Zew Zajdla 2020: opowiadania (4). Krzysztof Rewiuk, “Córka poławiacza żachw”

Na początek pewnie trochę nużąca już powtórka z informacji, o co w tej serii postów chodzi. Chodzi mianowicie o to, żeby czytać, komentować i nominować do nagród autorów polskiej fantastyki. To nie mój pomysł – od paru lat trwa akcja Zew Zajdla, a ja tylko biorę w niej udział. Oznacza to, że po pierwsze, sama wysyłam propozycje nominacji do Nagrody imienia Janusza A. Zajdla. Po drugie, kiedy przychodzi pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Bachanalia Fantastyczne.

Rozpoczęłam już swój cykl recenzji z nominowanych tekstów – udało mi się podzielić wrażeniami z lektury opowiadań: Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa RewiukaŚwięci z Vukovaru”, Magdaleny Kubasiewicz “Sen nocy miejskiej”, a także “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośleKatarzyny Bereniki Miszczuk. Zrecenzowałam już także opowiadanie “Al”, drugi z nominowanych samodzielnie tekstów Rewiuka, jak również dwie nominowane powieści. Na blogu są już mianowicie refleksje z lektury Pieśni Chołów Macieja Głowackiego, a na stronie Esensji – recenzja powieściowego debiutu Krzysztofa Matkowskiego Trzecia część człowieka.

Dzisiaj – ostatnie z nominowanych opowiadań, a trzecie, którego autorem (lub współautorem) jest Krzysztof Rewiuk. Mowa tu o “Córce poławiacza żachw”, opublikowanej w pierwszym tomie zbioru Weird fiction po polsku (nie, żebym tu chciała #bezczelnaautoreklama uprawiać, ale w tym samym tomie jest i moje opowiadanie!).

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

“Córka poławiacza żachw” wpisuje się, podobnie jak inne nominowane w tym roku opowiadanie (współ)autorstwa Rewiuka, “Święci z Vukovaru”, w nurt fantastyki nie odchodzącej bardzo daleko od naszego świata. W “Córce poławiacza żachw” mamy historię dziejącą się na Małych Wyspach Sundajskich – tego określenia zbiorczego pewnie używamy raczej rzadko, ale nazwy Bali czy Komodo wydają się już bliższe, prawda? Na jedną z wysp (archipelag ma ich około czterdziestu), bezimienną i w zasadzie nieznaną ludziom Zachodu, przybywa narrator-bohater, z zawodu pracownik sektora turystycznego. Teoretycznie ma on, w ciągu dwóch tygodni, nabyć dla swojej firmy prawa do zbudowania na tutejszej plaży hotelu i centrum turystyki. W praktyce, zarówno dwutygodniowy termin, jak i zamiar uzyskania koncesji są dla bohatera drugorzędne – jak sam mówi, umówmy się – nie byłbym pierwszym agentem wracającym z wysp z niczym (…) Te dwa tygodnie mogą się zresztą nieco przedłużyć. Dzisiaj odebrałem przez radio informację o trudnościach w załatwieniu zezwolenia na powrotny kurs wodolotu.

Bohatera “Córki poławiacza żachw” trochę trudno jakoś szczególnie polubić. Kombinator z niego, jak widać z powyższych cytatów, który do swojej pracy stosunek ma wysoce cyniczny (choć może to i dobrze). Jego refleksje są dość egocentryczne, skupiają się wokół niego samego, a spojrzenie na świat ludzi, wśród których zamieszkał – mocno protekcjonalne i naznaczone poczuciem wyższości człowieka Zachodu wobec lokalnej, żyjącej poza światem technologii kultury. Do tego dochodzi jego stosunek do kobiet – bardzo przewidywalnie, narrator mówiąc o żonie komentuje mimochodem, że już nie patrzy ona na niego tak, jak kiedyś, a miejscową tłumaczkę Devi określa mianem uroczej młodej istoty i konsekwentnie, do pewnego momentu, postrzega jedynie w kategoriach seksualnych. Od chwili jednak, kiedy jego związek z dziewczyną został skonsumowany, staje się ona dla narratora czymś więcej i więcej – choć coraz mniej chyba obiektem erotycznej pasji, a coraz bardziej a bardziej – zastępczą matką? Opiekunką? Strażniczką?

Tekst Rewiuka jest, na moje oko, pastiszem – pastiszem pewnego typu europejskich narracji egzotyzujących tropikalne kultury, pastiszem również opowieści spod znaku “Europejczyk wkraczający w smugę cienia odnajduje sens życia (czytaj: sprawność seksualną) w związku z dziewczęcą, młodziutką, jednocześnie idealnie niewinną i seksualnie super-wyszkoloną dziewczyną z egzotycznego, odległego kawałka świata”, których w relacjach podróżników i w literaturze nie brakowało, a i, jak dowodzi moja lektura nominowanych w tych roku do Nike Zaświatów Fedorowicza, nie brakuje do dzisiaj. Niekoniecznie oczywiste zakończenie – swoista metamorfoza narratora, nadająca nowe znaczenie idei poławiania żachw – też się w tę pastiszowość wpisuje, tyle że nagle, zamiast Malinowskiego czy Gaugina, mamy prawie-że Gregora Samsę (w końcu tekst powstał na konkurs weird fiction!).

Fantastyka w “Córce poławiacza żachw” nie jest oczywista ani nie rzuca się w oczy natychmiast – chyba najbliżej temu opowiadaniu do pewnej tradycji prozy niesamowitej. Podoba mi się ta pastiszowość tekstu – to, jak pobrzmiewają w nim pewne tradycje z jednej strony europejskiego myślenia o wszystkim, co spoza zachodniego kręgu, fascynacji podszytej sporą dozą pobłażliwego lekceważenia i poczucia wyższości, z drugiej – pewnych tropów antropologii, biologii i psychologii (co mocno podkreślają “cytaty” w tekście, wzięte z fikcyjnych dzieł będących parodiami klasyki antropologii), z trzeciej w końcu – nieoczekiwanych, oryginalnie potraktowanych motywów rodem z horroru (na etapie święta jedzenia wielkiej żachwy spodziewałam się, że miejscowi zeżrą bohatera od razu…). Natomiast zastanawiam się, jak wyraźnie czytelny jest też pastisz, jak dobrze będą czytelnicy dostrzegać różnicę między podejściem bohatera-narratora a lekko chyba ironicznym spojrzeniem autorskim na tegoż samego bohatera i jego dzieje. Nie, to nie jest chyba ten casus, kiedy nasz narrator jest rzeczywistym złolem: kiedy zaczyna tracić sprawczość i chęć życia, trochę trudno mu trochę nie współczuć – ale niewinną a szlachetną ofiarą to on też nigdy nie miał być.

To jest elegancki, efektowny tekst, ale to nie jest mój typ na Zajdla ani nawet tekst z mojego topu 10 polskich opowiadań 2020. Może trop “piękna zmysłowa kobieta, pożeraczka (metaforyczna) mężczyzn” wydaje mi się nieco zbyt ograny, a Devi – trochę za bardzo pasuje do pewnego schematu kobiety pozornie idealnej? Rozumiem, że spora część z tych uwag o uroczej młodej istocie, wielkich, fiołkowych oczach, frywolnej przekorze w spojrzeniu i traktowaniu narratora jak bohatera to z jednej strony elementy związane z faktem, że widzimy ją oczyma bohatera, a on tak ma, z drugiej – rodzaj kamuflażu samej bohaterki, grającej przed bohaterem to, co on sam chce widzieć (ona raczej nieprzypadkowo nosi imię bogini ucieleśniającej kobiecość we wszystkich, także groźnych aspektach). Niemniej, schemat “młodej kobiety pozornie słodkiej, niewinnej i zmysłowej, w rzeczywistości groźnej” też jest, cóż, schematem i trochę mnie w tym opowiadaniu, przyznam, uwiera.

Trochę sobie na koniec ponarzekałam, ale generalnie powiedzieć mogę jedno: Rewiuk pisać umie, i to bardzo efektownie. Cieszę się, że tak – klasycznie, inteligentnie, z dużą kulturą i znajomością tradycji, zarówno fantastyki, jak i nie tylko – piszący autor pojawił się na polskiej scenie i trzymam kciuki za nagrodę na niego: moim własnym Zajdlowym typem za rok 2020 w kategorii “opowiadanie” są bowiem “Święci z Vukovaru”, których Krzysztof Rewiuk jest współautorem.

Żachwy na ilustracji niemieckiego biologa Ernsta Heckela z dzieła Kunstformen der Natur, 1904. Źródło: wikipedia

GDZIE ZNALEŹĆ: oraz w antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla za rok 2020

ZA ILE: Uwaga: antologia Zajdlowa jest dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej do końca tego roku.

DLA KOGO: Dla lubiących klasyczną, tradycyjną fantastykę – w której element fantastyczny jest raczej nieoczywisty!

Zew Zajdla 2020: opowiadania (3). Krzysztof Rewiuk, “Al”

Na początek – wiem, powtarzam się od kilku wpisów, ale to dlatego, że ludzie czasem zaglądają nie na cały cykl notek, ale na informacje o konkretnych tekstach – krótkie streszczenie, o co w tej serii postów chodzi. Od kilku lat biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że po pierwsze, sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody. Po drugie, kiedy przychodzi pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Bachanalia Fantastyczne, albo głosując online po wykupieniu akredytacji wspierającej (koszt to 20 PLN, a zasady głosowania opisane są tutaj).

Rozpoczęłam już swój cykl recenzji z nominowanych tekstów – udało mi się podzielić wrażeniami z lektury opowiadań: Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa RewiukaŚwięci z Vukovaru”, Magdaleny Kubasiewicz “Sen nocy miejskiej”, oraz “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośleKatarzyny Bereniki Miszczuk. Spisałam też już swoje refleksje z lektury powieści Macieja Głowackiego Pieśni Chołów, a na stronie Esensji dostępna jest moja recenzja powieści Krzysztofa Matkowskiego Trzecia część człowieka.

Dzisiaj z kolei sięgnęłam po antologię Fantazmatów Zbrodnia doskonała i po otwierające ją opowiadanie Krzysztofa Rewiuka “Al”. Całą antologię recenzowałam tutaj – mój dzisiejszy tekst o opowiadaniu Rewiuka jest rozwinięciem uwag, jakie zawarłam w tamtej analizie.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Al” Krzysztofa Rewiuka to tekst science fiction bliskiego zasięgu, bardzo klasyczny w swojej koncepcji, osadzony w dość przewidywalnych realiach i mający jako głównych bohaterów postacie raczej dla SF typowe – młodego uczonego i stażystkę-psycholożkę. W fantastyczno-naukową (naukową w więcej niż jednym znaczeniu) autor wpisuje ciekawy, i szczerze mówiąc dość niepokojący problem etyczny, związany z kwestią woli i odpowiedzialności.

To bardzo starannie zaplanowane, poukładane opowiadanie – tu naprawdę każde zdanie jest na swoim miejscu, każda autorska decyzja (jak np. użycie czasu przyszłego  w narracji) to przemyślany i konkretny wybór. Rewiuk wychodzi od pomysłu i otoczenia dobrze w fantastyce znanego – jesteśmy w laboratorium, gdzie dwoje młodych uczonych prowadzi doświadczenie, obserwując wędrującego po labiryncie szczurka, który dostał imię po najsłynniejszej myszy w historii fantastyki. Choć w zasadzie to doświadczenie prowadzi on, Michał. Ona, Anka, jest gościem, a jednocześnie – partnerką Michała. Sama Anka za chwilę też stanie przed ważnym zawodowym wyzwaniem, jako że będzie musiała ocenić poczytalność kobiety, która pozornie bez żadnych motywów zaatakowała nożem męża…

Czytelnik, wędrujący przez labirynt opowieści razem z bohaterami, zastanawia się: jakie w tym bardzo płynnie działającym literackim mechanizmie (a ten tekst jest, tak naprawdę, o przewidywaniu zachowań i byciu przewidywalnym!) jest przełożenie między narratorką a jej dwoma zwierciadłami – szczurem Alem w labiryncie i oskarżoną o morderstwo pacjentką, którą narratorka obserwuje jako jej psychiatra? Fabularnie historia Ala jest nieco inna niż jego imiennika w opowiadaniu Daniela Keyesa, ale rola, jaką obie laboratoryjne myszy odgrywają w fabule, jest poniekąd podobna, obie bowiem służą jako poniekąd odpowiednik głównej postaci i zwierciadło jej losów.

Opowiadanie pochodzi, jak wspomniałam, z temu poświęconego fantastycznym zbrodniom doskonałym. Zbrodnia  – ta konkretna, popełniona na mężu przez kochającą żonę – jest w tym akurat tekście w zasadzie pretekstowa i autor nam to wyraźnie sygnalizuje, bo nawet nie dowiemy się, czy ofiara przeżyła. W centrum stoi inne pytanie: o wolną wolę i o przyczyny naszych decyzji. O to, co może sprawić, że pewnego dnia, nie chcąc tego, popełnimy zbrodnię…

Skoro tak wcześniej chwaliłam – to teraz może powiem coś pozornie niekonsekwentnego. Nie zachwycił mnie ten tekst. “Al” kończy się mocną, zaskakującą sceną, a mimo to – brakuje mi w nim domknięcia. Mam wrażenie, że opowiadanie się urywa w pewnym momencie, trochę, jak dla mnie, za szybko. Trochę wygląda to tak, jakby autor wybrał zakończenie tekstu sceną, która jest bardzo efektowna, ale mnie raczej wybiła z rytmu czytania niż dała odpowiedzi. i jak generalnie uważam “Ala” za udany tekst, tak jednocześnie nie ukrywam jednak, że wolę inne opowiadania Rewiuka.

Algernon nie jest jedynym popkulturowym szczurkiem wspomnianym w opowiadaniu. Obrazek stąd

GDZIE ZNALEŹĆ: W darmowej antologii Fantazmatów Zbrodnia doskonała oraz w antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla za rok 2020

ZA ILE: Za darmo w obu postaciach. Uwaga: antologia Zajdlowa jest dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej do końca tego roku.

DLA KOGO: dla lubiących klasyczną, elegancko napisaną science fiction bez zbyt wielkiego skupienia na science.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (2). Katarzyna Berenika Miszczuk, “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle”

Na początek, krótkie streszczenie, o co w tej serii postów chodzi. Od kilku lat otóż biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że po pierwsze, sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody. Po drugie, kiedy przychodzi pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Bachanalia Fantastyczne.

Rozpoczęłam już swój cykl recenzji z nominowanych tekstów – udało mi się podzielić wrażeniami z lektury opowiadania Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa RewiukaŚwięci z Vukovaru” (to było jeszcze przed ogłoszeniem nominacji, bo to był mój typ, który nominowałam), z opowiadania Magdaleny Kubasiewicz “Sen nocy miejskiej” oraz z intrygującej powieści Macieja Głowackiego Pieśni Chołów; na stronie Esensji jest ponadto moja recenzja powieści Krzysztofa Matkowskiego Trzecia część człowieka.

Dzisiaj zamierzam napisać parę słów o opowiadaniu Katarzyny Bereniki Miszczuk “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle”.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka antologii Wigilijne opowieści Wydawnictwa W. A. B., w której oryginalnie ukazało się opowiadanie Miszczuk. Źródło: Lubimy Czytać

Te czerwono-zielone barwy, prezenty i gałązki choinki? Razem z tytułem nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do klimatu i okazji, z jakiej antologia powstała. A opowiadanie Katarzyny Bereniki Miszczuk znakomicie się w ten wigilijny klimat wpisuje.

Szczerze mówiąc, właśnie dlatego zastanawia mnie obecność tego tekstu na liście nominacyjnej. Nie budzi moich zastrzeżeń fakt, że jest na niej tekst tej autorki – Miszczuk jest pisarką popularną, mającą oddane fanki i wiernych czytelników, dziwi mnie więc raczej fakt, że doczekała się Zajdlowej nominacji dopiero teraz (wiem, wiem, krąg osób czytających Miszczuk i krąg głosujących na Zajdla niekoniecznie się przecinają). Nie dziwi mnie to również ze względu na jakość tekstu, bo “Gdzie Mikołaj nie może…” to opowiadanie całkiem udane, sprawnie napisane i przyjemne w lekturze. Nie. Dziwi mnie głównie fakt, że ten tekst jest tak bardzo okazjonalny, tak mocno związany z tym, co się w mediach i reklamie nazywa “świąteczną atmosferą”.

Opowiadanie Miszczuk zawiera w zasadzie wszystko to, co mogłoby znaleźć się w świątecznym odcinku jakiegoś miłego serialu zatrącającego o fantastykę. Fabuła jest dość prosta. Demon Azazel z litości nad pijanym Mikołajem bierze na siebie jego obowiązki i saniami zaprzężonymi w renifery rozwozi prezenty dzieciom; minęło już kilka tygodni jego misji, ale na szczęście dzięki cudownemu gadżetowi ciągle jest prawie północ tego właściwego dnia. No tyle że tym jednym razem Azazela ktoś zaskakuje – i nie wiem, czy was z kolei zaskakuje fakt, że to jest małe dziecko, konkretnie ośmioletni chłopczyk, bo mnie jakoś nie bardzo. Podobnie jak nie dziwi fakt, że Azazel odchodzi z jakimś dziwnym uczuciem w tym, czego nigdy by nie nazwał sercem, a chłopiec zostaje z cudownymi wspomnieniami spotkania z nie całkiem świętym dawcą prezentów.

I wiecie co? Okej, są w tym tekście uwagi o bardzo dobrej koleżance taty, która śpi z nim w jednym łóżku pod nieobecność mamy, i klątwa, wskutek której co ma stać, będzie wisieć, plus uwagi o piciu i leżeniu w kałuży własnych wymiocin – ale tak poza tym, mam wrażenie, ten tekst jest w stu procentach dla dzieci. Nawet to, że nie bardzo potrafię odczytać, czego szukał w ludzkich domach diabeł, czyli pewna komplikacja dorzucona pod koniec akcji (bo odpowiedź, że szukał czegoś w rodzaju iskierki dobra, odrzucam jako zbyt banalną nawet jak na tekst wigilijny) nie zmienia mojego poczucia, że “Gdzie Mikołaj nie może…” doskonale sprawdziłoby się jako – czytanka.

W tym stwierdzeniu chodzi mi nie tyle o ciepły, pozytywny klimat, jaki emanuje z tego opowiadania, w którym diabeł szybko i bez problemów dogaduje się z zamożnym (ładne mieszkanie, designerska choinka, drogi ekspres do kawy), ale smutnym i samotnym dzieciakiem. Chodzi mi raczej o to, jak wyraźnie wybrzmiewa w tym tekście – no, dydaktyka.

W opowiadaniu mamy przytoczoną in extenso, ujętą w opowieść Azazela, historię autentycznego świętego Mikołaja, która, choć przekazana z lekką dezynwolturą, jest na tyle szczegółowa, że dzieciak po lekturze powinien móc ją powtórzyć. Ale to nie wszystko – do tego mamy jeszcze polskie legendy związane z Mikołajem, uwagi o życiu dawnych Słowian, a nawet mini-wykład o tym, skąd w popkulturze wzięły się sanie, renifery i czerwony strój stereotypowego Świętego Mikołaja. Wszystko to podane jest po bożemu, jak na lekcji – owszem, w lekko ironicznym tonie przypisanym demonowi, ale jest to ironia i obrazoburstwo na poziomie mniej więcej Mitologii według Percy’ego Jacksona.

“Gdzie Mikołaj nie może…” to zdecydowanie najlżejszy z tegorocznych Zajdlowych tekstów, zarówno jak chodzi o pomysł, jak i realizację. To jest udany tekst, w sensie konstrukcyjnym, dobrze i szybko się go czyta. Postacie ma, jak chodzi o ich charaktery, owszem, wprost nie tyle z rekwizytorni popularnej prozy, co z zasobów Hallmarkowych filmów świątecznych, ale ci konwencjonalni bohaterowie w tej akurat formule nieźle się sprawdzają. Cieszę się, że popularna i lubiana jako autorka Katarzyna Berenika Miszczuk się w zestawieniu Zajdlowym znalazła – ale że akurat tym tekstem, to mnie ciągle nieco dziwi. I nie chodzi o to, że nie do końca jestem czytelniczką, dla której takie teksty się pisze – chodzi raczej o to, jak wyraźnie i typowo świąteczny się on wydaje, jak mało typowo nagrodowy

Fresk przedstawiający św. Mikołaja z Mirry; dzieło jest autorstwa Dionizego, a znajduje się w Monasterze Terapontowskim. Źródło: Wikipedia

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Wigilijne opowieści Wydawnictwa W. A. B. oraz w antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla za rok 2020

ZA ILE: Opowieści wigilijne są do kupienia w papierze i ebooku (ceny odpowiednio od około 29 – 31 PLN). Antologia Zajdlowa jest natomiast do końca roku dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej.

DLA KOGO: dla lubiących baśnie (takie dla młodszych dzieci) i świąteczne klimaty. Dla osób mających ochotę na lekką, przyjemną i pozytywną lekturę, utrzymaną w pogodnym, bożonarodzeniowym nastroju.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (1). Magdalena Kubasiewicz, “Sen nocy miejskiej”

Od kilku lat regularnie biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody, ale też, kiedy przyjdzie pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Bachanalia Fantastyczne w Zielonej Górze, albo wykupując akredytację wspierającą (w poprzednich latach koszt wynosił 20 PLN) i głosując korespondencyjnie, przez internet.

Rozpoczęłam już swój cykl recenzji z nominowanych tekstów – udało mi się podzielić wrażeniami z lektury opowiadania Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa RewiukaŚwięci z Vukovaru” (to było jeszcze przed ogłoszeniem nominacji, bo to był mój typ, który nominowałam) oraz z intrygującej powieści Macieja Głowackiego Pieśni Chołów. Dzisiaj chciałabym kontynuować ten cykl krótkich notek

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka tomu Harde baśnie,w którym oryginalnie ukazało się opowiadanie Kubasiewicz

Kiedy przeczytałam listę tegorocznych Zajdlowych nominacji i znalazłam na niej “Sen nocy miejskiej” Magdaleny Kubasiewicz, to trochę pokręciłam głową z lekkim rozczarowaniem, a trochę powiedziałam Nareszcie!

Skąd to rozczarowanie? Ano stąd, że bardzo sprawnie napisane, umiejętnie skomponowane i pomysłowe opowiadanie Kubasiewicz, z wciągającą fabułą domkniętą ciekawym twistem, jest – no, dokładnie tym. Udanym opowiadaniem, realizującym w 110% konwencję urban fantasy. Mamy tu wszystko, czego można by się było spodziewać po takim tekście. Jest wielkie, współczesne miasto, ale jest i magia, wpisana w jego system funkcjonowania i stanowiąca integralną część rzeczywistości. Jest twarda, pyskata i niezależna bohaterka o złotym, w sumie, sercu i magicznych zdolnościach, wplątana w rodzinne układy familii, której musi pomóc odczynić klątwę – a nie jest to, powiem wam, najsympatyczniejsza rodzina pod słońcem…

Fabuła tekstu jest spójna i logicznie się, w ramach przyjętych założeń świata przedstawionego, rozwijająca: główna bohaterka, Jagoda Wilczek, czarownica, dostaje zadanie. Ma mianowicie zdjąć nietypową klątwę z młodej dziewczyny, która zapadła w sen pod wpływem uroku; może tak spać nawet sto lat bez uszczerbku dla zdrowia, ale sama się nie wybudzi…

Brzmi znajomo? I owszem. Tom Harde baśnie miał w założeniu składać się z retellingów klasycznych baśniowych fabuł, choć w praktyce nie wszystkie autorki trzymały się aż tak ściśle założeń teoretycznych. Na tle większości opowiadań ze zbioru tekst Kubasiewicz wyróżnia się pozytywnie także tym, jak traktuje materiał wyjściowy. Autorka korzysta z wybranej baśni, czyniąc zaczerpnięte z niej motywy podstawą swojego konceptu (bez Śpiącej królewny nie byłoby tego tekstu), ale jednocześnie twórczo ją przetwarza, unowocześnia i przekształca, dodając do klasycznej historii zdecydowanie bardziej współczesne postacie. Pomysłowym motywem, który mnie ujął, był element, powiedzmy, jakoś tam autotematyczny, czyli kluczowy, jak się później okazało, fakt, że ofiara jest jednocześnie autorką-amatorką, taką spod znaku mniej więcej fanfiction.

To jest, powtórzę, w swojej konwencji naprawdę udany tekst. Czemu więc byłam nieco rozczarowana? Bo to opowiadanie jest tak naprawdę tylko fajnie zrobioną rozrywką. Tylko tyle i aż tyle. Ja sobie dobrą literacką rozrywkę bardzo cenię, owszem, ale tu akurat, gdyby decyzja należała do mnie, z tej antologii wybrałabym inne teksty: albo poetycką, twórczo przetwarzającą motywy nie tyle baśniowe, co operowe i hagiograficzne opowieść “Róże świętej Elżbiety” Agnieszki Hałas, albo, przede wszystkim, “Idzie, powtarzał wiatrMarty Kisiel. Oba te teksty mają jakąś wartość dodaną, są – zwłaszcza w przypadku opowiadania Kisiel – czymś więcej niż tylko umiejętnym, sprawnym zrealizowaniem konwencji. Nie chcę zrobić wrażenia, że mi się opowiadanie Kubasiewicz nie podobało – bo to nieprawda, uważam je za naprawdę przyjemne i sprawne literacko – ale tekst Kisiel, który swoją wybraną konwencję również realizuje błyskotliwie, mówi przy tym coś o sprawach jakoś tam dla mnie, i nie tylko, ważnych, a ja-jako-czytelniczka bardzo sobie cenię, jeśli tekst ma tę dodatkową warstwę znaczeń wychodzącą poza samą fabułę. Opowiadanie Kisiel zrobiło na mnie ogromne wrażenie i oczywiście, że wolałabym mieć “Idzie, powtarzał wiatr” wśród nominacji.

Niemniej jednak, powiedziałam sobie Nareszcie! A dlaczego? Ano dlatego, że urban fantasy w tej właśnie postaci, jaką reprezentuje między innymi Kubasiewicz, ale i inne autorki współpracujące z nią w ramach Hardej Hordy: Milena Wójtowicz, Martyna Raduchowska w części swej twórczości, także przecież wspomniana powyżej Marta Kisiel, a przede wszystkim – naprawdę popularna Aneta Jadowska, cieszy się wśród czytających sporym uznaniem, co widać w wynikach sprzedaży. Poza Hordą też są pisarki i pisarze sięgający po tę konwencję – Marcin Jamiołkowski czy Katarzyna Berenika Miszczuk, o której będzie jeszcze w tym cyklu mowa, to tylko pojedyncze przykłady. Zaryzykuję stwierdzenie, że bez urban fantasy nie ma dzisiejszej, AD 2021, polskiej fantastyki. Do tej pory teksty urban fantasy, zwłaszcza w takiej klasycznej formie, pojawiały się wśród nominacji do Zajdla sporadycznie – reprezentowała tę konwencję głównie Anna Hrycyszyn (której tekst o detektywie Fiksie był nominowany w roku 2018) i nagrodzona dwukrotnie za opowiadania (a kilkakrotnie nominowana za powieść) Marta Kisiel, z tym, że z jej nagrodzonych opowiadań urban fantasy można ewentualnie nazwać “Szaławiłę”, bo już nagrodzone w 2018 roku “Pierwsze słowo” już niekoniecznie. Bardzo więc mnie cieszy, że bardzo klasyczny w ramach gatunku, a jednocześnie dobrze napisany “Sen nocy miejskiej” trafił na listę Zajdlowych nominacji obok literacko odmiennych propozycji w rodzaju “Świętych z Vukovaru” – bo polskiej urban fantasy ten sukces się po prostu należy. Plus, naprawdę, widać w tym tekście, jak Kubasiewicz rozwija się jako autorka – o ile sprawniejsza literacko jest teraz, niż była w momencie debiutu!

Źródł: wikipedia

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Harde baśnie (są wydania papierowe i elektroniczne) oraz w antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla za rok 2020

ZA ILE: Harde Baśnie w cenach wydawcy (17.09 było to 70 PLN za papierowe wydanie i 55 PLN za ebooka), do kupienia np. na stronie sklepu SQN. Antologia Zajdlowa jest natomiast do końca roku dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej.

DLA KOGO: dla lubiących klasyczną urban fantasy w stylistyce Laurell Hamilton czy naszej Anety Jadowskiej. Dla osób chętnie sięgających po lekką, rozrywkową fantastykę z elementami obyczajowymi i lekko kryminalnymi.

Zew Zajdla 2020: powieści (1). Inne “Pieśni”

Maciej Głowacki, Pieśni Chołów, Wydawnictwo Wertofix Media 2020

Od kilku lat regularnie biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody, ale też, kiedy przyjdzie pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować.

W tym roku nie napracuję się, czytając: zarówno spośród nominowanych opowiadań, jak i powieści, nie znałam dosłownie pojedynczych tekstów. Opowiadaniem, którego mi brakuje, jest „Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle!” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Jeśli natomiast chodzi o powieści – niedawno skończyłam czytać ostatnią, której wcześniej nie znałam, czyli Pieśni Chołów Macieja Głowackiego. I o niej chciałam dzisiaj napisać parę słów, bo to utwór ciekawy i niebanalny.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową opinię.

Okładka, źródło: Lubimy Czytać

Pojawienie się Pieśni Chołów na liście nominacji do Zajdla zaskoczyło część fandomu, bo, podobnie jak mnie, nazwisko autora było im nieznane, a książka – wydana metodą self publishingu, co dotychczas w nominacjach niespecjalnie się zdarzało. Maciej Głowacki nie jest jednak postacią anonimową, bo funkcjonuje w polskim internecie jako popularny twórca memów i copypast. Innymi słowy – to nie jest casus kompletnie nieznanego debiutanta, który jakimś cudem znalazł się na liście nominacji, to jest twórca z własną fanbazą, gotową sięgnąć po jego tekst, a następnie ten tekst nominować do nagrody. Zresztą – książkę poleca Michał Gołkowski, pisarz, o którym trudno powiedzieć, że jest autorem niszowym.

I wiecie co? Jakby mnie “Pieśni Chołów” wpadły w ręce w momencie, kiedy wysyłałam swoje zgłoszenie do nominacji, to też bym nominowała.

Nominowałabym głównie dlatego, że Głowacki w swoim tekście w sposób szalenie efektowny buduje nastrój i konstruuje fikcyjną rzeczywistość. W teorii Pieśni Chołów dzieją się w roku 1980, ale tak naprawdę niewiele w nich realiów tamtych czasów (mniej więcej pamiętam, jak wyglądały ejtisy w małym miasteczku). Kiedy czytałam, ukazany w powieści świat realny – o ile tam cokolwiek jest naprawdę realne – wydawał mi się bezczasowy, zawieszony w pewnym archetypie polskiej wiejskości, pewnej wizji tego, jak takie prowincjonalne życie wygląda niezależnie od epoki. To oderwanie od konkretu nie jest przy tym wadą, nie dlatego zwracam na to uwagę, mam zresztą wrażenie, że autorowi na realizmie absolutnie tu nie zależało – robię to raczej po to, żeby podkreślić pewną specyficzną cechę tej powieści, jaką jest jej eklektyzm.

Pieśni Chołów wymykają się jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej. Jest w nich i sporo z konwencji fantasy (którą sam autor określa jako folk fantasy), i z grozy, a nawet z SF, kojarzącej się gdzieś z Piknikiem na skraju drogi i inspirowanymi nim mediami (patrz scena z drzewem / serce), ba, jest tu też coś z takiej realistycznej polskiej prozy o wsi/małym miasteczku. Autor te konwencje miesza sobie z dezynwolturą i na luzie – i to wychodzi bardzo naturalnie, efektownie. Nie ma w tej powieści – bo ja wiem, jak to powiedzieć, nie ma w niej minoderii i nachalnego popisywania się aluzyjnością,mrugania do czytelnika w stylu “patrzcie, jaki jestem o-czy-ta-ny”, choć pogrywania rzeczami i ideami zrozumiałymi często głównie środowiskowo (patrz: bohater kompletnie absurdalnie w chwili zagrożenia śpiewa “Barkę”) jest tu sporo. Całość daje spójny mimo tej różnorodności efekt.

Same historie tworzą raczej pewną mozaikę wydarzeń, pewną serię bardziej niż super-spójną powieściową fabułę. Na poziomie czysto czytelniczym – to wciąga, dobrze się czyta, chce się wiedzieć, co dalej. I owszem, akurat ja czasem bym wolała, żeby autor wrócił do pewnych wątków na dłużej – jak do tego w znakomitym, trzymającym za gardło otwarciu powieści, do historii o spalonym dziecku – ale to nie jest tak, że to jakoś bardzo będzie każdemu przeszkadzać.

Bohaterowie… bohaterowie są w połowie drogi między byciem dobrze zrobioną realizacją pewnych modeli powieści grozy a pełnokrwistymi osobowościami. Zwłaszcza główny bohater-narrator, Jerzy Drozd, doktor psychologii taki nie całkiem udany, szukający w Chołach tematu naukowego, nad którym się nie napracuje i pakujący się w sam środek problemów. Na początku robi on wrażenie przede wszystkim postaci majacej skupić uwagę czytelnika, klasycznego bohatera przybywającego do przeklętego miasteczka i próbującego, mimo mniej lub bardziej czynnej niechęci miejscowych, zrozumieć, co to się dzieje. Później jednak, w miarę rozwoju akcji, Drozd nabiera indywidualnych cech i charakteru, a postacie z Chołów, które poznaje, też ujawniają swoje drugie i trzecie, skryte pod maskami, oblicze.

Najmocniejszą jednak stroną powieści Głowackiego jest światotwórstwo i światotwórcza wyobraźnia autora. Jego wizja świata, a raczej światów – kolejnych poziomów, pięter, na które się przeskakuje, a z których każde ma swoją rzeczywistość, widoczną z tego poziomu i tylko / głównie z niego – może koncepcyjnie przywodzić na myśl czy to, jakoś tam, Mythago Wood Roberta Holdstocka, czy, poniekąd, choć klimat radykalnie inny, Amber Zelazny’ego, przy czym absolutnie nie twierdzę, że te skojarzenia są inspiracjami, że są świadome; to raczej skojarzenia, które się pojawiły w moim umyśle przy lekturze – podobnie jak pewne konceptualne pokrewieństwa z Zoną w Pikniku na skraju drogi Strugackich. Wyobraźnia autora jest gotycka, weirdowa, pokręcona, jego wizje są barwne i często makabryczne, a jednocześnie fascynujące.

Bardzo też w Pieśniach Chołów ujęło mnie to, że ta powieść jest – odważna, a to nie jest najczęstszy przymiotnik, jakiego bym użyła, pisząc o polskich debiutach literackich w konwencjach szeroko pojętej fantastyki. Nieraz mi się zdarzyło sięgnąć po dłuższy tekst debiutanta/-tki, których znałam z odważnych, pomysłowych opowiadań, i czytać tekst znacznie bardziej konwencjonalny – może dlatego, że o powieściowy debiut wydawniczy jest niełatwo, może dlatego, że większość ma gdzieś z tyłu głowy poczucie, że trzeba trafić do jak najszerszego czytelnika… Tu tego nie ma. Tekst jest odważny koncepcyjnie, niebanalnie pogrywa baśniowymi może nawet bardziej niż mitycznymi motywami (wiem, co mówię, właśnie jestem po POTĘŻNEJ ilości przeczytanej słowiańskiej fantasy i tym bardziej doceniam to, co robi tu Głowacki), a przy tym – ma styl. To nie jest przezroczysta, pozbawiona właściwości poprawna polszczyzna bez charakteru, którą się często widzi (więcej o tym w następnej notce), to jest styl – własny. On się może podobać albo nie, ale jest barwny i nosi piętno autorskiej indywidualności.

Podobało się, znaczy. Będzie czytane więcej z tego uniwersum.

Caspar David Friedrich, Abtei im Eichwald, olej na płótnie, 1809/10, źródło

GDZIE ZNALEŹĆ: wersję elektroniczną na stronie autora.

DLA KOGO: dla osób szukających niebanalnej fantastyki inspirowanej folklorem i Słowiańszczyzną. Dla szukających nietypowych, oryginalnych pomysłów światotwórczych. Dla nie bojących się zdrowej porcji makabry i grozy.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (10): Wiktor Orłowski, “Głębia snuff”

To już ostatnie dni głosowania na najważniejszą z polskich fanowskich nagród fantastycznych! W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Rekomendowałam już opowiadanie z tomu Sny umarłych 2020 tom I – “Teatr chemiczny” a pod koniec serii wracam do tego tomu z propozycją innego z zawartych w nim opowiadań. Tym razem jest to “W głębi snuff” Wiktora Orłowskiego.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Podtytułem tekstu Orłowskiego – ale podtytułem fatalnym, bo za dużo zdradzającym – mogłoby być “Witajcie w piekle”. Bo niemal dosłownie tam właśnie bohaterowie się znajdują.

Okej, to nie jest piekło. To raczej swoisty czyściec, jeśli rozumieć czyściec jako miejsce oczekiwania. Zmarli w czyśćcu, który proponuje nam Orłowski, nie czekają na odkupienie ani na moment, kiedy dostąpią ostatecznego oczyszczenia. Tutaj to oczyszczenie przychodzi wraz z pamięcią.

Orłowski to autor, który lubi emocjonalne jazdy i gwałtowne granie uczuciami czytelników. Realizuje te idee przede wszystkim przy pomocy efektownie wymyślonych literackich pomysłów. Autor lubi mocne, emocjonalnie naładowane tematy – tak było w opowiadaniu “Śmierć w Mountain Green” w Fantazjach zielonogórskich IX, gdzie pojawia się para nadnaturalnych śledczych, odgrywających emocje mordercy i ofiary, podobnie wygląda też główny koncept opowiadania “Pamiętasz mit o Tanatosie” w zbiorze Umieranie to parszywa robota, gdzie Orłowski nowatorsko ogrywa motyw zombie.

“W głębi snuff” też wpisuje się w ten sposób pisania – bo żeby wyjść z tego stanu zawieszenia, bohaterowie muszą przeżyć jeszcze raz własną śmierć, odzyskać wspomnienia po niej, jak makabryczna by nie była. W klasycznym micie dusze piją wodę Lete, rzeki zapomnienia; w tekście Orłowskiego jest wręcz przeciwnie, tutaj kluczem do spokoju jest pamięć – pamięć i ponowne przeżycie traumy.

Orłowski te traumatyczne wspomnienia pisze jak zwykle bardzo efektownie, dając czytającym emocjonalną jazdę po bandzie. To jest tekst zasadniczo inny od większości tego, co dotychczas polecałam: o szybszej akcji, bardziej skupiony na pomyśle i fabule niż na refleksji i języku, ale może też dzięki temu trafi do innych czytelników niż na przykład literackie odloty Brzozowskiego. A Wiktor Orłowski to autor, którego warto obserwować – mam wrażenie, że jest w jego pisaniu spory potencjał na literacki sukces.

Francis Bacon, Tryptyk – sierpień 1972, jeden z serii czarnych tryptyków malarza, namalowany po samobójstwie wieloletniego partnera; skojarzył mi się nastrój tego obrazu jakoś z klimatem tekstu Orłowskiego.

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Sny umarłych 2020 , tom I, wydawnictwa Phantom Books.

ZA ILE: Obecnie w sklepie Okolicy Strachu za 38 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction, ale bez klimatu groteski, raczej idące w poważniej rozumianą niesamowitość. Dla ceniących w prozie przede wszystkim pomysłowość i oryginalne koncepty. Dla lubiących emocjonalną jazdę bez trzymanki.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (9): Paweł Majka, “Efialtes”

Powtórzę – dla osób, które przyszły przeczytać tylko tę notkę, a nie cykl Zajdlowy – o co w tym wszystkim chodzi. W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Wśród tekstów, które zwróciły moją uwagę, jest kilka opowiadań opublikowanych w Nowej Fantastyce. Jest wśród nich także opowiadanie Pawła Majki “Efialtes”.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Opowiadanie Pawła Majki trochę nie miało szans mi się nie podobać. Autor – co widać doskonale w jego powieściach Pokój światów i Wojny przestrzeni, które zresztą obie zdecydowanie lubię – nie tylko w nich bardzo sprawnie i pomysłowo posługuje się odwołaniami do kulturowej tradycji i pomysłowo tę tradycję przetwarza. A skoro na dodatek “Efialtes” odwołuje się do tego kawałka historii, który znam i którym, poniekąd, zawodowo się zajmuję, oczywiste było, że mnie ten tekst skusi. I z przyjemnością stwierdziłam, że kupił mnie od pierwszych słów.

Pierwszoosobowym narratorem, opowiadającym nam w rwanych, impresyjnych scenach swoją historię, jest w opowiadaniu Pawła Majki tytułowy Efialtes – arcyzdrajca spod Termopil, który wedle przekazów greckich historyków pokazał Persom drogę, pozwalającą obejść spartańską armię i ją zaskoczyć, doprowadzając do perskiego triumfu w bitwie. Ta postać nieraz wcześniej pojawiała się w kulturze, w tym – popularnej: Efialtes Pawła Majki na pewno zawdzięcza sporo swojemu odpowiednikowi z 300 Franka Millera i jego komiksowej adaptacji, bo – podobnie jak bohater komiksu, a inaczej niż historyczna postać, o której nic takiego nie wiemy – urodził się dotknięty kalectwem. To jest, oczywiście, bardzo kusząca perspektywa, by tak tę postać wykreować – przede wszystkim dlatego, że jednym z kluczowych faktów powiedzmy-historycznych o Sparcie, jakie większość z nas zna, jest przekonanie, że urodzone z widoczną niepełnosprawnością niemowlęta skazywano w niej na natychmiastową śmierć przez zrzucenie ze skały. Historyczność tego faktu jest dość wątpliwa (1), ale jego kulturowe znaczenie ogromne, bo dla mnóstwa osób Sparta kojarzy się właśnie z tymi dwoma faktami: zabijaniem “nieidealnych” dzieci i bohaterską obroną Termopil.

Efialtes Pawła Majki jest bohaterem niedoskonałym, nie tylko ze względu na swoją historię. Jego ciało jest kalekie, a umysł – przekształcony ciągłym kontaktem z bóstwem, z tym, co przerasta człowieka. Jak Merlin w niektórych wariantach legendy, żyje jednocześnie we wszystkich czasach, we własnym teraz, dawniej, wkrótce.

Wszyscy jesteśmy opowieściami, mówi (jak Jedenasty Doktor w odcinku The Big Bang, skądinąd, wybaczcie fanowski wtręt) u Majki Efialtes. Autor bardzo efektownie buduje w tym tekście paralele i skojarzenia: między Efialtesem a kamieniem, który zamiast niego zrzucono ze skały, między Efialtesem a jego siostrą, którzy oboje żyją w cieniu Sparty, ale tak naprawdę poza tym, co ją stanowi, poza rytuałami wojny; między tym, czym Efialtes jest, a tym, czym – ucząc się samotnie walki bronią odebraną martwemu wojownikowi – powoli się staje. Między Ateną a Aresem, boginią wysublimowanej wojennej mądrości i chwały, a bogiem przelanej krwi, poszarpanych ciał i udręki konających na polu bitwy.

Majka nie tworzy w tym tekście prostych opozycji dobro-zło, nie kreuje Efialtesa ani na zdrajcę szlachetnej, doskonałej Sparty, ani na mściciela krzywd. Stosunek narratora do Sparty jest złożony, nieoczywisty – bo jest w nim i fascynacja pięknem, fizyczną doskonałością Spartiatów i obsesyjnością ich jedynego celu, ale widać też i świadomość wiążących się ze spartańskimi obyczajami okrucieństw. Jest też, przede wszystkim, potrzeba wyrwania się – bogom, ludziom, Sparcie, przeznaczeniu, poczuciu, że jeśli jesteśmy opowieściami, to przez kogoś innego opowiadanymi – i zaznaczenia swojego śladu. Choćby w śmierci.

Literacko to jest bardzo udany tekst, napisany impresyjnym językiem, nastrojowy – wiele w nim z tego, jak widział antyku przywołany w cytacie-motcie Zygmunt Kubiak. Trafił do mnie ten tekst i zdecydowanie zrobił wrażenie; warto go wśród opowiadań z NF 2020 odszukać.

(1) Potwierdza ten fakt zasadniczo jedno (!) źródło, i to z przełomu I/II wieku n.e. (“Żywot Likurga” Plutarcha), które bardzo mocno skupia się na Sparcie jako kreacji swoistego “państwa idealnego”, konsekwentnego (w sposób, który ma wydawać się obcy czytelnikom!) w swojej polityce posiadania “tylko najlepszych obywateli”. Generalnie tekst Plutarcha jest wszystkim, tylko nie obiektywnym raportem o Sparcie IX w. p.n.e. i gdyby to kogoś ciekawiło, chętnie napiszę o tym na moim drugim, poświęconym starożytności blogu.

Jacques-Louis David, “Leonidas w Termopilach”, olej na płótnie, 1814, Luwr; malarze neoklasyczni i historyzujący też lubili idealnych Spartan;

GDZIE ZNALEŹĆ: w Nowej Fantastyce 09/2020.

ZA ILE: Numer NF w aplikacji można kupić za 8.99 PLN.

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę historyczną, odwołującą się twórczo do konkretnej przeszłej rzeczywistości. Dla osób szukających w fantastyce refleksji i – nawet w krótkiej formie – dyskusji o sensie historii i ludzkiej natury. Dla preferujących impresyjną, pierwszoosobową, wymagającą narrację.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (8): Krzysztof Matkowski, Krzysztof Rewiuk, “Święci z Vukovaru”

Powtórzę – dla osób, które przyszły przeczytać tylko tę notkę, a nie cykl Zajdlowy – o co w tym wszystkim chodzi. W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Dzisiaj chciałam spojrzeć na drugi z tych tekstów 2020, które zrobiły dla mnie najmocniejsze wrażenie. Pierwszym z nich jest ciemne, baśniowe fantasy Marty Kisiel. Drugim, które zrobiło na mnie równie mocne wrażenie, są zupełnie inni w klimacie, współcześni i w nieoczywisty sposób fantastyczni “Święci z Vukovaru” Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa Rewiuka.

To nie jest pierwszy wspólny tekst Rewiuka i Matkowskiego – w zeszłym roku ich “Dziewczyna z papieru i ognia” miała Zajdlową nominację, którą uzyskały też solowe teksty Matkowskiego. Obaj autorzy są zdecydowanie na wznoszącej – publikują w NF, wydają udane powieści (a raczej Krzysztof Matkowski wydaje, Krzysztof Rewiuk to zdeklarowany autor opowiadań), coraz częściej mówi się o nich obu jako o zdecydowanie obiecujących pisarzach. W zeszłym roku moim prywatnym opowiadaniem roku było “Siej kwiaty, zbieraj ogień” Matkowskiego. W tym roku do grona najlepszych bez wahania zaliczam zupełnie innych klimatem “Świętych z Vukovaru”.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Opowiadanie Rewiuka i Matkowskiego wiąże się fabularnie z wydarzeniami jak najbardziej realnymi, z paskudną najnowszą historią Europy – w tle ma bowiem wojnę w byłej Jugosławii i przede wszystkim, choć akcja dzieje się zupełnie gdzie indziej, konflikt serbsko-chorwacki w Vukovarze, którego ukoronowaniem była masakra szpitala w tym mieście.

Spotykają się w tym tekście dwaj bohaterowie – starzejący się Chorwat którego życie złamała tamta wojna, i młody Polak, który, jak wiele postaci Krzysztofa Matkowskiego (taki był na przykład główny bohater ubiegłorocznych “Słów, których nie powiem Łucji”) snuje się po świecie, by jakoś tam znaleźć siebie, a może – od siebie uciec, bo taki jest przecież wstępny plan bohatera. Tu obaj stają twarzą w twarz – Petar, chorwacki weteran i polski młody lekarz / student medycyny Krzysztof – z czymś, co nie powinno mieć miejsca, ze swoistym cudem a rebours. Cudem, a może klątwą.

Petar, weteran jugosłowiańskiej wojny, jest rzeźbiarzem, rzeźbi świętych do kapliczek. A raczej – rzeźbił, bo teraz materia rozpada mu się pod palcami, a moc tworzenia została mu odebrana. To tylko jeden, choć najdobitniejszy, z przejawów tego, jak świat i życie rozsypują się bohaterom pod palcami: rozpada się język, dziwaczna i nie pozwalająca na pełną komunikację mieszanka polskiego i chorwackiego z angielskim i niemieckim, rozpadają się wspomnienia i tożsamości (jak w przypadku Krzyśka, który chce odrzucić to, czym był – Krzyśka-lekarza, Krzyśka-syna, Krzyśka-brata, Krzyśka w ogóle – kiedy go poznajemy, powoli zrzuca z siebie dawne, polskie imię; we śnie widzi, jak jego świat rozpada się jak kamień pod dłutem Petara). Dręczeni wspomnieniami i myślami o tym, co zrobili źle, Krzysiek i Petar dzielą nie tyle przyjaźń – pewnie obaj wzdrygnęliby się na tak wielkie słowo – co jakiś rodzaj nieoczekiwanego porozumienia, które pozwoli im przystąpić razem do naprawy świata. Nie, nie tego wielkiego, tego małego wokół nich samych. Skoro obaj musimy się błąkać, to przynajmniej błąkajmy się razem, myśli Krzysiek.

Matkowski i Rewiuk bardzo udanie ogrywają postać Krzyśka i jej znaczenia w tekście. Bo tak, na jednym planie on jest sobą, chłopakiem z Polski z poplątanym życiorysem i kompulsywną potrzebą ucieczki. Ale jednocześnie dla Petara staje się – jako Krzysztof, święty Krzysztof psiogłowiec, jak go często tradycja przedstawia – odpowiednikiem psa Vuko, który uratował mu życie, wyprowadzając z vukovarskiego szpitala niedługo przed masakrą. Jak święty Krzysztof, który według legend przenosił wędrowców przez rzekę, Krzysiek przenosi przez wodę ku kapliczce Petara, upadłego jak święty Piotr, którego imię nosi; ku kapliczce, do której Petar go prowadzi. I ten gest bliskości, pomocy, wsparcia między dwiema tak różnymi, różnie doświadczonymi osobami wyprowadza z ciemności ich obu. Krzysiek zabiera Petara z Vukovaru, tym razem symbolicznie, uwalniając go od winy. Ten gest i pomoc Petara dają jednocześnie Krzyśkowi szansę na pogodzenie się ze sobą samym.

To jest ostatecznie zaskakująco optymistyczny tekst jak na smutek, który go przenika: melancholię małego turystycznego miasteczka poza sezonem, deszczowej zimy, prześladujących wspomnień, dręczącego poczucia osobistej klęski… Subtelnie też i z poszanowaniem dla trudnej historii regionu potraktowana jest tematyka wojennej przeszłości i tego, co się w Vukovarze stało. To jest bardzo dojrzały tekst, przemyślany i mądry – zrobił na mnie wielkie wrażenie już za pierwszą lekturą, a kolejne tylko to poczucie wzmacniały.

Jak to zwykle bywa u obu autorów, postacie są wiarygodne i psychologicznie prawdziwe, a ich historie opisane w poruszający, ale nie epatujący nadmiarem emocji sposób. Pozostawił mnie ten tekst w zamyśleniu, z plastycznie opisanymi scenami z dalmatyńskiego miasteczka Omiš stojącymi przed oczyma i z poczuciem, że na kolejne teksty autorów będę czekać. A, i że ten tekst jest moim nominacyjnym pewniakiem.

Święty Krzysztof psiogłowiec, ikona z Kermiry w Kapadocji, XVII wiek

GDZIE ZNALEŹĆ: w Nowej Fantastyce 10/2020 oraz na portalu Nowej Fantastyki.

ZA ILE: Numer NF w aplikacji można kupić za 8.99 PLN. Tekst na portalu Nowej Fantastyki dostępny jest za darmo.

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę bliskiego zasięgu, nieoczywistą, skupioną na wiarygodnych psychologicznie postaciach. Dla ceniących łączenie fantastyki z realizmem. Dla osób lubiących wcześniejsze opowiadania autorów, przede wszystkim Krzysztofa Matkowskiego.

BONUS: Jakby komuś było mało, to w 2020 solowe opowiadanie Krzysztofa Matkowskiego ukazało się w Snach umarłych 2020 tom I (“Między”), a teksty Krzysztofa Rewiuka – w tych samych Snach umarłych (“Świerszcze i gwiazdy”), w tomiku Świętologia (“Transformacja Jessiego Lorentza”), w tomie Weird fiction po polsku (“Córka poławiacza żachw”) i w Fantazmatowej Zbrodni doskonałej (“Al”).

Zew Zajdla 2020: opowiadania (7): Łukasz Redelbach, “Smakołyk dla dżdżownicy”

Powtórzę – dla osób, które przyszły przeczytać tylko tę notkę, a nie cykl Zajdlowy – o co w tym wszystkim chodzi. W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Ostatnie dwa polecane teksty, opowiadania Marty Kisiel i Agnieszki Hałas, były utrzymane w konwencji fantasy, w przypadku “Róż…” lekko nostalgicznej, subtelnej mimo odniesień do koszmarnych scen z przeszłości. Dzisiejszy tekst jest – no, inny. Zupełnie inny.

Łukasz Redelbach to autor młody, którego dorobek (publikowany w antologiach i czasopismach) nie jest jeszcze duży, ale który zdecydowanie zasługuje na uwagę. Zapamiętajcie sobie to nazwisko, zwłaszcza jeśli gustujecie w fikcji niesamowitej, weirdzie, chwilami idącym w kierunku makabry – bo niewielu czytałam polskich młodych autorów o takiej wyobraźni i wyczuciu. W 2020 Redelbach opublikował kilka różnych tekstów – ja wybieram spośród nich “Smakołyk dla dżdżownicy” z antologii portalu NF “Fantastyczne pióra”. Antologia ta jest zbiorem tekstów, które zostały uznane za najlepsze opowiadania danego roku na portalu Nowej Fantastyki i od roku 2020 ma ukazywać się cyklicznie.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

“Smakołyk dla dżdżownicy” w sposób błyskotliwy łączy makabrę i niesamowitość, która, paradoksalnie, chwilami wydaje się prawie rodem z fantasy, z body horrorem i groteskową chwilami, choć, podkreślmy, nigdy nie idącą w czarny humor czy komizm makabrą.

Dzieje bohatera-narratora, kiedy je nam opowiada, zaczynają się pozornie właśnie jak ponura baśń: bohater-sierota, podrzutek wychowany przez wszechwładną, upiorną babkę, która jest rozpięta, jako postać, w pół drogi między jak najbardziej realistyczną patologiczną i molestującą dręczycielką a baśniową złą czarownicą (skojarzenie z tym, że Baba Jaga chciała zjeść Jasia i Małgosię, nie jest całkiem nie na miejscu…), w końcu decyduje się ją zabić. I nie zdaje sobie sprawy, co to oznacza – dla niego, dla jego też przez starą jędzę przygarniętej żony, dla adoptowanych dzieci…

Redelbach bardzo sprawnie i umiejętnie rozgrywa swój tekst na trzech planach: realistycznym, baśniowym i weirdowo-horrorowym, przy czym im dalej w tekst, tym mocniej wybrzmiewa ten ostatni. Widać w tym opowiadaniu bardzo dużą sprawność literacką, umiejętność pisania w przekonujący – i przerażający – sposób o rzeczach i zjawiskach wymykających się racjonalnemu poznaniu. Pod piórem autora o mniejszej wyobraźni i dyscyplinie rozpad ciała bohatera i jego upiorna droga, w niemal-zombie postaci, z Polski do Estonii, z powrotem do metaforycznego łona, z którego wyszedł, mogłyby łatwo osunąć się w niesmaczny, groteskowy humor – tu jest starannie przez Redelbacha kontrolowana makabra i ciemny, dręczący smutek.

Jestem od pierwszej lektury tego tekstu pod ogromnym wrażeniem tego, jak skutecznie kreuje w nim pisarz nastrój beznadziei i rozpadu, wszechobecnej cielesności umierania, która jednak ma w sobie jakąś paradoksalną – wiem, to nie jest najlepszy termin – metafizykę, a może raczej metafizyczność: życie jest obiegiem zamkniętym, wiecznym kręgiem, w którym trwa wszystko, w tym przypadku – także pamięć i także jednostkowość. Spotworniałe, przerażające, ale zachowujące jakiś strzęp dawnych tożsamości, dawnej natury istoty wyklute z ciała zapłodnionej dżdżownicami Mii mają w sobie przecież zdolność do uczuć. Do miłości. Do nienawiści. Do obrony tego, co kochają. Granice między tym, co cielesne i podlegające rozkładowi a tym, co trwałe i przekazywalne, są u Redelbacha zatarte i nieoczywiste. Bohater przez większość tekstu jest swoim ciałem – to o nim, o jego cierpieniu, rozpadzie, gniciu, odorze, umieraniu ciągle nam mówi – ale jednocześnie każdym krokiem w drodze do Estonii to ciało pokonuje, dokonuje niemożliwego, zmuszając gnijące tkanki i sypiące się kości do posłuszeństwa swej woli. Jednocześnie zaciera się granica między tym, co ludzkie, a resztą natury – dżdżownice, koniczyny, łąka, wilgotna ziemia, w której bohater zanurza palce podczas wizyty w parku są częścią jego doświadczenia i samej jego istoty.

Zrobił na mnie ten tekst swego czasu, kiedy czytałam go jeszcze na forum NF, ogromne wrażenie, i ono tylko pogłębia się z każdą kolejną lekturą.

GDZIE ZNALEŹĆ: w antologii portalu Nowej Fantastyki Fantastyczne pióra 2018. Tak, to nie pomyłka, antologia ukazała się z poślizgiem w roku 2020.

ZA ILE: do ściągnięcia za darmo w różnych formatach.

DLA KOGO: Dla wielbicieli i wielbicielek horroru, w tym przede wszystkim horroru idącego w makabrę i body horror. UWAGA: to zdecydowanie nie jest tekst dla osób z fobiami na tle a) rozkładu, gnicia, rozpadu ciała, b) tzw. robactwa, przede wszystkim dżdżownic i im podobnych. Ja, która nie mam kompletnie tego typu fobii, noszę w głowie niektóre obrazu do dziś, a tekst pierwszy raz czytałam w 2018 – to jest pochwała dla autora, ale może też być ostrzeżeniem :). Jest to za to tekst dla osób ceniących coś stosunkowo rzadko spotykanego: nieskrępowaną wyobraźnię ujętą mocno w karby literackiej formy i stylu, znakomicie przez autora przemyślanych.

BONUS: Dla osób, które mają powyższe fobie / nie lubią takiej stylistyki, a autor wydaje im się intrygujący: w tym samym tomie jest jego drugie opowiadanie “Luminescencyjny pokrak” – bardziej fantasy, dużo mniej makabryczne, ale napisane z tą samą fenomenalną wyobraźnią i warsztatową sprawnością.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (6): Agnieszka Hałas, “Róże świętej Elżbiety”

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Do zestawu postanowiłam – bo przeczytaniu metodą “lepiej późno, niż wcale” – dorzucić, poza olśniewającym tekstem Marty Kisiel, jeszcze jedną rekomendację z tomu Harde baśnie. Tekstem, który zwrócił moją uwagę, było opowiadanie Agnieszki Hałas “Róże świętej Elżbiety”.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

W założeniu Harde baśnie oparte są na baśniowych retellingach, ale nawet nie przeczytawszy jeszcze całości widzę wyraźnie, że w rzeczywistości nie wszystkie (by nie rzec: nie aż tak wiele) tekstów tak czyni. Opowiadanie Anny Kańtoch, na przykład, oparte jest raczej na ogólnej idei baśniowości i baśniowej rzeczywistości, tekst Anny Nieznaj odwołuje się do Trylogii Sienkiewicza, bardzo interesujące i świetnie skądinąd napisane Białe Aleksandry Zielińskiej ma Brzydkie Kaczątko doklejone nieco na siłę, bo można je z tekstu wyciąć kompletnie bez żadnej szkody. No a “Róże świętej Elżbiety” oparte są na hagiograficznej legendzie – i na Tannhäuserze Wagnera.

Autorka w posłowiu mówi o inspiracji operą i chęci przetworzenia libretta. Wagnerowską zmysłową Wenus, skontrastowaną z niewinną siostrzenicą landgrafa Hermana, Elżbietą, zastępuje innymi wariacjami tych postaci, na nowo też opowiada o tytułowym herosie-śpiewaku, który nie może się zdecydować, czego chce od życia (1). Wenus, królową miłości, zamienia na Persefonę – tak przynajmniej odczytuję tę drugą śmierć, do której kieruje bohatera ta pierwsza, spotkana podczas strasznej nocy masakry miasta Béziers w czasie krucjaty przeciw Albigensom w roku 1209. Nieprzypadkowo przytaczam te daty i nazwy – kontekst historyczny, ale też kontekst heretyckiej religijności bohatera, jest dla tekstu istotny. W dzieciństwie główny bohater znał dwóch bogów, przed dwiema śmierciami stanie, podwójna jest jego natura, ludzka i magiczna, podwójna rola rycerza i śpiewaka – podwójność gra w tym tekście dużą rolę.

Podwójna jest też inspiracja autorki, z jednej strony wagnerowska, z drugiej – hagiograficzna. Elżbietę z operowego libretta zastępuje jej daleki pierwowzór, Erzsébet, przyszła święta, której bohater przygląda się od jej dzieciństwa i która pozostanie na zawsze w jego pamięci. Cud z różami, który pojawia się jako jeden z kluczowych punktów w jej hagiografiach, jest tu przypisany nie boskiej, a magicznej interwencji: rolę ocaliciela królowej przyjmuje na siebie główny bohater, rycerz-śpiewak wykształcony w zaświatach przez królową umarłych.

Tekst Agnieszki Hałas jest oparty na kulturowych skojarzeniach niekoniecznie dla każdego czytelnych (nie aż tak bardzo wiele osób czytających fantastykę zna się na operze i nieco w Polsce zapomnianych średniowiecznych świętych); ten kontekst go wzbogaca i ubarwia, ale nie jest tak, że bez niego ten tekst jest niezrozumiały – jeśli się lubi lekko poetycką, subtelną fantastykę, to szkoda by było rezygnować. Przy całej makabrze masakry albigensów i krwawej śmierci, jaką w końcu bohater funduje znienawidzonemu Konradowi, opowiadanie Agnieszki Hałas jest raczej spokojne, wyciszone, może dlatego, że opowiadane z daleka, z dystansu lat wobec tego, co się działo w życiu narratora-bohatera, dawno temu.

Relacja między Erzsébet a jej śpiewakiem jest też wyciszona, też oparta na obserwacji z daleka, na tym, co może łączyć wielką panią i minnesängera. To nie jest romans i to opowiadanie nie jest o miłości, w sensie – o zakochaniu, choć jest jednocześnie, jak najbardziej o miłości, o uczuciu – uczuciach – jakie łączą śpiewaka z boginią i z kobietą. Ferrant, bo takiego imienia bohater używa, nie próbuje nawet wpływać na głęboką – i autodestrukcyjną, bez wątpienia – religijność Elżbiety, choć sam poznał inny świat, inną rzeczywistość. Trudno się czytelnikowi do końca w tę relację emocjonalnie zaangażować, ale nawet tam, gdzie emocjonalnie tekst nie do końca przekonuje, jest ciągle wart uwagi ze względu na swoje inne walory: jest pięknie napisany, zanurzony w tradycji w intrygujący sposób i fascynujący w swoich opisach zaświatów, tonących w woni asfodeli i hiacyntów.

(1) Dobra, to jest trochę złośliwe, ale, uwierzcie, nigdzie, nawet w złej fantastyce, nie ma tylu bohaterów-bałwanów, pacanów i, jak mawiała Bridget Jones, czystej wody popaprańców, co w operze. Mam ich prywatny ranking, i tak, Heinrich von Tannhäuser spokojnie mieści się w Top Ten, choć numerowi jeden raczej nie zagrozi. Chcecie wiedzieć, kto jest numerem jeden? Pytajcie XD.

Karl von Blaas, Święta Elżbieta Węgierska: cud z różami, olej na płótnie, 1839

GDZIE ZNALEŹĆ: w tomie Harde baśnie, wydanym przez SQN i dostępnym zarówno w postaci papierowej, jak i elektronicznej.

ZA ILE: Dostępne w rozmaitych zestawach w sklepie SQN, od 55 PLN/ ebook. Ta wysoka cena i trudność dostępu (książkę sprzedaje oficjalnie tylko sklep SQN) to chyba główna bariera dostępności tego tekstu.

DLA KOGO: dla lubiących mitologię, teksty z literackimi i kulturowymi odniesieniami, oryginalne przetworzenia średniowiecza w fantasy.