Zew Zajdla 2020: opowiadania (4): Marta Magdalena Lasik, “Głos Słońca”

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Dzisiaj chciałabym w paru słowach zareklamować opowiadanie autorki, która pierwszy raz zwróciła moją uwagę kilka lat temu, opowiadaniem “Zwierciadło w dziurce od klucza” opublikowanym w antologii ŚKF Skafander i melonik. Bardzo mnie wtedy zaintrygował ten tekst oryginalnością pomysłu i od tej pory śledzę pisarstwo autorki – która, poza tym, jest także utalentowaną fotograficzką. Jej inspirowane kulturą japońską opowiadanie z NF jest jednym z tych, które bardzo pozytywnie zapamiętałam z Nowej Fantastyki w roku 2020.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka numeru NF z opowiadaniem

Opowiadanie Marty Magdaleny Lasik gatunkowo mieści się gdzieś pomiędzy subtelną niemal-science fiction a lekko naszkicowaną (urban) fantasy. Mocno zanurzone w japońskim klimacie, pełne obcych nazw i określeń, zmusza do lektury uważnej i starannej, ale czytelnik/-czka lubiący taką fantastykę – niespieszną, wysmakowaną, nastrojową, pozbawioną szybkich zwrotów akcji – doceni klimat i pomysł.

Pod pewnymi względami opowiadanie Lasik kojarzy mi się z jednym z moich ulubionych tekstów z Hardej Hordy – “Dróżniczką” Aleksandry Janusz. Te skojarzenia nie wiążą się tylko z japońskim tłem – raczej z nastrojem schyłkowości, nostalgiczności, z kluczową rolą osób starszych jako bohaterów.

Nie każdy młody autor, a z taką osobą piszącą mamy do czynienia, radzi sobie ze skutecznym i wiarygodnym kreowaniem postaci ludzi starszych – nie oszukujmy się, tacy bohaterowie i bohaterki nie są codziennością fantastyki, choć oczywiście są wyjątki. Marcie Magdalenie Lasik wychodzi to bardzo dobrze. Zarówno główna bohaterka, pani Wèi jak i obecny w pamięci bohaterów jej nieżyjący mąż Ootori Mikihiko, a także zauroczony wdową-emigrantką od lat sklepikarz, pan Nishimura, to są postacie prawdziwe i psychologicznie przekonujące, ukazane w subtelnym detalu. Popatrzmy na scenę, kiedy pani Wèi przez pomyłkę tłucze ostatni kupiony przez męża talerzyk i konstatuje smutno z rzeczy jej męża pozostała już tylko ona.

Pani Wèi myśli o sobie jako o rzeczy swojego męża. Choć może ona sama o tym nie wie, jest, w pewnym sensie, ciągle przez niego związana, choć on od dość dawna nie żyje. Tylko pan Nishimura wie, że Ootori Mihiko zakopał pod drzewem w pobliżu wioski serce swojej przywiezionej z podbitej ziemi żony.

Historia w opowiadaniu Lasik obraca się wokół dwóch głównych motywów – tej właśnie kwestii serca pani Wèi i tytułowego Głosu Słońca. To, czym jest Głos, poznajemy powoli, z rozmów bohaterów, z uwag cesarskiego urzędnika Ikeuchi Kaoru, przybyłego do wymierającej, zamieszkałej jedynie przez starców wioski Itoeru – autorka nie serwuje nam przekazywanych wprost informacji, tylko prowadzi nas powoli, krok po kroku, do odkrycia kluczowego fantastycznego tematu, jakim jest taiyō no koe, Głos Słońca, potężna broń związana w jakiś sposób z duszami mieszkańców. Lasik w ogóle prowadzi nas ku sekretom swojego tekstu powoli – o panu Mikihiko na początku wiemy tylko tyle, że był mężem pani Wèi i człowiekiem cenionym za uczciwość, dopiero z czasem poznajemy prawdę o jego działalności jako wielkiego cesarskiego mistrza splatania, twórcy Głosów Słońca, mistrza wojny i jako tego, który – z miłości, tak jak sam ją rozumiał? – zrobił krzywdę ukochanej żonie, wiążąc ją na zawsze z miejscem, w którym żyli. Ta subtelność, to powolne odkrywanie świata, po którego ścieżkach autorka nas prowadzi, to, jak dla mnie, jeden z wielkich uroków tego opowiadania.

Marta Magdalena Lasik to jeden z tych głosów w polskiej fantastyce, który mnie intryguje, autorka, której teksty śledzę i czytam na bieżąco – także wtedy, kiedy odchodzi od będącej jej specjalnością SF w kierunku takich niejednoznacznych gatunkowo tekstów, jak “Głos słońca”.

Kano Sanraku, “Drzewa śliwy”, XVII wiek

GDZIE ZNALEŹĆ: W Nowej Fantastyce 8/2020; PS. W tej samej NF jest też intrygujące i oryginalne opowiadanie Radka Raka, ale szczerze wątpię, żeby laureat Nike potrzebował mojej reklamy 🙂

ZA ILE: 8.99 PLN w aplikacji Nowej Fantastyki

DLA KOGO: dla lubiących fantastykę nieoczywistą gatunkowo, z pogranicza, subtelną. Dla osób, którym mało w fantastyce postaci trochę nietypowych – w tym przypadku, starszych, w jesieni życia. Dla lubiących japońskie klimaty w literaturze.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (2): Mateusz Kopacz, “Teatr chemiczny”

W przerwie od pisania bardzo długiego tekścidła analitycznego o cyklu “Terra Ignota” Ady Palmer wracam do Zajdlowych polecanek. O co w tym chodzi i jak głosować – wyjaśniam w poprzednim wpisie z tego cyklu.

Dzisiaj parę słów o tekście autora, którego do tej pory nie kojarzyłam jako pisarza, choć znałam jego nazwisko z przekładów. “Teatr chemiczny” Mateusza Kopacza to jeden z moich ulubionych tekstów ze zbioru Sny umarłych 2020.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Ilustracja na okładce: Tomoki HayasakaA

Mateusz Kopacz, znany tłumacz oraz propagator twórczości H. P. Lovecrafta, napisał dla Snów umarłych jedno z najciekawszych opowiadań w tym w ogóle naprawdę niezłym zbiorku. I jakkolwiek nazwisko autora tekstu przywołuje, bo musi, Lovecraftowskie skojarzenia, tekst pogrywa z ideami i koncepcjami kojarzącymi się z twórczością autora Koloru z przestworzy w sposób niebanalny i nieoczywisty, odwołując się przy tym szeroko i do innych zjawisk z zakresu literatury grozy.

Lovecraftowsko kojarzył mi się w tym tekście przede wszystkim narrator: nawiedzony mizantrop-chemik, obserwujący dramaty życia sąsiadów chłodnym okiem uczonego, przyglądającego się im z pobłażaniem i lekceważeniem, dopóki jego uwagi nie zwróci dziwne zachowanie syna sąsiadów. Ten niemrawy, leniwy, rozkojarzony, zamknięty w sobie, zafiksowany na kilku przyjemnościach nastolatek też nie umyka krytycznemu i mizantropijnemu oku bohatera (kretynizm tej pokraki o zaokrąglonym brzuszku i cofniętej klatce piersiowej budzi w narratorze pogardę, choć jest ona zaprawiona ciekawością – a i świadomością łączących narratora i bohatera podobieństw). Wydaje się, że jednostronna, voyeurystyczna interakcja tych postaci – narrator podglądający obsesyjną syllogomanię bohatera i znoszone przez niego do domu pozornie przypadkowe przedmioty – będzie osią opowieści, ale Kopacz w pewnym momencie robi ostry zwrot: w scenografii godnej klasycznego, gotyckiego horroru – lodowata burza w środku nienaturalnie upalnego, dusznego i lepkiego lata, ścielące się wszędzie mgły, nadnaturalnie pociemniałe niebo – znika bohater; znika w ślad za swoim skarbem, który wcześniej, kiedy jeszcze dookoła panował upał, jego matka utopiła w kompostowniku. Od tej pory w centrum wydarzeń jest narrator-obserwator, który w interakcję z podglądanymi przez siebie ludźmi wchodzi tylko raz, kiedy rozmawia z rodzicami zaginionego nastolatka niedługo po jego zniknięciu. Potem – już tylko patrzy i raz, jeden raz próbuje spotkania z Nieznanym.

Nieznane wyrasta z syfu, gnoju, śmieci i oślizgłych resztek, kiszących się w kompoście, do którego matka wyrzuciła skarby syna, będące sensem jego życia. Zapłodnione tym aktem zniszczenia, napędzone nieznośnym letnim upałem, ożywione, jak monstrum Frankensteina, trafieniem pioruna nowe życie – cuchnące, lepkie, śliskie, ani roślinne, ani zwierzęce, trochę jak ukwiały, trochę jak napęczniały, czerwony owoc, trochę jak jajo – zaczęło kiełkować w brudzie i zgniliźnie kompostownika. I, naturalnie, budzić różne reakcje u obserwatorów.

Wokół tych reakcji skupia się druga część opowiadania. W centrum stoi moment, przypomniany później w finale, kiedy na co dzień zamknięty w pokoju, pozostający w odosobnieniu narrator wychodzi, by spojrzeć w “twarz” Nieznanego. Reszta tekstu skupia się na reakcjach małego, lokalnego światka – jedna ulica, parafianie jednego kościoła – na to, co się powoli wykluwa w ogrodzie.

Tekst Kopacza bardzo udanie balansuje między konwencjami. Ma w sobie coś z tradycyjnej opowieści niesamowitej: najbardziej przywodzą mi ją na myśl erudycyjne, celowo pretensjonalne wstawki narratora, charakteryzujące go jako alchemika raczej niż chemika, te flanele Flamela, uwagi o cynobrze jako sanguis draconis, wzmianki o Jakubie Boehme, rzeczy wynurzające się z Tartaru… Zarówno w sferze odwołań przywoływanych w wypowiedziach narratora, jak i w ich stylistyce wyraźne są nawiązania do klasyki literatury grozy. Tu też mamy jakieś blade ślady Lovecrafta; widziałabym je, jeśli gdziekolwiek, to w obsesyjnej fascynacji narratora Nieznanym, nawet jeśli to nieznane miałoby okazać się zabójcze. Z klasycznej quasi-Lovecraftowskiej grozy, lekko kojarzącej mi się z “Kolorem z przestworzy”, jest też zakończenie, kiedy po zniszczonej w groteskowym akcie demolki istocie pozostał duch, tajemna esencja życia, eteryczny eliksir, ciągle obecny w miejscu, w którym wyrosło jajo.

Obok konwencji klasycznej opowieści niesamowitej Kopacz umiejętnie i pomysłowo pogrywa też innymi, w tym przede wszystkim weirdową groteską, momentami wręcz na pograniczu bizarro. Z tą ostatnią konwencją łączy go nie tyle struktura opowiadania – ona jest logiczna i zachowuje klasyczne reguły wynikania – co groteskowość wywodów księdza (kompost i Kompostella, boska rola w stworzeniu tego czegoś, co wyrasta w kompoście) i cała otaczająca rodzące się Nieznane aura gnicia, smrodu, podniesionego do rangi stworzycielskiej mocy rozpadu śmieci, odpadków i resztek.

Kluczem do interpretacji tekstu z punktu widzenia narratora wydaje się alchemia – bez zrozumienia znaczenia rtęci w alchemii ostatnia scena pozostaje chyba niezrozumiała. Zakończenie jest zresztą otwarte, pozostawia więcej chyba pytań niż odpowiedzi. Co się stało? Dlaczego tak nieznośnie dręczące narratora (a przez to i nas) napięcie i pytania o nowe życie rozwiązało się nie w triumfie czegoś obcego i przerażającego, a w przyziemnym, brutalnym akcie zniszczenia? Czy Nieznane naprawdę umarło? Co narrator-bohater zrobił z fiolką rtęci i do czego była ona nowemu Życiu potrzebna? No i czy w ogóle możemy wierzyć w choć jedno słowo naszego niewiarygodnego, żyjącego we własnym świecie narratora?

“Teatr chemiczny” to tekst intrygujący i nieoczywisty, literacko wieloznaczny, pokazujący nie tylko znakomite panowanie autora nad językiem i literackimi konwencjami, ale i umiejętność połączenia w jedną całość motywów i klimatów pozornie sprzecznych i się wykluczających. Dla mnie jeden z najjaśniejszych punktów tego zbioru.

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Sny umarłych 2020 , tom I, wydawnictwa Phantom Books.

ZA ILE: Obecnie w sklepie Okolicy Strachu za 38 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction i grozę idącą w kierunku niesamowitości, w tym wypadku – osadzoną nie w odległych czasach i miejscach, ale w lokalnych polskich realiach. Dla tych, którzy mają ochotę na koktajl grozy i groteski w różnych, ale mistrzowsko wymieszanych wariantach.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (1): Michał Brzozowski, “Nakręcia głowy”

W zeszłym roku, po od-zombieniu bloga, postanowiłam podzielić się z czytelnikami swoimi typami do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Konkretniej – na tym etapie – tekstami, które mam w swojej szerokiej puli do nominacji i z których wybiorę swoją piątkę. W tym roku też postanowiłam kontynuować ten pomysł. A że właśnie dziś zaczyna się sezon nominowania do nagrody – wydaje mi się to najlepszym momentem, by zacząć.

Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla przyznaje się ją co roku, a w głosowaniu biorą udział osoby, które albo obecne są na Polconie, albo wykupiły akredytację wspierającą i głosują zdalnie – co zapewne w tym roku będzie ciągle oznaczać głosowanie zdalne. Nominować jednak może absolutnie każdy. Wystarczy wybrać do pięciu swoich ulubionych opowiadań i do pięciu powieści i zagłosować na nie przy pomocy specjalnego formularza, dostępnego online.  Te teksty, które dostaną najwięcej głosów, uzyskają oficjalną nominację i to spośród nich realni i korespondencyjni uczestnicy Polconu – albo, jak w 2020, ci, którzy zdecydowali się na wykupienie za kilka PLN (dosłownie) akredytacji do głosowanie – wybiorą nagrodzone teksty. 

I tu pojawia się pytanie: jak wybierać? Listy pomocnicze, opracowane przez niezastąpioną ekipę Zewu Zajdla, liczą po solidne kilkaset opowiadań i powieści. Nie oszukujmy się, jako całość to jest nie do przeczytania dla 99, 99% z nas. I oczywiście, jakąś metodą wyboru jest po prostu zagłosowanie na ulubieńców. Większość z nas pewnie ma takich pisarzy, na których nowy tekst zagłosuje w ciemno, zakładając, że cokolwiek XY napisze, będzie lepsze niż reszta. Żeby nie być gołosłowną – podejrzewam, że dowolna powieść fantastyczna Anny Brzezińskiej będzie miała u mnie zapewnione miejsce na nagrodowej liście.

Ale… ale można próbować poszerzyć swoje normalne czytelnicze wybory. Nie twierdzę, że zrobienie niemożliwego założenia “Przeczytam WSZYSTKO, potem nominuję” jest realistyczne albo sensowne, ale może warto zerknąć szerzej? Rok 2020 obfitował w dobre a dostępne antologie, także te darmowe – być może zajrzenie do którejś i poświęcenie czasu na przeczytanie jednego czy drugiego opowiadania w lubianym gatunku – albo wręcz przeciwnie, w nowym, którego nie znamy – to dobry pomysł? Lektura powieści to spora inwestycja czasu, ale opowiadania czyta się zazwyczaj dość szybko. Kto wie, może znajdziemy kolejnego interesującego autora lub autorkę?

Moje zamiłowanie do czytania sporej ilości polskich antologii i zbiorów wiąże się, po części, z faktem, że od samego początku biorę udział w akcji Zew Zajdla, mającej na celu propagowanie polskiej fantastyki i świadomego nominowania do nagród. I oczywiście wiem, że nie każdy ma na przeglądanie – nawet darmowych – antologii czas i ochotę, ale ponieważ ja akurat lubię, to pozwolę sobie na tę prywatę i zareklamuję na blogu kilka tekstów, które uważam za warte nominacji. Zacznę od opowiadania Michała Brzozowskiego “Nakręcia głowy”, które ukazało się w antologii Weird fiction po polsku (Phantom Books Horror, 2020).

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka antologii, autorstwa Vladislava Chenchika

“Nakręcia głowy” znakomicie wpisały się w formułę weirdowego tomu, w którym się znalazły. Tekst Michała Brzozowskiego balansuje między absurdem (od którego wychodzi) i elementami groteski a emocjonalnie wiarygodną historią o dojrzewaniu nietypowego bohatera.

Punktem wyjścia autora jest ogranie podwójnego znaczenia słowa “błyskotliwy”. Nie, to, które nam najpierw przychodzi na myśl, nie jest w tym świecie znaczeniem prymarnym. Główny bohater, Zygmunt, od urodzenia jest jednym z nielicznych błyskotliwych. Co to znaczy tak naprawdę, być człowiekiem-lampą i swym blaskiem oślepiać innych? Skąd bierze się taka odmienność? Zgodnie z założeniami weirdowej konwencji, autor nie wyjaśnia, bo i nie musi – wszystko, co nam potrzebne, to fakt, że Zygmuntowi już w dzieciństwie przykręcono na głowie abażur, tytułowe nakręcie głowy.

Błyskotliwych jest niewielu, a mimo to kultura w ich świecie przedstawia ich jako potwory. Zygmunta i jemu podobnych od dzieciństwa uczono, jakie bestie kryją się pod abażurami. Jak bardzo błyskotliwi są niebezpieczni, jak bardzo powinni być wdzięczni, że w ogóle pozwala im się przebywać wśród zdrowych i poza abażurami nie zakłada się im na pyski kagańców. Również wzorce, jakie tamtejsza kultura pokazuje błyskotliwym, są jednoznaczne – społeczeństwo widzi w nich potencjalnych zamachowców, morderców i potwory, gdyż wybuch światła błyskotliwego jest zabójczy dla znajdujących się w pobliżu zwykłych ludzi (dla samego błyskotliwego takoż, ale kogo to obchodzi…).

Historię Zygmunta w “Nakręciach głowy” opowiada nam zdystansowany, wszechwiedzący, lekko ironiczny trzecioosobowy narrator, zmieniający się czasami w narrację z punktu widzenia bohatera. Oczyma narratora oglądamy historię bohatera – od narodzin do śmierci – skupioną wokół klasycznych problemów dojrzewania: poszukiwania bratniej duszy, prób romansu, buntu przeciwko ograniczeniom i przeciw społeczeństwu, próbę znalezienia swojego miejsca w świecie… Brzozowski nigdy nie ześlizguje się w tym tekście w prostą alegorię, w próbę wskazania, metaforą kogo mieliby być błyskotliwi – i dzięki za to wszelkim bogom literatury, bo dzięki temu jego tekst pozostaje niejednoznaczny i zagadkowy, wymykający się prostym, moralizującym interpretacjom.

Na schemat obyczajowej de facto opowiastki o dziejach bohatera nakłada się w pewnym momencie drugi typ konwencji. Z rozczarowanym do świata i ludzi Zygmuntem nawiązuje kontakt sekretna, znana tylko z awanturniczych opowieści organizacja: Stowarzyszeniu Abażurzystów, będące zbrojnym podziemiem błyskotliwych. Oczywiście okazuje się, że w tym wszystkim czai się i spisek normalnych, i wielka rola, jaką błuyskotliwi odegrali w historii świata…. Brzozowski pomysłowo ogrywa tu (i odwraca) konwencje szpiegowskiego thrillera. Zwerbowany metodami znanymi doskonale z powieści szpiegowskich, Zygmunt zaczyna eksplorować swoją wrodzoną błyskotliwość, by w końcu zrzucić okowy abażuru, spuścić ogary idei ze smyczy i – no cóż, łatwo mu poszło znalezienie tej super-zakonspirowanej organizacji, prawda? A każdy, kto czytał/oglądał dobre thrillery polityczne, wie, co to znaczy, kiedy za łatwo idzie nam dostanie się do supertajnej komórki agentury…

Za bodaj najmocniejszą stronę opowiadania Brzozowskiego, poza nieokiełznaną wyobraźnią (która spodobała mi się u tego autora już wcześniej) uważam to, jak udało mu się, nie rezygnując z absurdu i groteskowości, poprowadzić swoje postacie tak, by budziły w czytelnikach sympatię i rzeczywiste współczucie. Ani szukający swego miejsca i buntujący się przeciw własnej kondycji Zygmunt, ani za wszelką cenę próbująca wpisać się w społeczne konwencje Natalia, która, choć sama błyskotliwa, nazywa normalnymi zwykłych ludzi i stara się żyć, jak oni, nie są tylko autorskimi zabawkami ani rekwizytami w opowiadaniu: przy całym absurdzie punktu wyjścia autor charakteryzuje ich subtelnie i wiarygodnie, a dzięki temu sprawia, że ich losy obchodzą czytelnika i wywołują wzruszenie, gniew, przejęcie. To jest przy tym bardzo udany tekst także stylistycznie, ogrywający pomysłowo dwuznaczność błyskotliwości i wypalenia, twórczo pogrywający konwencjami. Na pewno zalicza się do moich ulubionych w tym tomiku i uważam, że zdecydowanie wart jest uwagi w kontekście ewentualnych nagrodowych nominacji.

Ilustracja stąd

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Weird Fiction po polsku, tom I, wydawnictwa Phantom Books. To samo opowiadanie we wcześniejszej wersji można przeczytać na stronie portalu Nowej Fantastyki.

ZA ILE: Obecnie w sklepie Okolicy Strachu za 28 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction, absurd, lekką groteskę – ale niekoniecznie już np. bizarro. Dla osób ceniących inteligentne gry z językiem i konwencjami oraz wiarygodne, nawet jeśli dziwne, postacie.

UWAGI: Na liście pomocniczej do Nagrody im. Janusza A. Zajdla są jeszcze dwa inne opowiadania tego autora: szort “Śladami Kartezjusza” w “NanoFantazjach 2” (Fantazmaty) i błyskotliwe (pun intended) “Smuteczkowe promieniowanie tła” w Snach umarłych 2020, t. 1, o którym to tekście prawdopodobnie jeszcze tu napiszę.

Uwaga dla dociekliwych: tak, w tym samym zbiorze, co “Nakręcia głowy”, jest i moje opowiadanie. Nie, nie dlatego chwalę teksty z tego zbioru XD.

 

Zew Zajdla (8). Powieści: Karolina Fedyk, “Skrzydła”

Dzisiejsza rekomendacja to mój pewny typ powieściowy do nominacji. Debiut powieściowy Karoliny Fedyk powinien był, moim zdaniem, doczekać się szerszego docenienia i mam szczerą nadzieję, że uzyskanie przez autorkę nominacji do nagrody im. Macieja Parowskiego dla obiecujących młodych twórców fantastyki będzie pierwszym do tego krokiem.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Jeżeli naprawdę nie chcesz znać żadnych szczegółów, przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Karolina Fedyk to kolejna z młodych stażem twórczyń i twórców w polskiej fantastyce, których nazwiska warto zapamiętać. Jej pierwsza powieść, wydana przez SQN w nierównej i chyba nieco “odpuszczonej” promocyjnie serii Fantastycznie Nieobliczalni, to, w mojej ocenie, na pewno najciekawszy powieściowy debiut fantastyczny 2019 w Polsce, a i nie wiem, czy nie najlepsza polska powieść fantastyczna tego roku (1).

Powieść Fedyk wygrywa przede wszystkim dwoma elementami. Po pierwsze, jest bogata i oryginalna światotwórczo. Autorka ukazuje nam starannie dopracowaną, własną wizję fantastycznego świata. Z jednej strony jej koncepty zakorzenione są w tradycji i najlepszych doświadczeniach gatunku (myślę, że Michał Cetnarowski raczej jej nie docenia, porównując z szalenie popularnym Brandonem Sandersonem, od którego – wiem, paradoks – polska debiutantka jest akurat światotwórczo IMHO ciekawsza i bardziej pomysłowa). Z drugiej strony Fedyk korzysta śmiało, przy budowie swojego świata, z doświadczeń antropologii i mitoznawstwa, odwołuje się też do zwyczajów, tradycji i koncepcji wielu kultur. Efektem jest świat, który nie jest ufantastycznioną wersją jednej ludzkiej kultury, ale barwnym, bogatym (ile tu nazw i miejsc! I ile językowych skojarzeń – fińskich, greckich, innych) konstruktem – obcym, a jednocześnie zbudowanym z elementów, które rozpoznajemy jako znane i wiarygodne; wystarczy spojrzeć na to, jak umiejętnie i pomysłowo Fedyk kreuje religię i mitologię w swojej powieści. Świat Raseny, gdzie magia powoływała do życia rzeczywistość, jest efektowny i dostatecznie obco niezwykły, żeby śnić się potem czytelnikom – a przynajmniej tej czytelniczce – po nocach. Ten świat – fantastyczny, dzięki subtelnej obecności wątków prawie-postapokaliptycznych bliższy momentami pomysłom na świat Andrzeja Sapkowskiego niż typowej secondary world fantasy – to zdecydowanie coś, dzięki czemu nie chcecie przegapić tej książki.

Drugą ogromną zaletą powieści Fedyk jest jej dbałość o kreacje postaci. To nie jest tekst do pochłonięcia w jeden wieczór – także dlatego, że bohaterowie są liczni i zróżnicowani i czytelnikowi zajmuje chwilę ogarnięcie myślą tej grupy. Fedyk stara się dawać nam postacie nieoczywiste, odbiegające od standardowego repertuaru fantasy, a jednocześnie subtelnie zarysowane i psychologicznie wiarygodne. Nieczęsto akurat w takiej fantasy, skupionej na kreacji świata, spotka się aż takie wyczucie do kreowania bohaterów.

Dodajmy do tego złożoną, misterną fabułę i fakt, że po tej powieści czytelnik zostaje z mnóstwem pytań: o relację człowieka i bóstwa, o rolę magii, o kwestie podboju, trwania kultur, osobistej wolności – a będzie chyba oczywiste, skąd moja wysoka ocena.

(1) Nie czytałam powszechnie docenianej powieści Distortion Cezarego Zbierzchowskiego, ale podejrzewam, że dostanie nominację do Zajdla i bez mojego głosu (szczerze mówiąc, patrząc po tym jak była oceniana, typowałabym ją w ogóle do zwycięstwa) – a wtedy ją nadrobię. Mam też lekko mieszane uczucia wobec skądinąd obiektywnie bezdyskusyjnie dobrej Baśni o wężowym sercu Radka Raka, co nie znaczy, że nominacja dla niej by mnie zdziwiła albo zmartwiła – z mojej konkretnej czytelniczej perspektywy każda nominacja dla fantastyki ambitnej, nowatorskiej, kulturowo zakorzenionej w szerokim literackim i społecznym kontekście to zysk 🙂

Ptaki w parku Tête d’Or w Lyonie. Zdjęcie moje.

GDZIE ZNALEŹĆ: Wydawca: SQN, seria Fantastycznie Nieobliczalni. Jest wydanie e-bookowe

ZA ILE: W tej chwili poniżej 25 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących bogate światotwórstwo – w tym fantastyczne religie, ustroje, społeczności – skomplikowane i barwne światy, złożonych i nieoczywistych bohaterów. Przy czym – dla tych, którzy szukają w fantasy niekoniecznie tylko powielania modelu niegdyś stworzonego przez Tolkiena. i dla tych, którzy pamiętają “Róże dla Sirocco” Anny Brzezińskiej, bo to podobna światotwórcza wrażliwość.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla (7): Opowiadania. Krzysztof Rewiuk, “Der Fischerkönig”

Ostatnie chwile na głosowanie, ostatnie rekomendacje Zajdlowe. Dzisiaj – opowiadanie dla tych, którzy tęsknią za arturiańskimi klimatami – choć, powiem od razu, to nie jest tak do końca tekst o rycerzach, damach i Świętym Graalu. Spodziewajcie się dworzan w tużurkach raczej niż w turniejowych zbrojach.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Jeżeli naprawdę nie chcesz znać żadnych szczegółów, przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło: strona Fantazmatów

„Der Fischerkönig” Krzysztofa Rewiuka pomysłowo zderza fantastyczne elementy ze światem dziewiętnastowiecznej Europy, a konkretniej – z dworem szalonego króla Ludwika Bawarskiego: dworem człowieka popadającego w obłęd, zakochanego w baśniach i rycerskich opowieściach, będącego przy tym protektorem i mecenasem Richarda Wagnera. Ten konkret jest ważny: w opowiadaniu Rewiuka operowe skojarzenie z Lohengrinem Wagnera jest świadomie umieszczone wewnątrz świata przedstawionego. W końcu bohaterami są Ludwik II Bawarski i Lohengrin, mistyczny rycerz z opery pod tym samym tytułem, a muzyka Wagnera pełni funkcję łącznika pomiędzy światami: to jej odtworzenie sprowadza rycerza z zamku Graala na smutny bal na dworze szalonego króla. Lohengrin jest tu zresztą w roli podobnej raczej do Parsifala, tytułowego bohatera innej opery Wagnera: pojawia się, nie rozumiejąc świata dookoła i nie wiedząc, co to za miejsce i jaka ma w nim być jego rola, a przychodzi nie tyle po to, by ratować króla (jak Lohengrin operową Elzę), co by przynieść mu paradoksalnie i dziwacznie rozumiane wybawienie i odkupienie – tak jak mityczny Parsifal raczej niż Lohengrin (ojciec, a nie syn) daje nieszczęsnemu, dotkniętemu nieuleczalną raną Królowi Rybakowi, do którego tytuł tekstu Rewiuka się odwołuje.

Rewiuk pisze bardzo sprawnie, ciekawie literacko i jego tekst niewątpliwie ma szansę trafić do czytelników, których męczy z jednej strony literacka awangarda, ale z drugiej – banalnie proste historyjki, opowiadane i dopowiadane od początku do końca , bez pozostawienia pola wyobraźni czytelnika. Paradoksalnie, ten tekst ma niski “próg wejścia”, inaczej niż opowiadania przywoływanej tu wcześniej Agnieszki Fulińskiej – nie trzeba wiele wiedzieć o epoce, żeby cieszyć się lekturą tego opowiadania.

Ilustracja Zuzanny Malkowskiej do opowiadania Rewiuka

GDZIE ZNALEŹĆ: antologia Fantazmatów Ja, legenda

ZA ILE: Za darmo, do ściągnięcia w licznych formatach

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę historyczną, ale niekoniecznie chcących czytać z otwartą w drugim oknie Wikipedią. Dla osób ceniących literaturę arturiańską i retellingi. Dla tych, których cieszą historyczne i muzyczne nawiązania. Dla lubiących elegancką, staranną prozę.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla (6): Opowiadania. Krzysztof Matkowski, “Słowa, których nie powiem Łucji”

Głosowanie na Nagrodę imienia Janusza A. Zajdla powoli zbliża się do końca. Ale nie martwcie się, parę opowiadań jeszcze zdążycie przeczytać – a ja podpowiadam, że warto spróbować sięgnąć akurat po to.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery, choć bardzo nieduże. Jeżeli naprawdę nie chcesz znać żadnych szczegółów, przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło ilustracji: strona Fantazmatów

Opowiadanie Matkowskiego to labirynt – labirynt imion, przeszłości, świadomości i postaci, przez który szukamy drogi razem z bohaterem, choć on wie, mimo wszystko, więcej, niż czytelnik.

To nie jest pierwszy raz, kiedy uderza mnie w tekście tego autora jego zrozumienie dla ludzkiej natury. Matkowski nawet pisząc do antologii Ja, legenda nie kreuje postaci herosów – ani, tak po prawdzie, nie stara się ukazywać swoich bohaterów jako szczególnie miłych, sympatycznych czy sugerujących, że czytelnik mógłby ich pokochać. To nie znaczy, że nie można się z nimi identyfikować. Tak jak w poprzednim polecanym tu opowiadaniu Matkowskiego, tak i tu bohater jest, tu bardzo paradoksalnie, głodny życia – głodny zmysłowo, gwałtownie i z całej siły; i tę zmysłowość, ten głód czytelnik czuje niemal namacalnie, dzięki obrazowemu a jednocześnie oszczędnemu stylowi autora i jego bezbłędnemu panowaniu nad językiem. Odkładając ten tekst, czułam bohatera – czułam, wiedziałam, że gdzieś we mnie i pewnie w większości z nas siedzi ten sam rodzaj pragnienia: jeszcze krok, jeszcze raz skosztować potrawy, której zapach drażni umierające zmysły, jeszcze raz odjechać daleko, w zapamiętane z zapomnianego życia miejsce, jeszcze raz przekształcić kogoś na swój obraz i podobieństwo, jeszcze raz szukać, jeszcze raz – żyć. Nawet w umieraniu.

Nie chcę zdradzać konceptu, na którym ten tekst jest oparty – to za dobry pomysł, żeby go popsuć czytelnikowi w krótkiej polecankowej notce. Mogę powiedzieć jedno: tytułowe założenie antologii ten tekst realizuje aż za dobrze.

Matkowski jest oszczędny w opisywaniu emocji, nie popada w sentymentalizm ani w uczuciowe szantaże wobec czytelników, ale to nie znaczy, że tych emocji u niego nie ma: jeżeli chce, umie złapać czytelnika za gardło jednym zdaniem, tak jak łapie nieoczywistą historią miłosną, którą wplata w swój tekst. Koncept fantastyczny ogrywa niebanalnie i pomysłowo, zaczepiając go – jak już mówiłam – w starannie i wiarygodnie oddanych realiach psychologicznych. Jednocześnie nigdy nie pozwala nam zgubić z oczu faktu, że przy tym wszystkim jego tekst ma w sobie sporo z opowieści drogi, a nawet – z kryminału (jak bohater lekko ironicznie nazywa się Sherlockiem Holmesem, to pod pewnymi względami nie jest daleki od prawdy – poszukiwanie konkretnego wyjaśnienia i zrozumienia jest w końcu celem jego egzystencji, czymkolwiek by nie była).

I, widzicie, tak się złożyło, że wyszło mi z rachunków, że Krzysztof Matkowski napisał moje dwa ulubione opowiadania 2019. Serio, zapiszcie sobie to nazwisko.

Ilustracja Zuzanny Malkowskiej do opowiadania Matkowskiego

 

GDZIE ZNALEŹĆ: antologia Fantazmatów Umieranie to parszywa robota

ZA ILE: Za darmo, do ściągnięcia w licznych formatach

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę osadzoną mocno w psychologii postaci – niebanalnych, niekoniecznie łatwo miłych i sympatycznych. Dla wielbicieli literatury fantastycznej nie uciekającej od realizmu w opisie rzeczywistości, odważnej przy tym literacko. Dla tych, dla którzy lubią efektowne rozwiązania w prowadzeniu narracji i niekoniecznie chcą mieć wszystko kawę na ławę i po kolei, z objaśnieniami.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla (5): Powieści. Agnieszka Osikowicz-Chwaja, "Pamięć lasu"

W moim Zajdlowym cyklu – powieść, która raczej na pewno znajdzie się na mojej liście, nawet mimo że niekoniecznie reprezentuje typ fantastyki, po jaki najchętniej sięgam.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło ilustracji: strona wydawcy

Pamięć lasu Agnieszki Osikowicz-Chwai, pierwsza część zamierzonej trylogii, mieści się dość spokojnie w konwencji fantasy – choć  niekoniecznie tej klasycznej, post-tolkienowskiej. U Osikowicz-Chwai nie ma mnogości fantastycznych ras i istot, są ludzie – i coś, co być może z nich się rodzi, na nieszczęście ich samych i świata. W tle jest magia – ale specyficzna, obecna-nieobecna, nie tyle kusząca, co groźna. Ta magia jest wprost powiązana z mocą, która w tej powieści zajęła rolę magii jako siły napędowej fabuły: z polityką.

Choć sama akcja Pamięci lasu dzieje się na prowincji, z dala od centrum i stolicy kraju, do którego zabrała nas wyobraźnia autorki, cień polityki – tej wielkiej i tej małej, lokalnej – wisi nad bohaterami i ich światem. Wojna pokazała wszystkim jasno i dobitnie, do czego może prowadzić magia zaprzęgnięta w służbę niepohamowanych ambicji. Być może też stało się coś więcej – być może bycie nieludzkim na wojnie oznacza, że straci się człowieczeństwo także i w życiu powojennym…

Poniekąd od polityki zaczyna  się cała opisana w Pamięci lasu historia. Nie mogłam oderwać swoich refleksji o powieści Osikowicz-Chwai od dyskusji polityczno-historycznych, toczących się od lat w Polsce.  Żołnierze, który w powieści ukryli się w lasach – oddział dowodzony przez legendarnego Sarkina Saprina, kiedyś herosi i wojownicy o wolność, teraz coraz częściej zasługujący w oczach miejscowych mieszkańców na miano bandytów i tracący powoli człowieczeństwo, budzą wśród ludzi uczucia podobne gorące i podobne polaryzujące, jak żołnierze wyklęci w polskiej historii, tym bardziej, że nie tylko oni, ale i ich przeciwnicy działają w sposób, który można byłoby tylko nazwać nieludzkim. Na porządku dziennym są morderstwa, w tym kobiet i dzieci, gwałty, krwawa vendetta – a bohaterowie, żołnierze świeżo przybyłego na te ziemie oddziału, obarczonego trudną misją, muszą określić się i wybrać stronę w tym konflikcie, czy tego chcą, czy nie.

To jest powieść, w której obok polityki ogromną rolę odgrywa armia. Główni bohaterowie to regularni żołnierze – kobiety i mężczyźni – i ich dowódca. Oddział jest tu swego rodzaju bohaterem zbiorowym – postacie (a są liczne i jeśli nie jest się bardzo uważnym, łatwo się w tej mnogości zgubić) charakteryzowane tu są nie tylko indywidualnie, ale też przez swoją rolę w armii i związki z towarzyszami broni. To, że jest ich tak wiele, czasami sprawia, że charaktery troszkę się rozmywają albo pozostają nie do końca dookreślone – to nie jest tekst, który stałby psychologią postaci i ich charakterystyką; to raczej przeżywane przez bohaterów polityczno-etyczne dylematy wydają się ważniejsze.

Uwaga: to ostatnie nie znaczy, że mamy do czynienia z powieścią-traktatem, pełnym przemów postaci! Zupełnie nie: akcja jest dynamiczna, a już zwłaszcza zwolennicy fantastycznej batalistyki (acz takiej na małą skalę, potyczki raczej niż epickie bitwy!) znajdą tu coś dla siebie.

To nie jest do końca „moja” fantastyka – niekoniecznie sięgam akurat po militarnie zorientowaną fantasy, preferuję też narrację prowadzoną w mniej klasyczny sposób, niż u Osikowicz-Chwai – ale Pamięć lasu to niewątpliwie powieść ciekawa i warta uwagi czytelników.

Kiczowate zdjęcie drzew na Korsyce, moje własne

GDZIE ZNALEŹĆ: No niestety. Strona wydawcy, ale tylko w wersji papierowej.

ZA ILE: Od 25 PLN w tej chwili.

DLA KOGO: Dla wielbicieli dość klasycznej i klasycznie opowiedzianej fantasy, choć nie Tolkienowskiej, raczej przefiltrowanej, paradoksalnie, przez doświadczenia dark fantasy (nie jest miło). Dla lubiących fantastykę z wojnami w tle – ale uwaga, nie wojnami na skalę cyklu Wegnera, tu jest znacznie bardziej kameralnie.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla: Opowiadania (4). Agnieszka Fulińska, “Zima”

W ramach Zajdlowej serii pozwolę sobie zaproponować jeszcze jedno opowiadanie autorki, którą już polecałam. Dzisiejsza polecanka jest specyficzna, zawiera bowiem aż dwa disclaimery. Po pierwsze, patrz poprzednia notka – polecam tekst mojej przyjaciółki i współpracowniczki, i przyznaję się do tego głośno także dlatego, żeby wszystko było jasne: polecam, bo lubię to opowiadanie, a nie dlatego, że przyjaźnię się z jego autorką. Po drugie – o ile poprzednie polecanki były ze zbiorów albo rozreklamowanych i łatwo dostępnych w sprzedaży, albo wręcz z antologii odległych od czytelnika jedynie o jeden przycisk „pobierz za darmo”, o tyle tu sprawa jest bardziej skomplikowana i Sny umarłych wcale nie jest bardzo łatwo znaleźć.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

„Zima” Fulińskiej ukazała się w edycji 2019 polskiego rocznika weird fiction Sny umarłych, choć nie jest typowym weirdowym opowiadaniem: bliżej jej do onirycznej, sennej stylistyki realizmu magicznego niż do pomysłów z gatunku bizzarro. Wybrałam „Zimę”, mimo że w stosunku do innych opublikowanych w 2019 opowiadań autorki jest trudno dostępna, zwłaszcza w obecnych czasach zamkniętych księgarń i zawieszonych kontaktów ze znajomymi i ich biblioteczkami, bo w całej dotychczasowej twórczości Agnieszki Fulińskiej jest to tekst dość nietypowy, i w swej nietypowości bardzo dla mnie ciekawy.

Większość publikowanych tekstów Fulińskiej – z wyjątkiem dostępnego w Esensji Auto da fe – składa się na jedno uniwersum, wpisane w konkretny czas: lata od rewolucji francuskiej do II połowy XIX wieku. „Zima” teoretycznie nie jest tu wyjątkiem: także i ona ma w tle wielką historię i tragedię odwrotu wojsk napoleońskich spod Moskwy. To stamtąd – choć nie wiadomo tak do końca, w jaki sposób – ranny bohater, Alexandre Meunier, zawędrował pod Kraków, na granicę Księstwa Warszawskiego, i przywlókł ze sobą coś, czego ani on, ani goszcząca go młoda Polka, Marianna Kruszewska, nie rozumieją i przed czym nie umieją się bronić. Tylko pytanie, czy w ogóle można się jeszcze bronić.

W opowiadaniu Fulińskiej dzieje się niewiele: w uporządkowane, smutne życie dziewczyny, której wszyscy bliscy wyruszyli na beznadziejną wojnę, powoli wpełza niepokój, a za nim – wszechogarniający mróz i chłód. Tekst stoi nastrojem – autorka umie budować klimat niepewności i nieokreślonego lęku, nie wchodząc przy tym nigdy do końca na terytorium horroru czy grozy sensu stricto, choć jej inne teksty dowodzą, że potrafi i to. Tu skupia się z jednej strony na budowaniu niepojącego, a jednocześnie fascynującego nastroju miejsca, które w fatalistyczny, powolny sposób poddaje się nadchodzącej zimie, z drugiej – na subtelnej historii relacji między bohaterami: nieznającymi się przecież (bo on, półprzytomny, długo bierze ją za pozostawioną we Francji zupełnie inną dziewczynę), a jednak jakoś, wbrew wszystkiemu, lgnącymi do siebie. Wiele tu niedopowiedzeń, sugestii raczej niż stwierdzeń i wyjaśnień. To ten oniryczny, senny nastrój i brak wyraźnego nacisku na historyczność odróżnia „Zimę” od innych tekstów autorki.     

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Sny umarłych.

ZA ILE: No i tu pojawia się pewien problem: nie czuję się dobrze, że polecam Wam tekst, który lubię i cenię, ale który jest dość trudno dostępny – o ile wiem, w tej chwili zakup Snów umarłych możliwy jest głównie na stronie wydawcy, choć jak z dostępnością, nie wiem. Gdyby jednak ktoś zapłonął namiętną chęcią przeczytania, podejrzewam, że może napisać do Autorki na Forum Nowej Fantastyki i zapytać o możliwości kontaktu z tekstem 🙂

DLA KOGO: Jeżeli lubisz narastający opresyjny klimat, historie z zimą w tle, nietypowe opowieści o uczuciach, nie będące klasycznymi romansami, fantastykę z XIX wiekiem w tle. Nie dla wielbicieli/ek szybkiego tempa akcji, krwistych opisów, grozy w typie gore.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla: Opowiadania (3). Aleksandra Janusz, “Dróżniczka”

Z cyklu notek o tekstach, które ja sama w tym roku chciałabym widzieć nagrodzone Nagrodą im. Janusza A. Zajdla, dziś opowiadanie Aleksandry Janusz “Dróżniczka” z tomu Harda Horda.

O tomie opowiadań Harda Horda, wydanym przez SQN, pisałam już na tym blogu jako o całości. Teraz pozwolę sobie wybrać z tego tomu mój Zajdlowy typ, a jednocześnie – zaproponować dwa inne opowiadania, które IMHO na liście nagrodowej spokojnie mogłyby się znaleźć.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło: SQN Store

Mój osobisty typ to „Dróżniczka” Aleksandry Janusz. To spokojne w tonie, melancholijne opowiadanie zrobiło na mnie wrażenie przede wszystkim tym, twórczo autorka posługuje się fantastyką bliskiego zasięgu. Dziś ten tekst o świecie, który niemal na oczach bohaterki zmienił się całkowicie, niekoniecznie tak, jak by chciała, o świecie, który trochę jej uciekł i zostawił ją za sobą, bo ona nie bardzo chciała porzucać coś, co ceniła – czyta się trochę (wybaczcie patetyczne tony) jak zapowiedź czegoś, co i nas może, tak czy inaczej, czekać: kto wie, kiedy obudzimy się w świecie wyglądającym inaczej, niż pamiętamy? Aleksandra Janusz umiejętnie gra tu nostalgicznym nastrojem, tworząc, wiarygodny, psychologicznie prawdziwy obraz bohaterki. Janusz w ogóle, jak pisarka, znakomicie radzi sobie z postaciami – i jej mężczyźni, i zwłaszcza kobiety (a już szczególnie te starsze, starzejące się, doświadczone) w jej prozie są subtelnie, wiarygodnie i oryginalnie portretowani. Bardzo bym chciała, żeby więcej czytelników zauważało i doceniało takie niuanse pisarskiego warsztatu – Aleksandra Janusz to jedna z tych autorek, które IMHO powinny być na topie polskiej fantastyki i trochę nie wiem, czemu (sprzedażowo) nie są… Tutaj – że zacytuję własny tekst z recenzji tej antologii – stworzyła wycieniowaną, wyciszoną wariację postapo, dodała do niej odrobinę gorzkiej, solarpunkowej nadziei i stworzyła intrygującą, nostalgiczną wizję przyszłości – i tego, jak z tej przyszłości zagląda się w przeszłość.

Harda Horda zawiera sporo dobrych opowiadań. Na „nagrodowym” poziomie są tam i teksty Marty Kisiel, i Agnieszki Hałas – ten pierwszy w klimatach subtelnie zrobionej, wkradającej się po cichu w codzienność grozy, która autorce nie od dziś wychodzi świetnie, ten drugi bardzo nietypowy, zupełnie inny fabularnie i koncepcyjnie, niż uniwersum o Krzyczącym – ale ja pozwolę sobie polecić dodatkowo tekst innej autorki: Martyny Raduchowskiej. Jej “Bezduch”, nastrojowy i, przepraszam za dwuznacznik, duszny,  jest w swojej skomplikowanej, “filmowej” narracji niezwykle konsekwentny, a postacie wiarygodne psychologicznie – w efekcie finałowy twist świetnie działa. Raduchowska to jedna z tych autorek, które IMHO bardzo warto śledzić – ma ogromny potencjał i jest literacko wszechstronna.

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Harda Horda wydawnictwa SQN

ZA ILE: w tej chwili od około 25 PLN

DLA KOGO: jeżeli lubisz wyciszone postapo bez zombie i strzelanin, nostalgiczny, ale nie koszmarnie ponury nastrój, japońskie klimaty, opowieści o niekoniecznie młodych ludziach.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z o co w ogóle chodzi z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla: opowiadania (2). Krzysztof Matkowski, “Siej kwiaty, zbieraj ogień”

Z cyklu notek o tekstach, które ja sama w tym roku chciałabym widzieć nagrodzone Nagrodą im. Janusza A. Zajdla, dziś jeszcze jeden tekst z Fantazmatowego zbioru Dragoneza: opowiadanie Krzysztofa Matkowskiego “Siej kwiaty, zbieraj ogień.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Ilustrator: Zuzanna Malkowska (Siej kwiaty, zbieraj ogień). Źródło: strona Fantazmatów

Dragoneza to tom opowiadań o smokach, mniej lub bardziej oryginalnie podchodzących do tematu – a nie ma w tym zbiorze, moim zdaniem, tekstu oryginalniejszego koncepcyjnie i fabularnie niż opowiadanie Matkowskiego.

Smok w tym tekście niesie ze sobą skojarzenia z ogniem, czerwienią, dymem, żółcią, wieloma głowami. Oczywiste, na pozór – ale idźcie i zobaczcie, co Matkowski z tym robi. Jak, ogrywając klasyczne motywy związane z wyglądem smoka, jednocześnie im zaprzecza, neguje je i tworzy coś nowego. Sporo czytam, ale takiego smoka, wdzierającego się w codzienną rzeczywistość dziecięcych wakacji gdzieś we wschodniej Polsce, wrastającego w życie bohaterów tysiącem apokaliptycznych kwiatów – takiego smoka jeszcze nie widziałam.

Jednocześnie, odmieniając wizerunek smoka, Matkowski nie przemienia jego natury. To nie jest tekst z gatunku „sympatyczne smoki a la Naomi Novik” ani nawet opowieść o pradawnych, przemądrych, nieludzkich istotach. Matkowski sięga w „Siej kwiaty…” do tradycji opowieści o smoku-potworze, o kusicielskiej bestii, która daje, odbiera i uzależnia. Potwór Matkowskiego nie mówi, ani razu w tekście nie słyszymy jego głosu, ale jednocześnie przez cały czas czujemy jego obecność: suchy, gorący oddech chciwości, gorzki posmak klęski i niespełnienia.

To jest tekst o smoku, ale i, przecież, o ludziach. To nie jest pierwsze opowiadanie tego autora, jakie czytam, i nie pierwszy raz pokazuje on, że potrafi kreować postacie jednocześnie mało sympatyczne, niespecjalnie miłe, a jednak – budzące przy tym emocje czytelnika, angażujące, domagające się zrozumienia, a i nieraz współczucia. Takie jest główny bohater tego opowiadania – chętna ofiara smoka, nieoczekiwany smokobójca.  Trochę trudno mu się jednak dziwić, że tą ofiarą został, że uległ pokusie, i trudno po zakończeniu lektury nie pozostać z pamięcią ceny, jaką za to zapłacił. Z kolei postacie poboczne w tym tekście, często naszkicowane paroma kreskami, obecne przez chwilę – kuzyni, Sara, wuj Konrad, rodzice bohatera – żyją; są wiarygodni i psychologicznie prawdziwi.  

Do tego dochodzi jeszcze jedno: bezbłędne IMHO wyczucie stylistyczne autora. Matkowski tam, gdzie chce, potrafi być impresyjny i poetycki, ale moment potem przechodzi do potocznego, codziennego i naturalnego rytmu i stylu dialogów albo do zmysłowości opisów takich, jak otwierająca i zamykająca tekst klamra ze wspomnieniem smaku czereśni. Narracyjnie opowiadanie też jest konsekwentne i przemyślane: opowiadając, teoretycznie, w prostej chronologii od początku do końca, narrator jednak co jakiś czas rzuca nam sugestie co do dalszych wydarzeń, podpowiedzi tego, co nas i jego samego jego czeka – jak w tym impresyjnym momencie, kiedy mówiąc o swoich wspomnieniach bohater-narrator jednocześnie je przywołuje i dystansuje się od nich, mówi o ich prawdziwości i o tym, jak wyblakły, podsumowując to krótkim Smok daje i smok odbiera.  

I może na koniec powtórzę coś, co napisałam kiedyś, komentując to opowiadanie na Facebooku. Dla mnie ono, przy wszystkich ogromnych różnicach stylu, realiów i literackiej koncepcji, wywodzi się z podobnego myślenia o przetwarzaniu legend, co pierwszy tekst w “Wodach głębokich jak niebo” Anny Brzezińskiej. I tak, uważam Brzezińską za jedną z najwybitniejszych postaci obecnej polskiej literatury, nie tylko fantastycznej – i to trochę mówi o nadziejach, jakie, jako czytelniczka, wiążę z dalszą karierą autora „Siej kwiaty, zbieraj ogień”. Jest to jedno z moich dwóch opowiadań roku, i to chyba nie tylko w skali polskiej fantastyki – a o tym drugim pewnie też napiszę niedługo.

Okładka antologii Dragoneza. Źródło: strona Fantazmatów

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Dragoneza, opublikowana przez Fantazmaty.

ZA ILE: do ściągnięcia za darmo

DLA KOGO: jeżeli lubisz nietypowe opowieści o smokach, od mega-szybkiej akcji ważniejsza jest dla ciebie gęsta atmosfera i klimat, istotna jest dla ciebie psychologiczna wiarygodność postaci, cenisz autorów o wyrazistym, artystycznym stylu, lubisz pisarstwo Harlana Ellisona i sposób myślenia o przetwarzaniu legend Anny Brzezińskiej, zastosowany do współczesnych realiów. Albo jeżeli znasz i lubisz dowolne inne opowiadanie tego samego autora.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z o co w ogóle chodzi z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku poprzedniej notki z tego cyklu.