Zew Zajdla 2020: opowiadania (2): Mateusz Kopacz, “Teatr chemiczny”

W przerwie od pisania bardzo długiego tekścidła analitycznego o cyklu “Terra Ignota” Ady Palmer wracam do Zajdlowych polecanek. O co w tym chodzi i jak głosować – wyjaśniam w poprzednim wpisie z tego cyklu.

Dzisiaj parę słów o tekście autora, którego do tej pory nie kojarzyłam jako pisarza, choć znałam jego nazwisko z przekładów. “Teatr chemiczny” Mateusza Kopacza to jeden z moich ulubionych tekstów ze zbioru Sny umarłych 2020.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Ilustracja na okładce: Tomoki HayasakaA

Mateusz Kopacz, znany tłumacz oraz propagator twórczości H. P. Lovecrafta, napisał dla Snów umarłych jedno z najciekawszych opowiadań w tym w ogóle naprawdę niezłym zbiorku. I jakkolwiek nazwisko autora tekstu przywołuje, bo musi, Lovecraftowskie skojarzenia, tekst pogrywa z ideami i koncepcjami kojarzącymi się z twórczością autora Koloru z przestworzy w sposób niebanalny i nieoczywisty, odwołując się przy tym szeroko i do innych zjawisk z zakresu literatury grozy.

Lovecraftowsko kojarzył mi się w tym tekście przede wszystkim narrator: nawiedzony mizantrop-chemik, obserwujący dramaty życia sąsiadów chłodnym okiem uczonego, przyglądającego się im z pobłażaniem i lekceważeniem, dopóki jego uwagi nie zwróci dziwne zachowanie syna sąsiadów. Ten niemrawy, leniwy, rozkojarzony, zamknięty w sobie, zafiksowany na kilku przyjemnościach nastolatek też nie umyka krytycznemu i mizantropijnemu oku bohatera (kretynizm tej pokraki o zaokrąglonym brzuszku i cofniętej klatce piersiowej budzi w narratorze pogardę, choć jest ona zaprawiona ciekawością – a i świadomością łączących narratora i bohatera podobieństw). Wydaje się, że jednostronna, voyeurystyczna interakcja tych postaci – narrator podglądający obsesyjną syllogomanię bohatera i znoszone przez niego do domu pozornie przypadkowe przedmioty – będzie osią opowieści, ale Kopacz w pewnym momencie robi ostry zwrot: w scenografii godnej klasycznego, gotyckiego horroru – lodowata burza w środku nienaturalnie upalnego, dusznego i lepkiego lata, ścielące się wszędzie mgły, nadnaturalnie pociemniałe niebo – znika bohater; znika w ślad za swoim skarbem, który wcześniej, kiedy jeszcze dookoła panował upał, jego matka utopiła w kompostowniku. Od tej pory w centrum wydarzeń jest narrator-obserwator, który w interakcję z podglądanymi przez siebie ludźmi wchodzi tylko raz, kiedy rozmawia z rodzicami zaginionego nastolatka niedługo po jego zniknięciu. Potem – już tylko patrzy i raz, jeden raz próbuje spotkania z Nieznanym.

Nieznane wyrasta z syfu, gnoju, śmieci i oślizgłych resztek, kiszących się w kompoście, do którego matka wyrzuciła skarby syna, będące sensem jego życia. Zapłodnione tym aktem zniszczenia, napędzone nieznośnym letnim upałem, ożywione, jak monstrum Frankensteina, trafieniem pioruna nowe życie – cuchnące, lepkie, śliskie, ani roślinne, ani zwierzęce, trochę jak ukwiały, trochę jak napęczniały, czerwony owoc, trochę jak jajo – zaczęło kiełkować w brudzie i zgniliźnie kompostownika. I, naturalnie, budzić różne reakcje u obserwatorów.

Wokół tych reakcji skupia się druga część opowiadania. W centrum stoi moment, przypomniany później w finale, kiedy na co dzień zamknięty w pokoju, pozostający w odosobnieniu narrator wychodzi, by spojrzeć w “twarz” Nieznanego. Reszta tekstu skupia się na reakcjach małego, lokalnego światka – jedna ulica, parafianie jednego kościoła – na to, co się powoli wykluwa w ogrodzie.

Tekst Kopacza bardzo udanie balansuje między konwencjami. Ma w sobie coś z tradycyjnej opowieści niesamowitej: najbardziej przywodzą mi ją na myśl erudycyjne, celowo pretensjonalne wstawki narratora, charakteryzujące go jako alchemika raczej niż chemika, te flanele Flamela, uwagi o cynobrze jako sanguis draconis, wzmianki o Jakubie Boehme, rzeczy wynurzające się z Tartaru… Zarówno w sferze odwołań przywoływanych w wypowiedziach narratora, jak i w ich stylistyce wyraźne są nawiązania do klasyki literatury grozy. Tu też mamy jakieś blade ślady Lovecrafta; widziałabym je, jeśli gdziekolwiek, to w obsesyjnej fascynacji narratora Nieznanym, nawet jeśli to nieznane miałoby okazać się zabójcze. Z klasycznej quasi-Lovecraftowskiej grozy, lekko kojarzącej mi się z “Kolorem z przestworzy”, jest też zakończenie, kiedy po zniszczonej w groteskowym akcie demolki istocie pozostał duch, tajemna esencja życia, eteryczny eliksir, ciągle obecny w miejscu, w którym wyrosło jajo.

Obok konwencji klasycznej opowieści niesamowitej Kopacz umiejętnie i pomysłowo pogrywa też innymi, w tym przede wszystkim weirdową groteską, momentami wręcz na pograniczu bizarro. Z tą ostatnią konwencją łączy go nie tyle struktura opowiadania – ona jest logiczna i zachowuje klasyczne reguły wynikania – co groteskowość wywodów księdza (kompost i Kompostella, boska rola w stworzeniu tego czegoś, co wyrasta w kompoście) i cała otaczająca rodzące się Nieznane aura gnicia, smrodu, podniesionego do rangi stworzycielskiej mocy rozpadu śmieci, odpadków i resztek.

Kluczem do interpretacji tekstu z punktu widzenia narratora wydaje się alchemia – bez zrozumienia znaczenia rtęci w alchemii ostatnia scena pozostaje chyba niezrozumiała. Zakończenie jest zresztą otwarte, pozostawia więcej chyba pytań niż odpowiedzi. Co się stało? Dlaczego tak nieznośnie dręczące narratora (a przez to i nas) napięcie i pytania o nowe życie rozwiązało się nie w triumfie czegoś obcego i przerażającego, a w przyziemnym, brutalnym akcie zniszczenia? Czy Nieznane naprawdę umarło? Co narrator-bohater zrobił z fiolką rtęci i do czego była ona nowemu Życiu potrzebna? No i czy w ogóle możemy wierzyć w choć jedno słowo naszego niewiarygodnego, żyjącego we własnym świecie narratora?

“Teatr chemiczny” to tekst intrygujący i nieoczywisty, literacko wieloznaczny, pokazujący nie tylko znakomite panowanie autora nad językiem i literackimi konwencjami, ale i umiejętność połączenia w jedną całość motywów i klimatów pozornie sprzecznych i się wykluczających. Dla mnie jeden z najjaśniejszych punktów tego zbioru.

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Sny umarłych 2020 , tom I, wydawnictwa Phantom Books.

ZA ILE: Obecnie w sklepie Okolicy Strachu za 38 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction i grozę idącą w kierunku niesamowitości, w tym wypadku – osadzoną nie w odległych czasach i miejscach, ale w lokalnych polskich realiach. Dla tych, którzy mają ochotę na koktajl grozy i groteski w różnych, ale mistrzowsko wymieszanych wariantach.

Zew Zajdla: Opowiadania (4). Agnieszka Fulińska, “Zima”

W ramach Zajdlowej serii pozwolę sobie zaproponować jeszcze jedno opowiadanie autorki, którą już polecałam. Dzisiejsza polecanka jest specyficzna, zawiera bowiem aż dwa disclaimery. Po pierwsze, patrz poprzednia notka – polecam tekst mojej przyjaciółki i współpracowniczki, i przyznaję się do tego głośno także dlatego, żeby wszystko było jasne: polecam, bo lubię to opowiadanie, a nie dlatego, że przyjaźnię się z jego autorką. Po drugie – o ile poprzednie polecanki były ze zbiorów albo rozreklamowanych i łatwo dostępnych w sprzedaży, albo wręcz z antologii odległych od czytelnika jedynie o jeden przycisk „pobierz za darmo”, o tyle tu sprawa jest bardziej skomplikowana i Sny umarłych wcale nie jest bardzo łatwo znaleźć.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

„Zima” Fulińskiej ukazała się w edycji 2019 polskiego rocznika weird fiction Sny umarłych, choć nie jest typowym weirdowym opowiadaniem: bliżej jej do onirycznej, sennej stylistyki realizmu magicznego niż do pomysłów z gatunku bizzarro. Wybrałam „Zimę”, mimo że w stosunku do innych opublikowanych w 2019 opowiadań autorki jest trudno dostępna, zwłaszcza w obecnych czasach zamkniętych księgarń i zawieszonych kontaktów ze znajomymi i ich biblioteczkami, bo w całej dotychczasowej twórczości Agnieszki Fulińskiej jest to tekst dość nietypowy, i w swej nietypowości bardzo dla mnie ciekawy.

Większość publikowanych tekstów Fulińskiej – z wyjątkiem dostępnego w Esensji Auto da fe – składa się na jedno uniwersum, wpisane w konkretny czas: lata od rewolucji francuskiej do II połowy XIX wieku. „Zima” teoretycznie nie jest tu wyjątkiem: także i ona ma w tle wielką historię i tragedię odwrotu wojsk napoleońskich spod Moskwy. To stamtąd – choć nie wiadomo tak do końca, w jaki sposób – ranny bohater, Alexandre Meunier, zawędrował pod Kraków, na granicę Księstwa Warszawskiego, i przywlókł ze sobą coś, czego ani on, ani goszcząca go młoda Polka, Marianna Kruszewska, nie rozumieją i przed czym nie umieją się bronić. Tylko pytanie, czy w ogóle można się jeszcze bronić.

W opowiadaniu Fulińskiej dzieje się niewiele: w uporządkowane, smutne życie dziewczyny, której wszyscy bliscy wyruszyli na beznadziejną wojnę, powoli wpełza niepokój, a za nim – wszechogarniający mróz i chłód. Tekst stoi nastrojem – autorka umie budować klimat niepewności i nieokreślonego lęku, nie wchodząc przy tym nigdy do końca na terytorium horroru czy grozy sensu stricto, choć jej inne teksty dowodzą, że potrafi i to. Tu skupia się z jednej strony na budowaniu niepojącego, a jednocześnie fascynującego nastroju miejsca, które w fatalistyczny, powolny sposób poddaje się nadchodzącej zimie, z drugiej – na subtelnej historii relacji między bohaterami: nieznającymi się przecież (bo on, półprzytomny, długo bierze ją za pozostawioną we Francji zupełnie inną dziewczynę), a jednak jakoś, wbrew wszystkiemu, lgnącymi do siebie. Wiele tu niedopowiedzeń, sugestii raczej niż stwierdzeń i wyjaśnień. To ten oniryczny, senny nastrój i brak wyraźnego nacisku na historyczność odróżnia „Zimę” od innych tekstów autorki.     

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Sny umarłych.

ZA ILE: No i tu pojawia się pewien problem: nie czuję się dobrze, że polecam Wam tekst, który lubię i cenię, ale który jest dość trudno dostępny – o ile wiem, w tej chwili zakup Snów umarłych możliwy jest głównie na stronie wydawcy, choć jak z dostępnością, nie wiem. Gdyby jednak ktoś zapłonął namiętną chęcią przeczytania, podejrzewam, że może napisać do Autorki na Forum Nowej Fantastyki i zapytać o możliwości kontaktu z tekstem 🙂

DLA KOGO: Jeżeli lubisz narastający opresyjny klimat, historie z zimą w tle, nietypowe opowieści o uczuciach, nie będące klasycznymi romansami, fantastykę z XIX wiekiem w tle. Nie dla wielbicieli/ek szybkiego tempa akcji, krwistych opisów, grozy w typie gore.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.