na tę chwilę weszła w rolę znakomicie. Kupiła mnie całkowicie, poproszę o rolę dla niej w nowych seriach (i nie, to nie musi być Doktor, taki Master odkrywający po regeneracji, że ma twarz Doktor, to też by było coś).

David Tennant (Czternasty) i Ncuti Gatwa (Piętnasty). Szkoda, że nie widzicie reszty jego stroju 🙂

The Giggle, 2023 (Czternasty / Piętnasty), scen. Russell T. Davies. DOKTOR WRÓCIŁ. Znaczy, mój Doktor, mój ulubiony aktor jako Doktor, ale też pewien typ podejścia do postaci i opowieści. Jestem daleka od bezkrytycznego idealizowania w całości czasów Daviesa – on się, jak dla mnie, trochę za bardzo lubi znęcać nad postaciami, patrz Donna, i kreować nieopisane tragedie, patrz końcówka drugiego i zwłaszcza cały trzeci sezon Torchwood (ale i ostatnie słowa Dziesiątego są z tej samej kategorii). Niemniej, ma on na swoim koncie sporo odcinków udanych, i do nich zaliczyłabym wszystkie trzy specjalne odcinki z Donną i Czternastym – niezłe The Star Beast, dobre Wild Blue Yonder i naprawdę, naprawdę bardzo, IMHO, dobre The Giggle. Dawnośmy w Doktorze nie mieli tak udanego złola, jak Toymaker Neila Patricka Harrisa, w idealnych proporcjach mieszający groteskę, okrucieństwo i grozę. David Tennant – cóż, Tennant jest Tomem Bakerem Nowego Who, najwyraźniej 🙂 Do tego miał ten odcinek idealny IMHO finał dla Doktora, który zasłużył na spokój, i dla Doktora, który jest cieplejszy, bardziej otwarty, empatyczny i chyba po prostu miły, niż którykolwiek przed nim. Oraz, obecny na ekranie czy nie, WILF. Jestem gotowa na nowe przygody.

Neve McIntosh (Madame Vastra), Catrin Stewart (Jenny Flint), Dan Starkey (Strax)

DODATKI

Wzmianki: postacie, które uwielbiam, a których główne odcinki się tu nie zmieściły: Strax, Jenny, Madame Vastra, Missy, Master (Sacha Dhawan).

Niekończącą się miłością kocham serię animowaną Scream of the Shalka (2003, alternatywny Dziewiąty <Richard E. Grant> i jego (życiowy) partner, alternatywny Master <Derek Jacobi>), scen. Paul Cornell. Biedny Ósmy Doktor nie załapał się ze swoim jedynym filmem, ale wspomnę o tym, jak bardzo go lubię w miniaturce The Night of the Doctor.

Mam sporo ulubionych słuchowisk Big Finish, ale to chyba temat na osobną notkę.

Dwóch gości ze wspólnym kumplem (Marvel Rewatch: “The Falcon and the Winter Soldier”)

The Falcon and the Winter Soldier, twórca: Malcolm Spellman, reżyseria: Kari Scogland, muzyka: Henry Jackman. Obsadę wymieniam we wpisie.

Sebastian Stan (Bucly Barnes / Zimowy Żołnierz / Biały Wilk i Anthony Mackie (Falcon / Kapitan Ameryka)

No więc, co powinno być oczywiste z poprzedniego wpisu, mam wakacje i oglądam sobie różne rzeczy z uniwersum Marvela… Jak to z jakiego poprzedniego wpisu? No, tego z analizą bitwy o Nowy Jork w Avengersach. Jak to go nie opublikowałam?

No, prawda, nie opublikowałam. Miał być pierwszy, ale strasznie pożera czas przy pisaniu, więc najpierw będzie trochę impresji z Falkona i Zimowego Żołnierza, a bitwa i wyjaśnienia, co mnie tak na Marvela wzięło, później.

Na obrazu jeden ze złoli, a pod nim – spojlery.

Kanadyjski aktor i mistrz MMA Georges St-Pierre w roli Georgesa Batroca

Najkrócej rzecz ujmując – nie wiem, czy jak dla mnie, licząc obiektywne kryteria, nie jest to najlepszy serial Marvela (choć, trochę wbrew opiniom większości, akurat ja uważam, że w ramach własnej franczyzy ma całkiem solidną konkurencję – na pewno w postaci I sezonu Lokiego, Hawkeye’a, a jeśli liczyć seriale z szerokiego uniwersum – przede wszystkim świetnego I sezonu Jessiki Jones z może najbardziej udanym serialowym villainem Marvela, Kilgravem, w brawurowej interpretacji Davida Tennanta).

Gatunkowo, Falcon i Zimowy Żołnierz (wybaczcie niekonsekwentne użycia tytułów w PL i ENG) bliski jest trochę policyjnym buddy movies, gdzie dwóch niedobranych partnerów musi przekonać się, że (zawodowo) są dla siebie stworzeni, a trochę – thillerowi z motywami politycznymi i społecznymi. W głównych rolach ma ważne postacie ze świata Avengersów – trochę mało docenionego przez twórców w oryginalnej serii Sama Wilsona/Falcona (Anthony Mackie) i zdecydowanie docenionego Zimowego Żołnierza / Bucky’ego Barnesa (ulubieniec sporej części widzów, Sebastian Stan). W tle pojawiają się inni bohaterowie znani z uniwersum: Sharon Carter (Emily VanCamp), James Rhodes / War Machine (Don Cheadle; i nie, nie będę tu dyskutować kwestii, które pojawiły się w Secret Invasions), absolutnie fantastyczny i kradnący każdą scenę, w jakiej się pojawia, baron Zemo (Daniel Brühl) lub obecny w trzech odcinkach, znany z Zimowego Żołnierza złoczyńca Batroc (Georges St-Pierre) albo grupka wakandyjskich Dora Milaje na czele z Ayo (Florence Kasumba). Towarzyszy im grupa nowych postaci, zarówno pomagających bohaterom (Sarah Wilson, siostra Falcona – w tej roli Adepero Oduye – i jej synowie, kumpel Falcona i przyszły jego następca, Joaquin Torres, grany przez Danny’ego Ramireza), jak i stająca im, tak czy inaczej, na drodze. Tu z jednej strony będziemy mieć głównych antagonistów serii, czyli ruch Flag Smashers i jego przywódczynię Karli Morgethau (znakomita Erin Kellyman), z drugiej – nowego Kapitana Amerykę, w postaci (pozornie) wzorowego amerykańskiego oficera Johna Walkera (który, w odróżnieniu od Wilsona, jest białym przystojniakiem o blond włosach i kwadratowej szczęce, a więc w oczach władzy lepiej się na następcę Steve’a Rogersa nadaje; gra go, bardzo kompetentnie, Wyatt Russell) i jego pomocnika Lemara Hoskinsa / Battlestara (Clé Bennett). No i jest jeszcze poboczna, ale znacząca zarówno dla fabuły, ale i dla idei całego serialu, postać, jaką jest Isaiah Bradley – zapomniany czarnoskóry superżołnierz z czasów wojny koreańskiej, ofiara eksperymentów zarówno rządu USA, jak i HYDRY. Jego rolę odtwarza Carl Lumbly, który w latach 90. grał w wyprodukowanym przez Sama Raimiego serialu M.A.N.T.I.S. bodaj czy nie pierwszego w TV czarnoskórego superbohatera.

Wyatt Russell jako John Walker / Kapitan Ameryka

Fabularnie Falcon i Zimowy Żołnierz jest spójny i konsekwentny – co nie zawsze da się powiedzieć o serialach z uniwersum Marvela, nawet tych, które – jak Hawkeye – zdecydowanie mi się podobały. Tutaj główne wątki – zagrożenie ze strony Flag Smashers, rodzinne problemy Falcona ukazane na tle ogólnych problemów czarnej społeczności USA, konsekwencje rozmaitych decyzji podjętych wcześniej przez Avengersów (od odwrócenia Thanosowego Blipa przez odejście Steve’a Rogersa po skutki buntu drużyny Kapitana przeciwko Porozumieniom z Sokovii) – splatają się w jedną i fabularnie spójną całość. Nie miałam ani razu wrażenia – jakie miewałam choćby przy wątku Yeleny w Hawkeye’u czy Riri w Wakanda Forever – że oglądam dobrze poprowadzony wątek bardzo przyzwoicie zagranej postaci, który jednak powinien był samodzielną opowieścią, bo tu, gdzie jest, raczej miesza i rozbija fabułę niż jej pomaga. W Falconie i Zimowym Żołnierzu sensownie i umiejętnie stopniowane są też rodzaje zagrożenia – od osobistych / lokalnych przez te bardziej ogólne aż po globalną skalę zagrożenia, jakim jest Karli i jej grupa rewolucjonistów.

Erin Kellyman w roli Karli Morgenthau

Za co przede wszystkim lubię ten serial? A za to, że jest, w swoich koncepcjach i założeniach, odważny. Czego, powiedzmy sobie szczerze, nie da się powiedzieć o większości nawet najsympatyczniejszych Marvelowych produkcji.

Lubię uniwersa, i lubię, kiedy twórcy takiego uniwersum eksplorują nie tylko najbardziej oczywiste jego kawałki – dlatego, w odróżnieniu od chyba większości widzów, mnie podobała się She-Hulk i czekam na Marvelowe/ Starwarsowe / Startrekowe kryminały, romanse i heist movies z dużą radochą – w końcu ta obyczajówka w świecie Batmana, no, ta o Jokerze, to całkiem była udana, nie? Za to też polubiłam Falcona i Zimowego Żołnierza. Bo po pierwsze, twórcy poszukali ciekawych motywów w tle uniwersum, a po drugie – zrobili to odważnie.

Podobnie jak Hawkeye, ten serial skupia się na tych mniej oczywistych, mniej zamożnych i mniej sławnych Avengersach, i pokazuje także ich zmagania z codziennym życiem – nie oszukujmy się, miliarder Tony Stark raczej nie spotkałby się z odmową kredytu w lokalnym banku, a Steve’a Rogersa żaden policjant nie próbowałby agresywnie zmusić do wylegitymowania się po publicznej kłótni z białym facetem na ulicy… To jednak jest w sumie może i najbardziej przewidywalne – podobnie jak raczej do przewidzenia (ale to nie znaczy, że źle wprowadzony czy niepotrzebny, wręcz przeciwnie) jest, w przypadku serii mającej w centrum jednego z nielicznych afroamerykańskich Avengersów, wątek rasowy. Tu zawiera on kilka motywów – sytuacja rodzinna siostry Falcona i jego samego, przejmująca historia pierwszego czarnoskórego superżołnierza i bodaj najbardziej nośny fabularnie z tego wszystkiego, bo w zasadzie trwający od pierwszego do ostatniego odcinka konflikt między Falconem a Buckym. Ten ostatni nie rozumie za nic w świecie, czemu Sam oddał tarczę Kapitana, a ten pierwszy za nic w świecie mu nie wytłumaczy, że dla czarnoskórego Amerykanina ta tarcza (i duma z USA, i akceptacja dla całokształtu amerykańskiej polityki) ma nieco inne znaczenie niż miała dla idealistycznego białego nastolatka z okresu II wojny. Bucky widzi w tym wszystkim wyłącznie sprawę osobistą, prywatną, dla niego trudną do pojęcia i kojarzącą się z beztroskim odrzuceniem prywatnego dziedzictwa jego najlepszego przyjaciela – Sam natomiast nawet nie próbuje mu wyjaśnić, że sprawa jest z jego punktu widzenia znacznie bardziej skomplikowana.

Carl Lumbly jako Isaiah Bradley, którego po podaniu serum Erskine’a potraktowano zgoła inaczej niż Steve’a Rogersa.

Odważna jest za to w tym serialu przede wszystkim kwestia postawienia znaku zapytania przy kwestii tego, co było kluczową spuścizną Avengersów. Nie tylko mamy tutaj kwestię wcale niekoniecznie bezproblemowego dziedzictwa zarówno Kapitana Ameryki, jak i Steve’a Rogersa (do tego wrócę jeszcze za moment). Mamy też kwestię Blipa i powrotu tych wszystkich, których nie było przez pięć lat. Od Infinity War kwestia ta była ogrywana bardzo sprawnie, ale też jednoznacznie: ci, którzy stracili bliskich, cierpieli, odwrócenie gestu Thanosa było tym, o co bohaterowie walczyli, za co, ostatecznie, przynajmniej jedno z nich, Natasha, oddało życie (1). Mieliśmy świetne i emocjonalnie wzruszające sceny zarówno zniknięcia (Peter Parker, ech, ale też rodzina Hawkeye’a), jak i powrotu postaci, które Thanos wymazał ze świata (telefon do Ant-Mana), mieliśmy bardzo efektowną scenę z tymże Ant-Manem przy pomniku zaginionych, Steve’a jako doradcę i terapeutę ludzi, którzy wtedy stracili najbliższych – mieliśmy, krótko mówiąc, świat w żałobie i głębokie poczucie, że powrót do czasów sprzed Blipa jest szlachetnym, dobrym, moralnie właściwym rozwiązaniem.

A tu – niespodzianka. Bo nagle dostajemy drugą stronę medalu. A mianowicie – historie tych ludzi, którym powrót, po pięciu latach, ofiar Thanosa złamał serca i zrujnował życie. Tu widzimy i słyszymy tych, dla których świat z połową istot żywych był czasami jedynym, jaki znali. Policzmy: minęło pięć lat od powrotu, czyli w sumie dziesięć od Blipa. Karli Morgenthau ma lat, wedle aktorki, która ją gra, dziewiętnaście. To znaczy, że w zasadzie całe dzieciństwo i młodość Karli upłynęło w świecie po Blipie. Jako dziewięciolatka nie bardzo pewnie pamiętała, jak było przed, po czym jako czternastolatka straciła absolutnie wszystko, bo ci, których nie było, wrócili. Jej świat się zawalił. Na dodatek w centrum uwagi świata znaleźli się ci powróceni. Mało kogo obchodził los osób, które z tych czy innych powodów wyemigrowały (bo gdzie indziej były bardziej potrzebne), zamieszkały w pustych domach, zaczęły umawiać się z wdowami i wdowcami po ofiarach – a potem rzeczywistość zawaliła się na głowy, bo Hulk pstryknął palcami… Ci, którzy weszli na miejsce ofiar, po ich powrocie znaleźli się na bruku – czasem dosłownie. Serial wprowadza motyw obozów dla “uchodźców” z czasów Blipa – oni sami ten termin ostro odrzucają, ale trochę trudno nie widzieć tu analogii do konkretnych zjawisk z naszych czasów. Oni tych obozach są od pięciu lat, w warunkach może nie morderczych, ale zdecydowanie złych. I ich to boli. Tęsknią za spokojniejszym światem bez granic, otwartym dla wszystkich i dającym szansę na sprawiedliwszy podział zasobów, światem, jaki stworzyło wymordowanie przez Thanosa połowy żywych istot. Zupełnie nie cieszy ich powrót do status quo ante. Co więcej, ich sytuacja jest na tyle desperacka, że od protestów przeszli do idei rewolucji.

Na czele tej rewolucji stoi Karli Morgenthau, nastolatka wychowana w obozie dla wygnańców po Blipie, która to postać przypomina po raz kolejny, że mało która mieszanka jest równie niebezpieczna jak a) idealistyczna młoda osoba, b) z mocnym poczuciem misji i przekonaniem, że zna jedyny sposób na ratowanie świata i że za ten ratunek warto zapłacić każdą cenę, c) z nierozwiązanymi traumami, d) i dostępem do superzasobów, w tym przypadku – serum superżołnierza. Bo Karli szybciuteńko przeszła drogę od “walczę o lepszy świat dla wszystkich” przez “cel uświęca środki” i “wielcy tego świata nie reagują na nic poza przemocą” do “a co tam, że tam są ludzie, niech giną, chodzi o Sprawę”. I nie chodzi o to, że z jej sprawą jest coś nie tak – wręcz przeciwnie, wszyscy, od złola barona Zemo po idealistę Falcona, mają poczucie, że tych ludzi potraktowano podle i że w żądaniach Karli jest sporo racji. Coś jest nie do końca tak z samą Karli. Tylko co?

A to akurat wychodzi bardzo ładnie przy porównaniu Karli z dwiema innymi postaciami, które wydają się być jej odpowiednikami w fabule, a mianowicie z Sharon Carter i Johnem Walkerem.

Emily VanCamp jako Sharon Carter / Power Broker

W odróżnieniu od Falcona, Kapitana, Bucky’ego i całej reszty – którzy, owszem, przez dwa lata musieli się ukrywać, a następnie, także ze względu na rolę w wojnie z Thanosem, zapomniano im, przynajmniej w większości, dawne winy – Sharon Carter zapłaciła wysoką cenę za bunt przeciwko Porozumieniom z Sokovii. Wyrzucona z pracy, oskarżona o zdradę, zagrożona więzieniem, uciekła z kraju – a nikt ważny, ze Stevem Rogersem na czele, się o nią nie upomniał. Podobnie jak Karli, wyrzucono ją na margines, gdzie musiała sobie radzić sama. No i, podobnie jak Karli, sobie poradziła, radykalizując się i wchodząc na drogę przestępstwa. Nie ulega wątpliwości, że krzywdzie Sharon winne jest całe mnóstwo osób i że potraktowaną ją, w porównaniu choćby ze Stevem, bardzo niesprawiedliwie – ale też nie nie podlega dyskusji fakt, że Sharon jest w tym momencie, jako Power Broker, potężną i bezwzględną kryminalistką. A fakt, że zastrzeliła i Batroca, i Karli, miał tyle samo wspólnego z ratowaniem dawnych kumpli, co z uciszeniem dwóch osób, które znały i mogły ujawnić jej przestępczą tożsamość. Karli działała na korzyść i dla dobra innych, Sharon głównie dla swojego; owszem, zdecydowała się pomóc Bucky’emu i Falconowi, ale scena po napisach szóstego odcinka wyraźnie pokazała, po co jej to było. Obie bohaterki w pewnym momencie przekroczyły granicę między ratowaniem siebie i innych a arbitralnym, jednoosobowym decydowaniem, kto jest wart tego, żeby żyć, a kogo można poświęcić.

Drugim natomiast fabularnym zwierciadłem dla Karli jest John Walker – nowy Kapitan Ameryka, trochę pomocnik, a trochę przeciwnik naszych głównych bohaterów. Walker teoretycznie nadaje się na Kapitana – ma za sobą nienaganną, ba, bohaterską służbę wojskową, jest nawet bez super-serum fantastycznie sprawny i silny, sympatyczna i mądra żona go kocha, koledzy lubią, a współpracownicy/ towarzysze broni, jak Lemar Hoskins, uwielbiają. Ma prezencję, charyzmę, sukcesy, odpowiednią moralną postawę, świetnie wygląda w kostiumie. No, ideał.

No, oczywiście, nie. Jest to jasne choćby dlatego, że John zostaje Kapitanem odgórną (i, hmmm, zupełnie nie umotywowaną kolorem skóry, prawda?) decyzją rządową, po tym, jak nie zrobiono nim wyznaczonego do tego zadania przez samego Rogersa Sama Wilsona. Sugestia, że Walker bardziej pasuje do publicznego wizerunku niż do idei i serca Kapitana, widoczna jest od razu – podobnie jak fakt, że bycie symbolem nie przychodzi Walkerowi łatwo, sporo go kosztuje i jest dla niego przede wszystkim lekarstwem na osobiste traumy, stresy i kompleksy. Walker, zawzięty i chorobliwie ambitny, jednocześnie cały czas nosi w sobie wspomnienia koszmarnych rzeczy, jakie przeżył i widział w Afganistanie, i własnych podjętych tam bezwzględnych decyzji. Przywdzianie stroju Kapitana traktuje jako nową szansę, nadzieję na to, że ten strój i ta rola jakoś magicznie zagwarantują mu, że od tej pory każda jego decyzja będzie moralnie nienaganna. To się nie może dobrze skończyć. Nieprzypadkowo i Karli, i John na pewnym etapie życia decydują się na nielegalne zażycie serum superżołnierza – oboje są przekonani, że to rozwiąże ich problemy i problemy świata przy okazji. Nie rozwiązuje, oczywiście – no i oboje przez to stają się przykładem tego, że supermoce nie są żadnym lekarstwem na traumę i psychiczne cierpienie.

Generalnie, ten serial jest odważny w kreacji antagonistów. Robi bezwzględną szefową półświatka, zabójczynię i zdrajczynię z generalnie lubianej przez widzów Sharon Carter. W roli przywódczyni planowanej krwawej rewolucji daje nam piegowatą, rudowłosą nastolatkę, której życie nie oszczędzało i której sprawa może budzić sporo sympatii. Sugeruje, że z Johnem Walkerem jest coś nie tak (a tak by go było fajnie po prostu nie lubić, po tym, jak olano wolę Steve’a i nie zrobiono Kapitana z Sama Wilsona!), po czym pokazuje go jako złożoną, na pewno raczej negatywną, ale summa summarum tragiczną postać. No i bierze znanego nam wcześniej drania, barona Zemo, mordercę króla Wakandy – i to jemu każe uświadomić bohaterom kilka przykrych prawd.

No, Daniel Brühl w tej roli, przyznam, pozamiatał. To jest w ogóle aktor świetny, a tu – z mieszanką fanatyzmu, dezynwoltury i całkiem sporej dozy cynicznych, a przy tym zdroworozsądkowych opinii o superbohaterach w ogóle, a superżołnierzach, w tym Karli, w szczególności, kradnie ekran za każdym razem, kiedy się pojawia. Nie sposób chwilami – na przykład, kiedy spokojnie pyta, kto z Avengersów pojechał zobaczyć pomnik na miejscu zniszczonej Sokovii – nie przyznać mu racji, nie sposób nie pokiwać głową, kiedy trzeźwo wskazuje, że Karli może mieć dowolnie dobre intencje, ale robiąc z siebie superwojowniczkę chcąc nie chcąc już stanęła po stronie podziału na ludzi zwykłych i ludzi ulepszonych, czy może – po prostu lepszych. Jednocześnie Zemo nie jest ani przez moment nawróconym złolem, z dobrej woli pomagającym bohaterom: cały czas kieruje się jedynie dobrze pojętym własnym interesem (może z wyjątkiem tych chwil, kiedy niszczy superserum i generalnie walczy z ideą “bogów wśród ludzi”) i już ja widzę, jak pozostaje na zawsze w tym super-więzieniu, z którego zwiali już chyba wszyscy możliwi aresztanci…

Daniel Brühl jako baron Helmut Zemo. Miałam nosa, facet mi aktorsko zaimponował już jakoś we wczesnych latach 2000, a z wiekiem jest coraz lepszy (no i IMHO nie-do-zapomnienia w duecie z Chrisem Hemsworthem w Wyścigu, jak ja kocham ten film!)

Natomiast w centrum fabuły mamy, hmmm, ducha Steve’a Rogersa. Metaforycznie, znaczy. Wspomnienie Steve’a służy za spoiwo dla dwóch ważnych relacji, a mianowicie partnerstwa między Falconem a Buckym/ Zimowym Żołnierzem i trudnej znajomości Falcona z Isaiah Bradleyem. I o ile w tej pierwszej kluczowy jest Steve, o tyle w tej drugiej – zdecydowanie Kapitan Ameryka.

Relacja między Buckym a Samem jest bardzo mocno w duchu klasycznych buddy movies, z tą drobną różnicą, że panowie się już znają i współpracowali, na dodatek w wyjątkowo stresujących okolicznościach. Zawsze jednak ich współpraca oparta była o obecność zwornika, jaki stanowił Steve Rogers. Teraz panowie muszą się nauczyć co najmniej współpracy (a ostatecznie również czegoś, co podejrzanie wygląda jak przyjaźń) bez założenia, że ten drugi jest tylko innym kumplem Steve’a. Na drodze do tego porozumienia stoi po pierwsze przeszłość – bo Bucky Barnes to 100+ latek z potężnymi problemami, związanymi z odpowiedzialnością za działania Zimowego Żołnierza, a po drugie, raczej samotnicza natura i indywidualizm obydwu. Ponieważ interakcje bohaterów, choć bywają śmiertelnie poważne (jak debata o tym, czemu Sam zrzekł się tarczy i dziedzictwa Kapitana Ameryki), często niosą też w sobie sporo humoru, stanowią one przeciwwagę dla poważnych kwestii fabularnych i tematów, których jest tu całkiem sporo.

Jednocześnie ważne są też wątki osobiste, indywidualne. W przypadku Bucky’ego związane są one z przeszłością i koniecznością rozliczenia się z nią by móc żyć dalej. Kluczowa jest historia starszego człowieka, Japończyka z pochodzenia, którym Bucky się opiekuje, a robi to, bo nie jest w stanie przyznać, że to on, a raczej Zimowy Żołnierz, zabił jedynego syna pana Nakajimy. Wyznanie prawdy uwolni Bucky’ego od jednego kłamstwa, ale zerwie więź między nim a Nakajimą – Bucky wybierze, ostatecznie, coś, co będzie dobre dla drugiego człowieka, a za co zapłaci on sam. Sebastian Stan zresztą gra tę rolę znakomicie, zarówno tam, gdzie wymaga ona umiejętności dramatycznych, jak i scenach bardziej komediowych, których też ma trochę.

U Falcona z kolei wątki osobiste łączą się z przyszłością. Mowa tu zarówno o przyszłości jego rodziny, konkretniej owdowiałej siostry i siostrzeńców oraz posiadanej przez nich łodzi i związanego z nią małego biznesu, dziedzictwa Wilsonów, jak o i jego własnej przyszłości jako superbohatera / ewentualnego Kapitana Ameryki. I tu pojawia się Isaiah Bradley – wykorzystany przed laty przez rząd, S.H.I.E.L.D. i HYDRĘ czarnoskóry chłopak, któremu podano eksperymentalne, zreplikowane serum superżołnierza. Nie był jedynym – ale był jedynym, który to przeżył. Uwięziony pod byle pretekstem na trzydzieści lat, stracił bliskich, dom i życie, jakie miał, a w zamian stał się obiektem eksperymentów. To na bazie jego krwi powstało ostatecznie serum, którego użyła Karli i jej ludzie. Postać Bradleya – starego, zgorzkniałego człowieka, któremu odebrano wszystko i dla którego idea, że miałby być dumny ze swojego kraju, jest, przewidywalnie i całkowicie realistycznie, śmieszna i gorzka jednocześnie, służy tu za punkt odniesienia zarówno dla Sama, jak i Steve’a Rogersa. Bradley jest Kapitanem, którego nie było. To, co dało Steve’owi dumę, spełnienie, realizację niemożliwego u chorowitego i chudego chłopca marzenia o służbie i walce ze złem – to wszystko, jak się przekonał Isaiah, było nieosiągalne, jeśli było się czarnoskórym weteranem. No Black man can be Captain America and no self-respecting African American should want to be it either, mówi Isaiah do Falcona, i w jego ustach jest to na pewno słuszne. Tylko że czasy się zmieniły – nie aż tak tam bardzo (patrz historia z kredytem dla siostry Falcona), ale się zmieniły. I Sam Wilson decyduje się, świadomie, zostać Kapitanem Ameryką. Nie tylko z namaszczenia Steve’a, nie tylko dlatego, żeby w pewien sposób oddać sprawiedliwość Bradleyowi i jego ludziom, ale też dlatego, że czuje, że takie ma prawo. I prawo, i obowiązek. Bo wierzy, że przy wszystkich nierównościach i niesprawiedliwościach, jakich jest świadomy, to jest też jego kraj, jego rola, jego prawo, by być tego kraju symbolem.

No i nim zostaje, i robi to po swojemu. Spokojnie i grzecznie (cynicznie można dodać – bo inaczej nie może) tłumaczy politykom od przesiedleń i zamykania granic, że źle się bawią; ratuje ich, ale próbuje ratować i Karli. Wydobywa z mroków historię Bradleya i jego oddziału. Stara się jednoczyć, tam, gdzie tylko można (co zresztą ładnie widać w scenie w rodzinnym miasteczku, kiedy zbiera ludzi na pomoc siostrze), ale jak nie ma wyjścia, to walczy piekielnie skutecznie – choć ma tylko własne siły i ludzkie moce. Powiem Wam, że bardzo czekam na solowy film z nim jako z Kapitanem Ameryką.

Adepero Oduye jako Sarah Wilson, konkretna, rozsądna i solidnie stąpająca po ziemi siostra Sama Wilsona. Wątek Sary i jej rodziny jest ważnym kontekstem dla historii Falcona, pokazuje bowiem jego korzenie, źródła siły, ale i pewnej goryczy, jaka w nim tkwi.

PS. Osobną historią (i nie do szerokiej dyskusji w tym wpisie, bo to w zasadzie wymaga dlugiej, samodzielnej analizy) są autentyczne inspiracje fikcyjnych i fantastycznych koncepcji w serialu. I tak, idea deportacji osób przemieszczonych po Blipie ma za pierwowzór przeprowadzone w USA (lata 20.-50.) masowe deportacje robotników, przede wszystkim z Meksyku, którzy wcześniej przekroczyli granice na podstawie legalnych umów. Podobnie – nikt nie eksperymentował z serum dla superżołnierzy, naturalnie, ale bodaj każda mniejszość etniczna w USA ma swoją historię prowadzonych na niej nieetycznych eksperymentów (ten konkretny był w ogóle inspiracją do powstania komiksowej historii Isaiah Bradleya).

PS 2: Równie osobną sprawą, i również przekraczającą ramy wpisu, jest pogrywanie sobie przez serial z komiksową i generalnie popkulturową tradycją – jest tu tego mnóstwo, od decyzji obsadowych takich, jak danie roli Bradleya aktorowi, który grał jednego z pierwszych czarnoskórych superbohaterów w TV w latach 90., po ogrywanie faktu, że Madripoor, tu będący siedzibą Power Brokera, komiksowo ma liczne związki z X-Menami i Wolverinem. Zresztą Isaiah Bradley to też nie jest żadna nowa postać, on się po raz pierwszy pojawił w znakomitym komiksie Roberta Moralesa i Kyle’a Bakera Truth: Black, Red and White z roku 2003.

(1) Yeah, pamiętam o Tonym Starku, ja zasadniczo zawsze pamiętam o Tonym Starku, bo to moja zdecydowanie ulubiona postać w uniwersum, ale o ile Tony zginął, żeby pokonać Thanosa, Natasha poświęciła się bezpośrednio po to, żeby zdobyć kamień i żeby Hulk mógł pstryknąć palcami i wszystkich przywrócić.

Da Vinci, demony, fanfiki

… czyli dlaczego serial “Demony da Vinci” wydaje mi się wręcz skrojony pod fandomowe interpretacje. I aż dziwne, że ma ich tak mało.

Zresztą, co ja wam będę gadać, macie głównego tragicznego antagonistę. A po nim – spojlery.

Blake Ritson jako hrabia Girolamo Riario, na zdjęciu promocyjnym z serialu

Obejrzałam kiedyś, ładnych parę lat temu, parę odcinków pierwszego sezonu Demonów da Vinci (2013-15), a ostatnio, zaproszona do rozmowy o serialu, wróciłam do niego. No i, cóż, wsiąkłam, absolutnie nieoczekiwanie.

Tom Riley (Leonardo ‘Leo’ da Vinci, z lornetką) i Gregg Chillin (Zoroastro ‘Zo’ de Peretola)

Żeby się na Demonach… bawić równie dobrze, jak ja, trzeba przyjąć jedno kluczowe założenie. Uznać mianowicie, że to jest czyściusieńki fantasyland, jak ta “Brytania” w Merlinie BBC, i że ci ludzie naprawdę zupełnie przypadkiem nazywają się Riario, Donati, Medici, Orsini, Cereta (o, zwłaszcza (1) – no i da Vinci (2). Bo jeżeli choć przez moment spróbujemy przyłożyć tu miarę fabuły historycznej… no cóż, może być różnie. A jak człowiek oleje fakt, że spokojny ponoć i mało konfliktowy wedle biografii Leonardo jest tutaj skrzyżowaniem Iron Mana z Sherlockiem Holmesem (i fakt, że jeden miał kłopoty z alkoholem, a drugi z narkotykami, nie jest tu bynajmniej przypadkiem), Nicolo Machiavelli – naiwnym chłopcem o anielskiej urodzie, matka Leonarda – podróżującą w czasie wieszczką, dość młodo zmarła i znana z młodzieńczej humanistycznej twórczości Laura Cereta – stateczną figurą matki i inspiratorki krucjaty, a papież Sykstus IV – człowiekiem w żelaznej masce, plus minus… Jak się nie przejmie tym, że bohaterowie zwiedzają Machu Picchu pełne półnagich sexy kapłanek i żądnych krwi wojowników, walczą, a potem współpracują z hrabią Drakulą (a Drakula jest, jak najbardziej, jak wprost z Francisa Coppoli, tylko bardziej obłąkany), wyświetlają na niebie ruszający się prototyp znaku Batmana (i powtarzają niesławną scenę z pierwszego odcinka Black Mirror), szkicują swoje dzieła w stylu bliższym tumblra niż renesansu i przeprowadzają udaną transfuzję krwi… Jak nie będzie się zastanawiał, czemu proces o sodomię w piętnastowiecznej Florencji wygląda jak z amerykańskich seriali kryminalnych bardzo zdecydowanie dziejących się w wieku co najmniej dwudziestym i skąd wśród przywódców Florencji wzięła się nosząca sikhijskie nazwisko Singh, a grana przez Brytyjkę japońskiego (!) pochodzenia (niezwykle efektowna skądinąd Eleanor Matsuura) właścicielka przybytku z zakazanymi rozkoszami… No więc jak się to wszystko uzna za elementy wysoce postmodernistycznego (XD) fantasylandu, to się można naprawdę nieźle bawić.

Kolumbijska aktorka i modelka Carolina Guerra jako kapłanka Inków Ima. Serio serio, 2014, to nie kostium ze starego Star Treka (1966). Żal aktorki, nie zasłużyła na to “cudo” (a i postać miała więcej potencjału, niż jej pozwolono pokazać).

Powiedzmy sobie od razu: fabularnie nie jest to wybitny serial, przede wszystkim dlatego, że trochę się miota i nie bardzo wie, czym chce być. Główna fabuła jest, jak się łatwo domyślić z powyższego streszczenia, taka, jakby Dan Brown wziął się za konstruowanie scenariusza do Fringe: na granicy światów i pisał to, mając cały czas włączone DVD z filmowymi przebojami początku lat dwutysięcznych. Historia naszego fantasylandu wygląda następująco. W fantasy świecie istnieją trzy imperia i kilka pomniejszych jednostek państwowych. Jest więc w centrum akcji podzielona Italia, którą w trzecim sezonie trzeba zjednoczyć (!), rozbita na dwie części – trzymaną okrutnie za mordę frakcję zarządzaną przez Głównego Złola, znaczy papieża, a nawet dwóch, oraz niedoskonałą, ale jednak ojczyznę wszelkich wolności, pozwalającą na wolnomyślicielskie eksperymenty, szanującą naukę i w zasadzie uznającą mniej więcej współczesne prawa człowieka (minut proces Leonarda, o nim za chwilę) Florencję, rządzoną w imieniu Libertas Populi (wolności ludu) przez mającego wściekły temperament, ale szlachetnego i mądrego Wawrzyńca de Medici. Na terenie Italii są jeszcze państwa takie jak Neapol (którego władca, król Ferrante, jest z jakichś powodów kompletnie obłąkanym tyranem) i Otranto, ale one wliczają się w dominia papieskie. W tle mamy także królową Izabelę i króla Ferdynanda z Kastylii, wraz z kumplem Torquemadą, a także dziką i mrrrhoczną Wołoszczyznę, rządzoną przez, jakże by inaczej, Vlada III zwanego Draculą. Który, jakże nieoczekiwanie, jest wampirem, plus minus. No dobra, bardziej kultystą Lucyfera. Nieumarłym. I wygłaszającym egzystencjalne teksty jak z fanfiku nastolatka do Dostojewskiego.

Tom Riley (Leonardo) i Paul Rhys (Vlad III Dracula)

Wspomniane zjednoczenie fantasy Italii odbywa się z okazji najazdu przez imperium numer dwa, czyli strasznych ido szpiku kości złych Turków, niby rządzonych przez sułtana, ale w sumie kontrolowanych, zgadliście, przez tajne bractwa. Są dwa, jedno gorsze od drugiego, ale o nich za chwilę. Natomiast sporą część II sezonu bohaterowie nasi spędzają, podróżując do Ameryki Południowej (z tego niektórzy – na statku starego kumpla Zo i znanego oszusta Ameriga Vespucciego), a jak już tam dotrą – do Machu Picchu i imperium Inków. Bo tam, widzicie, ponoć ukryta jest magiczna Księga Liści, zawierająca całą przyszłą wiedzę ludzkości. Księgi pożądają oba tajne bractwa, a także – Leonardo, którego, dodajmy, tajne bractwa także pożądają. I nie są jedyne.

Tom Riley (Leonardo)

Ale zanim o tym, kto tu kogo pożąda, to parę słów o tajnych bractwach? Od razu na początku dostajemy pierwsze z nich, Synów Mitry, początkowo wybitnie chwilowo podobne do tego czegoś, czym było Bractwo Syjonu w Kodzie da Vinci – czyli mające za cel przekazywanie prastarej wiedzy wbrew podłym intrygom Kościoła. Później okaże się, że oni wcale tacy fajni nie są, o nie – ale ciągle gorsze jest drugie z bractw, Labirynt, zwący się także Nieprzyjaciółmi Człowieka. Walka między nim trwa, jakże by inaczej, od stuleci, a Leonardo (i jego arcywróg i frenemy Girolamo Riario) w pewnym momencie znajdują się w jej centrum. Co rusz to pojawiają się nam mistyczne wizje, tajni a egzotyczni agenci, mroczne rytuały, aluzje do mitologii, pradawne księgi, zakazana wiedza – generalnie to wszystko, co fani tego typu opowieści lubią. I jeszcze więcej, i jeszcze jeden, i jeszcze raz.

A teraz to już nie ma wyjścia, pora porozmawiać o pożądaniu.

Tom Riley (Leonardo) i Laura Haddock (Lukrecja Donati); i to nie jest najbardziej naga scena w tym serialu, a i nie jedyni bohaterowie, których widzimy na ekranie w wersji mocno rozebranej.

To jest pierwszy powód, dla którego ten serial wydaje mi się idealny jako inspiracja dla fanfiction. Bo, widzicie, tu wystarczy lekko zmrużyć oczy i – ze względu na emocjonalny ton serialowej opowieści – można sobie napisać w wyobraźni dość dowolny romans. Nie żeby w samej fabule było ich mało.

To jest serial, który skończył się w roku 2015, a to znaczy – w nieco innej epoce, jak chodzi o tego typu produkcje. Jak na ten rodzaj lekkiej w sumie historycznej fantastyki, w Demonach… jest sporo nagości (choć, przyznajmy, raczej częściowej) i sporo seksu, a także – romansów. Paradoksalnie, najmniej przekonujące emocjonalnie wydają się te historie, które fabuła pokazuje nam jako true love. W centrum motywów miłosnych w założeniu był trójkąt Leonardo – Lukrecja – Lorenzo (no sorry, cały czas pisałam o nim per Wawrzyniec, ale szkoda mi tutaj ładnej aliteracji XD). W teorii mamy tu dwie pary, w praktyce znacznie więcej chemii niż między Lukrecją a którymś z jej kochanków jest między Leonardem a jego patronem. Ponieważ obydwaj, i Wawrzyniec, i Leonardo, są grani na bardzo emocjonalnych tonach, ich wspólne sceny – przede wszystkim te w odcinkach Krew człowieka i Krew braci, kiedy Leonardo ryzykuje życiem, by przetoczyć ciężko rannemu przywódcy własną krew (!) – mniej mają w sobie z chyba zamierzonego przez twórców wzniosłego braterstwa, a więcej z gwałtownej i solidnie podszytej przemocą wzajemnej fascynacji, (no ale jak się każe dwóm niedoubranym postaciom miotać się w pozach takich ja na obrazku poniżej, to się zbiera efekty).

Wawrzyniec (Elliot Cowan) nie wie, czy czy zasztyletować, czy uściskać Leonarda (Tom Riley), który właśnie zaryzykował dla niego życiem i choć nie miał pojęcia o grupach krwi, skutecznie przetoczył mu swoją. Obok: Andrea Verrocchio (Allan Corduner) i Vanessa Moschella (Hera Hilmar).

Wawrzyniec ma lepiej napisaną relację z własną zdradzaną żoną (boska, bosko piękna i koszmarnie źle w tym serialu ubierana Lara Pulver) niż z Lukrecją – małżonkowie wydają się parą mocniej związaną niż teoretycznie zafascynowani sobą kochankowie. Nieźle też wygrany jest motyw fascynacji Wawrzyńca byłą ukochaną, Ippolitą Sforzą (zjawiskowa Jeany Sparks), obecnie żoną brutalnego i niestabilnego księcia Neapolu, Alfonsa, ale to stosunkowo krótka historia. Z kolei Lukrecja (Laura Haddock), paradoksalnie może najlepsze sceny ma z Zoroastrem, który kanonicznie nie ma z nią romansu, za to dość bezczelnie i bezskutecznie z nią flirtuje i widać, że oboje nieźle się tym bawią.

Aha: im mniej powiedziane o “małżeństwie” Leonarda z inkaską kapłanką Imą, tym lepiej. Nawet mi nie przypominajcie.

Tom Riley (Leonardo) i Elliott Cowan (Wawrzyniec)

A jak już mowa o hetero-romansach w tym serialu – grana przez Herę Hilmar Vanessa Moschella ma w kontekście wszystkich trzech sezonów całkiem fajnie napisaną postać, ale to, jak są pisane jej dialogi z kochankiem numer jeden, Giulianem de Medici, woła o pomstę do nieba. Kiedy wygłasza do konającego na posadzce katedry kochanka zdanie Twój ród będzie żył we mnie. Noszę twe dziecko, zęby cierpną; poprawia to potem jeszcze gorszą deklaracją do pogrążonego w żałobie Wawrzyńca w odcinku Krew człowieka. No weźcie:
Vanessa: Być może masz przyszłość dla Florencji, panie. Ogień Giulana wciąż płonie we mnie. Noszę jego dziecko.
Aaaa!
Ale proszę bardzo – Vanessę w kanonie serialu romans łączy najpierw przelotnie z Leonardem (co jest mocno sugerowane w pierwszym odcinku), następnie w Giulianem, potem najwyraźniej z Nikiem, a w końcu – z samym Wawrzyńcem, a podejrzewam, że jakby kto chciał, to doklei ją i do Zoroastra… Można fantazjować do woli, nie wyjdzie gorzej, niż w źródle.

Najciekawszą postacią kobiecą wydaje mi się Clarice (Clarissa) Orsini, ale podejrzewam, że mogę tu być nieobiektywna: uwielbiam grającą ją Larę Pulver do tego stopnia, że zmogłam dla niej najgorszy chyba serial w moim życiu, Robin Hooda BBC. W bohaterce Pulver widać, że scenarzyści nie są tak do końca pewni, co z nią zrobić, więc od pewnego momentu dają jej kompletnie od czapy motywy takie, jak romans z wujem męża Carlem (znakomity skądinąd Ray Fearson). Mimo tego (i mimo strasznych ciuchów) Clarice broni się i jako bohaterka, powiedzmy, “rodzinna”, matka i zdradzana, choć chyba kochana mimo to żona, i jako kobieta-polityk, przywódczyni Florencji w trudnych chwilach.

To jest Lara Pulver w renesansowych ciuchach. Albo tak się twórcom wydaje. Wiem, że miałam nie narzekać na ahistoryczność, ale, ech.

Bo, co gorsza, Lara nie jest niepodobna do autentycznej Clarissy Orsini (tu na prawdopodobnie przedstawiającym właśnie ją portrecie Ghirlandaia)

Bladawo wypadają też oba kanoniczne romanse hrabiego Riario – tak fatalnie od początku do końca pomyślany tragiczny romans z wierną i umierającą w końcu za niego czarnoskórą eks-niewolnicą i służącą Zitą (ilość przyprawiających o ból zębów stereotypów w tym wątku przekracza ludzkie pojęcie), jak i późniejszy związek z Laurą Ceretą, która wprowadzona jest jako figura wyraźnie mająca zastąpić mu matkę i ni z tego ni z owego nagle staje się kochanką, hmmm… Ciekawsza dynamika, jak chodzi o bohaterki, jest między nim a jego (spojler!) kuzynką, Lukrecją, dla której jako agentki papiestwa jest kimś w rodzaju oficera prowadzącego – znowu, może dlatego, że oboje pisani są jako postacie tragiczne, cierpiące, rozdarte emocjonalnie i moralnie, półświadomie poszukujące wsparcia i nader często znajdujące je u Leonarda.

Która to uwaga prowadzi nas wprost do faktu, że kluczowe emocjonalnie relacje w tym serialu są, kanonicznie, relacjami między mężczyznami. I to mimo że z kolei nie ma w Demonach… ani jednej kanonicznej historii miłosnej sensu stricto między mężczyznami. A to z kolei mimo że mamy odcinek, w którym główny bohater siedzi w więzieniu za sodomię, i co najmniej dwie sceny z gatunku “Bohater + nagi chłopiec w sytuacji erotycznej” (wrócimy do tego).

W centrum rodzinnych, emocjonalnych i osobistych konstelacji w Demonach… stoi Leonardo. Wokół niego mamy dwóch ojców (opiekuńczy i lojalny mistrz Andrea Verocchio i powoli przekonujący się do nieślubnego syna rodzony ojciec Leonarda, notariusz Medicich, Piero), oraz zaginioną tajemniczą matkę, która okazuje się kultystka, mistyczką, wszechobecną członkinią tajnego bractwa, wieszczką i cholera wie, czym jeszcze (zapewniam, ten wątek jest co najmniej tak irytujący, jak historia Samanthy Mulder w Archiwum X), plus w połowie trzeciego sezonu dostarcza Leonardowi nastoletnią siostrę ex machina, Sophię, równie jak on genialną.

Eros Vlahos (Nico)

Na dodatek do kłopotliwej rodzonej rodziny Leonardo ma też tę wybraną – mistrza Verocchia w roli dobrotliwego, ale wymagającego ojca plus dwóch nieodłącznych przyjaciół: Zoroastra de Peretola i nastoletniego Nico. Nico (Eros Vlahos), zasadniczo, wygląda jak jeszcze bardziej anielska wersja historycznego Salaia, ale pod koniec drugiego sezonu ujawnia nam swoje prawdziwe nazwisko, które brzmi, ku chyba niewielkiemu zaskoczeniu widzów znających konwencje tego typu fantasy historycznej (gdzie zwykle kolanem upycha się jak najwięcej jak najbardziej znanych postaci) – Niccolo Machiavelli. To by była zresztą historia na ciekawszą narrację, niż tutaj – to, jak z naiwnego i idealistycznego słodkiego chłopca wyrasta piewca Realipolitik; tu mamy tylko lekkie sygnały tej ewolucji, czemu winny jest, oczywiście, nasz główny bajroniczny czarny charakter, hrabia Riario.

Relacja Leonarda i Girolama Riario stoi w centrum fabuły, ale i w centrum emocjonalnej pajęczyny pt. “Leonardo i (nie)przyjaciele”. To akurat również nic specjalnie zaskakującego – i literatura, i kino (i inne sztuki) dawno już zrozumiały, że jedną z najlepszych rzeczy, jaką można w popularnej fikcji zrobić, jest dać bohaterowi wroga, który jednocześnie mu dorównuje i jest jego mrocznym alter ego, z którym naszą główną postać łączą uczucia co najmniej ambiwalentne – obsesja, nienawiść, niechętny szacunek dla wroga równego geniuszem, obsesyjna i nienawistna fascynacja. Zawdzięczamy to w sporej części, podejrzewam, tym raptem kilku stronom, na których pojawia się u Conan Doyle’a pewien Napoleon zbrodni, a późniejsze rozmaite popkulturowe warianty tej relacji są zbyt liczne, by je wymieniać. Demony da Vinci idą dodatkowo za tropem ukochanego wroga, bo bohaterów w pewnym momencie więcej zaczyna łączyć niż dzielić – Riario poświęci ukochaną Zitę, by uratować Leonarda (i, bądźmy szczerzy, nie stracić szansy na zdobycie Księgi Liści), Leonardo z kolei po odkryciu, że to Riario jest seryjnym mordercą znanym jako Potwór z Italii i że winne są temu upiorne praktyki Labiryntu, które spowodowały u hrabiego rozszczepienie osobowości na postacie Świętego i Grzesznika, postanawia go za wszelką cenę uleczyć i ocalić, ryzykując własnym życiem.

Postać Girolama Riario w serialu łączy w sobie chyba wszelkie możliwe tropy związane z postacią tragicznego antagonisty. Girolamo jest nieślubnym synem papieża-potwora, od dzieciństwa dręczonym i indoktrynowanym, by stać się mieczem Rzymu i narzędziem papieskiego gniewu. Zabija bez wahania i pozornie bez wyrzutów sumienia – zaczął jako młody chłopak od uduszenia własnej matki, żydowskiej prostytutki, skończył mordując ojca-papieża, trupów pomiędzy nie da się zliczyć. Chłodny, elegancki (chyba że właśnie ktoś go dręczy i torturuje, a robi to sporo osób sporo razy), cedzący przez zęby sarkastyczne repliki i na pozór niewzruszony w wierze w Boga i Kościół, równie na pozór niezdolny do miłości, Riario zaczyna patrzeć na świat nieco inaczej od spotkania z Leonardem i jego kompanionami, że się wyrażę Sienkiewiczem. Od tej pory scenarzyści ciągle dowalają mu kolejne koszmary, a jednocześnie każą nieustannie miotać się między poczuciem winy i chęcią pokuty – czemu zawdzięczamy może najlepszy motyw związany z tą postacią, czyli historię Potwora z Italii – a autentyczną potwornością i indukowanym w nim przez kolejnych złoli poczuciem, że jest czarnym aniołem i narzędziem Bożego gniewu. Za dużo trochę tego miotania, bo z tragedii szybko robi się emo, ale Blake Ritson jest na tyle kompetentnym aktorem, że jakoś radzi sobie z dodawaniem postaci jakiegoś minimum prawdopodobieństwa. W tym wszystkim jego relacja z Leonardem to jest ciągły taniec dookoła siebie, wyzwania, wrogość, współpraca, przyjaźń i nieukrywana wzajemna fascynacja (podejrzewam, że w 2023 niejeden twórca napisałby ją jako erotyczną).

Blake Ritson (Riario)

Blake Ritson (aktor ze sporym doświadczeniem w rolach historycznych arystokratów i/lub bohaterów Jane Austen, z wykształcenia skądinąd italianista-mediewista po Cambridge; ciekawe, jak mu się tu grało 😀 ) ma akurat odpowiednią mieszankę łajdackiego uroku i umiejętności aktorskich pozwalających na zasugerowanie, że pod pod maską religijnego fanatyzmu, intelektualnej i militarnej błyskotliwości, okrucieństwa i lodowatego perfekcjonizmu kryje się tragiczna i udręczona dusza czekająca na ratunek. ratunek, dodajmy, któremu summa summarum na imię jest Leonardo. Jeżeli ludzie piszą romansowe fanfiki do Demonów, w jakichś 80% piszą je o tej parze – a fakt, że bohaterowie co rusz to patrzą sobie głęboko w oczy, zwierają się w morderczych starciach, obiecują sobie nawzajem zgubę i wieczną wrogość, a jednocześnie i jeden, i drugi od pewnego momentu gotowy jest poświęcić wszystko, by ratować wroga, najoględniej mówiąc nie przeszkadza. Nie przeszkadza też, że będę nieco złośliwa, fakt, że a) cała główna i dobierana także pod kątem urody, nie tylko talentu, męska obsada (da Vinci, Riario, Zoroaster, Wawrzyniec, Giuliano, nawet Nico) nader często pokazuje się nam w rozchełstanych koszulach, albo i bez nich, ewentualnie w wybitnie nie renesansowych dopasowanych skórzanych wdziankach, b) wszyscy mają na wierzchu nie tylko klatki piersiowe, ale i serca, emocje znaczy. Patrz zresztą poniżej.

Tom Riley (Leonardo) i Blake Ritson (Girolamo Riario)

Niech ja wobec tego na moment wrócę do kwestii erotyzmu i homoseksualnych romansów, bo Demony da Vinci to ciekawy przykład (i chyba dość typowy dla seriali sprzed +/- 10 lat) stania sobie okrakiem nad barykadą. W teorii serialowy Leonardo (4) jest kanonicznie biseksualny; widzimy go w łóżku z co najmniej kilkoma kobietami, ale też dość jasno powiedziane jest, że oskarżający go o gwałt Jacopo Saltarelli faktycznie był jego kochankiem. Rozwinięte wątki romansowe Leonarda na ekranie są jednak wyłącznie hetero (a co sobie autor/ka fanfiction dopisze, to ich sprawa). Dziś, podejrzewam, na dodatek do Vanessy, Lukrecji czy Imy Leonardo pewnie dostałby przynajmniej jeden męski obiekt fascynacji.

Natomiast dwukrotnie sceny przedstawiające ważne postacie i ich (nastoletnich) kochanków użyte są do pokazania moralnego upadku tychże postaci – są to hedonistyczny pijak i hulaka Gaetano Sforza, książę Mediolanu (który zginie minutę po tym, jak wygoni z łóżka przygodnego młodziutkiego kochanka i zbierze się na uroczystą mszę w towarzystwie małżonki i dziatek) i odrażający papież Sykstus (którego nieletniego kochanka – raczej ofiarę – zabije Riario). Przypuszczam przy tym, że ważniejszy dla charakterystyki bohaterów jest tu wiek ich ofiar, wyraźnie bardzo młodych.

I to jest ten moment, kiedy wspomnimy sobie o złolach. Bo Riario oczywiście nie jest głównym czarnym charakterem, choć jest tym właściwym antagonistą. Natomiast poza tym mamy odrażającego papieża Sykstusa, jego paskudnego, jak się okaże, brata Alessandra, tajne bractwa i ich przywódców (w tym fałszywego i zdradzieckiego Carla de Medici), okrutnego i obłąkanego króla Ferrante i jego syna-potwora Alfonsa, a we Florencji – perfidnych i knujących Pazzich. Kto widział, jak Elliot Levey – który gra tu młodszego z przedstawicieli rodu – zagrał śliskiego i obłudnego trybuna Brutusa w Koriolanie Josie Rourke (2014), wie, czego się spodziewać.

Elliott Levey (Francesco de’ Pazzi)

Ale to, że w sumie, jeślibyśmy chcieli, jesteśmy w stanie napisać erotyczną historię w zasadzie dowolnemu układowi bohaterów i mieć na to jakąś, choćby małą, inspirację z oryginalnej serii, to jedno. Drugie to sposób konstrukcji postaci i zwłaszcza fabuły. A przy całych tejże fabuły nonsensownych założeniach, ona jest zwłaszcza w pierwszych dwóch sezonach naprawdę dobrze pisana. Spójrzmy na dwa pierwsze odcinki, Wisielec i Wąż. Umiejętnie i efektownie wprowadzają one kolejne postacie i motywy, szybkimi i zdecydowanymi scenami szkicując postacie i wątki. Konkretnie, popatrzmy na postać Girolama Riario. W pierwszej scenie, w której się pojawia, pokazuje swoją bezwzględną, nomen omen, lojalność wobec swego rzekomego wuja, a w rzeczywistości ojca, papieża – rozumie wydany bez słów rozkaz i nie wahając się, podrzyna gardło nieletniemu kochankowi Sykstusa. W bardzo dobrze napisanej pierwszej konfrontacji między nim a Wawrzyńcem scenarzysta (i przy okazji główny producent serialu, David S. Goyer) buduje charaktery bohaterów przez dialogi – a pamiętajmy, to są czasy, kiedy ideałem błyskotliwego bohatera ciągle jest doktor Gregory House (serial skończył się rok przed początkiem Demonów…) lub Sherlock Benedicta Cumberbatcha (serial rozpoczęty w 2010), któremu po piętach depcze o rok wcześniejszy Sherlock Roberta Downeya Jr. [BTW to jest, ups, trzech Sherlocków w jednym zdaniu, hmmm]. Innymi słowy, niespecjalnie rozumiejący świat i mający do niego cierpliwość geniusze, rzucający cięte uwagi i sarkastyczne riposty. Tu bywa podobnie. Wawrzyniec oświadcza wysłannikowi papieża, że Florencja będzie mu posłuszna po jego, Wawrzyńca, trupie, na co Riario odpowiada: Rozumiem. Czyli to twój warunek. Wawrzyniec odcina mu się scenę później, kiedy po zorganizowanym na cześć rzymskich wysłanników prowokującym spektaklu z prawie nagim Adamem i bardzo nagą Ewą bierze w dłonie węża, który “grał” w tymże spektaklu, i porównuje Florencję do Edenu, a następnie, wskazując na zwierzę, dodaje: Oczywiście, w Edenie był gość. To tak, jak u nas. Ale na tym nie koniec, bo identyfikacja Riario z wężem wygrana jest potem w scenie spotkania hrabiego z Leonardem, która jest wyraźnie sceną kuszenia w raju – zakończoną potem w następnej scenie pozornej zdrady wyznaniem miłości Leonarda do Florencji i lojalności wobec jej przywódcy oraz upokorzeniem hrabiego, który odejdzie, ślubując zemstę. Układ “Wawrzyniec jako niecierpliwy, bezwzględny, charyzmatyczny i budzący miłość przywódca, Leonardo jako jego niepokorny ale lojalny pomocnik, mający jednak własną wizję Florencji i jej obrony, Riario jako genialny polityczny przeciwnik Wawrzyńca i osobisty (ukochany) wróg Leonarda” przetrwa już do końca obecności tych postaci w fabule (czytaj, do ostatniego odcinka). To są sceny, dynamika i dialogi, które chce się ogrywać we własnych wersjach.

Elliott Cowan (Wawrzyniec)

Do tego dochodzi pomysłowe i często inteligentne ogranie historycznych detali. Że powtórzę – to jest serial fantasy, a jakiekolwiek traktowanie go serio historycznie musi zaowocować bolesną frustracją (3). Niemniej, podoba mi się sposób, w jaki takie szczegóły pojawiają się jako swoiste inkrustacje, ozdoby fabuły. A tych jest całkiem sporo. Od samego początku (sen Leonarda) przez drobiazgi typu zgadzająca się ilość kardynałów-krewnych mianowanych przez papieża, prze ideę, historycznie chyba jak najbardziej prawdziwą, że oryginalnie idea “Leonardo jako inżynier wojskowy” to była trochę reklamowa ściema, po meta-zabawę w mojej chyba ulubionej komicznej scenie, kiedy po lądowaniu w Ameryce Południowej maksymalnie wściekły Amerigo wrzeszczy, że nazwie ten nowy kontynent na swoją cześć, po czym zaczyna wołać Vespuccia! Vespuccia!

James Faulkner w podwójnej roli, jako Francesco (uwięziony prawdziwy papież, ojciec Lukrecji) i jego bliźniak Alessandro (papież-uzurpator, ojciec Girolama) della Rovere. Obaj okażą się równie perfidni.

Jednocześnie “fanfikowe” jest też to, jak serial ogrywa klasyczne konwencje i formaty seriali – różnych gatunków. Pierwszy sezon ma w sporej części format typu “przygoda tygodnia”, co sprawia, że pojawiają się w nim warianty co najmniej kilku popularnych motywów, i to głównie takich, jakie znamy z bardzo współczesnych / fantastycznych produkcji. W odcinku Więzień mamy Leonarda prowadzącego śledztwo w sprawie tajemniczych opętań w klasztorze, mocno w stylu Sherlocka Holmesa, a może jeszcze bardziej – diagnoz doktora Gregory’ego House’a, bo wszystko okazuje się mieć medyczną przyczynę. W Wieży scenarzyści wykorzystują format odcinka z procesem sądowym (bardzo amerykańskim i bardzo współczesnym). W trzecim sezonie, w odcinkach Modus operandi i Anima Venator, motyw związany z poszukiwaniem Potwora z Italii jest wypisz-wymaluj z filmów o seryjnych mordercach, gdzie Leonardo jest profilerem (łącznie ze stwierdzeniami typu “Morderca ma wyrzuty sumienia i jest głęboko religijny, bo stylizuje swoje ofiary po śmierci na dzieła religijnej sztuki”), a Riario – dotkniętym osobowością wieloraką, szukającym mimo wszystko odkupienia zabójcą mimo woli. Mamy nawet – też w trzecim sezonie – odcinek pokazujący alternatywną wersję historii bohatera i tego, co by się stało ze światem, gdyby Labirynt i jego Architekt zwyciężyli (Labrys) – chwyt znany przede wszystkim z seriali fantastycznych, od Star Treka (choćby Mirror, Mirror z TOS) po Supernatural (What Is and What Should Never Be i inne), ale pojawiają się w innych konwencjach (coś tam chyba było nawet w Przyjaciołach, ale jako że najoględniej mówiąc fanką nie zostałam, nie pamiętam najlepiej). Z kolei historia papieża Sykstusa i jego zamkniętego w lochu bliźniaka Aleksandra zaczyna się i przez spory kawałek rozwija jak opowieść o Człowieku w Żelaznej Masce, przede wszystkim w wersji a la film z 1998 roku, gdzie Leonardo di Caprio jest złym Ludwikiem XIV i jego dobrym uwięzionym bratem (a, dodajmy, najlepsza w historii obsada starszych Trzech Muszkieterów marnuje się na ekranie, że aż niemiło). Tyle że w Demonach da Vinci w pewnym momencie fabuła zaczyna robić fikołki i żaden z braci nie okazuje się szczególnie dobry – cóż, takie skutki bratania się z tajnymi bractwami… Dodajmy do tego przeróbkę klasycznych fabuł o wyprawie do Transylwanii na Wołoszczyznę i spotkania z Drakulą – chyba mniej więcej widać, jak to działa.

A i, że będę złośliwa, w co najmniej paru odcinkach serialowi przydałyby się także i popularne wśród autorów i autorek fanfiction opka typu “fix it” – serio, jak się człowiek przyjrzy na przykład temu, co pozytywni (!) bohaterowie robią z ofiarą, oskarżycielem i sędzią w odcinku Wieża, tym z procesem Leonarda o sodomię, to się trochę włos jeży na głowie. Że o całej historii Zity nie wspomnę. W ogóle widać po tym serialu, że te dziesięć lat od jego początku to jest epoka w rozwoju telewizji i że dziś mnóstwo rzeczy robi się nieco inaczej.

Od lewej: Tom Riley (Leonardo, oskarżony), David Schofield (Piero da Vinci, ojciec i niechętny adwokat), Elliot Levey (Francesco de’ Pazzi, oskarżyciel).

Generalnie, ojej, to jest fabularnie – no, jak Dan Brown, tylko z jeszcze głupszą fabułą, kręcącą się jak pies za własnym ogonem, za to z sympatyczniejszymi niż nadęty Robert Langdon postaciami i ozdobioną raz czy drugi świetnymi dialogami, fajnymi pomysłami i sprytnymi ozdobnikami w postaci pomysłowo wrzuconych w tej wesolutki fantasyland historycznych aluzji. Aktorsko jest więcej niż przyzwoicie, wizualnie – bardzo nierówno, a oglądało się, ku mojemu absolutnemu zaskoczeniu, całkiem przyjemnie. No i – co kluczowe dla faktu napisania tego wpisu – złamałam się i poszłam poszukać jednego konkretnego motywu w fanfiction, a to mi się dawno nie zdarzyło.

(1) Miało być bez narzekania na “historyczne’ pomysły, ale na jedno pozwólcie – czemu, na litość, była im ta biedna Laura Cereta potrzebna? Czemu nie zrobić twardą przywódczynią krucjaty i love interest Riaria – zamiast piszącej głównie o sprawach kobiecych młodo zmarłej humanistki – Cateriny Sforzy? Była z niej kobieta barwna, wojownicza, inteligentna i zdecydowana, z zacięciem do wojaczki i zarządzania, a na dodatek miała tę malutką zaletę, że, jak by to powiedzieć, historycznie była żoną niejakiego Girolama Riaria, hrabiego Imoli? Cóż, podejrzewam, że się nigdy nie dowiemy.

(2) Może ktoś zapytać: po co w takim razie w ogóle nazywać bohaterów “da Vinci”, a miasto “Florencja”? Może lepiej stworzyć własny fantasyland? I to jest doskonałe pytanie, i ja bym się chętnie nad nim zastanowiła, ale na pewno nie w tej notce. Ona i tak już jest za długa.

(3) Nawet sobie nie wyobrażacie, jak maksymalnie mnie drażni zwrot fabuły w trzecim sezonie: jednocząca Italię “krucjata” i fakt, że walka dobra ze złem i światła z ciemnością przyjmuje postać wojny z imperium osmańskim (które ta banda pacanów, nasi bohaterowie, zasadniczo sprowokowali do ataku). Mam wrażenie, że scenarzyści niepotrzebnie chcieli ograć historyczny konflikt o Otranto na początku rządów Bajazyda II, i poszli w najbardziej banalny i szkodliwy schemat “Europa dobrze, Turczyn pohaniec sprosny źle”. Sto razy bym wolała wojnę z armią któregoś z mitycznych tajnych bractw, szczerze mówiąc.

(4) Seksualność autentycznego historycznego Leonarda da Vinci nie jest oczywista, szanse, że erotycznie interesowali go raczej mężczyźni / chłopcy – spore, w świetle niezbyt licznych danych, jakie mamy, a temat absolutnie nie do dyskusji tutaj, bo notka i tak jest za długa.