Zew Zajdla 2020: powieści (1). Inne “Pieśni”

Maciej Głowacki, Pieśni Chołów, Wydawnictwo Wertofix Media 2020

Od kilku lat regularnie biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody, ale też, kiedy przyjdzie pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować.

W tym roku nie napracuję się, czytając: zarówno spośród nominowanych opowiadań, jak i powieści, nie znałam dosłownie pojedynczych tekstów. Opowiadaniem, którego mi brakuje, jest „Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle!” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Jeśli natomiast chodzi o powieści – niedawno skończyłam czytać ostatnią, której wcześniej nie znałam, czyli Pieśni Chołów Macieja Głowackiego. I o niej chciałam dzisiaj napisać parę słów, bo to utwór ciekawy i niebanalny.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową opinię.

Okładka, źródło: Lubimy Czytać

Pojawienie się Pieśni Chołów na liście nominacji do Zajdla zaskoczyło część fandomu, bo, podobnie jak mnie, nazwisko autora było im nieznane, a książka – wydana metodą self publishingu, co dotychczas w nominacjach niespecjalnie się zdarzało. Maciej Głowacki nie jest jednak postacią anonimową, bo funkcjonuje w polskim internecie jako popularny twórca memów i copypast. Innymi słowy – to nie jest casus kompletnie nieznanego debiutanta, który jakimś cudem znalazł się na liście nominacji, to jest twórca z własną fanbazą, gotową sięgnąć po jego tekst, a następnie ten tekst nominować do nagrody. Zresztą – książkę poleca Michał Gołkowski, pisarz, o którym trudno powiedzieć, że jest autorem niszowym.

I wiecie co? Jakby mnie “Pieśni Chołów” wpadły w ręce w momencie, kiedy wysyłałam swoje zgłoszenie do nominacji, to też bym nominowała.

Nominowałabym głównie dlatego, że Głowacki w swoim tekście w sposób szalenie efektowny buduje nastrój i konstruuje fikcyjną rzeczywistość. W teorii Pieśni Chołów dzieją się w roku 1980, ale tak naprawdę niewiele w nich realiów tamtych czasów (mniej więcej pamiętam, jak wyglądały ejtisy w małym miasteczku). Kiedy czytałam, ukazany w powieści świat realny – o ile tam cokolwiek jest naprawdę realne – wydawał mi się bezczasowy, zawieszony w pewnym archetypie polskiej wiejskości, pewnej wizji tego, jak takie prowincjonalne życie wygląda niezależnie od epoki. To oderwanie od konkretu nie jest przy tym wadą, nie dlatego zwracam na to uwagę, mam zresztą wrażenie, że autorowi na realizmie absolutnie tu nie zależało – robię to raczej po to, żeby podkreślić pewną specyficzną cechę tej powieści, jaką jest jej eklektyzm.

Pieśni Chołów wymykają się jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej. Jest w nich i sporo z konwencji fantasy (którą sam autor określa jako folk fantasy), i z grozy, a nawet z SF, kojarzącej się gdzieś z Piknikiem na skraju drogi i inspirowanymi nim mediami (patrz scena z drzewem / serce), ba, jest tu też coś z takiej realistycznej polskiej prozy o wsi/małym miasteczku. Autor te konwencje miesza sobie z dezynwolturą i na luzie – i to wychodzi bardzo naturalnie, efektownie. Nie ma w tej powieści – bo ja wiem, jak to powiedzieć, nie ma w niej minoderii i nachalnego popisywania się aluzyjnością,mrugania do czytelnika w stylu “patrzcie, jaki jestem o-czy-ta-ny”, choć pogrywania rzeczami i ideami zrozumiałymi często głównie środowiskowo (patrz: bohater kompletnie absurdalnie w chwili zagrożenia śpiewa “Barkę”) jest tu sporo. Całość daje spójny mimo tej różnorodności efekt.

Same historie tworzą raczej pewną mozaikę wydarzeń, pewną serię bardziej niż super-spójną powieściową fabułę. Na poziomie czysto czytelniczym – to wciąga, dobrze się czyta, chce się wiedzieć, co dalej. I owszem, akurat ja czasem bym wolała, żeby autor wrócił do pewnych wątków na dłużej – jak do tego w znakomitym, trzymającym za gardło otwarciu powieści, do historii o spalonym dziecku – ale to nie jest tak, że to jakoś bardzo będzie każdemu przeszkadzać.

Bohaterowie… bohaterowie są w połowie drogi między byciem dobrze zrobioną realizacją pewnych modeli powieści grozy a pełnokrwistymi osobowościami. Zwłaszcza główny bohater-narrator, Jerzy Drozd, doktor psychologii taki nie całkiem udany, szukający w Chołach tematu naukowego, nad którym się nie napracuje i pakujący się w sam środek problemów. Na początku robi on wrażenie przede wszystkim postaci majacej skupić uwagę czytelnika, klasycznego bohatera przybywającego do przeklętego miasteczka i próbującego, mimo mniej lub bardziej czynnej niechęci miejscowych, zrozumieć, co to się dzieje. Później jednak, w miarę rozwoju akcji, Drozd nabiera indywidualnych cech i charakteru, a postacie z Chołów, które poznaje, też ujawniają swoje drugie i trzecie, skryte pod maskami, oblicze.

Najmocniejszą jednak stroną powieści Głowackiego jest światotwórstwo i światotwórcza wyobraźnia autora. Jego wizja świata, a raczej światów – kolejnych poziomów, pięter, na które się przeskakuje, a z których każde ma swoją rzeczywistość, widoczną z tego poziomu i tylko / głównie z niego – może koncepcyjnie przywodzić na myśl czy to, jakoś tam, Mythago Wood Roberta Holdstocka, czy, poniekąd, choć klimat radykalnie inny, Amber Zelazny’ego, przy czym absolutnie nie twierdzę, że te skojarzenia są inspiracjami, że są świadome; to raczej skojarzenia, które się pojawiły w moim umyśle przy lekturze – podobnie jak pewne konceptualne pokrewieństwa z Zoną w Pikniku na skraju drogi Strugackich. Wyobraźnia autora jest gotycka, weirdowa, pokręcona, jego wizje są barwne i często makabryczne, a jednocześnie fascynujące.

Bardzo też w Pieśniach Chołów ujęło mnie to, że ta powieść jest – odważna, a to nie jest najczęstszy przymiotnik, jakiego bym użyła, pisząc o polskich debiutach literackich w konwencjach szeroko pojętej fantastyki. Nieraz mi się zdarzyło sięgnąć po dłuższy tekst debiutanta/-tki, których znałam z odważnych, pomysłowych opowiadań, i czytać tekst znacznie bardziej konwencjonalny – może dlatego, że o powieściowy debiut wydawniczy jest niełatwo, może dlatego, że większość ma gdzieś z tyłu głowy poczucie, że trzeba trafić do jak najszerszego czytelnika… Tu tego nie ma. Tekst jest odważny koncepcyjnie, niebanalnie pogrywa baśniowymi może nawet bardziej niż mitycznymi motywami (wiem, co mówię, właśnie jestem po POTĘŻNEJ ilości przeczytanej słowiańskiej fantasy i tym bardziej doceniam to, co robi tu Głowacki), a przy tym – ma styl. To nie jest przezroczysta, pozbawiona właściwości poprawna polszczyzna bez charakteru, którą się często widzi (więcej o tym w następnej notce), to jest styl – własny. On się może podobać albo nie, ale jest barwny i nosi piętno autorskiej indywidualności.

Podobało się, znaczy. Będzie czytane więcej z tego uniwersum.

Caspar David Friedrich, Abtei im Eichwald, olej na płótnie, 1809/10, źródło

GDZIE ZNALEŹĆ: wersję elektroniczną na stronie autora.

DLA KOGO: dla osób szukających niebanalnej fantastyki inspirowanej folklorem i Słowiańszczyzną. Dla szukających nietypowych, oryginalnych pomysłów światotwórczych. Dla nie bojących się zdrowej porcji makabry i grozy.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (10): Wiktor Orłowski, “Głębia snuff”

To już ostatnie dni głosowania na najważniejszą z polskich fanowskich nagród fantastycznych! W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Rekomendowałam już opowiadanie z tomu Sny umarłych 2020 tom I – “Teatr chemiczny” a pod koniec serii wracam do tego tomu z propozycją innego z zawartych w nim opowiadań. Tym razem jest to “W głębi snuff” Wiktora Orłowskiego.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Podtytułem tekstu Orłowskiego – ale podtytułem fatalnym, bo za dużo zdradzającym – mogłoby być “Witajcie w piekle”. Bo niemal dosłownie tam właśnie bohaterowie się znajdują.

Okej, to nie jest piekło. To raczej swoisty czyściec, jeśli rozumieć czyściec jako miejsce oczekiwania. Zmarli w czyśćcu, który proponuje nam Orłowski, nie czekają na odkupienie ani na moment, kiedy dostąpią ostatecznego oczyszczenia. Tutaj to oczyszczenie przychodzi wraz z pamięcią.

Orłowski to autor, który lubi emocjonalne jazdy i gwałtowne granie uczuciami czytelników. Realizuje te idee przede wszystkim przy pomocy efektownie wymyślonych literackich pomysłów. Autor lubi mocne, emocjonalnie naładowane tematy – tak było w opowiadaniu “Śmierć w Mountain Green” w Fantazjach zielonogórskich IX, gdzie pojawia się para nadnaturalnych śledczych, odgrywających emocje mordercy i ofiary, podobnie wygląda też główny koncept opowiadania “Pamiętasz mit o Tanatosie” w zbiorze Umieranie to parszywa robota, gdzie Orłowski nowatorsko ogrywa motyw zombie.

“W głębi snuff” też wpisuje się w ten sposób pisania – bo żeby wyjść z tego stanu zawieszenia, bohaterowie muszą przeżyć jeszcze raz własną śmierć, odzyskać wspomnienia po niej, jak makabryczna by nie była. W klasycznym micie dusze piją wodę Lete, rzeki zapomnienia; w tekście Orłowskiego jest wręcz przeciwnie, tutaj kluczem do spokoju jest pamięć – pamięć i ponowne przeżycie traumy.

Orłowski te traumatyczne wspomnienia pisze jak zwykle bardzo efektownie, dając czytającym emocjonalną jazdę po bandzie. To jest tekst zasadniczo inny od większości tego, co dotychczas polecałam: o szybszej akcji, bardziej skupiony na pomyśle i fabule niż na refleksji i języku, ale może też dzięki temu trafi do innych czytelników niż na przykład literackie odloty Brzozowskiego. A Wiktor Orłowski to autor, którego warto obserwować – mam wrażenie, że jest w jego pisaniu spory potencjał na literacki sukces.

Francis Bacon, Tryptyk – sierpień 1972, jeden z serii czarnych tryptyków malarza, namalowany po samobójstwie wieloletniego partnera; skojarzył mi się nastrój tego obrazu jakoś z klimatem tekstu Orłowskiego.

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Sny umarłych 2020 , tom I, wydawnictwa Phantom Books.

ZA ILE: Obecnie w sklepie Okolicy Strachu za 38 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction, ale bez klimatu groteski, raczej idące w poważniej rozumianą niesamowitość. Dla ceniących w prozie przede wszystkim pomysłowość i oryginalne koncepty. Dla lubiących emocjonalną jazdę bez trzymanki.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (9): Paweł Majka, “Efialtes”

Powtórzę – dla osób, które przyszły przeczytać tylko tę notkę, a nie cykl Zajdlowy – o co w tym wszystkim chodzi. W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Wśród tekstów, które zwróciły moją uwagę, jest kilka opowiadań opublikowanych w Nowej Fantastyce. Jest wśród nich także opowiadanie Pawła Majki “Efialtes”.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Opowiadanie Pawła Majki trochę nie miało szans mi się nie podobać. Autor – co widać doskonale w jego powieściach Pokój światów i Wojny przestrzeni, które zresztą obie zdecydowanie lubię – nie tylko w nich bardzo sprawnie i pomysłowo posługuje się odwołaniami do kulturowej tradycji i pomysłowo tę tradycję przetwarza. A skoro na dodatek “Efialtes” odwołuje się do tego kawałka historii, który znam i którym, poniekąd, zawodowo się zajmuję, oczywiste było, że mnie ten tekst skusi. I z przyjemnością stwierdziłam, że kupił mnie od pierwszych słów.

Pierwszoosobowym narratorem, opowiadającym nam w rwanych, impresyjnych scenach swoją historię, jest w opowiadaniu Pawła Majki tytułowy Efialtes – arcyzdrajca spod Termopil, który wedle przekazów greckich historyków pokazał Persom drogę, pozwalającą obejść spartańską armię i ją zaskoczyć, doprowadzając do perskiego triumfu w bitwie. Ta postać nieraz wcześniej pojawiała się w kulturze, w tym – popularnej: Efialtes Pawła Majki na pewno zawdzięcza sporo swojemu odpowiednikowi z 300 Franka Millera i jego komiksowej adaptacji, bo – podobnie jak bohater komiksu, a inaczej niż historyczna postać, o której nic takiego nie wiemy – urodził się dotknięty kalectwem. To jest, oczywiście, bardzo kusząca perspektywa, by tak tę postać wykreować – przede wszystkim dlatego, że jednym z kluczowych faktów powiedzmy-historycznych o Sparcie, jakie większość z nas zna, jest przekonanie, że urodzone z widoczną niepełnosprawnością niemowlęta skazywano w niej na natychmiastową śmierć przez zrzucenie ze skały. Historyczność tego faktu jest dość wątpliwa (1), ale jego kulturowe znaczenie ogromne, bo dla mnóstwa osób Sparta kojarzy się właśnie z tymi dwoma faktami: zabijaniem “nieidealnych” dzieci i bohaterską obroną Termopil.

Efialtes Pawła Majki jest bohaterem niedoskonałym, nie tylko ze względu na swoją historię. Jego ciało jest kalekie, a umysł – przekształcony ciągłym kontaktem z bóstwem, z tym, co przerasta człowieka. Jak Merlin w niektórych wariantach legendy, żyje jednocześnie we wszystkich czasach, we własnym teraz, dawniej, wkrótce.

Wszyscy jesteśmy opowieściami, mówi (jak Jedenasty Doktor w odcinku The Big Bang, skądinąd, wybaczcie fanowski wtręt) u Majki Efialtes. Autor bardzo efektownie buduje w tym tekście paralele i skojarzenia: między Efialtesem a kamieniem, który zamiast niego zrzucono ze skały, między Efialtesem a jego siostrą, którzy oboje żyją w cieniu Sparty, ale tak naprawdę poza tym, co ją stanowi, poza rytuałami wojny; między tym, czym Efialtes jest, a tym, czym – ucząc się samotnie walki bronią odebraną martwemu wojownikowi – powoli się staje. Między Ateną a Aresem, boginią wysublimowanej wojennej mądrości i chwały, a bogiem przelanej krwi, poszarpanych ciał i udręki konających na polu bitwy.

Majka nie tworzy w tym tekście prostych opozycji dobro-zło, nie kreuje Efialtesa ani na zdrajcę szlachetnej, doskonałej Sparty, ani na mściciela krzywd. Stosunek narratora do Sparty jest złożony, nieoczywisty – bo jest w nim i fascynacja pięknem, fizyczną doskonałością Spartiatów i obsesyjnością ich jedynego celu, ale widać też i świadomość wiążących się ze spartańskimi obyczajami okrucieństw. Jest też, przede wszystkim, potrzeba wyrwania się – bogom, ludziom, Sparcie, przeznaczeniu, poczuciu, że jeśli jesteśmy opowieściami, to przez kogoś innego opowiadanymi – i zaznaczenia swojego śladu. Choćby w śmierci.

Literacko to jest bardzo udany tekst, napisany impresyjnym językiem, nastrojowy – wiele w nim z tego, jak widział antyku przywołany w cytacie-motcie Zygmunt Kubiak. Trafił do mnie ten tekst i zdecydowanie zrobił wrażenie; warto go wśród opowiadań z NF 2020 odszukać.

(1) Potwierdza ten fakt zasadniczo jedno (!) źródło, i to z przełomu I/II wieku n.e. (“Żywot Likurga” Plutarcha), które bardzo mocno skupia się na Sparcie jako kreacji swoistego “państwa idealnego”, konsekwentnego (w sposób, który ma wydawać się obcy czytelnikom!) w swojej polityce posiadania “tylko najlepszych obywateli”. Generalnie tekst Plutarcha jest wszystkim, tylko nie obiektywnym raportem o Sparcie IX w. p.n.e. i gdyby to kogoś ciekawiło, chętnie napiszę o tym na moim drugim, poświęconym starożytności blogu.

Jacques-Louis David, “Leonidas w Termopilach”, olej na płótnie, 1814, Luwr; malarze neoklasyczni i historyzujący też lubili idealnych Spartan;

GDZIE ZNALEŹĆ: w Nowej Fantastyce 09/2020.

ZA ILE: Numer NF w aplikacji można kupić za 8.99 PLN.

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę historyczną, odwołującą się twórczo do konkretnej przeszłej rzeczywistości. Dla osób szukających w fantastyce refleksji i – nawet w krótkiej formie – dyskusji o sensie historii i ludzkiej natury. Dla preferujących impresyjną, pierwszoosobową, wymagającą narrację.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (8): Krzysztof Matkowski, Krzysztof Rewiuk, “Święci z Vukovaru”

Powtórzę – dla osób, które przyszły przeczytać tylko tę notkę, a nie cykl Zajdlowy – o co w tym wszystkim chodzi. W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Dzisiaj chciałam spojrzeć na drugi z tych tekstów 2020, które zrobiły dla mnie najmocniejsze wrażenie. Pierwszym z nich jest ciemne, baśniowe fantasy Marty Kisiel. Drugim, które zrobiło na mnie równie mocne wrażenie, są zupełnie inni w klimacie, współcześni i w nieoczywisty sposób fantastyczni “Święci z Vukovaru” Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa Rewiuka.

To nie jest pierwszy wspólny tekst Rewiuka i Matkowskiego – w zeszłym roku ich “Dziewczyna z papieru i ognia” miała Zajdlową nominację, którą uzyskały też solowe teksty Matkowskiego. Obaj autorzy są zdecydowanie na wznoszącej – publikują w NF, wydają udane powieści (a raczej Krzysztof Matkowski wydaje, Krzysztof Rewiuk to zdeklarowany autor opowiadań), coraz częściej mówi się o nich obu jako o zdecydowanie obiecujących pisarzach. W zeszłym roku moim prywatnym opowiadaniem roku było “Siej kwiaty, zbieraj ogień” Matkowskiego. W tym roku do grona najlepszych bez wahania zaliczam zupełnie innych klimatem “Świętych z Vukovaru”.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Opowiadanie Rewiuka i Matkowskiego wiąże się fabularnie z wydarzeniami jak najbardziej realnymi, z paskudną najnowszą historią Europy – w tle ma bowiem wojnę w byłej Jugosławii i przede wszystkim, choć akcja dzieje się zupełnie gdzie indziej, konflikt serbsko-chorwacki w Vukovarze, którego ukoronowaniem była masakra szpitala w tym mieście.

Spotykają się w tym tekście dwaj bohaterowie – starzejący się Chorwat którego życie złamała tamta wojna, i młody Polak, który, jak wiele postaci Krzysztofa Matkowskiego (taki był na przykład główny bohater ubiegłorocznych “Słów, których nie powiem Łucji”) snuje się po świecie, by jakoś tam znaleźć siebie, a może – od siebie uciec, bo taki jest przecież wstępny plan bohatera. Tu obaj stają twarzą w twarz – Petar, chorwacki weteran i polski młody lekarz / student medycyny Krzysztof – z czymś, co nie powinno mieć miejsca, ze swoistym cudem a rebours. Cudem, a może klątwą.

Petar, weteran jugosłowiańskiej wojny, jest rzeźbiarzem, rzeźbi świętych do kapliczek. A raczej – rzeźbił, bo teraz materia rozpada mu się pod palcami, a moc tworzenia została mu odebrana. To tylko jeden, choć najdobitniejszy, z przejawów tego, jak świat i życie rozsypują się bohaterom pod palcami: rozpada się język, dziwaczna i nie pozwalająca na pełną komunikację mieszanka polskiego i chorwackiego z angielskim i niemieckim, rozpadają się wspomnienia i tożsamości (jak w przypadku Krzyśka, który chce odrzucić to, czym był – Krzyśka-lekarza, Krzyśka-syna, Krzyśka-brata, Krzyśka w ogóle – kiedy go poznajemy, powoli zrzuca z siebie dawne, polskie imię; we śnie widzi, jak jego świat rozpada się jak kamień pod dłutem Petara). Dręczeni wspomnieniami i myślami o tym, co zrobili źle, Krzysiek i Petar dzielą nie tyle przyjaźń – pewnie obaj wzdrygnęliby się na tak wielkie słowo – co jakiś rodzaj nieoczekiwanego porozumienia, które pozwoli im przystąpić razem do naprawy świata. Nie, nie tego wielkiego, tego małego wokół nich samych. Skoro obaj musimy się błąkać, to przynajmniej błąkajmy się razem, myśli Krzysiek.

Matkowski i Rewiuk bardzo udanie ogrywają postać Krzyśka i jej znaczenia w tekście. Bo tak, na jednym planie on jest sobą, chłopakiem z Polski z poplątanym życiorysem i kompulsywną potrzebą ucieczki. Ale jednocześnie dla Petara staje się – jako Krzysztof, święty Krzysztof psiogłowiec, jak go często tradycja przedstawia – odpowiednikiem psa Vuko, który uratował mu życie, wyprowadzając z vukovarskiego szpitala niedługo przed masakrą. Jak święty Krzysztof, który według legend przenosił wędrowców przez rzekę, Krzysiek przenosi przez wodę ku kapliczce Petara, upadłego jak święty Piotr, którego imię nosi; ku kapliczce, do której Petar go prowadzi. I ten gest bliskości, pomocy, wsparcia między dwiema tak różnymi, różnie doświadczonymi osobami wyprowadza z ciemności ich obu. Krzysiek zabiera Petara z Vukovaru, tym razem symbolicznie, uwalniając go od winy. Ten gest i pomoc Petara dają jednocześnie Krzyśkowi szansę na pogodzenie się ze sobą samym.

To jest ostatecznie zaskakująco optymistyczny tekst jak na smutek, który go przenika: melancholię małego turystycznego miasteczka poza sezonem, deszczowej zimy, prześladujących wspomnień, dręczącego poczucia osobistej klęski… Subtelnie też i z poszanowaniem dla trudnej historii regionu potraktowana jest tematyka wojennej przeszłości i tego, co się w Vukovarze stało. To jest bardzo dojrzały tekst, przemyślany i mądry – zrobił na mnie wielkie wrażenie już za pierwszą lekturą, a kolejne tylko to poczucie wzmacniały.

Jak to zwykle bywa u obu autorów, postacie są wiarygodne i psychologicznie prawdziwe, a ich historie opisane w poruszający, ale nie epatujący nadmiarem emocji sposób. Pozostawił mnie ten tekst w zamyśleniu, z plastycznie opisanymi scenami z dalmatyńskiego miasteczka Omiš stojącymi przed oczyma i z poczuciem, że na kolejne teksty autorów będę czekać. A, i że ten tekst jest moim nominacyjnym pewniakiem.

Święty Krzysztof psiogłowiec, ikona z Kermiry w Kapadocji, XVII wiek

GDZIE ZNALEŹĆ: w Nowej Fantastyce 10/2020 oraz na portalu Nowej Fantastyki.

ZA ILE: Numer NF w aplikacji można kupić za 8.99 PLN. Tekst na portalu Nowej Fantastyki dostępny jest za darmo.

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę bliskiego zasięgu, nieoczywistą, skupioną na wiarygodnych psychologicznie postaciach. Dla ceniących łączenie fantastyki z realizmem. Dla osób lubiących wcześniejsze opowiadania autorów, przede wszystkim Krzysztofa Matkowskiego.

BONUS: Jakby komuś było mało, to w 2020 solowe opowiadanie Krzysztofa Matkowskiego ukazało się w Snach umarłych 2020 tom I (“Między”), a teksty Krzysztofa Rewiuka – w tych samych Snach umarłych (“Świerszcze i gwiazdy”), w tomiku Świętologia (“Transformacja Jessiego Lorentza”), w tomie Weird fiction po polsku (“Córka poławiacza żachw”) i w Fantazmatowej Zbrodni doskonałej (“Al”).

Zew Zajdla 2020: opowiadania (7): Łukasz Redelbach, “Smakołyk dla dżdżownicy”

Powtórzę – dla osób, które przyszły przeczytać tylko tę notkę, a nie cykl Zajdlowy – o co w tym wszystkim chodzi. W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Ostatnie dwa polecane teksty, opowiadania Marty Kisiel i Agnieszki Hałas, były utrzymane w konwencji fantasy, w przypadku “Róż…” lekko nostalgicznej, subtelnej mimo odniesień do koszmarnych scen z przeszłości. Dzisiejszy tekst jest – no, inny. Zupełnie inny.

Łukasz Redelbach to autor młody, którego dorobek (publikowany w antologiach i czasopismach) nie jest jeszcze duży, ale który zdecydowanie zasługuje na uwagę. Zapamiętajcie sobie to nazwisko, zwłaszcza jeśli gustujecie w fikcji niesamowitej, weirdzie, chwilami idącym w kierunku makabry – bo niewielu czytałam polskich młodych autorów o takiej wyobraźni i wyczuciu. W 2020 Redelbach opublikował kilka różnych tekstów – ja wybieram spośród nich “Smakołyk dla dżdżownicy” z antologii portalu NF “Fantastyczne pióra”. Antologia ta jest zbiorem tekstów, które zostały uznane za najlepsze opowiadania danego roku na portalu Nowej Fantastyki i od roku 2020 ma ukazywać się cyklicznie.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

“Smakołyk dla dżdżownicy” w sposób błyskotliwy łączy makabrę i niesamowitość, która, paradoksalnie, chwilami wydaje się prawie rodem z fantasy, z body horrorem i groteskową chwilami, choć, podkreślmy, nigdy nie idącą w czarny humor czy komizm makabrą.

Dzieje bohatera-narratora, kiedy je nam opowiada, zaczynają się pozornie właśnie jak ponura baśń: bohater-sierota, podrzutek wychowany przez wszechwładną, upiorną babkę, która jest rozpięta, jako postać, w pół drogi między jak najbardziej realistyczną patologiczną i molestującą dręczycielką a baśniową złą czarownicą (skojarzenie z tym, że Baba Jaga chciała zjeść Jasia i Małgosię, nie jest całkiem nie na miejscu…), w końcu decyduje się ją zabić. I nie zdaje sobie sprawy, co to oznacza – dla niego, dla jego też przez starą jędzę przygarniętej żony, dla adoptowanych dzieci…

Redelbach bardzo sprawnie i umiejętnie rozgrywa swój tekst na trzech planach: realistycznym, baśniowym i weirdowo-horrorowym, przy czym im dalej w tekst, tym mocniej wybrzmiewa ten ostatni. Widać w tym opowiadaniu bardzo dużą sprawność literacką, umiejętność pisania w przekonujący – i przerażający – sposób o rzeczach i zjawiskach wymykających się racjonalnemu poznaniu. Pod piórem autora o mniejszej wyobraźni i dyscyplinie rozpad ciała bohatera i jego upiorna droga, w niemal-zombie postaci, z Polski do Estonii, z powrotem do metaforycznego łona, z którego wyszedł, mogłyby łatwo osunąć się w niesmaczny, groteskowy humor – tu jest starannie przez Redelbacha kontrolowana makabra i ciemny, dręczący smutek.

Jestem od pierwszej lektury tego tekstu pod ogromnym wrażeniem tego, jak skutecznie kreuje w nim pisarz nastrój beznadziei i rozpadu, wszechobecnej cielesności umierania, która jednak ma w sobie jakąś paradoksalną – wiem, to nie jest najlepszy termin – metafizykę, a może raczej metafizyczność: życie jest obiegiem zamkniętym, wiecznym kręgiem, w którym trwa wszystko, w tym przypadku – także pamięć i także jednostkowość. Spotworniałe, przerażające, ale zachowujące jakiś strzęp dawnych tożsamości, dawnej natury istoty wyklute z ciała zapłodnionej dżdżownicami Mii mają w sobie przecież zdolność do uczuć. Do miłości. Do nienawiści. Do obrony tego, co kochają. Granice między tym, co cielesne i podlegające rozkładowi a tym, co trwałe i przekazywalne, są u Redelbacha zatarte i nieoczywiste. Bohater przez większość tekstu jest swoim ciałem – to o nim, o jego cierpieniu, rozpadzie, gniciu, odorze, umieraniu ciągle nam mówi – ale jednocześnie każdym krokiem w drodze do Estonii to ciało pokonuje, dokonuje niemożliwego, zmuszając gnijące tkanki i sypiące się kości do posłuszeństwa swej woli. Jednocześnie zaciera się granica między tym, co ludzkie, a resztą natury – dżdżownice, koniczyny, łąka, wilgotna ziemia, w której bohater zanurza palce podczas wizyty w parku są częścią jego doświadczenia i samej jego istoty.

Zrobił na mnie ten tekst swego czasu, kiedy czytałam go jeszcze na forum NF, ogromne wrażenie, i ono tylko pogłębia się z każdą kolejną lekturą.

GDZIE ZNALEŹĆ: w antologii portalu Nowej Fantastyki Fantastyczne pióra 2018. Tak, to nie pomyłka, antologia ukazała się z poślizgiem w roku 2020.

ZA ILE: do ściągnięcia za darmo w różnych formatach.

DLA KOGO: Dla wielbicieli i wielbicielek horroru, w tym przede wszystkim horroru idącego w makabrę i body horror. UWAGA: to zdecydowanie nie jest tekst dla osób z fobiami na tle a) rozkładu, gnicia, rozpadu ciała, b) tzw. robactwa, przede wszystkim dżdżownic i im podobnych. Ja, która nie mam kompletnie tego typu fobii, noszę w głowie niektóre obrazu do dziś, a tekst pierwszy raz czytałam w 2018 – to jest pochwała dla autora, ale może też być ostrzeżeniem :). Jest to za to tekst dla osób ceniących coś stosunkowo rzadko spotykanego: nieskrępowaną wyobraźnię ujętą mocno w karby literackiej formy i stylu, znakomicie przez autora przemyślanych.

BONUS: Dla osób, które mają powyższe fobie / nie lubią takiej stylistyki, a autor wydaje im się intrygujący: w tym samym tomie jest jego drugie opowiadanie “Luminescencyjny pokrak” – bardziej fantasy, dużo mniej makabryczne, ale napisane z tą samą fenomenalną wyobraźnią i warsztatową sprawnością.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (6): Agnieszka Hałas, “Róże świętej Elżbiety”

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Do zestawu postanowiłam – bo przeczytaniu metodą “lepiej późno, niż wcale” – dorzucić, poza olśniewającym tekstem Marty Kisiel, jeszcze jedną rekomendację z tomu Harde baśnie. Tekstem, który zwrócił moją uwagę, było opowiadanie Agnieszki Hałas “Róże świętej Elżbiety”.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

W założeniu Harde baśnie oparte są na baśniowych retellingach, ale nawet nie przeczytawszy jeszcze całości widzę wyraźnie, że w rzeczywistości nie wszystkie (by nie rzec: nie aż tak wiele) tekstów tak czyni. Opowiadanie Anny Kańtoch, na przykład, oparte jest raczej na ogólnej idei baśniowości i baśniowej rzeczywistości, tekst Anny Nieznaj odwołuje się do Trylogii Sienkiewicza, bardzo interesujące i świetnie skądinąd napisane Białe Aleksandry Zielińskiej ma Brzydkie Kaczątko doklejone nieco na siłę, bo można je z tekstu wyciąć kompletnie bez żadnej szkody. No a “Róże świętej Elżbiety” oparte są na hagiograficznej legendzie – i na Tannhäuserze Wagnera.

Autorka w posłowiu mówi o inspiracji operą i chęci przetworzenia libretta. Wagnerowską zmysłową Wenus, skontrastowaną z niewinną siostrzenicą landgrafa Hermana, Elżbietą, zastępuje innymi wariacjami tych postaci, na nowo też opowiada o tytułowym herosie-śpiewaku, który nie może się zdecydować, czego chce od życia (1). Wenus, królową miłości, zamienia na Persefonę – tak przynajmniej odczytuję tę drugą śmierć, do której kieruje bohatera ta pierwsza, spotkana podczas strasznej nocy masakry miasta Béziers w czasie krucjaty przeciw Albigensom w roku 1209. Nieprzypadkowo przytaczam te daty i nazwy – kontekst historyczny, ale też kontekst heretyckiej religijności bohatera, jest dla tekstu istotny. W dzieciństwie główny bohater znał dwóch bogów, przed dwiema śmierciami stanie, podwójna jest jego natura, ludzka i magiczna, podwójna rola rycerza i śpiewaka – podwójność gra w tym tekście dużą rolę.

Podwójna jest też inspiracja autorki, z jednej strony wagnerowska, z drugiej – hagiograficzna. Elżbietę z operowego libretta zastępuje jej daleki pierwowzór, Erzsébet, przyszła święta, której bohater przygląda się od jej dzieciństwa i która pozostanie na zawsze w jego pamięci. Cud z różami, który pojawia się jako jeden z kluczowych punktów w jej hagiografiach, jest tu przypisany nie boskiej, a magicznej interwencji: rolę ocaliciela królowej przyjmuje na siebie główny bohater, rycerz-śpiewak wykształcony w zaświatach przez królową umarłych.

Tekst Agnieszki Hałas jest oparty na kulturowych skojarzeniach niekoniecznie dla każdego czytelnych (nie aż tak bardzo wiele osób czytających fantastykę zna się na operze i nieco w Polsce zapomnianych średniowiecznych świętych); ten kontekst go wzbogaca i ubarwia, ale nie jest tak, że bez niego ten tekst jest niezrozumiały – jeśli się lubi lekko poetycką, subtelną fantastykę, to szkoda by było rezygnować. Przy całej makabrze masakry albigensów i krwawej śmierci, jaką w końcu bohater funduje znienawidzonemu Konradowi, opowiadanie Agnieszki Hałas jest raczej spokojne, wyciszone, może dlatego, że opowiadane z daleka, z dystansu lat wobec tego, co się działo w życiu narratora-bohatera, dawno temu.

Relacja między Erzsébet a jej śpiewakiem jest też wyciszona, też oparta na obserwacji z daleka, na tym, co może łączyć wielką panią i minnesängera. To nie jest romans i to opowiadanie nie jest o miłości, w sensie – o zakochaniu, choć jest jednocześnie, jak najbardziej o miłości, o uczuciu – uczuciach – jakie łączą śpiewaka z boginią i z kobietą. Ferrant, bo takiego imienia bohater używa, nie próbuje nawet wpływać na głęboką – i autodestrukcyjną, bez wątpienia – religijność Elżbiety, choć sam poznał inny świat, inną rzeczywistość. Trudno się czytelnikowi do końca w tę relację emocjonalnie zaangażować, ale nawet tam, gdzie emocjonalnie tekst nie do końca przekonuje, jest ciągle wart uwagi ze względu na swoje inne walory: jest pięknie napisany, zanurzony w tradycji w intrygujący sposób i fascynujący w swoich opisach zaświatów, tonących w woni asfodeli i hiacyntów.

(1) Dobra, to jest trochę złośliwe, ale, uwierzcie, nigdzie, nawet w złej fantastyce, nie ma tylu bohaterów-bałwanów, pacanów i, jak mawiała Bridget Jones, czystej wody popaprańców, co w operze. Mam ich prywatny ranking, i tak, Heinrich von Tannhäuser spokojnie mieści się w Top Ten, choć numerowi jeden raczej nie zagrozi. Chcecie wiedzieć, kto jest numerem jeden? Pytajcie XD.

Karl von Blaas, Święta Elżbieta Węgierska: cud z różami, olej na płótnie, 1839

GDZIE ZNALEŹĆ: w tomie Harde baśnie, wydanym przez SQN i dostępnym zarówno w postaci papierowej, jak i elektronicznej.

ZA ILE: Dostępne w rozmaitych zestawach w sklepie SQN, od 55 PLN/ ebook. Ta wysoka cena i trudność dostępu (książkę sprzedaje oficjalnie tylko sklep SQN) to chyba główna bariera dostępności tego tekstu.

DLA KOGO: dla lubiących mitologię, teksty z literackimi i kulturowymi odniesieniami, oryginalne przetworzenia średniowiecza w fantasy.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (4): Marta Magdalena Lasik, “Głos Słońca”

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Dzisiaj chciałabym w paru słowach zareklamować opowiadanie autorki, która pierwszy raz zwróciła moją uwagę kilka lat temu, opowiadaniem “Zwierciadło w dziurce od klucza” opublikowanym w antologii ŚKF Skafander i melonik. Bardzo mnie wtedy zaintrygował ten tekst oryginalnością pomysłu i od tej pory śledzę pisarstwo autorki – która, poza tym, jest także utalentowaną fotograficzką. Jej inspirowane kulturą japońską opowiadanie z NF jest jednym z tych, które bardzo pozytywnie zapamiętałam z Nowej Fantastyki w roku 2020.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka numeru NF z opowiadaniem

Opowiadanie Marty Magdaleny Lasik gatunkowo mieści się gdzieś pomiędzy subtelną niemal-science fiction a lekko naszkicowaną (urban) fantasy. Mocno zanurzone w japońskim klimacie, pełne obcych nazw i określeń, zmusza do lektury uważnej i starannej, ale czytelnik/-czka lubiący taką fantastykę – niespieszną, wysmakowaną, nastrojową, pozbawioną szybkich zwrotów akcji – doceni klimat i pomysł.

Pod pewnymi względami opowiadanie Lasik kojarzy mi się z jednym z moich ulubionych tekstów z Hardej Hordy – “Dróżniczką” Aleksandry Janusz. Te skojarzenia nie wiążą się tylko z japońskim tłem – raczej z nastrojem schyłkowości, nostalgiczności, z kluczową rolą osób starszych jako bohaterów.

Nie każdy młody autor, a z taką osobą piszącą mamy do czynienia, radzi sobie ze skutecznym i wiarygodnym kreowaniem postaci ludzi starszych – nie oszukujmy się, tacy bohaterowie i bohaterki nie są codziennością fantastyki, choć oczywiście są wyjątki. Marcie Magdalenie Lasik wychodzi to bardzo dobrze. Zarówno główna bohaterka, pani Wèi jak i obecny w pamięci bohaterów jej nieżyjący mąż Ootori Mikihiko, a także zauroczony wdową-emigrantką od lat sklepikarz, pan Nishimura, to są postacie prawdziwe i psychologicznie przekonujące, ukazane w subtelnym detalu. Popatrzmy na scenę, kiedy pani Wèi przez pomyłkę tłucze ostatni kupiony przez męża talerzyk i konstatuje smutno z rzeczy jej męża pozostała już tylko ona.

Pani Wèi myśli o sobie jako o rzeczy swojego męża. Choć może ona sama o tym nie wie, jest, w pewnym sensie, ciągle przez niego związana, choć on od dość dawna nie żyje. Tylko pan Nishimura wie, że Ootori Mihiko zakopał pod drzewem w pobliżu wioski serce swojej przywiezionej z podbitej ziemi żony.

Historia w opowiadaniu Lasik obraca się wokół dwóch głównych motywów – tej właśnie kwestii serca pani Wèi i tytułowego Głosu Słońca. To, czym jest Głos, poznajemy powoli, z rozmów bohaterów, z uwag cesarskiego urzędnika Ikeuchi Kaoru, przybyłego do wymierającej, zamieszkałej jedynie przez starców wioski Itoeru – autorka nie serwuje nam przekazywanych wprost informacji, tylko prowadzi nas powoli, krok po kroku, do odkrycia kluczowego fantastycznego tematu, jakim jest taiyō no koe, Głos Słońca, potężna broń związana w jakiś sposób z duszami mieszkańców. Lasik w ogóle prowadzi nas ku sekretom swojego tekstu powoli – o panu Mikihiko na początku wiemy tylko tyle, że był mężem pani Wèi i człowiekiem cenionym za uczciwość, dopiero z czasem poznajemy prawdę o jego działalności jako wielkiego cesarskiego mistrza splatania, twórcy Głosów Słońca, mistrza wojny i jako tego, który – z miłości, tak jak sam ją rozumiał? – zrobił krzywdę ukochanej żonie, wiążąc ją na zawsze z miejscem, w którym żyli. Ta subtelność, to powolne odkrywanie świata, po którego ścieżkach autorka nas prowadzi, to, jak dla mnie, jeden z wielkich uroków tego opowiadania.

Marta Magdalena Lasik to jeden z tych głosów w polskiej fantastyce, który mnie intryguje, autorka, której teksty śledzę i czytam na bieżąco – także wtedy, kiedy odchodzi od będącej jej specjalnością SF w kierunku takich niejednoznacznych gatunkowo tekstów, jak “Głos słońca”.

Kano Sanraku, “Drzewa śliwy”, XVII wiek

GDZIE ZNALEŹĆ: W Nowej Fantastyce 8/2020; PS. W tej samej NF jest też intrygujące i oryginalne opowiadanie Radka Raka, ale szczerze wątpię, żeby laureat Nike potrzebował mojej reklamy 🙂

ZA ILE: 8.99 PLN w aplikacji Nowej Fantastyki

DLA KOGO: dla lubiących fantastykę nieoczywistą gatunkowo, z pogranicza, subtelną. Dla osób, którym mało w fantastyce postaci trochę nietypowych – w tym przypadku, starszych, w jesieni życia. Dla lubiących japońskie klimaty w literaturze.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (3): Olga Niziołek, “Ogród rozkoszy ziemskich”

Olga Niziołek, pisarka i tłumaczka, jest jedną z tych osób, które swoimi tekstami zwróciły w roku 2020 moją (i pewnie nie tylko moją) szczególną uwagę. W Nowej Fantastyce (11/ 20) opublikowała bardzo ciekawą “Podróż do wnętrza psa”, błysnęła też udanym, moim zdaniem, przekładem “Prime Meridian” Silvii Moreno-Garcii (a ja jestem fanką tego tekstu i miałam zdecydowaną wizję, jak powinien zostać przetłumaczony 😀 ); ukazał się, pod tytułem “Pierwszy południk”, w NF 06 / 2020. “Podróż…” to też bardzo udany tekst i spokojnie mógłby znaleźć się wśród moich Zajdlowych polecanek, ale do analizy wybrałam, pochodzący z antologii Tęczowe i fantastyczne, wizyjny i psychologiczny jednocześnie “Ogród rozkoszy ziemskich”.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka antologii – ilustracja autorstwa Samanthy „Niemti” Niemczyk

Tekst Olgi Niziołek rozpięty jest w intrygujący i niebanalny sposób między dwoma biegunami – z jednej strony utrzymanego w weirdowej konwencji światotwórstwa, z drugiej – psychologicznej, bardzo prawdziwie oddającej zresztą ludzką naturę historii narratorki i kręgu związanych z nią osób: partnerki Marty, opiekującej się ich wspólnym synkiem, kolegi z pracy Dariusza, aspirującego poety, wreszcie – obecnej przede wszystkim we wspomnieniach i obsesjach narratorki siostry. Ta strona tekstu dowodzi dużej wrażliwości autorki na ludzką naturę i wyczucia w opisywaniu historii, bez tendencji do przedramatyzowywania czy epatowania czytelnika tragediami postaci. Tu mamy zwykłą codzienność: jakoś tam satysfakcjonującą, ale pozostawiającą niedosyt pracę narratorki, robotnicy zatrudnionej w Ogrodzie Rozkoszy Ziemskich, jej rozpadający się związek z Martą, który niszczy tak zwana proza życia (Marta jest znużona ciągłym siedzeniem w domu i opieką nad niemożliwym do posłania do przedszkola dzieckiem, narratorka fantazjuje o innych kobietach i nie ma siły ani chyba też chęci, by ratować dotychczasową relację), wspomnienia z mało szczęśliwego dzieciństwa i trudnej, ale kluczowej dla narratorki relacji z siostrą. Bardzo doceniam w tym opowiadaniu umiejętność oddania emocji, subtelność i wyciszenie tego, jak Olga Niziołek opisuje dzieje bohaterów, nigdy nie próbując pogrywać na wysokim C tragedii ani szantażować emocjonalnie dramatami bohaterek osób, które jej tekst czytają.

Jednocześnie ta obyczajowa, wiarygodna psychologicznie historia wpisana jest w fantastyczny, najbliższy chyba konwencji weird fiction świat. Narratorka pracuje w ożywionym, a jednocześnie całkowicie skomercjalizowanym Ogrodzie Rozkoszy Ziemskich, opartym na obrazie Hieronima Boscha, pełnym żywych istot przeniesionych wprost z dzieła sztuki, ale, podobnie jak ona, udręczonych. One marnieją, wystawiane na widok publiczny jako zabawka dla znudzonych bogaczy; ją męczy fakt, że jako szeregowa, fizyczna pracownica jest, a raczej powinna być, niewidzialna dla odwiedzającej Ogród klienteli – nawet jeśli jedną z klientek jest jej własna, rodzona, utracona siostra. Zamknięcie, uwięzienie – czy to w relacji, czy w rutynie, we własnej cielesności czy po prostu fizycznie w miejscu takim, jak otoczony murem, dostępny dla posiadaczy biletów Ogród – to jeden z kluczowych tematów opowiadania. I chyba nie jest przypadkiem, że przy całym smutku, jaki dominuje w tekście Olgi Niziołek, ostatecznie prawie każda postać ze swojego więzienia się uwalnia: Marta odchodzi z dzieckiem, by związać się z Dariuszem, Dariusz wydaje tom wierszy, narratorka wypuszcza z ogrodu Sfinksa, a sama robi pierwsze kroki jednocześnie ku zerwaniu z obsesyjnym chodzeniem po śladach siostry i, być może, odzyskania z nią jakiegoś rodzaju porozumienia, na które po cichu liczy. Nie ma tu łatwego happy endu, ale jest wyraźnie wyartykułowana nadzieja na małe, powolne, pozbawione dramatyzmu, ale jednak – zmiany.

Weirdowy świat stworzony przez Niziołek nie domaga się dookreślenia ani wyjaśnień – czemu bohaterka ma fizyczne cechy dzika, a jej partnerka – sowy, czemu ich synek wygląda jak porośnięty sierścią należącą do młodego warchlaczka? Czym jest Ogród i żyjące w nim istoty – ludzką kreacją? A może czymś, co jest sednem tego świata i źródłem jego dziwacznej natury? Niesamowitość zderza się w tym opowiadaniu z codziennością pociągów, przedszkoli i finansowych kłopotów, fantastyczność idzie ręka w rękę z realizmem – i tworzy to wszystko efektowną i zapadającą w pamięć całość.

Ogród rozkoszy ziemskich” Hieronima Boscha (1450 – 1516), ze zbiorów muzeum Prado w Madrycie. Jak się dobrze przyjrzymy, to będziemy w stanie zrekonstruować miejsca odwiedzane przez bohaterki.

GDZIE ZNALEŹĆ: W antologii Tęczowe i fantastyczne

ZA ILE: do ściągnięcia za darmo w wybranym formacie.

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction i mocno psychologizującą fantastykę, dla której kluczowe są ludzkie charaktery i natura. Dla lubiących sztukę i jej ogrywanie w fantastyce. Nie dla czytelników szukających szybkiej akcji i dramatycznych twistów w fabule.