Zew Zajdla 2020: opowiadania (4). Krzysztof Rewiuk, “Córka poławiacza żachw”

Na początek pewnie trochę nużąca już powtórka z informacji, o co w tej serii postów chodzi. Chodzi mianowicie o to, żeby czytać, komentować i nominować do nagród autorów polskiej fantastyki. To nie mój pomysł – od paru lat trwa akcja Zew Zajdla, a ja tylko biorę w niej udział. Oznacza to, że po pierwsze, sama wysyłam propozycje nominacji do Nagrody imienia Janusza A. Zajdla. Po drugie, kiedy przychodzi pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Bachanalia Fantastyczne.

Rozpoczęłam już swój cykl recenzji z nominowanych tekstów – udało mi się podzielić wrażeniami z lektury opowiadań: Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa RewiukaŚwięci z Vukovaru”, Magdaleny Kubasiewicz “Sen nocy miejskiej”, a także “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośleKatarzyny Bereniki Miszczuk. Zrecenzowałam już także opowiadanie “Al”, drugi z nominowanych samodzielnie tekstów Rewiuka, jak również dwie nominowane powieści. Na blogu są już mianowicie refleksje z lektury Pieśni Chołów Macieja Głowackiego, a na stronie Esensji – recenzja powieściowego debiutu Krzysztofa Matkowskiego Trzecia część człowieka.

Dzisiaj – ostatnie z nominowanych opowiadań, a trzecie, którego autorem (lub współautorem) jest Krzysztof Rewiuk. Mowa tu o “Córce poławiacza żachw”, opublikowanej w pierwszym tomie zbioru Weird fiction po polsku (nie, żebym tu chciała #bezczelnaautoreklama uprawiać, ale w tym samym tomie jest i moje opowiadanie!).

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

“Córka poławiacza żachw” wpisuje się, podobnie jak inne nominowane w tym roku opowiadanie (współ)autorstwa Rewiuka, “Święci z Vukovaru”, w nurt fantastyki nie odchodzącej bardzo daleko od naszego świata. W “Córce poławiacza żachw” mamy historię dziejącą się na Małych Wyspach Sundajskich – tego określenia zbiorczego pewnie używamy raczej rzadko, ale nazwy Bali czy Komodo wydają się już bliższe, prawda? Na jedną z wysp (archipelag ma ich około czterdziestu), bezimienną i w zasadzie nieznaną ludziom Zachodu, przybywa narrator-bohater, z zawodu pracownik sektora turystycznego. Teoretycznie ma on, w ciągu dwóch tygodni, nabyć dla swojej firmy prawa do zbudowania na tutejszej plaży hotelu i centrum turystyki. W praktyce, zarówno dwutygodniowy termin, jak i zamiar uzyskania koncesji są dla bohatera drugorzędne – jak sam mówi, umówmy się – nie byłbym pierwszym agentem wracającym z wysp z niczym (…) Te dwa tygodnie mogą się zresztą nieco przedłużyć. Dzisiaj odebrałem przez radio informację o trudnościach w załatwieniu zezwolenia na powrotny kurs wodolotu.

Bohatera “Córki poławiacza żachw” trochę trudno jakoś szczególnie polubić. Kombinator z niego, jak widać z powyższych cytatów, który do swojej pracy stosunek ma wysoce cyniczny (choć może to i dobrze). Jego refleksje są dość egocentryczne, skupiają się wokół niego samego, a spojrzenie na świat ludzi, wśród których zamieszkał – mocno protekcjonalne i naznaczone poczuciem wyższości człowieka Zachodu wobec lokalnej, żyjącej poza światem technologii kultury. Do tego dochodzi jego stosunek do kobiet – bardzo przewidywalnie, narrator mówiąc o żonie komentuje mimochodem, że już nie patrzy ona na niego tak, jak kiedyś, a miejscową tłumaczkę Devi określa mianem uroczej młodej istoty i konsekwentnie, do pewnego momentu, postrzega jedynie w kategoriach seksualnych. Od chwili jednak, kiedy jego związek z dziewczyną został skonsumowany, staje się ona dla narratora czymś więcej i więcej – choć coraz mniej chyba obiektem erotycznej pasji, a coraz bardziej a bardziej – zastępczą matką? Opiekunką? Strażniczką?

Tekst Rewiuka jest, na moje oko, pastiszem – pastiszem pewnego typu europejskich narracji egzotyzujących tropikalne kultury, pastiszem również opowieści spod znaku “Europejczyk wkraczający w smugę cienia odnajduje sens życia (czytaj: sprawność seksualną) w związku z dziewczęcą, młodziutką, jednocześnie idealnie niewinną i seksualnie super-wyszkoloną dziewczyną z egzotycznego, odległego kawałka świata”, których w relacjach podróżników i w literaturze nie brakowało, a i, jak dowodzi moja lektura nominowanych w tych roku do Nike Zaświatów Fedorowicza, nie brakuje do dzisiaj. Niekoniecznie oczywiste zakończenie – swoista metamorfoza narratora, nadająca nowe znaczenie idei poławiania żachw – też się w tę pastiszowość wpisuje, tyle że nagle, zamiast Malinowskiego czy Gaugina, mamy prawie-że Gregora Samsę (w końcu tekst powstał na konkurs weird fiction!).

Fantastyka w “Córce poławiacza żachw” nie jest oczywista ani nie rzuca się w oczy natychmiast – chyba najbliżej temu opowiadaniu do pewnej tradycji prozy niesamowitej. Podoba mi się ta pastiszowość tekstu – to, jak pobrzmiewają w nim pewne tradycje z jednej strony europejskiego myślenia o wszystkim, co spoza zachodniego kręgu, fascynacji podszytej sporą dozą pobłażliwego lekceważenia i poczucia wyższości, z drugiej – pewnych tropów antropologii, biologii i psychologii (co mocno podkreślają “cytaty” w tekście, wzięte z fikcyjnych dzieł będących parodiami klasyki antropologii), z trzeciej w końcu – nieoczekiwanych, oryginalnie potraktowanych motywów rodem z horroru (na etapie święta jedzenia wielkiej żachwy spodziewałam się, że miejscowi zeżrą bohatera od razu…). Natomiast zastanawiam się, jak wyraźnie czytelny jest też pastisz, jak dobrze będą czytelnicy dostrzegać różnicę między podejściem bohatera-narratora a lekko chyba ironicznym spojrzeniem autorskim na tegoż samego bohatera i jego dzieje. Nie, to nie jest chyba ten casus, kiedy nasz narrator jest rzeczywistym złolem: kiedy zaczyna tracić sprawczość i chęć życia, trochę trudno mu trochę nie współczuć – ale niewinną a szlachetną ofiarą to on też nigdy nie miał być.

To jest elegancki, efektowny tekst, ale to nie jest mój typ na Zajdla ani nawet tekst z mojego topu 10 polskich opowiadań 2020. Może trop “piękna zmysłowa kobieta, pożeraczka (metaforyczna) mężczyzn” wydaje mi się nieco zbyt ograny, a Devi – trochę za bardzo pasuje do pewnego schematu kobiety pozornie idealnej? Rozumiem, że spora część z tych uwag o uroczej młodej istocie, wielkich, fiołkowych oczach, frywolnej przekorze w spojrzeniu i traktowaniu narratora jak bohatera to z jednej strony elementy związane z faktem, że widzimy ją oczyma bohatera, a on tak ma, z drugiej – rodzaj kamuflażu samej bohaterki, grającej przed bohaterem to, co on sam chce widzieć (ona raczej nieprzypadkowo nosi imię bogini ucieleśniającej kobiecość we wszystkich, także groźnych aspektach). Niemniej, schemat “młodej kobiety pozornie słodkiej, niewinnej i zmysłowej, w rzeczywistości groźnej” też jest, cóż, schematem i trochę mnie w tym opowiadaniu, przyznam, uwiera.

Trochę sobie na koniec ponarzekałam, ale generalnie powiedzieć mogę jedno: Rewiuk pisać umie, i to bardzo efektownie. Cieszę się, że tak – klasycznie, inteligentnie, z dużą kulturą i znajomością tradycji, zarówno fantastyki, jak i nie tylko – piszący autor pojawił się na polskiej scenie i trzymam kciuki za nagrodę na niego: moim własnym Zajdlowym typem za rok 2020 w kategorii “opowiadanie” są bowiem “Święci z Vukovaru”, których Krzysztof Rewiuk jest współautorem.

Żachwy na ilustracji niemieckiego biologa Ernsta Heckela z dzieła Kunstformen der Natur, 1904. Źródło: wikipedia

GDZIE ZNALEŹĆ: oraz w antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla za rok 2020

ZA ILE: Uwaga: antologia Zajdlowa jest dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej do końca tego roku.

DLA KOGO: Dla lubiących klasyczną, tradycyjną fantastykę – w której element fantastyczny jest raczej nieoczywisty!

Zew Zajdla 2020: opowiadania (3). Krzysztof Rewiuk, “Al”

Na początek – wiem, powtarzam się od kilku wpisów, ale to dlatego, że ludzie czasem zaglądają nie na cały cykl notek, ale na informacje o konkretnych tekstach – krótkie streszczenie, o co w tej serii postów chodzi. Od kilku lat biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że po pierwsze, sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody. Po drugie, kiedy przychodzi pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Bachanalia Fantastyczne, albo głosując online po wykupieniu akredytacji wspierającej (koszt to 20 PLN, a zasady głosowania opisane są tutaj).

Rozpoczęłam już swój cykl recenzji z nominowanych tekstów – udało mi się podzielić wrażeniami z lektury opowiadań: Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa RewiukaŚwięci z Vukovaru”, Magdaleny Kubasiewicz “Sen nocy miejskiej”, oraz “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośleKatarzyny Bereniki Miszczuk. Spisałam też już swoje refleksje z lektury powieści Macieja Głowackiego Pieśni Chołów, a na stronie Esensji dostępna jest moja recenzja powieści Krzysztofa Matkowskiego Trzecia część człowieka.

Dzisiaj z kolei sięgnęłam po antologię Fantazmatów Zbrodnia doskonała i po otwierające ją opowiadanie Krzysztofa Rewiuka “Al”. Całą antologię recenzowałam tutaj – mój dzisiejszy tekst o opowiadaniu Rewiuka jest rozwinięciem uwag, jakie zawarłam w tamtej analizie.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Al” Krzysztofa Rewiuka to tekst science fiction bliskiego zasięgu, bardzo klasyczny w swojej koncepcji, osadzony w dość przewidywalnych realiach i mający jako głównych bohaterów postacie raczej dla SF typowe – młodego uczonego i stażystkę-psycholożkę. W fantastyczno-naukową (naukową w więcej niż jednym znaczeniu) autor wpisuje ciekawy, i szczerze mówiąc dość niepokojący problem etyczny, związany z kwestią woli i odpowiedzialności.

To bardzo starannie zaplanowane, poukładane opowiadanie – tu naprawdę każde zdanie jest na swoim miejscu, każda autorska decyzja (jak np. użycie czasu przyszłego  w narracji) to przemyślany i konkretny wybór. Rewiuk wychodzi od pomysłu i otoczenia dobrze w fantastyce znanego – jesteśmy w laboratorium, gdzie dwoje młodych uczonych prowadzi doświadczenie, obserwując wędrującego po labiryncie szczurka, który dostał imię po najsłynniejszej myszy w historii fantastyki. Choć w zasadzie to doświadczenie prowadzi on, Michał. Ona, Anka, jest gościem, a jednocześnie – partnerką Michała. Sama Anka za chwilę też stanie przed ważnym zawodowym wyzwaniem, jako że będzie musiała ocenić poczytalność kobiety, która pozornie bez żadnych motywów zaatakowała nożem męża…

Czytelnik, wędrujący przez labirynt opowieści razem z bohaterami, zastanawia się: jakie w tym bardzo płynnie działającym literackim mechanizmie (a ten tekst jest, tak naprawdę, o przewidywaniu zachowań i byciu przewidywalnym!) jest przełożenie między narratorką a jej dwoma zwierciadłami – szczurem Alem w labiryncie i oskarżoną o morderstwo pacjentką, którą narratorka obserwuje jako jej psychiatra? Fabularnie historia Ala jest nieco inna niż jego imiennika w opowiadaniu Daniela Keyesa, ale rola, jaką obie laboratoryjne myszy odgrywają w fabule, jest poniekąd podobna, obie bowiem służą jako poniekąd odpowiednik głównej postaci i zwierciadło jej losów.

Opowiadanie pochodzi, jak wspomniałam, z temu poświęconego fantastycznym zbrodniom doskonałym. Zbrodnia  – ta konkretna, popełniona na mężu przez kochającą żonę – jest w tym akurat tekście w zasadzie pretekstowa i autor nam to wyraźnie sygnalizuje, bo nawet nie dowiemy się, czy ofiara przeżyła. W centrum stoi inne pytanie: o wolną wolę i o przyczyny naszych decyzji. O to, co może sprawić, że pewnego dnia, nie chcąc tego, popełnimy zbrodnię…

Skoro tak wcześniej chwaliłam – to teraz może powiem coś pozornie niekonsekwentnego. Nie zachwycił mnie ten tekst. “Al” kończy się mocną, zaskakującą sceną, a mimo to – brakuje mi w nim domknięcia. Mam wrażenie, że opowiadanie się urywa w pewnym momencie, trochę, jak dla mnie, za szybko. Trochę wygląda to tak, jakby autor wybrał zakończenie tekstu sceną, która jest bardzo efektowna, ale mnie raczej wybiła z rytmu czytania niż dała odpowiedzi. i jak generalnie uważam “Ala” za udany tekst, tak jednocześnie nie ukrywam jednak, że wolę inne opowiadania Rewiuka.

Algernon nie jest jedynym popkulturowym szczurkiem wspomnianym w opowiadaniu. Obrazek stąd

GDZIE ZNALEŹĆ: W darmowej antologii Fantazmatów Zbrodnia doskonała oraz w antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla za rok 2020

ZA ILE: Za darmo w obu postaciach. Uwaga: antologia Zajdlowa jest dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej do końca tego roku.

DLA KOGO: dla lubiących klasyczną, elegancko napisaną science fiction bez zbyt wielkiego skupienia na science.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (2). Katarzyna Berenika Miszczuk, “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle”

Na początek, krótkie streszczenie, o co w tej serii postów chodzi. Od kilku lat otóż biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że po pierwsze, sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody. Po drugie, kiedy przychodzi pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Bachanalia Fantastyczne.

Rozpoczęłam już swój cykl recenzji z nominowanych tekstów – udało mi się podzielić wrażeniami z lektury opowiadania Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa RewiukaŚwięci z Vukovaru” (to było jeszcze przed ogłoszeniem nominacji, bo to był mój typ, który nominowałam), z opowiadania Magdaleny Kubasiewicz “Sen nocy miejskiej” oraz z intrygującej powieści Macieja Głowackiego Pieśni Chołów; na stronie Esensji jest ponadto moja recenzja powieści Krzysztofa Matkowskiego Trzecia część człowieka.

Dzisiaj zamierzam napisać parę słów o opowiadaniu Katarzyny Bereniki Miszczuk “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle”.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka antologii Wigilijne opowieści Wydawnictwa W. A. B., w której oryginalnie ukazało się opowiadanie Miszczuk. Źródło: Lubimy Czytać

Te czerwono-zielone barwy, prezenty i gałązki choinki? Razem z tytułem nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do klimatu i okazji, z jakiej antologia powstała. A opowiadanie Katarzyny Bereniki Miszczuk znakomicie się w ten wigilijny klimat wpisuje.

Szczerze mówiąc, właśnie dlatego zastanawia mnie obecność tego tekstu na liście nominacyjnej. Nie budzi moich zastrzeżeń fakt, że jest na niej tekst tej autorki – Miszczuk jest pisarką popularną, mającą oddane fanki i wiernych czytelników, dziwi mnie więc raczej fakt, że doczekała się Zajdlowej nominacji dopiero teraz (wiem, wiem, krąg osób czytających Miszczuk i krąg głosujących na Zajdla niekoniecznie się przecinają). Nie dziwi mnie to również ze względu na jakość tekstu, bo “Gdzie Mikołaj nie może…” to opowiadanie całkiem udane, sprawnie napisane i przyjemne w lekturze. Nie. Dziwi mnie głównie fakt, że ten tekst jest tak bardzo okazjonalny, tak mocno związany z tym, co się w mediach i reklamie nazywa “świąteczną atmosferą”.

Opowiadanie Miszczuk zawiera w zasadzie wszystko to, co mogłoby znaleźć się w świątecznym odcinku jakiegoś miłego serialu zatrącającego o fantastykę. Fabuła jest dość prosta. Demon Azazel z litości nad pijanym Mikołajem bierze na siebie jego obowiązki i saniami zaprzężonymi w renifery rozwozi prezenty dzieciom; minęło już kilka tygodni jego misji, ale na szczęście dzięki cudownemu gadżetowi ciągle jest prawie północ tego właściwego dnia. No tyle że tym jednym razem Azazela ktoś zaskakuje – i nie wiem, czy was z kolei zaskakuje fakt, że to jest małe dziecko, konkretnie ośmioletni chłopczyk, bo mnie jakoś nie bardzo. Podobnie jak nie dziwi fakt, że Azazel odchodzi z jakimś dziwnym uczuciem w tym, czego nigdy by nie nazwał sercem, a chłopiec zostaje z cudownymi wspomnieniami spotkania z nie całkiem świętym dawcą prezentów.

I wiecie co? Okej, są w tym tekście uwagi o bardzo dobrej koleżance taty, która śpi z nim w jednym łóżku pod nieobecność mamy, i klątwa, wskutek której co ma stać, będzie wisieć, plus uwagi o piciu i leżeniu w kałuży własnych wymiocin – ale tak poza tym, mam wrażenie, ten tekst jest w stu procentach dla dzieci. Nawet to, że nie bardzo potrafię odczytać, czego szukał w ludzkich domach diabeł, czyli pewna komplikacja dorzucona pod koniec akcji (bo odpowiedź, że szukał czegoś w rodzaju iskierki dobra, odrzucam jako zbyt banalną nawet jak na tekst wigilijny) nie zmienia mojego poczucia, że “Gdzie Mikołaj nie może…” doskonale sprawdziłoby się jako – czytanka.

W tym stwierdzeniu chodzi mi nie tyle o ciepły, pozytywny klimat, jaki emanuje z tego opowiadania, w którym diabeł szybko i bez problemów dogaduje się z zamożnym (ładne mieszkanie, designerska choinka, drogi ekspres do kawy), ale smutnym i samotnym dzieciakiem. Chodzi mi raczej o to, jak wyraźnie wybrzmiewa w tym tekście – no, dydaktyka.

W opowiadaniu mamy przytoczoną in extenso, ujętą w opowieść Azazela, historię autentycznego świętego Mikołaja, która, choć przekazana z lekką dezynwolturą, jest na tyle szczegółowa, że dzieciak po lekturze powinien móc ją powtórzyć. Ale to nie wszystko – do tego mamy jeszcze polskie legendy związane z Mikołajem, uwagi o życiu dawnych Słowian, a nawet mini-wykład o tym, skąd w popkulturze wzięły się sanie, renifery i czerwony strój stereotypowego Świętego Mikołaja. Wszystko to podane jest po bożemu, jak na lekcji – owszem, w lekko ironicznym tonie przypisanym demonowi, ale jest to ironia i obrazoburstwo na poziomie mniej więcej Mitologii według Percy’ego Jacksona.

“Gdzie Mikołaj nie może…” to zdecydowanie najlżejszy z tegorocznych Zajdlowych tekstów, zarówno jak chodzi o pomysł, jak i realizację. To jest udany tekst, w sensie konstrukcyjnym, dobrze i szybko się go czyta. Postacie ma, jak chodzi o ich charaktery, owszem, wprost nie tyle z rekwizytorni popularnej prozy, co z zasobów Hallmarkowych filmów świątecznych, ale ci konwencjonalni bohaterowie w tej akurat formule nieźle się sprawdzają. Cieszę się, że popularna i lubiana jako autorka Katarzyna Berenika Miszczuk się w zestawieniu Zajdlowym znalazła – ale że akurat tym tekstem, to mnie ciągle nieco dziwi. I nie chodzi o to, że nie do końca jestem czytelniczką, dla której takie teksty się pisze – chodzi raczej o to, jak wyraźnie i typowo świąteczny się on wydaje, jak mało typowo nagrodowy

Fresk przedstawiający św. Mikołaja z Mirry; dzieło jest autorstwa Dionizego, a znajduje się w Monasterze Terapontowskim. Źródło: Wikipedia

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Wigilijne opowieści Wydawnictwa W. A. B. oraz w antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla za rok 2020

ZA ILE: Opowieści wigilijne są do kupienia w papierze i ebooku (ceny odpowiednio od około 29 – 31 PLN). Antologia Zajdlowa jest natomiast do końca roku dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej.

DLA KOGO: dla lubiących baśnie (takie dla młodszych dzieci) i świąteczne klimaty. Dla osób mających ochotę na lekką, przyjemną i pozytywną lekturę, utrzymaną w pogodnym, bożonarodzeniowym nastroju.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (1). Magdalena Kubasiewicz, “Sen nocy miejskiej”

Od kilku lat regularnie biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody, ale też, kiedy przyjdzie pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Bachanalia Fantastyczne w Zielonej Górze, albo wykupując akredytację wspierającą (w poprzednich latach koszt wynosił 20 PLN) i głosując korespondencyjnie, przez internet.

Rozpoczęłam już swój cykl recenzji z nominowanych tekstów – udało mi się podzielić wrażeniami z lektury opowiadania Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa RewiukaŚwięci z Vukovaru” (to było jeszcze przed ogłoszeniem nominacji, bo to był mój typ, który nominowałam) oraz z intrygującej powieści Macieja Głowackiego Pieśni Chołów. Dzisiaj chciałabym kontynuować ten cykl krótkich notek

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka tomu Harde baśnie,w którym oryginalnie ukazało się opowiadanie Kubasiewicz

Kiedy przeczytałam listę tegorocznych Zajdlowych nominacji i znalazłam na niej “Sen nocy miejskiej” Magdaleny Kubasiewicz, to trochę pokręciłam głową z lekkim rozczarowaniem, a trochę powiedziałam Nareszcie!

Skąd to rozczarowanie? Ano stąd, że bardzo sprawnie napisane, umiejętnie skomponowane i pomysłowe opowiadanie Kubasiewicz, z wciągającą fabułą domkniętą ciekawym twistem, jest – no, dokładnie tym. Udanym opowiadaniem, realizującym w 110% konwencję urban fantasy. Mamy tu wszystko, czego można by się było spodziewać po takim tekście. Jest wielkie, współczesne miasto, ale jest i magia, wpisana w jego system funkcjonowania i stanowiąca integralną część rzeczywistości. Jest twarda, pyskata i niezależna bohaterka o złotym, w sumie, sercu i magicznych zdolnościach, wplątana w rodzinne układy familii, której musi pomóc odczynić klątwę – a nie jest to, powiem wam, najsympatyczniejsza rodzina pod słońcem…

Fabuła tekstu jest spójna i logicznie się, w ramach przyjętych założeń świata przedstawionego, rozwijająca: główna bohaterka, Jagoda Wilczek, czarownica, dostaje zadanie. Ma mianowicie zdjąć nietypową klątwę z młodej dziewczyny, która zapadła w sen pod wpływem uroku; może tak spać nawet sto lat bez uszczerbku dla zdrowia, ale sama się nie wybudzi…

Brzmi znajomo? I owszem. Tom Harde baśnie miał w założeniu składać się z retellingów klasycznych baśniowych fabuł, choć w praktyce nie wszystkie autorki trzymały się aż tak ściśle założeń teoretycznych. Na tle większości opowiadań ze zbioru tekst Kubasiewicz wyróżnia się pozytywnie także tym, jak traktuje materiał wyjściowy. Autorka korzysta z wybranej baśni, czyniąc zaczerpnięte z niej motywy podstawą swojego konceptu (bez Śpiącej królewny nie byłoby tego tekstu), ale jednocześnie twórczo ją przetwarza, unowocześnia i przekształca, dodając do klasycznej historii zdecydowanie bardziej współczesne postacie. Pomysłowym motywem, który mnie ujął, był element, powiedzmy, jakoś tam autotematyczny, czyli kluczowy, jak się później okazało, fakt, że ofiara jest jednocześnie autorką-amatorką, taką spod znaku mniej więcej fanfiction.

To jest, powtórzę, w swojej konwencji naprawdę udany tekst. Czemu więc byłam nieco rozczarowana? Bo to opowiadanie jest tak naprawdę tylko fajnie zrobioną rozrywką. Tylko tyle i aż tyle. Ja sobie dobrą literacką rozrywkę bardzo cenię, owszem, ale tu akurat, gdyby decyzja należała do mnie, z tej antologii wybrałabym inne teksty: albo poetycką, twórczo przetwarzającą motywy nie tyle baśniowe, co operowe i hagiograficzne opowieść “Róże świętej Elżbiety” Agnieszki Hałas, albo, przede wszystkim, “Idzie, powtarzał wiatrMarty Kisiel. Oba te teksty mają jakąś wartość dodaną, są – zwłaszcza w przypadku opowiadania Kisiel – czymś więcej niż tylko umiejętnym, sprawnym zrealizowaniem konwencji. Nie chcę zrobić wrażenia, że mi się opowiadanie Kubasiewicz nie podobało – bo to nieprawda, uważam je za naprawdę przyjemne i sprawne literacko – ale tekst Kisiel, który swoją wybraną konwencję również realizuje błyskotliwie, mówi przy tym coś o sprawach jakoś tam dla mnie, i nie tylko, ważnych, a ja-jako-czytelniczka bardzo sobie cenię, jeśli tekst ma tę dodatkową warstwę znaczeń wychodzącą poza samą fabułę. Opowiadanie Kisiel zrobiło na mnie ogromne wrażenie i oczywiście, że wolałabym mieć “Idzie, powtarzał wiatr” wśród nominacji.

Niemniej jednak, powiedziałam sobie Nareszcie! A dlaczego? Ano dlatego, że urban fantasy w tej właśnie postaci, jaką reprezentuje między innymi Kubasiewicz, ale i inne autorki współpracujące z nią w ramach Hardej Hordy: Milena Wójtowicz, Martyna Raduchowska w części swej twórczości, także przecież wspomniana powyżej Marta Kisiel, a przede wszystkim – naprawdę popularna Aneta Jadowska, cieszy się wśród czytających sporym uznaniem, co widać w wynikach sprzedaży. Poza Hordą też są pisarki i pisarze sięgający po tę konwencję – Marcin Jamiołkowski czy Katarzyna Berenika Miszczuk, o której będzie jeszcze w tym cyklu mowa, to tylko pojedyncze przykłady. Zaryzykuję stwierdzenie, że bez urban fantasy nie ma dzisiejszej, AD 2021, polskiej fantastyki. Do tej pory teksty urban fantasy, zwłaszcza w takiej klasycznej formie, pojawiały się wśród nominacji do Zajdla sporadycznie – reprezentowała tę konwencję głównie Anna Hrycyszyn (której tekst o detektywie Fiksie był nominowany w roku 2018) i nagrodzona dwukrotnie za opowiadania (a kilkakrotnie nominowana za powieść) Marta Kisiel, z tym, że z jej nagrodzonych opowiadań urban fantasy można ewentualnie nazwać “Szaławiłę”, bo już nagrodzone w 2018 roku “Pierwsze słowo” już niekoniecznie. Bardzo więc mnie cieszy, że bardzo klasyczny w ramach gatunku, a jednocześnie dobrze napisany “Sen nocy miejskiej” trafił na listę Zajdlowych nominacji obok literacko odmiennych propozycji w rodzaju “Świętych z Vukovaru” – bo polskiej urban fantasy ten sukces się po prostu należy. Plus, naprawdę, widać w tym tekście, jak Kubasiewicz rozwija się jako autorka – o ile sprawniejsza literacko jest teraz, niż była w momencie debiutu!

Źródł: wikipedia

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Harde baśnie (są wydania papierowe i elektroniczne) oraz w antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla za rok 2020

ZA ILE: Harde Baśnie w cenach wydawcy (17.09 było to 70 PLN za papierowe wydanie i 55 PLN za ebooka), do kupienia np. na stronie sklepu SQN. Antologia Zajdlowa jest natomiast do końca roku dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej.

DLA KOGO: dla lubiących klasyczną urban fantasy w stylistyce Laurell Hamilton czy naszej Anety Jadowskiej. Dla osób chętnie sięgających po lekką, rozrywkową fantastykę z elementami obyczajowymi i lekko kryminalnymi.

Zew Zajdla 2020: powieści (1). Inne “Pieśni”

Maciej Głowacki, Pieśni Chołów, Wydawnictwo Wertofix Media 2020

Od kilku lat regularnie biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody, ale też, kiedy przyjdzie pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować.

W tym roku nie napracuję się, czytając: zarówno spośród nominowanych opowiadań, jak i powieści, nie znałam dosłownie pojedynczych tekstów. Opowiadaniem, którego mi brakuje, jest „Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle!” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Jeśli natomiast chodzi o powieści – niedawno skończyłam czytać ostatnią, której wcześniej nie znałam, czyli Pieśni Chołów Macieja Głowackiego. I o niej chciałam dzisiaj napisać parę słów, bo to utwór ciekawy i niebanalny.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową opinię.

Okładka, źródło: Lubimy Czytać

Pojawienie się Pieśni Chołów na liście nominacji do Zajdla zaskoczyło część fandomu, bo, podobnie jak mnie, nazwisko autora było im nieznane, a książka – wydana metodą self publishingu, co dotychczas w nominacjach niespecjalnie się zdarzało. Maciej Głowacki nie jest jednak postacią anonimową, bo funkcjonuje w polskim internecie jako popularny twórca memów i copypast. Innymi słowy – to nie jest casus kompletnie nieznanego debiutanta, który jakimś cudem znalazł się na liście nominacji, to jest twórca z własną fanbazą, gotową sięgnąć po jego tekst, a następnie ten tekst nominować do nagrody. Zresztą – książkę poleca Michał Gołkowski, pisarz, o którym trudno powiedzieć, że jest autorem niszowym.

I wiecie co? Jakby mnie “Pieśni Chołów” wpadły w ręce w momencie, kiedy wysyłałam swoje zgłoszenie do nominacji, to też bym nominowała.

Nominowałabym głównie dlatego, że Głowacki w swoim tekście w sposób szalenie efektowny buduje nastrój i konstruuje fikcyjną rzeczywistość. W teorii Pieśni Chołów dzieją się w roku 1980, ale tak naprawdę niewiele w nich realiów tamtych czasów (mniej więcej pamiętam, jak wyglądały ejtisy w małym miasteczku). Kiedy czytałam, ukazany w powieści świat realny – o ile tam cokolwiek jest naprawdę realne – wydawał mi się bezczasowy, zawieszony w pewnym archetypie polskiej wiejskości, pewnej wizji tego, jak takie prowincjonalne życie wygląda niezależnie od epoki. To oderwanie od konkretu nie jest przy tym wadą, nie dlatego zwracam na to uwagę, mam zresztą wrażenie, że autorowi na realizmie absolutnie tu nie zależało – robię to raczej po to, żeby podkreślić pewną specyficzną cechę tej powieści, jaką jest jej eklektyzm.

Pieśni Chołów wymykają się jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej. Jest w nich i sporo z konwencji fantasy (którą sam autor określa jako folk fantasy), i z grozy, a nawet z SF, kojarzącej się gdzieś z Piknikiem na skraju drogi i inspirowanymi nim mediami (patrz scena z drzewem / serce), ba, jest tu też coś z takiej realistycznej polskiej prozy o wsi/małym miasteczku. Autor te konwencje miesza sobie z dezynwolturą i na luzie – i to wychodzi bardzo naturalnie, efektownie. Nie ma w tej powieści – bo ja wiem, jak to powiedzieć, nie ma w niej minoderii i nachalnego popisywania się aluzyjnością,mrugania do czytelnika w stylu “patrzcie, jaki jestem o-czy-ta-ny”, choć pogrywania rzeczami i ideami zrozumiałymi często głównie środowiskowo (patrz: bohater kompletnie absurdalnie w chwili zagrożenia śpiewa “Barkę”) jest tu sporo. Całość daje spójny mimo tej różnorodności efekt.

Same historie tworzą raczej pewną mozaikę wydarzeń, pewną serię bardziej niż super-spójną powieściową fabułę. Na poziomie czysto czytelniczym – to wciąga, dobrze się czyta, chce się wiedzieć, co dalej. I owszem, akurat ja czasem bym wolała, żeby autor wrócił do pewnych wątków na dłużej – jak do tego w znakomitym, trzymającym za gardło otwarciu powieści, do historii o spalonym dziecku – ale to nie jest tak, że to jakoś bardzo będzie każdemu przeszkadzać.

Bohaterowie… bohaterowie są w połowie drogi między byciem dobrze zrobioną realizacją pewnych modeli powieści grozy a pełnokrwistymi osobowościami. Zwłaszcza główny bohater-narrator, Jerzy Drozd, doktor psychologii taki nie całkiem udany, szukający w Chołach tematu naukowego, nad którym się nie napracuje i pakujący się w sam środek problemów. Na początku robi on wrażenie przede wszystkim postaci majacej skupić uwagę czytelnika, klasycznego bohatera przybywającego do przeklętego miasteczka i próbującego, mimo mniej lub bardziej czynnej niechęci miejscowych, zrozumieć, co to się dzieje. Później jednak, w miarę rozwoju akcji, Drozd nabiera indywidualnych cech i charakteru, a postacie z Chołów, które poznaje, też ujawniają swoje drugie i trzecie, skryte pod maskami, oblicze.

Najmocniejszą jednak stroną powieści Głowackiego jest światotwórstwo i światotwórcza wyobraźnia autora. Jego wizja świata, a raczej światów – kolejnych poziomów, pięter, na które się przeskakuje, a z których każde ma swoją rzeczywistość, widoczną z tego poziomu i tylko / głównie z niego – może koncepcyjnie przywodzić na myśl czy to, jakoś tam, Mythago Wood Roberta Holdstocka, czy, poniekąd, choć klimat radykalnie inny, Amber Zelazny’ego, przy czym absolutnie nie twierdzę, że te skojarzenia są inspiracjami, że są świadome; to raczej skojarzenia, które się pojawiły w moim umyśle przy lekturze – podobnie jak pewne konceptualne pokrewieństwa z Zoną w Pikniku na skraju drogi Strugackich. Wyobraźnia autora jest gotycka, weirdowa, pokręcona, jego wizje są barwne i często makabryczne, a jednocześnie fascynujące.

Bardzo też w Pieśniach Chołów ujęło mnie to, że ta powieść jest – odważna, a to nie jest najczęstszy przymiotnik, jakiego bym użyła, pisząc o polskich debiutach literackich w konwencjach szeroko pojętej fantastyki. Nieraz mi się zdarzyło sięgnąć po dłuższy tekst debiutanta/-tki, których znałam z odważnych, pomysłowych opowiadań, i czytać tekst znacznie bardziej konwencjonalny – może dlatego, że o powieściowy debiut wydawniczy jest niełatwo, może dlatego, że większość ma gdzieś z tyłu głowy poczucie, że trzeba trafić do jak najszerszego czytelnika… Tu tego nie ma. Tekst jest odważny koncepcyjnie, niebanalnie pogrywa baśniowymi może nawet bardziej niż mitycznymi motywami (wiem, co mówię, właśnie jestem po POTĘŻNEJ ilości przeczytanej słowiańskiej fantasy i tym bardziej doceniam to, co robi tu Głowacki), a przy tym – ma styl. To nie jest przezroczysta, pozbawiona właściwości poprawna polszczyzna bez charakteru, którą się często widzi (więcej o tym w następnej notce), to jest styl – własny. On się może podobać albo nie, ale jest barwny i nosi piętno autorskiej indywidualności.

Podobało się, znaczy. Będzie czytane więcej z tego uniwersum.

Caspar David Friedrich, Abtei im Eichwald, olej na płótnie, 1809/10, źródło

GDZIE ZNALEŹĆ: wersję elektroniczną na stronie autora.

DLA KOGO: dla osób szukających niebanalnej fantastyki inspirowanej folklorem i Słowiańszczyzną. Dla szukających nietypowych, oryginalnych pomysłów światotwórczych. Dla nie bojących się zdrowej porcji makabry i grozy.

Lemoświaty

Nowoświaty, Wydawnictwo SQN, Kraków 2021

Wśród imprez i obchodów, organizowanych z okazji Roku Lema, niewiele było, jak dotąd, premier książkowych. To aż dziwne – taka rocznica aż by się prosiła o konkursy i antologie wyrastające z inspiracji Lemem albo ze sprzeciwu wobec jego wizji fantastyki. Dobrze więc, że pojawiła się antologia SQN, w której z inspiracjami Lemowskimi mierzy się grupa autorów i autorek na początku drogi twórczej, od zupełnej debiutantki Moniki Fenc aż po twórców mających już na koncie kilka publikacji, jak Lech Baczyński, Aleksandra Stanisz czy Sylwester Gdela.

Antologia jest, w mojej opinii, równa i udana, choć – przyznam od razu – nie ma w niej ani jednego tekstu, który by mnie naprawdę zachwycił. Do dzieł Lema odnosi się na bardzo różne sposoby, i to właśnie ta mnogość inspiracji wydaje się jedną z najciekawszych stron całego projektu.

Otwierające zbiór opowiadanie Marka Kolendy (który ma już na koncie m. in. ciekawy tekst w antologii Fantastyczne pióra 2018) nosi tytuł “Dzieci Marii” i w dość otwarty sposób nawiązuje koncepcją i rozwiązaniami fabularnymi do klasycznej Lemowskiej fantastyki. Punktem wyjścia jest powrót na Ziemię, po ponad stu dwudziestu latach, wyprawy badawczej, mającej szukać nowego domu dla ludzkości. Tyle że kiedy Eryk, jego ukochana Maria i reszta załogi docierają do ojczystej planety, dowiadują się, że – są ostatnimi z ludzi, bo populację Ziemi zgładziła inwazja nieznanego dotąd czynnika chorobotwórczego. Ta część opowiadania – reakcje bohaterów na wieści, subtelna, ale żelazna kontrola, jaką sprawuje nad ostatnimi z ludzi Genetrix, sztuczna inteligencja statku, narzucona im przez los konieczność nowych heroicznych decyzji w momencie, kiedy wydawało się, że ich wielka misja się skończyła – efektownie nawiązuje do tematów i ujęć Lema i aż chwilami by się prosiło o szersze, może nawet powieściowe, ujęcie tych tematów. Równie udana jest druga część utworu, gdzie najpierw w centrum mamy etyczny problem z pobraniem DNA od zmarłych, by odtworzyć genetyczny potencjał ludzkości i wreszcie końcówka, z historią nowych ludzi i ich relacji z ostatnim ze starych ludzi, Erykiem. Opowiadanie Kolendy jest bardzo dobrym otwarciem antologii – z jednej strony w twórczy sposób nawiązuje do wzorców klasycznej SF i Lema, z drugiej – mówi własnym, osadzonym zarówno w nauce, jak i etyce, głosem, nie stroniąc przy tym także od ukazywania emocji i przeżyć bohaterów. Zdecydowanie mi się ten tekst podobał.

Mniej natomiast przekonała mnie “Adaptacja” Moniki Fenc, inspirowana, według komentarza samej autorki, Dziennikami gwiazdowymi. Moja ocena związana jest nie z literackim wykonaniem – bo tekst jest napisany wedle wszelkich zasad sztuki i porządnie zredagowany – co z faktem, że wyjściowy pomysł (wysyłamy śmieci w kosmos, żeby poprawić ekologiczną sytuację Ziemi, po czym ktoś nam je odsyła z powrotem) jest rodem raczej z farsy albo eko-animacji dla siedmiolatków, a ograny jest w tekście ponurym, serio i w apokaliptycznym tonie. Połączenie tych dwóch tonacji jest trudne, i tu debiutującej autorce moim zdaniem nie wyszło, choć widać potencjał – sama historia duszącej się w śmieciach i zanieczyszczeniu, ale też związanych z kryzysem ludzkich złych emocjach, Ziemi jest udana jeśli nie naukowo, to emocjonalnie, a i kreacje postaci przekonujące.

“Mgły nad Atlantis” Sylwestra Gdeli to moim zdaniem najmocniejszy punkt tej antologii i tekst, który ma spore szanse znaleźć się na mojej liście nominacji do Nagrody Zajdla za 2021. Gdela, który już w innych tekstach (publikowanych m.in. w antologiach Fantazmatów, Snach Umarłych i zbiorze Weird Fiction po polsku) udowodnił, że ma zamiłowanie do łączenia SF z psychodelicznymi klimatami, a przy tym – dość nieokiełznaną wyobraźnię, stworzył tekst – nieoczekiwany. Nie tego spodziewałam się po Lemowskiej inspiracji. Ta wizja obcego świata i umieszczonych w nim kreacji, ludzi odtworzonych z własnych śmieci, jest w swej malarskości szalenie efektowna i mimo słyszalnych w niej ech inspiracji – nigdy oczywistych, ni to Lema, ni to Vadermeera, ni to chwilami wręcz Dana Simmonsa z okolic Ilionu – oryginalna i pomysłowa.

“Flaworyści” Michała Antosiewicza mają znakomity pomysł wyjściowy, oryginalny, a jednocześnie jakoś tam kojarzący się z Powrotem z gwiazd: podobnie jak w klasycznej powieści Lema bohater, powróciwszy z długiej kosmicznej wyprawy, przekonuje się, że z ludzkością stało się coś dziwnego: tu akurat w wyniku pandemii en masse straciła węch i smak. Ogromne brawa dla autora nie tylko za pomysłowe ogranie czegoś, co działo się wokół nas (sama znam osobę, która po przejściu infekcji Covid-19 straciła węch na kilka miesięcy), ale za przemyślenie, jakie szerokie społeczne konsekwencje miałaby taka zmiana (zanik kultury kulinarnej, powstanie kulinomatów i jedzenia służącego jedynie zaspokojeniu potrzeb organizmu, nowe, zastępcze przyjemności zastępujące jedzenie). Tekst pewnie trafiłby na moją listę ulubionych, gdyby nie nużące, dla mnie jako dla czytelniczki, aluzje do współczesnej polskiej rzeczywistości – one mają być zabawne, ale mnie wydały się ciężkie i bez polotu, rodem z polskiego kabaretu, i nie, to nie jest komplement. Szkoda, bo poza tym, tekst jest pomysłowy i fajny.

“DYab” to także tekst, w którym czuje się inspiracje ostatnim rokiem, pandemią i kwestią izolacji. Tematyka ta wpisana jest w lekko cyberpunkowy klimat, pożeniony z literackimi aluzjami – bohater projektuje bowiem symulacje parte na klasyce prozy i ma obsesję na punkcie Mistrza i Małgorzaty. Autorka, Aleksandra Stanisz, znana z tekstów w zinach i antologiach, w notce odautorskiej wspomina o swoim zamiłowaniu do scen onirycznych. To widać w tekście, który przenosi w real rzeczywistość wirtualną, zakorzenioną jednak w literacko-kulturowej tradycji i chętnie ogrywa sceny wizyjne. Stanisz pisze je umiejętnie i z wyczuciem, ale tekst trochę traci na ich nadmiarze – po dwukrotnej lekturze w pamięci został mi głównie nastrój, fabuła gdzieś się w tym wszystkim gubiła i nie zostawała w pamięci.

“Ostatni mówi “Nie” to opowiadanie, które “kupiło” mnie formą, a konkretnie rwanym, niechronologicznym i mieszającym różne formy (w tym zapisy wywiadów, listy od i do postaci, różne czasy – teraźniejszy lub przeszły, ) sposobem prowadzenia narracji. Dzięki temu historia Wojciecha Tokarczyka, ostatniego ze starych ludzi, który pozostał na Ziemi po eksodusie, nabiera oryginalności i wciąga znacznie bardziej, niż gdyby podano ją nam w prostej chronologicznej narracji. Ten tekst jest w pewnym sensie uzupełnieniem opowiadania Marka Kolendy: jedno i drugie mają gdzieś w centrum kwestię starej i nowej ludzkości, przyszłości ludzkiej rasy jako innej i nieuniknionego buntu, jakie musi to budzić w ostatnich, którzy pozostali z dawnych ludzi. Paulina Rezanowicz, jego autorka, udowodniła już kilkakrotnie (m. in. tekstem w antologii Tęczowe i fantastyczne oraz opowiadaniem z tomu Weird Fiction po polsku), że umie pisać klimatycznie, budować nastrój i pisać przekonujące postacie – i wszystkie te cechy znajdziemy i w jej opowiadaniu z Nowoświatów.

“Decyzja” Lecha Baczyńskiego stoi przede wszystkim pomysłowym światotwórstwem i choć formalnie świat jej imaginarium należy do SF (nanoboty, konstruktorzy, zamknięte miasta pod kopułą), fabularnie i gdy chodzi o nastrój, tekst ma sporo wspólnego z fantasy: mamy w nim epicką walkę z (bardzo dobrze pomyślanym) potworem i technologię w zasadzie nieodróżnialną od magii. Tekst wciąga i dobrze się go czyta, a oryginalny pomysł na świat jest jego dużą zaletą.

Antologię kończy opowiadanie “A u Lema…” Marcina Bartosza Łukaszewicza, które zupełnie mnie nie przekonało – ani mnie nie wciągnęła historia, którą uznałam za psychologicznie mało prawdopodobną (jakoś podejrzewam, że ludzkość postawiona w obliczu zagłady i nie mająca szans na schron, który przysługuje nielicznym, nie prowadziłaby uprzejmych konwersacji w tramwaju), ani nie przekonała dialogowa forma, a końcowa (i tytułowa) aluzja do Lema wydała mi się przyczepiona dość na siłę. Ten tekst trochę cierpi na podobny problem, jak “Adaptacja” – ma ciekawy punkt wyjścia, napisany jest niewątpliwie z literackim wyczuciem, ale coś w fabule zawodzi.

Podsumowując, Nowoświaty to udana antologia, odnosząca się do Lemowskich pierwowzorów na rozmaite sposoby. Widać w niej poczucie autorów, że SF powinna dotykać problemów żywych i znaczących dla naszego świata – mamy w niej i pandemie, i katastrofę klimatyczną, i problem zanieczyszczenia środowiska – i widać, że problemy te nie są tylko ozdobnikami, że są dla autorów w jakiś sposób ważne. Literacko i gatunkowo także mamy tu pewną różnorodność, od klasycznej SF aż do po dialogową de facto formę ostatniego opowiadania. Czy mamy w tej antologii nowego Lema, w sensie – autora/-rkę o pozycji i literackim znaczeniu autora Solaris? Oczywiście, że nie, choć nie wiemy, jakie drogi przez autorami Nowoświatów się otworzą. Ważne jednak, że Nowoświaty dają czytelnikom ciekawą próbkę nowej polskiej SF, i choćby za to wydawcy i autor(k)om należą się słowa pochwały.

Dwadzieścia sposobów na umieranie

Umieranie to parszywa robota, Fantazmaty Grupa Wydawnicza, Kraków 2019

Antologia Fantazmatów Umieranie to parszywa robota ze swej natury nie mogła być jednolita. Interpretacja tytułowej formuły-inspiracji jest – i musi być – szeroka. Trudno byłoby oczekiwać jednolitości gatunku, literackiej formy czy podejścia do tematu. Efektem jest antologia wielogłosowa, bardzo zróżnicowana i taka, w której ciężko odnaleźć jakieś łączące cechy czy wątki przewodnie. W takiej sytuacji najsprawiedliwiej – z punktu widzenia recenzenta – będzie chyba poświęcić trochę miejsca każdemu z tekstów, jakie się w niej pojawiły. Wydaje się to tym słuszniejsze, że powiedzmy od razu: w Umieraniu… jest, obok tekstów niezłych i średnich – także kilka opowiadań znakomitych, które po prostu szkoda byłoby przegapić.

Przyjrzyjmy się więc kolejnym tekstom, wchodzącym w skład antologii. Omówienia mogą zawierać niewielkie spojlery, choć celem recenzji było raczej unikać zdradzania szczegółów fabuły; ciężko jednak zrezygnować z podawania pewnych podstawowych informacji o omawianych opowiadaniach.

Okładka z grafiką autorstwa Diany Franco Campos. Źródło: strona Fantazmatów

Katja Tomczyk, „Jedenaste słowo”

Tekst Katji Tomczyk opiera się na jednym, skądinąd błyskotliwym, pomyśle: w tym przypadku na zakazie zatruwania środowiska zbytecznym hałasem, z czym wiąże się limit dziesięciu słów dziennie, przyznany każdemu człowiekowi. Jego przekroczenie grozi śmiercią; wokół tego limitu i idei śmierci za słowa obraca się fabuła opowiadania. Paradoksalnie, w pierwszej chwili wydaje się, że ten tekst jest znacznie bardziej o życiu bohatera w milczącym antyutopijnym świecie niż o umieraniu – nie ma jednak wątpliwości, że dla głównej postaci życie stało się już nie do zniesienia i że tylko śmierć będzie go w stanie od tego umierania za życia uwolnić. W przypadku tego opowiadania kluczowa jest jego alegoryczność. Czytelnik, który będzie zastanawiał się nad politycznym sensem i społecznymi zasadami istnienia takiego świata, łatwo znajdzie w wizji autorki luki i nielogiczności. Ciężko jednak w przypadku takiego tekstu poczytywać to za znaczącą wadę: w końcu zarówno dość pretekstowa fabuła, z gatunku „Jeden dzień w antyutopii”, jak i wyraźnie symboliczny świat służą głównie wzbudzeniu u czytelnika refleksji, a także – zaskoczenia go autorskim konceptem. Doceniam ten tekst, ale mnie nie zachwycił. Może gdyby część symboliki nie była tak oczywista i chwilami popadająca w banał (narastająca popularność słowa „wolność”, fakt, że i główny bohater nosi nazwisko „Wolny”), byłoby łatwiej mnie przekonać – zwłaszcza że na przykład sceny wymieniania dziwnych, starych, długich słów, by nacieszyć się faktem mówienia, dowodzą jasno, że autorka ma talent i dryg do komponowania intrygujących, trochę onirycznych scen.

 „Szarość, odcień czerni” Olgi Niziołek to tekst bardzo sprawnie napisany, intrygujący pomysłem,  i ze sprawnie poprowadzonym twistem fabularnym, związanym z naturą bohaterki. W bardzo ciekawy sposób odwołuje się do tytułowego hasła antologii. Parszywie i w mękach umierają ofiary Lili, małej tajskiej (?) dziewczynki, która po śmierci stała się upiorem-mścicielką krzywd podobnych sobie dzieci, wykorzystanych przez bezwzględny świat dorosłych. Ale tak naprawdę w centrum tej historii jest sama Lili i jej paradoksalne  umieranie po śmierci – tracenie, krok po kroku, resztek człowieczeństwa, zmienianie się z mścicielki w potwora i próba walki z tą przemianą.  Przy całej stereotypowości i kartonowości tego, jak ukazane tu są realia seks-turystyki w Azji, tekst się broni dzięki literackiej sprawności autorki, spójności narracji i dobrym pomysłom na kreacje bohaterów. 

Kornel Mikołajczyk napisał dla tej antologii opowiadanie zatytułowane  „Pamięć kamieni” i jest to tekst zdecydowanie wart uwagi – głównie dlatego, że napisany jest z niezwykłą wyobraźnią światotwórczą. W jego centrum stoi fantastyczny pomysł na żywe twierdze i złączonych z nimi ludzi – kamień zrośnięty z ludzką świadomością, człowiek zdolny świadomie współ-odczuwać z rzeczywistością, jaka go otacza. Jego, a raczej, w tym przypadku, ją – główną bohaterką jest młoda uczennica kasztelana twierdzy, niegotowa jeszcze do podjęcia obowiązków, a postawiona przed niemożliwą decyzją. Ten tekst bardziej niż fabułą  czy dość przewidywalnymi postaciami stoi błyskotliwym – i pomysłowo przez autora wykorzystanym – konceptem żywej twierdzy i swoistym pomysłem na magię i magiczny związek między człowiekiem a kamieniem. Szczerze mówiąc, chętnie przeczytałabym więcej tekstów osadzonych w tym świecie.

 „T4N2M1” Marka Zychli mnie, przyznam, zmęczyło. Autor ma już spory dorobek powieściopisarski i własnych wiernych czytelników, ale ten tekst – rozdzielony na monolog anioła od nowotworu lewego płuca i monolog palacza na tenże nowotwór umierającego – nie przekonał mnie. Ani koncepcyjnie, ani fabularnie nie wydał mi się szczególnie ciekawy. Nie wiem, może ja coś przegapiam, ale miałam chwilami wrażenie, że – mimo celowo chropawego języka – czytam szantażującą mnie emocjonalnie, a przy tym momentami w „anielskich” fragmentach raczej pretensjonalną czytankę umoralniającą na temat szkodliwości palenia i ulotności ludzkiego życia.  Albo ja czegoś nie widzę w tym tekście, albo faktycznie czegoś w nim brak: elementu zaskoczenia, oryginalnego pomysłu, jakiegoś rozwiązania, które chwyciłoby mnie za serce. Być może jednak jest to kwestia indywidualna, bo tekstowi konstrukcyjnie i stylistycznie trudno stawiać zarzuty, zapewne innym czytelnikom spasuje bardziej ode mnie.  

A potem następuje „Gniew inspektora” Jakuba Sokołowskiego. Ech, byłam pewna, że gdzieś w tym zbiorze musi się czaić ona. Humoreska. I to, na moje recenzenckie nieszczęście, mitologiczna. Niestety, jako współautorka książki o mitologii greckiej znam się na niej i jej literackich przetworzeniach trochę za dobrze, w efekcie bardzo, ale to bardzo trudno zrobić na mnie wrażenie tekstem w tej mitologii zahaczonym. Na dodatek napisanie tekstu komicznego do antologii o umieraniu to droga przez pole minowe: jeden niewłaściwy krok i cały pomysł wybucha w twarz autorowi i czytelnikom.  To jest niestety trochę przypadek tego tekstu: pomysł na spotkanie udręczonego Prometeusza z biurokratą z Europejskiego Inspektoratu do spraw Wiecznej Kary i Nieludzkich Mąk, okręg Olimp-Peloponez jest trochę za bardzo jak z polskiego kabaretu: niespecjalnie oryginalny i częściej żenujący niż zabawny. Nie przekonało mnie, niestety. Podejrzewam zresztą, że gdyby ten tekst-żarcik był o połowę krótszy, tylko by na tym zyskał.

Ilustracja Adriana Mechockiego do opowiadania Jakuba Rewiuka “Prędkość duszy”

Opowiadanie Michała Renca, „Bosman Przędziorek musi umrzeć” z kolei bardzo mnie wciągnęło. Przez większą część jest on bardziej o zbrodni doskonałej, niż o umieraniu, ale jest pomysłowy i w swojej kryminalnej intrydze wciągający – zwłaszcza że dostajemy szansę przyjrzenia się, jak przyszły zabójca planuje swój czyn. Mamy tu, tak naprawdę, kilka różnych planów zabójstwa doskonałego – i parszywą robotę, jaką jest planowanie śmierci kogoś innego… Już za tę oryginalność podejścia do konkursowego hasła autorowi należy się wyróżnienie. Ten tekst nie jest wybitny – są w antologii bardziej udane, niewątpliwie – trochę zawodzi w przyspieszonej końcówce, ale trzyma solidny poziom.

Bezwątpienia mocnym punktem antologii jest opowiadanie „Pamiętasz mit o Tanatosie?”, którego autorem jest Wiktor Orłowski. Ta historia – nowe i pomysłowe ujęcie znanego i mocno ogranego motywu – wygrywa wiarygodnością charakterów i oryginalnością ujęcia. To nie jest proste: napisać dziś pomysłowy tekst o zombie, a jeszcze trudniej jest stworzyć psychologicznie prawdopodobną wariację postaci-zombie, funkcjonującej, lepiej lub gorzej, w ludzkim społeczeństwie. Tu taka bohaterka wpisana jest w klasyczną thrillerowo-policyjną narrację i wplatana w swoistą historię o nie zabójstwie, nie samobójstwie i nie do końca eksperymencie. Na uwagę zasługuje językowy słuch autora – zdania takie, jak opis bohaterki wyglądającej jak nieumarła święta z ruskiej ikony pozostają na długo w pamięci. Hasło antologii stało się tu punktem wyjścia do skonstruowania intrygującej, pomysłowej wizji świata i ciekawego thrillera w futurystycznych realiach. Orłowski to autor, którego warto mieć w czytelniczej pamięci – jego angażujące, często emocjonalnie wręcz przerysowane opowiadania (autor nie bierze jeńców, to jest pewne…) coraz częściej pojawiają się na listach zwycięzców konkursów i – niech się pobawię w prorokinię – nominacje nagrodowe są tu tylko kwestią czasu.

Teoretycznie tekst Justyny LechKrew Śpiącej Królewny przyzywa moją duszę” jest space operą: akcja toczy się wokół Aurory, planety zachowującej się wbrew prawom fizyki i osiągalnej jedynie raz na tysiąc osiemdziesiąt dziewięć dni, a poza tym – de facto nieistniejącej; jej planeta-sąsiadka, Eresh, gdzie dzieje się większość akcji, to z kolei pozbawiona własnych atrakcji stacja postojowa dla turystów, wybierających się na Aurorę. Tekst jednak, mimo pozorów fantastyki, tak naprawdę skupia się wokół tematyki obyczajowej i ukazywanych w poszczególnych migawkach dziejów bohatera. Mam wrażenie, że trochę szkoda efektownego tytułu i naprawdę intrygującego pomysłu na istniejącą-nieistniejącą planetę, już nie mówiąc o niestety nie rozwiniętym w tekście tytułowym koncepcie krwi Śpiącej Królewny, czyli planetarnego pyłu z Aurory, na prostą w sumie opowiastkę o korporacyjnym zabójstwie. Zamykająca tekst scena jest pięknie napisana, ale na mnie spadła trochę jak grom z jasnego nieba i wydała się raczej nieuzasadniona; szkoda, tekst miał ogromny potencjał, który moim zdaniem nie w całości udało się wykorzystać.

Teraz może powiem od razu – „Słowa, których nie powiem Łucji” Krzysztofa Matkowskiego to najlepszy tekst tego zbioru i jedno, moim zdaniem, z najlepszych polskich opowiadań roku 2019. Matkowski w oryginalny i emocjonalnie przejmujący sposób odnosi się do motta-tytułu antologii, kreśląc nam dzieje bohatera, który w ciągłym umieraniu stara się jakoś żyć i odkryć, czym jest-było-miało być jego życie. Jesteśmy gdzieś na granicy starannie odtwarzanego realizmu i specyficznej, kluczowej dla opowiadania, ale dalekiej od typowych gatunków, nieoczywistej fantastyki. Ten tekst wygrywa jednak nie tylko konceptem i nie tylko tym, że Matkowski ma świetne wyczucie psychologiczne do bohaterów i potrafi kreować postacie może niekoniecznie miłe, na pewno nie heroiczne, ale bardzo prawdziwe. Tutaj jednym z kluczy do sukcesu jest to, w jaki sposób ta historia jest opowiedziana: w szarpanych fragmentach, skrótach, z których czytelnik rekonstruuje historię narratora i Łucji, a które wydają się idealną formą dla opowieści o jaźni i pamięci poszatkowanej, pokawałkowanej między różnych ludzi, różne żywoty i różne umierania. Jednocześnie styl prozy Matkowskiego jest zmysłowy, bardzo obrazowy, sprawiający, że niemal czuje się smaki i widzi sceny, kluczowe dla życia bohatera. To jeden z tych autorów, których zdecydowanie warto zapamiętać i śledzić jego dalszą twórczą drogę: będę bardzo rozczarowana, jeżeli za rok-dwa nie zacznę znajdować jego tekstów w literackich czasopismach, a nazwiska – na listach nominacji do nagród.

Grzegorz Gajek miał pomysł na „Lot Dedala” – wcielenie w przetworzone realia kojarzące się z ogólnie pojętą starożytnością (raz Minos i Dedal, raz rzymskie sabińskie wino) umysłów uwolnionych kiedyś od cielesnej egzystencji i pragnienie Ikara, by przez symboliczną śmierć ciała do tej infosfery wrócić – ale coś nie zagrało do końca. Może Gajek za blisko trzyma się mitu? Może przeszkadza zamierzona sztuczność całej sytuacji – wszyscy, i bohaterowie, i czytelnik, wiedzą, że odgrywają swoje role w micie? Może podniosłe rozmowy Dedala i Minosa o duszy albo niczym nie skontrowany patos ostatnich scen? Nie jestem pewna, co nie zagrało, ale mnie to opowiadanie, eleganckie przy tym i ładnie napisane, pozostawiło obojętną – może poza lekką irytacją pretensjonalnością, która co jakiś czas z tych nieco infodumpowych debat o tożsamości i duszy przeziera…

„Inwazja Obcych! Hip, hip, hurra!” Wojciecha Terleckiego toznowu humoreska, tym razem celowo pogrywająca oklepanymi motywami SF: pierwszy kontakt, mózg uczonego w słoiku, inwazja Obcych… Wszystko to podane w sosie dość przewidywanego, ciężkawego (aluzje do Rona Hubbarda) i wątpliwego chwilami humoru (Noc kuchennych noży jako nazwa dnia ataku na Obcych, serio?), a opowiedziane przez narratora, który dzięki byciu chłopkiem-roztropkiem ma być zabawny, ale niekoniecznie zawsze jest. Natomiast kiedy już czytelnik przebrnie przez te żarciki, to zostanie z całkiem niezłym i rzeczywiście oryginalnym pomysłem na wyczerpanie cywilizacyjnej puli umierania i z poczuciem, że szkoda, że taki pomysłowy motyw pojawia się tak późno w tekście. Generalnie, to opowiadanie zdecydowanie lepiej się kończy niż zaczyna.

Sam pomysł, od którego wyszła Aleksandra Stanisz w swoim opowiadaniu „Ofiara” – w cywilizacji składającej ofiary strzegącym jej rzekomo Monstrom pojawia się osoba znikąd, która chce zostać ofiarą dobrowolną, po czym przekonujemy się, że nie wszystko jest takie, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało  – nie jest specjalnie nowy, ale autorka wpisuje go w ciekawie pomyślany świat fantasy. To opowiadanie stoi konceptami i światotwórstwem – i może szkoda, że stylowo, konstrukcyjnie czy literacko jest chwilami nieco nierównie i nie do końca konsekwentne. Mimo tych zastrzeżeń zaliczyłabym je jednak do jasnych stron antologii.

 „Odpoczniesz po śmierci” Agnieszki Sudomir to udany tekst o nieco humorystycznym charakterze. Pomysł na opowiadanie – lekko ironiczna, sprawnie napisana, zdystansowana opowieść sprzątaczki nieustannie sprzątającej produkowane przez ludzi pokłady snów i marzeń, dręczonej przez (jakże by inaczej!) przypisaną do jej pracy biurokrację, a na końcu ujawniającej swoją zaskakującą tożsamość – jest bardzo dobry, a i broni się po części dzięki temu, że autorka nie bała się małej formy i nie rozciągała tekstu niepotrzebnie. Z tekstów humorystycznych i ocierających się o taką konwencje w tej antologii ten z pewnością można uznać za najbardziej udany. 

Monika Glibowska miała na „Lustra śmierci” naprawdę efektowny pomysł, rodem z literatury grozy – tajemnicza kobieta, która przez lustra widzi i maluje ofiary porwań i morderstw. Natomiast muszę przyznać szczerze: rozumiem, jaką naturę ma narrator tego opowiadania, ale i tak odrzuca mnie to, jak autorka jego ustami opowiada wprowadzającą w opowiadanie historie porwanej dziewczynki. Zaginiona i zamordowana  Bianka ma czternaście lat. Nie uważam, by zaproponowany przez fabułę rozwój jej historii – kombo „seks, narkotyki i pożarcie przez szczury” – był tu motywowany czymkolwiek poza chęcią epatowania. A prawda jest taka, że ten tekst, przy rewelacyjnym pomyśle wyjściowym, fabularnie wydaje się nieco puszczony, zwłaszcza gdy chodzi o mało przekonujące i trochę przyspieszone, moim zdaniem, zakończenie. Szkoda, bo koncepcyjnie jest naprawdę bardzo udany.

 „Ultra hardkor” Łukasza Skonecznego zdecydowanie mi się podobał. W zbiorze zatytułowanym Umieranie to parszywa robota człowiek spodziewałby się przynajmniej kilku tekstów z pogranicza weird fiction i groteski i aż dziwne, że w tę konwencję wpisuje się dopiero czternasty z recenzowanych tu tekstów! Cóż, lepiej późno, niż wcale – i w tym przypadku słowo lepiej pasuje również do literackiej jakości tekstu. „Ultra hardkor” ma pomysłowy, oryginalny świat, w którym umarła śmierć, a ludzkości wcale nie jest z tym jakoś specjalnie dobrze. Ten pokręcony koncept został tu zrealizowany przy pomocy równie absurdalnej fabuły, do której dobrany jest odważny, grający na zgrzytach i kontrastach styl. Zdecydowanie „Utra hardkor” to jeden z jaśniejszych punktów antologii.

„Prędkość duszy” Jakuba Rewiuka fabularnie zaczyna się od bardzo klasycznego punktu wyjścia. Space operowe klimaty, obce światy, hibernacja podczas kosmicznej podróży to tematy i motywy w SF ograne, ale dające się wdzięcznie dostosować do całego mnóstwa autorskich pomysłów i założeń. Od nich wychodzi w swoim opowiadaniu Jakub Rewiuk, ale interesuje go nie tyle eksploracja kosmosu, co eschatologia, poszukiwanie duszy i jej właściwej natury. Ten tekst – SF o tym, co się może stać z ludzką duszą w kontakcie z fizycznym absolutem czarnej dziury – jest bardzo klasyczny w swoim pomyśle (to ten typ religijnej fantastyki, który pojawiał się w twórczości mistrzów gatunku od bardzo dawna. Tekst Rewiuka do tych klasycznych ujęć się odnosi, choć w centrum stawia kwestie związane z buddyzmem i hinduizmem, w tym kwestie oczyszczenia i wyrwania się z kręgu wcieleń. Rozważania trochę przeważają tu nad wydarzeniami, a na filozofię i teologię położony jest chwilami większy nacisk, niż na charaktery postaci, ale tekst mimo to jest udany i czytelniczo intrygujący.

Ilustracja Emilii Baczyńskiej do opowiadania Michała Renca “Bosman Przędziorek musi umrzeć”

Agnieszka Fulińska, której obecność w antologiach i tomach opowiadań jest coraz bardziej zauważalna, powraca w opowiadaniu  „Ostatnia bitwa Franza Maira” do uniwersum, w którym dzieje się akcja większości jej tekstów, a mianowicie do alternatywnej wersji Europy końca XVIII – połowy XIX wieku, w której losy świata potoczyły się po wojnach napoleońskich nieco inaczej, niż w znanej nam historii realnej. W „Ostatniej bitwie…” punktem wyjścia dla autorki są wydarzenia z okresu wojen francuskiej I Republiki, ale akcja, niespiesznie, krok po kroku rozwijana, sięga kilka lat później, do roku 1800 i bitwy pod Marengo. Na starannie choć subtelnie zarysowanym historycznym tle (próżno tu szukać konkretnych dat i wymienionych z nazwy bitew, Fulińska poddaje pierwszy trop, a potem raczej polega na wiedzy czytelnika niż stara się ją najprostszymi środkami poszerzać) autorka szkicuje dzieje rekruta Franza Maira, walczącego przeciw Francuzom Tyrolczyka. To Mair będzie bohaterem, któremu los udowodni, jak parszywą robotą potrafi być umieranie – i to udowodni niejeden raz… „Ostatnia bitwa…” w pomysłowy sposób łączy klimaty historii alternatywnej z nastrojami rodem z opowieści niesamowitych i chwilami weird fiction. Czytelnicy lubiący podobne klimaty powinni mieć oko na tę autorkę.  

„Dziecko” Grzegorza Piórkowskiego to niezły kryminał w cyberpunkowych klimatach. Tekst rozpoczyna się zaskakującą sceną psychoterapii – jeżeli to spotkanie posługującego się wysoce niekonwencjonalnymi metodami narratora z pewnym multimilionerem-gangsterem w ogóle można tak nazwać – i szybko skręca ku pograniczu cyberpunkowego thrillera i kryminału, osadzonego w futurystycznej rzeczywistości pełnej SI, wynalazków przedłużających życie i androidów. Kontekstem sprawy, do której narrator zostaje wezwany jako konsultant, jest swoiście rozumiany motyw buntu maszyn i kwestia tego, czy świadoma sztuczna inteligencja w ciele androida jest człowiekiem, czy też nie. Opowiadanie – z szybką i spójną akcją, charakterystycznym pierwszoosobowym narratorem i rozważaniami o naturze androida i człowieczeństwie – złożone jest ze znanych elementów i fabularnie niewiele w nim oryginalności, ale nie przeszkadza mu to być zdecydowanie udanym, wciągającym tekstem.

Sylwia Błach w „Kresie Adama” takżeposługuje się klockami, którymi bawiło się już wielu twórców. Niemniej, o ile kryminalny mniej więcej cyberpunk z awanturniczą akcją wymagał głównie wyrazistych postaci i spójnej akcji, żeby okazać się przyjemną i ciekawą lekturą, o tyle z polityczną dystopią jest gorzej. W ogóle to jest, moim zdaniem, konwencja niełatwa, grożąca popadnięciem w publicystyczne uproszczenia i powtarzanie kilku tych samych, uzależnionych od światopoglądu autora, zestawów diagnoz. Tu zaczynamy od piekła kobiet – łagodniejszej wariacji Opowieści podręcznej – i szybko dostajemy zestaw innych, sięgających tym razem gdzieś w rejony znane z Roku 1984: zniewolenie przez totalitarną władzę, kontrolę myśli przez obowiązkowe wszczepione chipy, program Eutanazja +, rozbicie więzi rodzinnych… Łapałam się przy lekturze na tym, że zamiast czytać, odhaczałam w myślach motywy, które muszą się pojawić w konwencjonalnym antyutopijnym świecie. Szkoda, że z tych odhaczonych pojawia się tu aż tak wiele. Może gdyby było ich mniej, ciekawy psychologicznie i koncepcyjnie pomysł na głównego bohatera – którego bunt przeciw systemowi ma polegać na dobrowolnym poddaniu się eutanazji z powodu wszechogarniającej, morderczej nudy świata, w jakim żyje – wybrzmiałby mocniej. Trzeba też podkreślić, że ten tekst, z jego greckimi tragediowymi odniesieniami, niebanalnie i ciekawie realizuje motto-tytuł antologii. Przed bohaterem, zaiste, parszywa robota, i to nie taka, o jakiej marzył…

Ostatni tekst zbioru, „Pokój z widokiem na wojnę” Marleny i Mariana Siwiaków, odwołuje się z kolei wprost do konwencji postapo. Mamy tu wszelkie elementy, jakiej po militarnym wariancie tejże możemy się spodziewać: ruiny miast, walkę o przetrwanie, bezwzględnych żołnierzy, dawną wojnę, swoiście rozumiane zombie… To nie jest do końca moja ulubiona tematyka, ale muszę przyznać, że przy całym ogrywaniu znanych już motywów tekst jest bardzo sprawnie napisany, trzyma w napięciu i dobrze się go czyta.

Ilustracja Adama Bieniasa do “Ostatniej bitwy Franza Maira” Agnieszki Fulińskiej

Generalnie, podobnie jak w przypadku poprzednich zbiorów opowiadań, firmowanych przez Fantazmaty, mamy tu do czynienia z zestawem udanym i ciekawym. Teksty pełne mniej lub bardziej czarnego humoru sąsiadują tu z trzymającymi w napięciu thrillerami i dziełkami o refleksyjnym czy filozoficznym charakterze. Antologia, mimo kilku nieco słabszych tekstów, generalnie trzyma równy poziom, a przy tym – zawiera kilka tekstów naprawdę bardzo dobrych i znakomitych. Warto też podkreślić w tym miejscu staranność korekty, redakcji i wydania, a także oddać sprawiedliwość ilustratorom, których praca także przyczynia się do dobrego wrażenia, jakie ten zbiór robi. By podsumować wyświechtanym, ale tu akurat nieźle pasującym sformułowaniem, w Umieraniu… każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie.

KRÓTKIE PODSUMOWANIE

Ocena zbiorcza: 7/10

Jeżeli masz mało czasu:

Chcesz psychologiczne/fantastyczne z lekko weirdowym konceptem: wybierz “Słowa, których nie powiem Łucji” Krzysztofa Matkowskiego; mój typ do Nagrody Zajdla 2019

Chcesz epickie z historią i wojną w tle: wybierz “Ostatnią bitwę Franza Maira” Agnieszki Fulińskiej

Chcesz fantasy z błyskotliwym światotwórstwem: wybierz “Pamięć kamieni” Kornela Mikołajczyka

Chcesz opowieść niesamowitej z lekkim klimatem grozy: wybierz “Szarość, odcień czerni” Olgi Niziołek

Chcesz oryginalny tekst kryminalny? Wybierz “Pamiętasz mit o Tanatosie” Wiktora Orłowskiego

Chcesz lekkie i humorystyczne? Wybierz “Odpoczniesz po śmierci” Agnieszki Sudomir.

Chcesz groteskę/weird fiction? Wybierz “Ultra hardkor” Łukasza Skonecznego

Zew Zajdla (8). Powieści: Karolina Fedyk, “Skrzydła”

Dzisiejsza rekomendacja to mój pewny typ powieściowy do nominacji. Debiut powieściowy Karoliny Fedyk powinien był, moim zdaniem, doczekać się szerszego docenienia i mam szczerą nadzieję, że uzyskanie przez autorkę nominacji do nagrody im. Macieja Parowskiego dla obiecujących młodych twórców fantastyki będzie pierwszym do tego krokiem.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Jeżeli naprawdę nie chcesz znać żadnych szczegółów, przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Karolina Fedyk to kolejna z młodych stażem twórczyń i twórców w polskiej fantastyce, których nazwiska warto zapamiętać. Jej pierwsza powieść, wydana przez SQN w nierównej i chyba nieco “odpuszczonej” promocyjnie serii Fantastycznie Nieobliczalni, to, w mojej ocenie, na pewno najciekawszy powieściowy debiut fantastyczny 2019 w Polsce, a i nie wiem, czy nie najlepsza polska powieść fantastyczna tego roku (1).

Powieść Fedyk wygrywa przede wszystkim dwoma elementami. Po pierwsze, jest bogata i oryginalna światotwórczo. Autorka ukazuje nam starannie dopracowaną, własną wizję fantastycznego świata. Z jednej strony jej koncepty zakorzenione są w tradycji i najlepszych doświadczeniach gatunku (myślę, że Michał Cetnarowski raczej jej nie docenia, porównując z szalenie popularnym Brandonem Sandersonem, od którego – wiem, paradoks – polska debiutantka jest akurat światotwórczo IMHO ciekawsza i bardziej pomysłowa). Z drugiej strony Fedyk korzysta śmiało, przy budowie swojego świata, z doświadczeń antropologii i mitoznawstwa, odwołuje się też do zwyczajów, tradycji i koncepcji wielu kultur. Efektem jest świat, który nie jest ufantastycznioną wersją jednej ludzkiej kultury, ale barwnym, bogatym (ile tu nazw i miejsc! I ile językowych skojarzeń – fińskich, greckich, innych) konstruktem – obcym, a jednocześnie zbudowanym z elementów, które rozpoznajemy jako znane i wiarygodne; wystarczy spojrzeć na to, jak umiejętnie i pomysłowo Fedyk kreuje religię i mitologię w swojej powieści. Świat Raseny, gdzie magia powoływała do życia rzeczywistość, jest efektowny i dostatecznie obco niezwykły, żeby śnić się potem czytelnikom – a przynajmniej tej czytelniczce – po nocach. Ten świat – fantastyczny, dzięki subtelnej obecności wątków prawie-postapokaliptycznych bliższy momentami pomysłom na świat Andrzeja Sapkowskiego niż typowej secondary world fantasy – to zdecydowanie coś, dzięki czemu nie chcecie przegapić tej książki.

Drugą ogromną zaletą powieści Fedyk jest jej dbałość o kreacje postaci. To nie jest tekst do pochłonięcia w jeden wieczór – także dlatego, że bohaterowie są liczni i zróżnicowani i czytelnikowi zajmuje chwilę ogarnięcie myślą tej grupy. Fedyk stara się dawać nam postacie nieoczywiste, odbiegające od standardowego repertuaru fantasy, a jednocześnie subtelnie zarysowane i psychologicznie wiarygodne. Nieczęsto akurat w takiej fantasy, skupionej na kreacji świata, spotka się aż takie wyczucie do kreowania bohaterów.

Dodajmy do tego złożoną, misterną fabułę i fakt, że po tej powieści czytelnik zostaje z mnóstwem pytań: o relację człowieka i bóstwa, o rolę magii, o kwestie podboju, trwania kultur, osobistej wolności – a będzie chyba oczywiste, skąd moja wysoka ocena.

(1) Nie czytałam powszechnie docenianej powieści Distortion Cezarego Zbierzchowskiego, ale podejrzewam, że dostanie nominację do Zajdla i bez mojego głosu (szczerze mówiąc, patrząc po tym jak była oceniana, typowałabym ją w ogóle do zwycięstwa) – a wtedy ją nadrobię. Mam też lekko mieszane uczucia wobec skądinąd obiektywnie bezdyskusyjnie dobrej Baśni o wężowym sercu Radka Raka, co nie znaczy, że nominacja dla niej by mnie zdziwiła albo zmartwiła – z mojej konkretnej czytelniczej perspektywy każda nominacja dla fantastyki ambitnej, nowatorskiej, kulturowo zakorzenionej w szerokim literackim i społecznym kontekście to zysk 🙂

Ptaki w parku Tête d’Or w Lyonie. Zdjęcie moje.

GDZIE ZNALEŹĆ: Wydawca: SQN, seria Fantastycznie Nieobliczalni. Jest wydanie e-bookowe

ZA ILE: W tej chwili poniżej 25 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących bogate światotwórstwo – w tym fantastyczne religie, ustroje, społeczności – skomplikowane i barwne światy, złożonych i nieoczywistych bohaterów. Przy czym – dla tych, którzy szukają w fantasy niekoniecznie tylko powielania modelu niegdyś stworzonego przez Tolkiena. i dla tych, którzy pamiętają “Róże dla Sirocco” Anny Brzezińskiej, bo to podobna światotwórcza wrażliwość.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Bezczelna autoreklama: antologia “W głębi snów”

Wczoraj ja, autorka bloga, zadebiutowałam jako autorka opowiadania (i, nie powiem, jestem dziko szczęśliwa). Tak się złożyło, że zbiegło się to z dniem przywiezienia mi przez kuriera paczki z egzemplarzami autorskimi II tomu powieści dla młodzieży, który współnapisałam z Agnieszką Fulińską. O powieści parę słów następnym razem, teraz – krótka reklama antologii.

Oddaję głos jej twórcom:

“Czy w krótkiej formie można zmieścić wiele? Chcemy udowodnić, że tak 🙂
A udowodnić zamierzamy antologią 26 opowiadań dostępną jako darmowy e-book W głębi snów. Darmowy, ale na zasadach CHARITYWARE. Co to oznacza? Ano to, że pobierasz za darmo, ale prosimy Cię, żebyś przy okazji zaglądnął na stronę Fundacja SYNAPSIS i wpłacił na rzecz tej organizacji darowiznę.”

Okładka; grafika autorstwa Patrycji Sikory

Autorami tekstów są między innymi:

Agata Poważyńska, znana m.in. z antologii wydawnictwa Phantom Books Obscura (a tu przeczytacie jej intrygujące i smutne opowiadanie “Polny wianek na łbie byka“)

Polecana już na tej stronie Agnieszka Fulińska, której opowiadania znajdziecie poza tym m.in. w Creatio fantastica, Esensji i Snach umarłych 2019.

Aleksander Pacion, znany z publikacji na portalu Nowej Fantastyki, a także z Szortalu.

Anita Kurowska, której tekst jest w antologii wydawnictwa Phantom Books Obscura.

Anna Maria Wybraniec, znana z tekstów w antologiach oraz z Esensji.

Anna Sikorska, publikująca w antologiach oraz w Fenixie (ostatnie dni czytania za darmo!)

Jakub Rewiuk, którego opowiadanie znajduje się m.in. w antologii Umieranie to parszywa robota.

Magdalena Świerczek-Grzyboś, autorka m.in. dwóch interesujących powieści: Openminder i Dzieci Burzy oraz wielu opowiadań.

Marianna Szygoń, publikująca m.in. w Esensji i swego czasu w Smokopolitanie

Marek Kolenda, bardzo ciekawy autor znany z kilku antologii. Tu można przesłuchać jedno z tego opowiadań.

Radosław Puchała, znany m.in. z publikacji w Białym kruku (ale to samo, IMHO zdecydowanie ciekawe, opowiadanie można znaleźć i tu)

Sylwester Gdela, którego dorobek jest już całkiem pokaźny – zarówno gdy chodzi o dokonania pisarskie, jak i ilustratorskie. Zajrzyjcie na stronę Fantazmatów do Galerii albo posłuchajcie jednego z opowiadań.

Sylwia Finklińska, obecna w kilku antologiach, w tym w recenzowanym tu wcześniej zbiorze Ja, legenda.

Wiktor Orłowski. To nazwisko pojawia się ostatnio w antologiach coraz częściej – nie przegapcie go! Do znalezienia m.in. w Silmarisie, Magazynie Histeria, NanoFantazjach oraz Szortalu. Tutaj opowiadanie nagrodzone w konkursie sportowo-literackim Biegu Kreta.

Mateusz Kędziora, który ma dorobku kilka naprawdę bardzo dobrych opowiadań, publikowanych na forum Nowej Fantastyki. W podobnej sytuacji jest kolejny z autorów, Michał Gola, a także – również publikujący na tym samym forum Michał Puchalski oraz Jan Fosz. Także Sylwia Wełna – w zasadzie każde z tych autorów pisze już spokojnie na publikowalnym (papierowo) poziomie. 

 

Pozostali autorzy, których do tej pory nie czytałam – albo nie wiem, że czytałam, bo znam tylko z netowych pseudonimów, których nie kojarzę z nazwiskami, to Aleksandra Wyszynska, Gożjakiś, Julia Łuszpińska, L. K. Moss.

 

Antologia do pobrania: https://www.zapomnianesny.pl

 

Zew Zajdla (5): Powieści. Agnieszka Osikowicz-Chwaja, "Pamięć lasu"

W moim Zajdlowym cyklu – powieść, która raczej na pewno znajdzie się na mojej liście, nawet mimo że niekoniecznie reprezentuje typ fantastyki, po jaki najchętniej sięgam.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło ilustracji: strona wydawcy

Pamięć lasu Agnieszki Osikowicz-Chwai, pierwsza część zamierzonej trylogii, mieści się dość spokojnie w konwencji fantasy – choć  niekoniecznie tej klasycznej, post-tolkienowskiej. U Osikowicz-Chwai nie ma mnogości fantastycznych ras i istot, są ludzie – i coś, co być może z nich się rodzi, na nieszczęście ich samych i świata. W tle jest magia – ale specyficzna, obecna-nieobecna, nie tyle kusząca, co groźna. Ta magia jest wprost powiązana z mocą, która w tej powieści zajęła rolę magii jako siły napędowej fabuły: z polityką.

Choć sama akcja Pamięci lasu dzieje się na prowincji, z dala od centrum i stolicy kraju, do którego zabrała nas wyobraźnia autorki, cień polityki – tej wielkiej i tej małej, lokalnej – wisi nad bohaterami i ich światem. Wojna pokazała wszystkim jasno i dobitnie, do czego może prowadzić magia zaprzęgnięta w służbę niepohamowanych ambicji. Być może też stało się coś więcej – być może bycie nieludzkim na wojnie oznacza, że straci się człowieczeństwo także i w życiu powojennym…

Poniekąd od polityki zaczyna  się cała opisana w Pamięci lasu historia. Nie mogłam oderwać swoich refleksji o powieści Osikowicz-Chwai od dyskusji polityczno-historycznych, toczących się od lat w Polsce.  Żołnierze, który w powieści ukryli się w lasach – oddział dowodzony przez legendarnego Sarkina Saprina, kiedyś herosi i wojownicy o wolność, teraz coraz częściej zasługujący w oczach miejscowych mieszkańców na miano bandytów i tracący powoli człowieczeństwo, budzą wśród ludzi uczucia podobne gorące i podobne polaryzujące, jak żołnierze wyklęci w polskiej historii, tym bardziej, że nie tylko oni, ale i ich przeciwnicy działają w sposób, który można byłoby tylko nazwać nieludzkim. Na porządku dziennym są morderstwa, w tym kobiet i dzieci, gwałty, krwawa vendetta – a bohaterowie, żołnierze świeżo przybyłego na te ziemie oddziału, obarczonego trudną misją, muszą określić się i wybrać stronę w tym konflikcie, czy tego chcą, czy nie.

To jest powieść, w której obok polityki ogromną rolę odgrywa armia. Główni bohaterowie to regularni żołnierze – kobiety i mężczyźni – i ich dowódca. Oddział jest tu swego rodzaju bohaterem zbiorowym – postacie (a są liczne i jeśli nie jest się bardzo uważnym, łatwo się w tej mnogości zgubić) charakteryzowane tu są nie tylko indywidualnie, ale też przez swoją rolę w armii i związki z towarzyszami broni. To, że jest ich tak wiele, czasami sprawia, że charaktery troszkę się rozmywają albo pozostają nie do końca dookreślone – to nie jest tekst, który stałby psychologią postaci i ich charakterystyką; to raczej przeżywane przez bohaterów polityczno-etyczne dylematy wydają się ważniejsze.

Uwaga: to ostatnie nie znaczy, że mamy do czynienia z powieścią-traktatem, pełnym przemów postaci! Zupełnie nie: akcja jest dynamiczna, a już zwłaszcza zwolennicy fantastycznej batalistyki (acz takiej na małą skalę, potyczki raczej niż epickie bitwy!) znajdą tu coś dla siebie.

To nie jest do końca „moja” fantastyka – niekoniecznie sięgam akurat po militarnie zorientowaną fantasy, preferuję też narrację prowadzoną w mniej klasyczny sposób, niż u Osikowicz-Chwai – ale Pamięć lasu to niewątpliwie powieść ciekawa i warta uwagi czytelników.

Kiczowate zdjęcie drzew na Korsyce, moje własne

GDZIE ZNALEŹĆ: No niestety. Strona wydawcy, ale tylko w wersji papierowej.

ZA ILE: Od 25 PLN w tej chwili.

DLA KOGO: Dla wielbicieli dość klasycznej i klasycznie opowiedzianej fantasy, choć nie Tolkienowskiej, raczej przefiltrowanej, paradoksalnie, przez doświadczenia dark fantasy (nie jest miło). Dla lubiących fantastykę z wojnami w tle – ale uwaga, nie wojnami na skalę cyklu Wegnera, tu jest znacznie bardziej kameralnie.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.