Zew Zajdla 2020: opowiadania (3): Olga Niziołek, “Ogród rozkoszy ziemskich”

Olga Niziołek, pisarka i tłumaczka, jest jedną z tych osób, które swoimi tekstami zwróciły w roku 2020 moją (i pewnie nie tylko moją) szczególną uwagę. W Nowej Fantastyce (11/ 20) opublikowała bardzo ciekawą “Podróż do wnętrza psa”, błysnęła też udanym, moim zdaniem, przekładem “Prime Meridian” Silvii Moreno-Garcii (a ja jestem fanką tego tekstu i miałam zdecydowaną wizję, jak powinien zostać przetłumaczony 😀 ); ukazał się, pod tytułem “Pierwszy południk”, w NF 06 / 2020. “Podróż…” to też bardzo udany tekst i spokojnie mógłby znaleźć się wśród moich Zajdlowych polecanek, ale do analizy wybrałam, pochodzący z antologii Tęczowe i fantastyczne, wizyjny i psychologiczny jednocześnie “Ogród rozkoszy ziemskich”.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka antologii – ilustracja autorstwa Samanthy „Niemti” Niemczyk

Tekst Olgi Niziołek rozpięty jest w intrygujący i niebanalny sposób między dwoma biegunami – z jednej strony utrzymanego w weirdowej konwencji światotwórstwa, z drugiej – psychologicznej, bardzo prawdziwie oddającej zresztą ludzką naturę historii narratorki i kręgu związanych z nią osób: partnerki Marty, opiekującej się ich wspólnym synkiem, kolegi z pracy Dariusza, aspirującego poety, wreszcie – obecnej przede wszystkim we wspomnieniach i obsesjach narratorki siostry. Ta strona tekstu dowodzi dużej wrażliwości autorki na ludzką naturę i wyczucia w opisywaniu historii, bez tendencji do przedramatyzowywania czy epatowania czytelnika tragediami postaci. Tu mamy zwykłą codzienność: jakoś tam satysfakcjonującą, ale pozostawiającą niedosyt pracę narratorki, robotnicy zatrudnionej w Ogrodzie Rozkoszy Ziemskich, jej rozpadający się związek z Martą, który niszczy tak zwana proza życia (Marta jest znużona ciągłym siedzeniem w domu i opieką nad niemożliwym do posłania do przedszkola dzieckiem, narratorka fantazjuje o innych kobietach i nie ma siły ani chyba też chęci, by ratować dotychczasową relację), wspomnienia z mało szczęśliwego dzieciństwa i trudnej, ale kluczowej dla narratorki relacji z siostrą. Bardzo doceniam w tym opowiadaniu umiejętność oddania emocji, subtelność i wyciszenie tego, jak Olga Niziołek opisuje dzieje bohaterów, nigdy nie próbując pogrywać na wysokim C tragedii ani szantażować emocjonalnie dramatami bohaterek osób, które jej tekst czytają.

Jednocześnie ta obyczajowa, wiarygodna psychologicznie historia wpisana jest w fantastyczny, najbliższy chyba konwencji weird fiction świat. Narratorka pracuje w ożywionym, a jednocześnie całkowicie skomercjalizowanym Ogrodzie Rozkoszy Ziemskich, opartym na obrazie Hieronima Boscha, pełnym żywych istot przeniesionych wprost z dzieła sztuki, ale, podobnie jak ona, udręczonych. One marnieją, wystawiane na widok publiczny jako zabawka dla znudzonych bogaczy; ją męczy fakt, że jako szeregowa, fizyczna pracownica jest, a raczej powinna być, niewidzialna dla odwiedzającej Ogród klienteli – nawet jeśli jedną z klientek jest jej własna, rodzona, utracona siostra. Zamknięcie, uwięzienie – czy to w relacji, czy w rutynie, we własnej cielesności czy po prostu fizycznie w miejscu takim, jak otoczony murem, dostępny dla posiadaczy biletów Ogród – to jeden z kluczowych tematów opowiadania. I chyba nie jest przypadkiem, że przy całym smutku, jaki dominuje w tekście Olgi Niziołek, ostatecznie prawie każda postać ze swojego więzienia się uwalnia: Marta odchodzi z dzieckiem, by związać się z Dariuszem, Dariusz wydaje tom wierszy, narratorka wypuszcza z ogrodu Sfinksa, a sama robi pierwsze kroki jednocześnie ku zerwaniu z obsesyjnym chodzeniem po śladach siostry i, być może, odzyskania z nią jakiegoś rodzaju porozumienia, na które po cichu liczy. Nie ma tu łatwego happy endu, ale jest wyraźnie wyartykułowana nadzieja na małe, powolne, pozbawione dramatyzmu, ale jednak – zmiany.

Weirdowy świat stworzony przez Niziołek nie domaga się dookreślenia ani wyjaśnień – czemu bohaterka ma fizyczne cechy dzika, a jej partnerka – sowy, czemu ich synek wygląda jak porośnięty sierścią należącą do młodego warchlaczka? Czym jest Ogród i żyjące w nim istoty – ludzką kreacją? A może czymś, co jest sednem tego świata i źródłem jego dziwacznej natury? Niesamowitość zderza się w tym opowiadaniu z codziennością pociągów, przedszkoli i finansowych kłopotów, fantastyczność idzie ręka w rękę z realizmem – i tworzy to wszystko efektowną i zapadającą w pamięć całość.

Ogród rozkoszy ziemskich” Hieronima Boscha (1450 – 1516), ze zbiorów muzeum Prado w Madrycie. Jak się dobrze przyjrzymy, to będziemy w stanie zrekonstruować miejsca odwiedzane przez bohaterki.

GDZIE ZNALEŹĆ: W antologii Tęczowe i fantastyczne

ZA ILE: do ściągnięcia za darmo w wybranym formacie.

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction i mocno psychologizującą fantastykę, dla której kluczowe są ludzkie charaktery i natura. Dla lubiących sztukę i jej ogrywanie w fantastyce. Nie dla czytelników szukających szybkiej akcji i dramatycznych twistów w fabule.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (2): Mateusz Kopacz, “Teatr chemiczny”

W przerwie od pisania bardzo długiego tekścidła analitycznego o cyklu “Terra Ignota” Ady Palmer wracam do Zajdlowych polecanek. O co w tym chodzi i jak głosować – wyjaśniam w poprzednim wpisie z tego cyklu.

Dzisiaj parę słów o tekście autora, którego do tej pory nie kojarzyłam jako pisarza, choć znałam jego nazwisko z przekładów. “Teatr chemiczny” Mateusza Kopacza to jeden z moich ulubionych tekstów ze zbioru Sny umarłych 2020.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Ilustracja na okładce: Tomoki HayasakaA

Mateusz Kopacz, znany tłumacz oraz propagator twórczości H. P. Lovecrafta, napisał dla Snów umarłych jedno z najciekawszych opowiadań w tym w ogóle naprawdę niezłym zbiorku. I jakkolwiek nazwisko autora tekstu przywołuje, bo musi, Lovecraftowskie skojarzenia, tekst pogrywa z ideami i koncepcjami kojarzącymi się z twórczością autora Koloru z przestworzy w sposób niebanalny i nieoczywisty, odwołując się przy tym szeroko i do innych zjawisk z zakresu literatury grozy.

Lovecraftowsko kojarzył mi się w tym tekście przede wszystkim narrator: nawiedzony mizantrop-chemik, obserwujący dramaty życia sąsiadów chłodnym okiem uczonego, przyglądającego się im z pobłażaniem i lekceważeniem, dopóki jego uwagi nie zwróci dziwne zachowanie syna sąsiadów. Ten niemrawy, leniwy, rozkojarzony, zamknięty w sobie, zafiksowany na kilku przyjemnościach nastolatek też nie umyka krytycznemu i mizantropijnemu oku bohatera (kretynizm tej pokraki o zaokrąglonym brzuszku i cofniętej klatce piersiowej budzi w narratorze pogardę, choć jest ona zaprawiona ciekawością – a i świadomością łączących narratora i bohatera podobieństw). Wydaje się, że jednostronna, voyeurystyczna interakcja tych postaci – narrator podglądający obsesyjną syllogomanię bohatera i znoszone przez niego do domu pozornie przypadkowe przedmioty – będzie osią opowieści, ale Kopacz w pewnym momencie robi ostry zwrot: w scenografii godnej klasycznego, gotyckiego horroru – lodowata burza w środku nienaturalnie upalnego, dusznego i lepkiego lata, ścielące się wszędzie mgły, nadnaturalnie pociemniałe niebo – znika bohater; znika w ślad za swoim skarbem, który wcześniej, kiedy jeszcze dookoła panował upał, jego matka utopiła w kompostowniku. Od tej pory w centrum wydarzeń jest narrator-obserwator, który w interakcję z podglądanymi przez siebie ludźmi wchodzi tylko raz, kiedy rozmawia z rodzicami zaginionego nastolatka niedługo po jego zniknięciu. Potem – już tylko patrzy i raz, jeden raz próbuje spotkania z Nieznanym.

Nieznane wyrasta z syfu, gnoju, śmieci i oślizgłych resztek, kiszących się w kompoście, do którego matka wyrzuciła skarby syna, będące sensem jego życia. Zapłodnione tym aktem zniszczenia, napędzone nieznośnym letnim upałem, ożywione, jak monstrum Frankensteina, trafieniem pioruna nowe życie – cuchnące, lepkie, śliskie, ani roślinne, ani zwierzęce, trochę jak ukwiały, trochę jak napęczniały, czerwony owoc, trochę jak jajo – zaczęło kiełkować w brudzie i zgniliźnie kompostownika. I, naturalnie, budzić różne reakcje u obserwatorów.

Wokół tych reakcji skupia się druga część opowiadania. W centrum stoi moment, przypomniany później w finale, kiedy na co dzień zamknięty w pokoju, pozostający w odosobnieniu narrator wychodzi, by spojrzeć w “twarz” Nieznanego. Reszta tekstu skupia się na reakcjach małego, lokalnego światka – jedna ulica, parafianie jednego kościoła – na to, co się powoli wykluwa w ogrodzie.

Tekst Kopacza bardzo udanie balansuje między konwencjami. Ma w sobie coś z tradycyjnej opowieści niesamowitej: najbardziej przywodzą mi ją na myśl erudycyjne, celowo pretensjonalne wstawki narratora, charakteryzujące go jako alchemika raczej niż chemika, te flanele Flamela, uwagi o cynobrze jako sanguis draconis, wzmianki o Jakubie Boehme, rzeczy wynurzające się z Tartaru… Zarówno w sferze odwołań przywoływanych w wypowiedziach narratora, jak i w ich stylistyce wyraźne są nawiązania do klasyki literatury grozy. Tu też mamy jakieś blade ślady Lovecrafta; widziałabym je, jeśli gdziekolwiek, to w obsesyjnej fascynacji narratora Nieznanym, nawet jeśli to nieznane miałoby okazać się zabójcze. Z klasycznej quasi-Lovecraftowskiej grozy, lekko kojarzącej mi się z “Kolorem z przestworzy”, jest też zakończenie, kiedy po zniszczonej w groteskowym akcie demolki istocie pozostał duch, tajemna esencja życia, eteryczny eliksir, ciągle obecny w miejscu, w którym wyrosło jajo.

Obok konwencji klasycznej opowieści niesamowitej Kopacz umiejętnie i pomysłowo pogrywa też innymi, w tym przede wszystkim weirdową groteską, momentami wręcz na pograniczu bizarro. Z tą ostatnią konwencją łączy go nie tyle struktura opowiadania – ona jest logiczna i zachowuje klasyczne reguły wynikania – co groteskowość wywodów księdza (kompost i Kompostella, boska rola w stworzeniu tego czegoś, co wyrasta w kompoście) i cała otaczająca rodzące się Nieznane aura gnicia, smrodu, podniesionego do rangi stworzycielskiej mocy rozpadu śmieci, odpadków i resztek.

Kluczem do interpretacji tekstu z punktu widzenia narratora wydaje się alchemia – bez zrozumienia znaczenia rtęci w alchemii ostatnia scena pozostaje chyba niezrozumiała. Zakończenie jest zresztą otwarte, pozostawia więcej chyba pytań niż odpowiedzi. Co się stało? Dlaczego tak nieznośnie dręczące narratora (a przez to i nas) napięcie i pytania o nowe życie rozwiązało się nie w triumfie czegoś obcego i przerażającego, a w przyziemnym, brutalnym akcie zniszczenia? Czy Nieznane naprawdę umarło? Co narrator-bohater zrobił z fiolką rtęci i do czego była ona nowemu Życiu potrzebna? No i czy w ogóle możemy wierzyć w choć jedno słowo naszego niewiarygodnego, żyjącego we własnym świecie narratora?

“Teatr chemiczny” to tekst intrygujący i nieoczywisty, literacko wieloznaczny, pokazujący nie tylko znakomite panowanie autora nad językiem i literackimi konwencjami, ale i umiejętność połączenia w jedną całość motywów i klimatów pozornie sprzecznych i się wykluczających. Dla mnie jeden z najjaśniejszych punktów tego zbioru.

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Sny umarłych 2020 , tom I, wydawnictwa Phantom Books.

ZA ILE: Obecnie w sklepie Okolicy Strachu za 38 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction i grozę idącą w kierunku niesamowitości, w tym wypadku – osadzoną nie w odległych czasach i miejscach, ale w lokalnych polskich realiach. Dla tych, którzy mają ochotę na koktajl grozy i groteski w różnych, ale mistrzowsko wymieszanych wariantach.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (1): Michał Brzozowski, “Nakręcia głowy”

W zeszłym roku, po od-zombieniu bloga, postanowiłam podzielić się z czytelnikami swoimi typami do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Konkretniej – na tym etapie – tekstami, które mam w swojej szerokiej puli do nominacji i z których wybiorę swoją piątkę. W tym roku też postanowiłam kontynuować ten pomysł. A że właśnie dziś zaczyna się sezon nominowania do nagrody – wydaje mi się to najlepszym momentem, by zacząć.

Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla przyznaje się ją co roku, a w głosowaniu biorą udział osoby, które albo obecne są na Polconie, albo wykupiły akredytację wspierającą i głosują zdalnie – co zapewne w tym roku będzie ciągle oznaczać głosowanie zdalne. Nominować jednak może absolutnie każdy. Wystarczy wybrać do pięciu swoich ulubionych opowiadań i do pięciu powieści i zagłosować na nie przy pomocy specjalnego formularza, dostępnego online.  Te teksty, które dostaną najwięcej głosów, uzyskają oficjalną nominację i to spośród nich realni i korespondencyjni uczestnicy Polconu – albo, jak w 2020, ci, którzy zdecydowali się na wykupienie za kilka PLN (dosłownie) akredytacji do głosowanie – wybiorą nagrodzone teksty. 

I tu pojawia się pytanie: jak wybierać? Listy pomocnicze, opracowane przez niezastąpioną ekipę Zewu Zajdla, liczą po solidne kilkaset opowiadań i powieści. Nie oszukujmy się, jako całość to jest nie do przeczytania dla 99, 99% z nas. I oczywiście, jakąś metodą wyboru jest po prostu zagłosowanie na ulubieńców. Większość z nas pewnie ma takich pisarzy, na których nowy tekst zagłosuje w ciemno, zakładając, że cokolwiek XY napisze, będzie lepsze niż reszta. Żeby nie być gołosłowną – podejrzewam, że dowolna powieść fantastyczna Anny Brzezińskiej będzie miała u mnie zapewnione miejsce na nagrodowej liście.

Ale… ale można próbować poszerzyć swoje normalne czytelnicze wybory. Nie twierdzę, że zrobienie niemożliwego założenia “Przeczytam WSZYSTKO, potem nominuję” jest realistyczne albo sensowne, ale może warto zerknąć szerzej? Rok 2020 obfitował w dobre a dostępne antologie, także te darmowe – być może zajrzenie do którejś i poświęcenie czasu na przeczytanie jednego czy drugiego opowiadania w lubianym gatunku – albo wręcz przeciwnie, w nowym, którego nie znamy – to dobry pomysł? Lektura powieści to spora inwestycja czasu, ale opowiadania czyta się zazwyczaj dość szybko. Kto wie, może znajdziemy kolejnego interesującego autora lub autorkę?

Moje zamiłowanie do czytania sporej ilości polskich antologii i zbiorów wiąże się, po części, z faktem, że od samego początku biorę udział w akcji Zew Zajdla, mającej na celu propagowanie polskiej fantastyki i świadomego nominowania do nagród. I oczywiście wiem, że nie każdy ma na przeglądanie – nawet darmowych – antologii czas i ochotę, ale ponieważ ja akurat lubię, to pozwolę sobie na tę prywatę i zareklamuję na blogu kilka tekstów, które uważam za warte nominacji. Zacznę od opowiadania Michała Brzozowskiego “Nakręcia głowy”, które ukazało się w antologii Weird fiction po polsku (Phantom Books Horror, 2020).

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka antologii, autorstwa Vladislava Chenchika

“Nakręcia głowy” znakomicie wpisały się w formułę weirdowego tomu, w którym się znalazły. Tekst Michała Brzozowskiego balansuje między absurdem (od którego wychodzi) i elementami groteski a emocjonalnie wiarygodną historią o dojrzewaniu nietypowego bohatera.

Punktem wyjścia autora jest ogranie podwójnego znaczenia słowa “błyskotliwy”. Nie, to, które nam najpierw przychodzi na myśl, nie jest w tym świecie znaczeniem prymarnym. Główny bohater, Zygmunt, od urodzenia jest jednym z nielicznych błyskotliwych. Co to znaczy tak naprawdę, być człowiekiem-lampą i swym blaskiem oślepiać innych? Skąd bierze się taka odmienność? Zgodnie z założeniami weirdowej konwencji, autor nie wyjaśnia, bo i nie musi – wszystko, co nam potrzebne, to fakt, że Zygmuntowi już w dzieciństwie przykręcono na głowie abażur, tytułowe nakręcie głowy.

Błyskotliwych jest niewielu, a mimo to kultura w ich świecie przedstawia ich jako potwory. Zygmunta i jemu podobnych od dzieciństwa uczono, jakie bestie kryją się pod abażurami. Jak bardzo błyskotliwi są niebezpieczni, jak bardzo powinni być wdzięczni, że w ogóle pozwala im się przebywać wśród zdrowych i poza abażurami nie zakłada się im na pyski kagańców. Również wzorce, jakie tamtejsza kultura pokazuje błyskotliwym, są jednoznaczne – społeczeństwo widzi w nich potencjalnych zamachowców, morderców i potwory, gdyż wybuch światła błyskotliwego jest zabójczy dla znajdujących się w pobliżu zwykłych ludzi (dla samego błyskotliwego takoż, ale kogo to obchodzi…).

Historię Zygmunta w “Nakręciach głowy” opowiada nam zdystansowany, wszechwiedzący, lekko ironiczny trzecioosobowy narrator, zmieniający się czasami w narrację z punktu widzenia bohatera. Oczyma narratora oglądamy historię bohatera – od narodzin do śmierci – skupioną wokół klasycznych problemów dojrzewania: poszukiwania bratniej duszy, prób romansu, buntu przeciwko ograniczeniom i przeciw społeczeństwu, próbę znalezienia swojego miejsca w świecie… Brzozowski nigdy nie ześlizguje się w tym tekście w prostą alegorię, w próbę wskazania, metaforą kogo mieliby być błyskotliwi – i dzięki za to wszelkim bogom literatury, bo dzięki temu jego tekst pozostaje niejednoznaczny i zagadkowy, wymykający się prostym, moralizującym interpretacjom.

Na schemat obyczajowej de facto opowiastki o dziejach bohatera nakłada się w pewnym momencie drugi typ konwencji. Z rozczarowanym do świata i ludzi Zygmuntem nawiązuje kontakt sekretna, znana tylko z awanturniczych opowieści organizacja: Stowarzyszeniu Abażurzystów, będące zbrojnym podziemiem błyskotliwych. Oczywiście okazuje się, że w tym wszystkim czai się i spisek normalnych, i wielka rola, jaką błuyskotliwi odegrali w historii świata…. Brzozowski pomysłowo ogrywa tu (i odwraca) konwencje szpiegowskiego thrillera. Zwerbowany metodami znanymi doskonale z powieści szpiegowskich, Zygmunt zaczyna eksplorować swoją wrodzoną błyskotliwość, by w końcu zrzucić okowy abażuru, spuścić ogary idei ze smyczy i – no cóż, łatwo mu poszło znalezienie tej super-zakonspirowanej organizacji, prawda? A każdy, kto czytał/oglądał dobre thrillery polityczne, wie, co to znaczy, kiedy za łatwo idzie nam dostanie się do supertajnej komórki agentury…

Za bodaj najmocniejszą stronę opowiadania Brzozowskiego, poza nieokiełznaną wyobraźnią (która spodobała mi się u tego autora już wcześniej) uważam to, jak udało mu się, nie rezygnując z absurdu i groteskowości, poprowadzić swoje postacie tak, by budziły w czytelnikach sympatię i rzeczywiste współczucie. Ani szukający swego miejsca i buntujący się przeciw własnej kondycji Zygmunt, ani za wszelką cenę próbująca wpisać się w społeczne konwencje Natalia, która, choć sama błyskotliwa, nazywa normalnymi zwykłych ludzi i stara się żyć, jak oni, nie są tylko autorskimi zabawkami ani rekwizytami w opowiadaniu: przy całym absurdzie punktu wyjścia autor charakteryzuje ich subtelnie i wiarygodnie, a dzięki temu sprawia, że ich losy obchodzą czytelnika i wywołują wzruszenie, gniew, przejęcie. To jest przy tym bardzo udany tekst także stylistycznie, ogrywający pomysłowo dwuznaczność błyskotliwości i wypalenia, twórczo pogrywający konwencjami. Na pewno zalicza się do moich ulubionych w tym tomiku i uważam, że zdecydowanie wart jest uwagi w kontekście ewentualnych nagrodowych nominacji.

Ilustracja stąd

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Weird Fiction po polsku, tom I, wydawnictwa Phantom Books. To samo opowiadanie we wcześniejszej wersji można przeczytać na stronie portalu Nowej Fantastyki.

ZA ILE: Obecnie w sklepie Okolicy Strachu za 28 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction, absurd, lekką groteskę – ale niekoniecznie już np. bizarro. Dla osób ceniących inteligentne gry z językiem i konwencjami oraz wiarygodne, nawet jeśli dziwne, postacie.

UWAGI: Na liście pomocniczej do Nagrody im. Janusza A. Zajdla są jeszcze dwa inne opowiadania tego autora: szort “Śladami Kartezjusza” w “NanoFantazjach 2” (Fantazmaty) i błyskotliwe (pun intended) “Smuteczkowe promieniowanie tła” w Snach umarłych 2020, t. 1, o którym to tekście prawdopodobnie jeszcze tu napiszę.

Uwaga dla dociekliwych: tak, w tym samym zbiorze, co “Nakręcia głowy”, jest i moje opowiadanie. Nie, nie dlatego chwalę teksty z tego zbioru XD.

 

Podsumowanie 2020 (1): polska fantastyka

Obiecuję NIE ZACZYNAĆ o uwag o tym, że 2020 był to dziwny rok i nie użyć nigdzie poza tym zdaniem zwrotu “coś tam roku zarazy”.

No to co? Ruszamy z podsumowaniem roku 2020? Zacznijmy dzisiaj od tekstów polskich, jutro mam nadzieję zmotywować się do napisania o najlepszych nie-polskich tekstach fantastycznych, jakie w 2020 przeczytałam.

Powiem tak – w roku 2020 wśród moich lektur rodzimych dominowały opowiadania – zarówno te wydane w zbiorach autorskich, jak i te w antologiach i czasopismach. Kilka propozycji do przeczytania / rozważenia pod kątem jakichś przyszłych nominacji nagrodowych przedstawiam poniżej. Od razu też zaznaczę jeszcze jedno – nie zdążyłam oczywiście przeczytać wszystkiego. w W całej notce rozsiane są informacje o powieściach i opowiadaniach z 2020, które mam na liście lektur przed sezonem nagrodowym, ale gdyby ktoś chciał dorzucić coś do tej listy, to polecanki zawsze chętnie przyjmę.

Po pierwsze – zbiory autorskie. Tych przeczytałam niewiele, ale też nie tak wiele ich wychodzi. Przede mną lektura kilku ciekawych zbiorków z zakresu grozy, a z tych już przeczytanych chciałabym wyróżnić “Niebo, ptaki i robaki” Anny Marii Wybraniec: ciążący w stronę weirdu i niesamowitości debiut, zapowiadający bardzo ciekawą autorkę.

Po drugie – antologie. Tu mieliśmy wysyp, jak zresztą od kilku lat. Ukazywały się tomy wydawane przez różne kluby i organizacje związane z fantastyką – z tych nieczytanych dotąd szczególnie napalam się na wydany przez Śląski Klub Fantastyki Iknszy welt (z opowiadaniami m.in. Michała Cholewy i Marty Magdaleny Lasik). Jak zawsze nie zawodziły Fantazmaty – w tegorocznych zbiorach Nanofantazje 2.0 i wydanej niedawno Zbrodni doskonałej czeka sporo ciekawych tekstów – choć, przyznajmy, nie ma wśród nich moich absolutnych faworytów do tytułu opowiadania roku. Czeka na mnie jeszcze całościowa lektura Hardych baśni, w których jest kilka tekstów znanych mi już i cenionych autorek. Znam z nich na razie jeden, udane i nastrojowe “Róże świętej Elżbiety” Agnieszki Hałas, odwołujący się do legendy średniowiecznej węgierskiej świętej królowej i do motywów z Tannhäusera Wangera. Nie zachwyciły mnie antologie cyberpunkowe – choć z tej kobiecej (Cyberpunk Girls Uroborosa) czekają mnie jeszcze oba teksty generalnie bardzo przeze mnie cenionej Martyny Raduchowskiej. Nie ruszyłam jeszcze Gladiatorów z FS – mam w tym tomie upatrzone kilka tekstów, które zdecydowanie chcę przeczytać. W głośnej i bardzo różnie ocenianej antologii Tęczowe i fanastyczne (Grupa Wydawnicza Alpaka) znalazłam jedno ze swoich ulubionych opowiadań roku – malarski, niepokojący “Ogród rozkoszy ziemskich” Olgi Niziołek, które na pewno znajdzie się na mojej liście nagrodowych nominacji za 2020. Nie chcę rozpisywać się o tym zbiorze, ponieważ jest w nim i moje własne opowiadanie, a recenzowanie zbiorku ze swoim tekstem trochę nie ma sensu, ale w tym tomie obiecujące – w kontekście dalszych karier autorów/-ek – są IMHO także teksty, które napisali/ły Paulina Rezanowicz, Ewan Mrozek i A. Szydlik. Literacko warto też zerknąć na zawarte w tym zbiorze teksty Agnieszki Szmatoły oraz cieszącej się już w fandomie sporym uznaniem Krystyny Chodorowskiej. Jedne i drugie to nie do końca moja bajka, ale pod względem literackim warte są uwagi – mogą do kogoś trafić mocniej, niż do mnie. Pierwszy tom pokonkursowej antologii Weird fiction po polsku (Phantom Books) to także tom, w którym jest mój tekst – powstrzymując się więc od szczegółowej recenzji całości, pozwolę sobie zwrócić uwagę na opowiadania Pawła Wącławskiego (zachwycające pomysłowością “Jestem wszystkim i wszystkimi”), docenionego przeze mnie już w zeszłym roku Michała Brzozowskiego (absurdalne, ale i łapiące za serce “Nakręcia głowy”, chyba mój nr 1 w tym zbiorku) oraz Michała Blatkiewicza (enigmatyczne i idące w niepokojącą groteskę “…Będzie futro”). Nie zawiódł mnie również obserwowany już od jakiegoś czasu Sylwester Gdela (mitologiczno-cyberpunkowo-odlotowy “Gegnarok”). Jeszcze przede mną lektura tegorocznych “Snów umarłych”, ale wiem, że zawierają kilka naprawdę dobrych tekstów. A jak już mowa o dobrych tekstach – z czytanych przeze mnie antologii najrówniejszą chyba była ta stworzona z opowiadań wyróżnionych na portalu Nowej Fantastyki (Fantastyczne pióra). Portal ten jest mi bliski i sama się na nim udzielam, nie mam jednak swojego tekstu w zestawie za 2018 (wydanym w 2020). Chciałabym wobec tego zwrócić uwagę na najciekawsze teksty z tego tomu. Pierwszy z nich to “Arecibo” (autorem jest Aleksander Pacion), klimatyczne SF z elementami horroru (?), które ma ogromne szanse znaleźć się na mojej liście Zajdlowych nominacji za 2020. Drugi i trzeci – to dwa teksty obserwowanego przeze mnie od dłuższego czasu Łukasza Redelbacha – oryginalny światotwórczo i koncepcyjnie “Luminescencyjny pokrak” oraz przede wszystkim gęste, ciemne, ponure opowiadanie weirdowe “Smakołyk dla dżdżownicy”, też wysoko na mojej szerokiej liście nagrodowej. Z antologii tej zdecydowanie warto także sięgnąć po inspirowany ilustracjami Jakuba Różalskiego wojenny fresk “Husarz śmierci” Marka Kolendy i na intrygującą, emocjonalną i wizyjną “Kumari” Radosława Puchały. Katarzyna Szymonik, która ma w tym zbiorze dwa teksty, to także bardzo obiecująca autorka o dużych możliwościach – ale poczekajcie na “Fantastyczne pióra” 2019, żeby ją w pełni docenić!

Skoro najwyraźniej nie czytywałam aż tak wielu antologii, to co czytałam? Ano, w tym roku w większych niż kiedykolwiek ilościach – opowiadania w czasopismach. No dobra, głównie w czasopiśmie, jednym. W Nowej Fantastyce. W podsumowaniach roku pewnie przewinie się motyw awantury o tekst Jacka Komudy – ja nie będę o nim pisała, bo na mojej liście najciekawszych raczej by się nie znalazł.

Co by się znalazło, z rzeczy z NF? Klimatyczna, choć chwilami nieco za długa “Podróż do wnętrza psa” Olgi Niziołek. Niby dość tradycyjnie i z szacunkiem dla historii, ale pomysłowo i niebanalnie przerabiający opowieść o spartańskim zdrajcy “Efialtes” Pawła Majki (ale też Majka zawsze umiał bawić się tradycją!). “Głos słońca” Marty Magdaleny Lasik, SF bliskiego zasięgu nawiązujące do japońskich klimatów. No i przede wszystkim “Święci z Vukovaru” duetu Krzysztof Matkowski i Krzysztof Rewiuk, ich drugi wspólny tekst po nominowanej w tym roku do Zajdla “Dziewczynie z papieru i ognia”. Tym razem współczesny, w realiach leczącej wojenne rany byłej Jugosławii, emocjonalny, ale i starannie przemyślany, psychologicznie prawdziwy tekst z odrobiną niesamowitości wdzierającej się w realny świat – to jeden z moich zdecydowanie ulubionych tekstów roku 2020. Z kolei w Esensji zwraca uwagę “Nocna parada stu demonów” Wiktora Orłowskiego – efektowna gra tradycyjnymi klockami (demonologia, Japonia, mroczne zabójstwa), układająca się w trzymającą w napięciu całość.

Gdy chodzi o powieści 2020, konkurencję wygrał wspomniany w poprzednim akapicie Krzysztof Matkowski – jego Trzecia część człowieka (Wydawnictwo Alegoria) to moja ulubiona powieść fantastyczna poprzedniego roku, pisałam o niej zresztą więcej tutaj. Wydarzeniem roku była niewątpliwie pierwsza w historii Nike dla autora fantastyki – za intrygującą, choć w moich oczach nierówną Baśń o wężowym sercu Radka Raka. Powiem szczerze – przy wszelkich wątpliwościach bardzo, ale to bardzo się ucieszyłam z tej nagrody! W 2020 nową powieść wydała także Agnieszka Osikowicz-Chwaja – bardzo się dziwię, że po jej cykl klasycznej fantasy z militarnym skrętem i współczesnymi dylematami w tle nie sięga więcej czytelników, bo jej proza jest tego warta. Lubiący fantastykę dla najmłodszych dostali w 2020 także kolejną część przygód Małego Licha Marty Kisiel, która coraz skuteczniej łączy, także w pisarstwie dla młodego czytelnika, humor i ogrywanie kulturowych tradycji z całkiem poważną, gotycką grozą.

Jeszcze przede mną lektura kilku głośnych tytułów z tego roku – pewnie jak zawsze nazbiera się kilka książek, o których warto pamiętać (na pierwszy ogień – Człowiek, który zniknął. Deus ex machina Kornela Mikołajczyka, bo zapadło mi w pamięć jego opowiadanie w antologii Umieranie to parszywa robota z 2019 i Bieganie po torach Łukasza Krukowskiego, weirdowa powieść chwalona przez kilku recenzentów i czytelników, do których mam zaufanie.

A wy? Macie swoje ulubione polskie teksty?

Zew Zajdla: Opowiadania (4). Agnieszka Fulińska, “Zima”

W ramach Zajdlowej serii pozwolę sobie zaproponować jeszcze jedno opowiadanie autorki, którą już polecałam. Dzisiejsza polecanka jest specyficzna, zawiera bowiem aż dwa disclaimery. Po pierwsze, patrz poprzednia notka – polecam tekst mojej przyjaciółki i współpracowniczki, i przyznaję się do tego głośno także dlatego, żeby wszystko było jasne: polecam, bo lubię to opowiadanie, a nie dlatego, że przyjaźnię się z jego autorką. Po drugie – o ile poprzednie polecanki były ze zbiorów albo rozreklamowanych i łatwo dostępnych w sprzedaży, albo wręcz z antologii odległych od czytelnika jedynie o jeden przycisk „pobierz za darmo”, o tyle tu sprawa jest bardziej skomplikowana i Sny umarłych wcale nie jest bardzo łatwo znaleźć.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

„Zima” Fulińskiej ukazała się w edycji 2019 polskiego rocznika weird fiction Sny umarłych, choć nie jest typowym weirdowym opowiadaniem: bliżej jej do onirycznej, sennej stylistyki realizmu magicznego niż do pomysłów z gatunku bizzarro. Wybrałam „Zimę”, mimo że w stosunku do innych opublikowanych w 2019 opowiadań autorki jest trudno dostępna, zwłaszcza w obecnych czasach zamkniętych księgarń i zawieszonych kontaktów ze znajomymi i ich biblioteczkami, bo w całej dotychczasowej twórczości Agnieszki Fulińskiej jest to tekst dość nietypowy, i w swej nietypowości bardzo dla mnie ciekawy.

Większość publikowanych tekstów Fulińskiej – z wyjątkiem dostępnego w Esensji Auto da fe – składa się na jedno uniwersum, wpisane w konkretny czas: lata od rewolucji francuskiej do II połowy XIX wieku. „Zima” teoretycznie nie jest tu wyjątkiem: także i ona ma w tle wielką historię i tragedię odwrotu wojsk napoleońskich spod Moskwy. To stamtąd – choć nie wiadomo tak do końca, w jaki sposób – ranny bohater, Alexandre Meunier, zawędrował pod Kraków, na granicę Księstwa Warszawskiego, i przywlókł ze sobą coś, czego ani on, ani goszcząca go młoda Polka, Marianna Kruszewska, nie rozumieją i przed czym nie umieją się bronić. Tylko pytanie, czy w ogóle można się jeszcze bronić.

W opowiadaniu Fulińskiej dzieje się niewiele: w uporządkowane, smutne życie dziewczyny, której wszyscy bliscy wyruszyli na beznadziejną wojnę, powoli wpełza niepokój, a za nim – wszechogarniający mróz i chłód. Tekst stoi nastrojem – autorka umie budować klimat niepewności i nieokreślonego lęku, nie wchodząc przy tym nigdy do końca na terytorium horroru czy grozy sensu stricto, choć jej inne teksty dowodzą, że potrafi i to. Tu skupia się z jednej strony na budowaniu niepojącego, a jednocześnie fascynującego nastroju miejsca, które w fatalistyczny, powolny sposób poddaje się nadchodzącej zimie, z drugiej – na subtelnej historii relacji między bohaterami: nieznającymi się przecież (bo on, półprzytomny, długo bierze ją za pozostawioną we Francji zupełnie inną dziewczynę), a jednak jakoś, wbrew wszystkiemu, lgnącymi do siebie. Wiele tu niedopowiedzeń, sugestii raczej niż stwierdzeń i wyjaśnień. To ten oniryczny, senny nastrój i brak wyraźnego nacisku na historyczność odróżnia „Zimę” od innych tekstów autorki.     

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Sny umarłych.

ZA ILE: No i tu pojawia się pewien problem: nie czuję się dobrze, że polecam Wam tekst, który lubię i cenię, ale który jest dość trudno dostępny – o ile wiem, w tej chwili zakup Snów umarłych możliwy jest głównie na stronie wydawcy, choć jak z dostępnością, nie wiem. Gdyby jednak ktoś zapłonął namiętną chęcią przeczytania, podejrzewam, że może napisać do Autorki na Forum Nowej Fantastyki i zapytać o możliwości kontaktu z tekstem 🙂

DLA KOGO: Jeżeli lubisz narastający opresyjny klimat, historie z zimą w tle, nietypowe opowieści o uczuciach, nie będące klasycznymi romansami, fantastykę z XIX wiekiem w tle. Nie dla wielbicieli/ek szybkiego tempa akcji, krwistych opisów, grozy w typie gore.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.