Rzecz Niepospolita, lektura nieobiektywna

Rzecz Niepospolita to kolejny większy projekt literacki Grupy Wydawniczej „Alpaka”, po tomie fantastyki LGBT+ Tęczowe i fantastyczne. Tym razem inicjatorem projektu był pisarz, publicysta i krytyk fantastyki Artur Nowrot, a antologia powstała przy wsparciu redakcyjnym ekipy związanej z Alpaką (Klaudia Ciurka, Magdalena Habera, Ginny Nawrocka, Katarzyna Nowacka, Joanna Rozmus, Magdalena Stonawska, Zuzanna Śliwa, Aleksandra Tomicka-Kaiper). Publikacja zwraca uwagę efektowną okładką (stworzoną przez osobę o pseudonimie GK), zawiera również ilustracje kilkorga twórców (Igor Myszkiewicz, Anna Karolina Kaczmarczyk, Ewan Mrozek, TheAxael i Małgorzata Lewandowska).    

Założeniem antologii, wyłożonym we wstępie autorstwa Artura Nowrota, jest idea twórczego przyjrzenia się Polsce, realizowana na różne sposoby, w różnych konwencjach i stylach – od quasi-eseju, przez formę paraquizu, humor, przetworzenia legend, aż po czystej wody grozę. Od razu powiem: Rzecz Niepospolita to zbiór udany, równy, zawierający przy tym kilka tekstów naprawdę bardzo dobrych – co nie znaczy, że dostałam w tej antologii wszystko to i dokładnie to, czego się po niej, nie do końca chyba świadomie, początkowo spodziewałam.   

Przyjrzyjmy się poszczególnym tekstom. Rzecz Niepospolita ukazała się w Święto Niepodległości 2021, a ja sięgnęłam po nią zaraz po publikacji. Początek lektury nie był łatwy, bo „Barszcz” Joanny Przygodzkiej zupełnie mnie do siebie nie przekonał. W zasadzie trudno mi określić o czym jest ten tekst i dlaczego to akurat on zajmuje pierwsze miejsce w antologii – pewnie coś przegapiam i nie czytam symboliki, ale wydaje mi się on jedynie scenką, kończącą się tam, gdzie mogło się zacząć coś ciekawego. Autorce udało się efektownie opisać wieś dzieciństwa bohaterki i potem czasy jej dorosłości z post-Balcerowiczowską wsią, ale tekst jako samodzielny utwór literacki dla mnie się nie broni.

Sytuację uratowało „O Dorotce i siedemnastu rzekach” mającej już spore doświadczenie i dorobek Marty Malinowskiej: bardzo dobry tekst, sprawnie napisany, z celnie uchwyconą młodzieżową mentalnością lat 90. i naprawdę efektownie, pomysłowo opisaną Łodzią tamtych czasów. Autorka bardzo efektownie tworzy paralelę między dziewczyną a miastem, przeplata i łączy ich postacie i losy. Na dodatek decyzja o takiej lekko baśniowej, ale też swobodnej narracji-opowieści wszechobecnego narratora z dystansem wobec postaci też działa bardzo dobrze, świetnie też autorka gra metaforyką (rzeki w gorsetach kanałów – w tej jednej frazie jest cały obraz i kawałek historii). Chyba pierwszy tekst tej autorki, który aż tak mi się podobał.

„Czarnoziem” Anny Robak-Reczek to znowu wieś i znowu nastolatka – ewidentnie Zeitgeist jest taki, że tego typu postacie i miejsca są dla piszących ważne. Opowiadanie Robak-Reczek wykorzystuje ten motyw, by w prosty, ale efektowny sposób zadać pytania o kwestie rodzinnego miejsca, przywiązania do niego i cienkiej granicy między tym, że jest nam gdzieś dobrze i nigdzie nie będzie lepiej, nie chcemy więc odejść, a tym, że odejść nam nie wolno. Wybrana przez autorkę metafora pozwala na zniuansowanie problemu i pokazanie go w odcieniach szarości raczej niż czerni i bieli – czy naprawdę osieroconym dzieciom podstępem związanych z tą ziemią będzie tu źle? Co jest ważniejsze, dobrobyt i powodzenie czy prawo do decyzji o samych sobie? Wolność czy spokój i wygoda, kryjące niedopowiedzianą, ale oczywistą w kontekście przemoc? „Czarnoziem” to udany, prowokujący do myślenia, niebanalny tekst.

 „Teraz nie ma czasów” Michała Studniarka to z kolei ładnie napisana historyjka o historii i zegarkach, z odrobiną niesamowitości, ale nic poza tym. Widać, że autor sprawny, że pióro ma wyrobione, że umie stworzyć efektowne scenki i scharakteryzować postać kilkoma pociągnięciami, powiedzmy, pióra, ale zabrakło mi tu – opowieści, czegoś więcej niż prosta fabuła.

Małgorzata Gwara w opowiadaniu „O pewnej przyjaźni” sięga po konwencje słowiańskiej urban fantasy, osadzoną we współczesnych, mniej więcej, czasach, ale co rusz sięgającej w przeszłość – a to w historię rozstrzelanych w latach 40. w miejscowym lesie ofiar, a to w prasłowiańską, pogańską przeszłość, a to w lokalne legendy o pokutującym duchu królowej Bony i diabelskich skarbach. Autorka umie opisywać postacie, ale tekst rozłazi się fabularnie na kilka wątków, z których niewiele, jak dla mnie, wynika.

Przemysław Zańko, laureat Reflektora Nowej Fantastyki w 2019, wydaje się w ostatnich tekstach – jak „Jesieniarze” w NF 11/21 czy właśnie „Znieczulica” z Rzeczy Niepospolitej – iść w kierunku fantastyki mocno nieoczywistej, z pogranicza, mocno skupionej na psychologii bohaterów; o ile „Zniecuzlica” w ogóle jest fantastyką, bo elementy niesamowite w niej rozgrywają się przecież głównie w głowie bohaterki. Zańko to przy tym pisarz mimo ilościowo dość niewielkiego dorobku doświadczony, bardzo świadomy tego, co robi i jakimi środkami może swój cel osiągnąć – wystarczy popatrzeć na to, jak w „Znieczulicy” ogrywa tytułowy koncept, pokazując w pierwszoosobowej narracji swojej młodej bohaterki (to kolejna studentka/nastolatka w tym zbiorze!) teoretycznie utratę uczuć przez bohaterkę, w rzeczywistości zaś – zyskiwanie przez nią świadomości i swoistej, trudnej niezależności.   

„Rok jej powrotu” Marty Konieczny znów dotyczy młodych kobiet – w tym przypadku główna bohaterka, Maja, jest nauczycielką na początku kariery, doskonale jeszcze pamiętającą szkolne lata, dzielącą życie z partnerką-artystką – i dotyka, pomysłowo i twórczo, tematu katastrofy klimatycznej. Poczucie młodej bohaterki, że na świecie jest za ciepło, przekłada się na jej inicjatywę – motywowaną tak ekologicznie, jak i, powiedzmy, symbolicznie – o rezygnacji klasy z udziału w topieniu Marzanny. Nie zdaje sobie jednak sprawę z tego, co może oznaczać rezygnacja z tradycji, z odwiecznego rytuału… To jest bardzo udany tekst, niebanalny, ciekawy także na płaszczyźnie stylistycznej, nieoczywisty przy tym, jak chodzi o przesłanie. Mocny punkt antologii.

Kolejny tekst to „Stacja Chicago Wałbrzych 20 21”, którego autorką jest Lena Dominczak. No pogubiłam się w tym tekście, choć konstrukcyjnie nie jest bardzo skomplikowany. Dotyka, owszem, tematu, który w Rzeczy niepospolitej powinien był się znaleźć, a mianowicie – emigracji i Polaków poza Polską, i bardzo mnie ucieszył fakt, że taki temat, ogromnie przecież kulturowo istotny dla naszej historii i współczesności, tu zaistniał. Niestety, tekst jako taki mnie nie przekonał – wydał mi się przeładowany efektami, pomysłami i literackimi grami, mniej lub bardziej udanymi (jak ta gra z i użyciem imion Dżesika i Brajan). Gdzieś pod tymi wszystkimi gierkami i pomysłami zgubiło mi się znaczenie tekstu, niestety, choć oczywiście możliwe, że czegoś nie zauważyłam.

„Jak to z Marianną było” Justyny Hankus to kolejny w zbiorze tekst o młodej kobiecie – tym razem o maturzystce, której przydarza się wielka miłość i nieuchronna zdrada. Ładnie to napisane, ale brakło mi tu czegoś wychodzącego poza prostą opowiastkę sięgającą gdzieś ku obyczajowej współczesnej wiejskiej historii, gdzieś ku urban fantasy.

Podobnie jest w przypadku opowiadania Karola Matlachowskiego. “Krótka pięćdziesiątka” To również jest sprawnie napisany tekst, skomponowany i stylistycznie złożony z biglem, ale też pozbawiony drugiego dna – ot, historyjka niemiłego pana i jego żałosnej kariery wykorzystywacza kobiet, z dość chyba niepotrzebną niesamowitością w tle.

Tekstów Pneumatycznej Duszy nie skomentuję – są pewnego rodzaju quasi-interaktywną grą z czytelnikiem, ale w tym zbiorze wydały mi się pretensjonalnym i niepotrzebnym przerywnikiem. Mam wrażenie, że lepiej sprawdziłyby się samodzielnie, nie w środku antologii tekstów literackich.

„Chochoły” Anny Łagan to kolejny w zbiorze tekst, odwołujący się do kombinacji „Covid + protesty”. W tekście Łagan ramą jest historia ojca, który przyjeżdża do Krakowa w poszukiwaniu córki, z którą kontakt urwał się po kolejnym proteście. Dużo tu dobrej woli i życzliwości wobec świata – wobec ewidentnie queerowych przyjaciół Julii, wobec osób dotkniętych bezdomnością – a Łagan jest sprawna pisarsko, ale trochę rozłazi się ten tekst fabularnie i trudno mi powiedzieć, co autorka chciała zrobić, co przekazać. Ale może to moja wina jako czytelniczki, bo jakoś podświadomie oczekiwałam po tych tekstach czegoś więcej niż historyjek osadzonych w Polsce, może jakichś rozliczeń z polskością, z naszymi wariantami problemów uniwersalnych? W każdym razie motyw chochołów i chocholego tańca Łagan ogrywa efektownie i pomysłowo, a postacie kreuje wiarygodnie – mój brak zachwytu nie wynika tu bynajmniej z warsztatowych niedociągnięć, a z zupełnie swoistej, własnej potrzeby lekturowej.

„Tam” Wojciecha Guni to jak zwykle u tego autora tekst świetny literacko, klimatyczny i nastrojowy, także skupiony na postaciach kobiecych, choć tym razem nie tak młodych, niejednoznaczny i intrygujący. Gunia też opowiada raczej indywidualną historię bohaterki / bohaterek, wciągając osobę czytającą coraz głębiej w dzieje traum bohaterki i jej konfrontację z pamięcią / niepamięcią. To pamięć i przeszłość stanowią tu, jak mi się zdaje, klucz do psychiki bohaterki i do jej historii: historii osobistej tragedii, bardzo kobiecej straty i prób poukładania wszystkiego    

„Genius” Julii Żmudki to zabawa formą, opowieść-opowiadanie-esej o wrocławskim budynku Solpolu – niekoniecznie mój typ literatury, ale nie sposób odmówić autorce poczucia humoru, pomysłowości i panowania nad literacką materią – a i wybór budynku, wpisującego się w sporo głośnych ostatnio debat wokół estetyki przestrzeni, dziedzictwa transformacji ustrojowej i generalnie polskich miast, jest nader celny.   

Olga Niziołek wydaje mi się jedną z najciekawszych polskich debiutantek ostatnich lat i opowiadanie z Rzeczy Niepospolitej, zatytułowane “Sześć wskazówek, jak biegać w ciemnościach” tylko mnie w tej opinii umocniło. Odpowiedziało też na moją potrzebę, której nie zwerbalizowałam sobie przed początkiem lektury, ale która musiała gdzieś tkwić, co widzę po swoich reakcjach – potrzebę szukania w opowiadaniach z Rzeczy Niepospolitej pewnej uniwersalności, czegoś więcej niż efektownych i dobrze opowiedzianych historii. Niziołek osiąga ten efekt, sięgając po bliskie sobie weirdowe klimaty i przyjmując nietypową narrację w formie serii ostrzeżeń przed bieganiem w ciemności – a to, jak pisze, zupełnie, ale to zupełnie coś innego, niż jogging po ciemku. Depresja i cierpienie przez nią wywołane subtelnie łączą się u Niziołek z doświadczeniami społecznymi, z życiem w tym miejscu i czasie, ale jej inteligentna metafora nigdy nie staje się oczywistą, walącą w oczy alegorią tego, co może zrobić z człowiekiem choroba, współczesność, Polska. Znakomite domknięcie antologii.

We wstępie redaktor antologii, Artur Nowrot, zwraca uwagę na wiodące, jego zdaniem, tematy antologii: rolę tradycji, jednostkę i jej walkę o autonomię oraz znaczącą rolę krajobrazu. Zgadzam się z tą intuicją. Dodałabym, że Polska w tym zbiorze ma twarz młodej kobiety, zwykle z małego miasteczka i bezdyskusyjnie polskiej, jak chodzi o tożsamość etniczną i kulturową – i to jest dobre, bo taka perspektywa jest cenna i ciekawa, a nie taka wcale strasznie w polskiej fantastyce częsta. Trochę mi jednak szkoda, że innych twarzy jest tu tak mało, że tak niewiele tu refleksji nad kobiecą dojrzałością, queerowymi tożsamościami, starością Polaków, nad emigrantami i imigrantami, nad Polakami i Polkami o innych etnicznościach i tradycjach. Trochę mi tego zabrakło. Niemniej jednak, to jest przy tym niewątpliwie udany zbiór i ciekawa pozycja na polskim rynku opowiadań roku 2021 – mogę mieć uwagi, ale będę zdecydowanie zachęcać, by po niego sięgnąć.

Lem i inne osoby

Przetacza się przez polski internet dyskusja związana jakoś tam z Rokiem Lema, ale może i jeszcze bardziej – z kwestią rynku i pozycji polskiej fantastyki, autorów i autorek, osób piszących SF i ich szans publikacyjnych, a w tle – szans na pojawienie się “drugiego Lema”. Marcin Zwierzchowski, od którego tekstu zamieszczonego na Lubimy Czytać ta faza debaty się zaczęła – choć tak naprawdę zaczęła się od polemiki tegoż Zwierzchowskiego z tekstem Krzysztofa Zajasa z Czasu Literatury – rozumie tego “nowego Lema” nie tyle jako autora piszącego w Lemowskiej tradycji, co raczej – pisarza o pozycji takiej, jaką cieszył się twórca Solaris, a jednocześnie nie odżegnującego się od pisania SF. Wychodzi od tegorocznego Festiwalu Conrada, który mimo tematu “Natura przyszłości”, aż proszącego się o zaproszenie fantastów, woli prowadzić tę dyskusję również w inny sposób, niefantastyczny. Również, choć ani jednej osoby piszącej SF nie zaprosili. Zwierzchowski słusznie zauważa, że bardzo słaba pozycja polskiej SF w szerokiej debacie o kulturze odrzuca zdolnych debiutantów od pisania w tej konwencji (żeby było jasne – w innych formułach fantastyki nie jest łatwiej) i że nowego Lema w tej sytuacji się nie doczekamy.

Dalsza dyskusja zmierza w nieco inną stronę – felieton Ginny Nawrockiej na stronie Whosome poszedł raczej w stronę polemiki z wymienionymi przez Zwierzchowskiego propozycjami nazwisk kandydatów na ciekawych polskich twórców i twórczyń SF. Tam, gdzie Zwierzchowski wymienia , cytuję (wybierając autorów z ostatnich lat, jego lista jest dłuższa),

Jacka Dukaja, Rafała Kosika, Cezarego Zbierzchowskiego, Michała Protasiuka, Martynę Raduchowską, Krystynę Chodorowską, Michała Cholewę, Jakuba Nowaka, Marcina Przybyłka,

Ginny N. piszą przede wszystkim o debiutujących autorkach: w ich tekście, obok potraktowanych jako wzorce negatywne Dukaja i Radka Raka (który skądinąd SF pisze dość rzadko – choć gdzieś w tę stronę sięga jego opowiadanie “Kraina piasku” z NF 8/2020), jako pozytywne przykłady wymienione są Marta Magdalena Lasik, Joanna Krystyna Radosz, Krystyna Chodorowska, Marta Potocka, Anna Kańtoch, Karolina Fedyk, Anna Łagan, Olga Niziołek i Weronika Mamuna.

Nie do końca akurat całość tej listy mnie przekonuje (Fedyk to IMHO bardzo dobra już pisarka, której najmocniejszym obszarem jest jednak zdecydowanie fantasy, a niekoniecznie SF, Radosz pisze bardzo dobre obyczajówki z elementami kryminalnymi i ma duży talent do opisywania postaci i ich relacji, ale do fantastyki ucieka się dość okazjonalnie), ale sam pomysł jej stworzenia wydał mi się inspirujący.

Nie czuję się na siłach dyskutować o tym, co musiałoby się zmienić w polskim rynku wydawniczym, żeby osoby piszące fantastykę zaczęto traktować serio – co było osią tekstu Marcina Zwierzchowskiego. Czuję się dużo bardziej kompetentna do pójścia drogą felietonu Ginny N. i wskazania, gdzie tym razem ja widzę nadzieje polskiej SF. Podobnie jak wybór Ginny, mój też będzie subiektywny i na pewno niepełny.

Skupię się na kilku ostatnich latach – nie będę więc wspominać na przykład o Annie Kańtoch, która w ostatnich latach skupiła się na konwencjach innych niż SF (która w jej wykonaniu też była raczej z pogranicza weirdu i specyficznie rozumianej vintage space opery, za której patrona można byłoby pewnie uznać bardziej Żuławskiego niż Lema). Nie omówię też dokładniej twórców znanych i znaczących, jak na przykład Paweł Majka czy Romuald Pawlak. W sporej większości sięgnę bowiem po twórczość osób, które karierę pisarską dopiero zaczynają, mają w dorobku opowiadania albo pojedyncze powieści – choć, owszem, wskażę też jedną czy drugą osobę z większym uznaniem i dorobkiem.

Kto więc z młodych stażem twórców i twórczyń w Polsce zwrócił moją uwagę jako autor(ka) SF?

Niewątpliwie wymieniona przez Ginny Marta Magdalena Lasik. Zaintrygowało mnie parę lat temu jej “Zwierciadło w dziurce od klucza“, umieszczone w antologii ŚKF “Skafander i melonik”, i od tej pory śledzę jej twórczość. W tym roku na mojej liście nominacji do Nagrody im. Janusza A. Zajdla znalazł się jej tekst z NF, “Głos Słońca” . Lasik, sama z wykształcenia związana z nauką, pisze SF dość bliskiego zasięgu, inteligentne, nie uciekające także od emocji i skupienia na postaciach. Równie wysoko cenię inną wymienioną przez Ginny autorkę, Olgę Niziołek. Niziołek to autorka wszechstronna, której pisarstwo lokuje się gdzieś między SF bliskiego zasięgu a motywami gdzieś podchodzącymi pod new weird. Jej tekst (“Ogród rozkoszy ziemskich” z antologii Tęczowe i fantastyczne) również był na mojej tegorocznej liście Zajdlowych nominacji.

Z wymienionych zarówno przez Zwierzchowskiego, jak i przez Ginny twórczyń niewątpliwie warto pamiętać o Krystynie Chodorowskiej – to nie jest autorka, z którą mnie osobiście, jako czytelniczce, byłoby jakoś bardzo po drodze, ale niewątpliwie jako twórczyni jest ona dojrzała i ciekawa. Nieco podobnie mam zresztą z inną autorką, której pozycja rośnie, i słusznie, a która w tych zestawieniach się nie pojawiła – a mianowicie z Magdaleną Kucenty. Może nie zawsze mnie jej cyber-punkujące teksty w 100% przekonują, ale uważam, że jest to pisarka ciekawa, pomysłowa i warta uwagi. Elementy cyberpunku widoczne są także w twórczości Anny Nieznaj, członkini grupy Harda Horda, której zbiór Błąd warunkowania zawiera teksty tą konwencją inspirowane. Skądinąd w polskim cyberpunku – który przecież jak najbardziej jest częścią konwencji SF – mamy też przecież pisarkę, o której można bez większego wahania powiedzieć, że jest królową: Martynę Raduchowską.

A jak już mowa o cyberpunku – warto wymienić, wśród młodych stażem jego twórców, także Kornela Mikołajczyka (którego zeszłoroczna powieść, Człowiek, który zniknął. Deus Ex Machina, flirtuje i z cyberpunkiem, i z elementami humoru, i z czarnym kryminałem), a także oryginalnego w swoim (inspirowanym często muzyką i artystycznymi zainteresowaniami samego autora, który również tworzy grafikę) podejściu do SF Sylwestra Gdelę, któremu też zdarza się do konwencji cyberpunku odwoływać, a którego opowiadanie “Mgły nad Atlantis” z tomu Nowoświaty raczej na pewno będzie jedną z moich nominacji Zajdlowych za 2021. W tym samym tomie jest też udane opowiadanie Marka Kolendy, autora opowiadań, którego dorobek jest jeszcze niezbyt duży, ale który w tekście “Dzieci Marii” pokazuje się jako ciekawy twórca SF. Warto zapamiętać to nazwisko.

Nagrodę Zajdla za opowiadanie za rok 2020 otrzymała Marta Potocka, która w konwencjach związanych z SF porusza się umiejętnie – warto zerknąć choćby na jej “Flauna” z antologii Skafander i melonik, który bardzo sprawnie i efektownie ogrywa konwencję horroru w kosmosie. A jak już mowa o nominacjach do Zajdla – warto wspomnieć o wielokrotnym nominowanym z tego roku, Krzysztofie Rewiuku. Współtworzone z Krzysztofem Matkowskim opowiadania “Dziewczyna z papieru i ognia” (nominacja dla Zajdla 2019) i “Święci z Vukovaru” bliższe są konwencjom może trochę weirdu, może – w przypadku “Dziewczyny…” – swoistej historyzującej fantasy i po ich lekturze nie tak łatwo wyobrazić sobie Rewiuka jako autora SF. Tymczasem jest on pisarzem SF pełną gębą – i ma w dorobku opowiadania SF naprawdę znakomite. Bardzo umiejętnie rozmaite powiązane z SF, głównie bliskiego zasięgu, konwencje ogrywa też w swojej twórczości Wiktor Orłowski – warto zerknąć na przykład do zawartego w Fantazjach zielonogórskich IX opowiadania “Śmierć w Mountain Green”, by się przekonać.

Umiejętnie i skutecznie posługuje się konwencjami związanymi z SF także Bartek Biedrzycki, którego zeszłoroczny zbiór Zimne światło gwiazd pokazuje, że ma on i warsztat, i pomysły. Ciekawym głosem w polskiej SF jest Magdalena Świerczek-Gryboś – autorka pisząca i wydająca dużo, nie zawsze równo, ale mająca twórcze i oryginalne pomysły; jej pisarstwo wychodzi zresztą często poza konwencje SF.

EDIT, bo poniewczasie przypomniałam sobie jeszcze dwa nazwiska. Znana m. in. z NF Anna Łagan, autorka pisząca w różnych konwencjach, pisuje również SF, podobnie jak publikujący w wielu różnych mediach (m.in. w Silmarisie Jerzy Bogusławski. Oboje są jak najbardziej warci wpisania na listę obserwowanych.

Na koniec chciałabym wspomnieć o jeszcze dwojgu autorach, których kariery – no, w zasadzie dopiero startują. Kamila Regel ma w dorobku na razie głównie II miejsce w plebiscycie portalu Nowa Fantastyka na opowiadanie tekstem “Siedem wrót ki-gal” – ale serio, poświęćcie chwilę na ten tekst, bo niewiele osób w naszym kraju, moim skromnym zdaniem, potrafi tak łączyć kosmiczne SF z głębokim wyczuciem dla mitu. I zapamiętajcie to nazwisko, bo moim zdaniem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to Regel może w polskiej SF sporo namieszać. A jak już jesteście na forum, zerknijcie na odlotowe, niesamowite, jakoś tam spokrewnione z najbardziej szalonymi tekstami Dukaja “Kwantowego serca ostinato”, bo jego autor, jeśli wytrwa przy pisaniu, też ma szanse stać się w polskiej SF głosem odrębnym i szalenie ciekawym.

Czego tu brakuje? Hard SF w stylu Egana czy Wattsa. Space opery takiej, jaką dziś pisze się na świecie – polskiego Yoona Ha Lee czy polskiej Arkady Martine na tej liście nie ma. Ale przede wszystkim – brakuje, tak naprawdę, szans, żeby to grono utalentowanych i różnorodnych osób miało szanse wypłynąć na szersze wody i się pokazać. Bo sam(a) z siebie fantast(k)a o pozycji i dorobku Lema nam się nie narodzi, to jest pewne.

Zew Zajdla 2020

Długo mnie tu nie było, ale też długo w tym roku czekaliśmy na nominacje do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Dzisiaj w końcu dostaliśmy wyniki – i chciałabym je w kilku słowach skomentować.

Opowiadania

Z opowiadań bardzo, ale to bardzo cieszę się z nominacji dla “Świętych z Vukovaru” Krzysztofa Rewiuka i Krzysztofa Matkowskiego – to jedno z moich dwóch ulubionych opowiadań roku 2020, a że to drugie nie dostało nominacji, sprawa mojego głosu w tej kategorii jest jasna :). Więcej o tym tekście pisałam tutaj.

Krzysztof Rewiuk rozbił w tym roku bank – ma poza tą współdzieloną dwie samodzielne nominacje, i tak się składa, że oba te teksty znam. “Al”, pochodzący z Fantazmatowego zbioru Zbrodnia doskonała, to tekst rzetelny i jak zwykle u tego autora napisany z dużą warsztatową swobodą; czytałam z przyjemnością, ale mnie nie zachwycił – może dlatego, że urywa się w najciekawszym dla mnie miejscu? Bardziej podobała mi się lekko pastiszowa “Córka poławiacza żachw”, znana z tomu Weird Fiction po polsku 1 (hej, jest tam też mój tekst!), nagrodzona swego czasu na portalu Nowej Fantastyki.

Za rzecz dla polskiej fantastyki dobrą uważam fakt, że nominacje, choć zdominowane przez jednego autora (2,5 /5), są różnorodne, jak chodzi o miejsca publikacji – jest i Nowa Fantastyka, i darmowa antologia Fantazmatów, i pokonkursowa książka weirdowa wydawnictwa Phantom Books, i antologia świąteczna W.A.B. Jest też, i bardzo mnie to cieszy, tom Harde Baśnie Wydawnictwa SQN. Nominacji z tego tomu doczekał się “Sen nocy miejskiej”, udane urban fantasy Magdaleny Kubasiewicz. Sama, przyznam, pewnie nominowałabym poetyckie i efektowne “Róże świętej Elżbiety” Agnieszki Hałas, a przede wszystkim – wstrząsające “Idzie, powtarzał wiatr” Marty Kisiel, tekst, który dla mnie jest arcydziełem polskiej fantastyki. Niemniej cieszę się, że tekst z tego tomu znalazł się w stawce – autorki Hordy są w polskiej fantastyce zjawiskiem nieco innym od jej typowego, wyznaczanego przez Fabrykę Słów z jednej, a klasyczną fantastykę pod znaku Michała Cholewy i Roberta Wegnera z drugiej strony, oblicza. Miejsce jest na wszystkie te zjawiska, ale docenienie tych trochę innych bardzo mnie cieszy.

Jedynym opowiadaniem ze stawki, którego jeszcze nie czytałam, jest “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Przyznam, że się dość paradoksalnie cieszę z tej nominacji – paradoksalnie, bo Miszczuk to bardzo nie moja autorka, jej proza jak dotąd do mnie kompletnie nie trafiała. Niemniej, to jedna z tych popularnych twórczyń fantastyki, które istnieją jakoś obok fandomu (czymkolwiek fandom jest) – i cieszy mnie, że w tym fandomowym / nagrodowym obiegu zaistniała, bo jeśli w proces nominowania i czytania nominowanych wkręcą się nowe osoby, które do fantastyki trafiały innymi drogami – w tym, przez inne czytelnicze doświadczenia, to będzie to zawsze coś dobrego. Nawet jeśli tekst jest nie dla mnie.

Czego zabrakło? Poza moim ulubionym tekstem Kisiel z Hardych Baśni – przede wszystkim świetnych opowiadań Olgi Niziołek, Michała Brzozowskiego, Marty Magdaleny Lasik i Łukasza Redelbacha.

Jak chodzi o powieści, ogromnie się cieszę z nominacji dla Trzeciej części człowieka Krzysztofa Matkowskiego. Entuzjastycznie zrecenzowałam tę powieść dla Esensji, autora uważam za ogromnie utalentowany, cenny nowy głos w polskiej prozie fantastycznej i bardzo się cieszę, że znalazł się wśród nominacji w dwóch kategoriach. No i ma mój głos 🙂

Nominacja dla V tomu Teatru węży Agnieszki Hałas tak naprawdę powinna była być nominacją w nieistniejącej u nas, a znanej m in. z nagród Hugo kategorii “cykl powieściowy”. Autorce nominacja w tej kategorii należała się dawno, bo jej seria o Krzyczącym w ciemności stała się dla polskiej dark fantasy jednym z kluczowych tekstów i wydaje się, że mainstream polskiej fantastyki zaczął w końcu dostrzegać, że dość niepostrzeżenie Agnieszka Hałas wyrosła na polski autorytet w dark fantasy.

Marta Kisiel dostaje nominacje i nagrody Zajdla dość regularnie – i dobrze. Cenię jej pisanie za to, że Kisiel sięga po mniej oczywiste inspiracje, nie boi się zestawiania swoich fantastycznych pomysłów i postaci z codziennością ani wybierania na bohaterów tak zwanych zwykłych ludzi (co na przykład może oznaczać, że bohaterka będzie używać obciachowego pseudonimu i zachowywać się nie najmądrzej); mnie również bardzo pasuje jej język i styl, który lokuje się gdzieś na przecięciu między Chmielewską a Sapkowskim. Płacz to też tekst kontynuujący wcześniejsze powieści, dobrze pokazujący specyfikę pisania autorki, jej mocne (umiejętność ogrywania emocji czytelnika, łączenia tragizmu z komedią, błyskotliwą sprawność językową, umiejętność budowania wiarygodnych wizerunków postaci) i słabsze (czasami urwane, niedociągnięte wątki) strony.

O Pieśniach Chołów Macieja Głowackiego (i o jego wydawcy), przyznam, usłyszałam dziś po raz pierwszy – to będzie ta powieść, którą muszę nadrobić.

Czego mi zabrakło w tej kategorii? Polskiej grozy i weirdu. To był dla tych konwencji dobry rok i przyznam, że trochę mnie dziwi brak w zestawieniu Wojciecha Guni, Jakuba Bielawskiego czy debiutującego Łukasza Krukowskiego.

Cóż, pozostaje tylko jak co roku zgłosić się do akcji Zew Zajdla, doczytać zaległości i zagłosować!

Zew Zajdla 2020: opowiadania (3): Olga Niziołek, “Ogród rozkoszy ziemskich”

Olga Niziołek, pisarka i tłumaczka, jest jedną z tych osób, które swoimi tekstami zwróciły w roku 2020 moją (i pewnie nie tylko moją) szczególną uwagę. W Nowej Fantastyce (11/ 20) opublikowała bardzo ciekawą “Podróż do wnętrza psa”, błysnęła też udanym, moim zdaniem, przekładem “Prime Meridian” Silvii Moreno-Garcii (a ja jestem fanką tego tekstu i miałam zdecydowaną wizję, jak powinien zostać przetłumaczony 😀 ); ukazał się, pod tytułem “Pierwszy południk”, w NF 06 / 2020. “Podróż…” to też bardzo udany tekst i spokojnie mógłby znaleźć się wśród moich Zajdlowych polecanek, ale do analizy wybrałam, pochodzący z antologii Tęczowe i fantastyczne, wizyjny i psychologiczny jednocześnie “Ogród rozkoszy ziemskich”.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka antologii – ilustracja autorstwa Samanthy „Niemti” Niemczyk

Tekst Olgi Niziołek rozpięty jest w intrygujący i niebanalny sposób między dwoma biegunami – z jednej strony utrzymanego w weirdowej konwencji światotwórstwa, z drugiej – psychologicznej, bardzo prawdziwie oddającej zresztą ludzką naturę historii narratorki i kręgu związanych z nią osób: partnerki Marty, opiekującej się ich wspólnym synkiem, kolegi z pracy Dariusza, aspirującego poety, wreszcie – obecnej przede wszystkim we wspomnieniach i obsesjach narratorki siostry. Ta strona tekstu dowodzi dużej wrażliwości autorki na ludzką naturę i wyczucia w opisywaniu historii, bez tendencji do przedramatyzowywania czy epatowania czytelnika tragediami postaci. Tu mamy zwykłą codzienność: jakoś tam satysfakcjonującą, ale pozostawiającą niedosyt pracę narratorki, robotnicy zatrudnionej w Ogrodzie Rozkoszy Ziemskich, jej rozpadający się związek z Martą, który niszczy tak zwana proza życia (Marta jest znużona ciągłym siedzeniem w domu i opieką nad niemożliwym do posłania do przedszkola dzieckiem, narratorka fantazjuje o innych kobietach i nie ma siły ani chyba też chęci, by ratować dotychczasową relację), wspomnienia z mało szczęśliwego dzieciństwa i trudnej, ale kluczowej dla narratorki relacji z siostrą. Bardzo doceniam w tym opowiadaniu umiejętność oddania emocji, subtelność i wyciszenie tego, jak Olga Niziołek opisuje dzieje bohaterów, nigdy nie próbując pogrywać na wysokim C tragedii ani szantażować emocjonalnie dramatami bohaterek osób, które jej tekst czytają.

Jednocześnie ta obyczajowa, wiarygodna psychologicznie historia wpisana jest w fantastyczny, najbliższy chyba konwencji weird fiction świat. Narratorka pracuje w ożywionym, a jednocześnie całkowicie skomercjalizowanym Ogrodzie Rozkoszy Ziemskich, opartym na obrazie Hieronima Boscha, pełnym żywych istot przeniesionych wprost z dzieła sztuki, ale, podobnie jak ona, udręczonych. One marnieją, wystawiane na widok publiczny jako zabawka dla znudzonych bogaczy; ją męczy fakt, że jako szeregowa, fizyczna pracownica jest, a raczej powinna być, niewidzialna dla odwiedzającej Ogród klienteli – nawet jeśli jedną z klientek jest jej własna, rodzona, utracona siostra. Zamknięcie, uwięzienie – czy to w relacji, czy w rutynie, we własnej cielesności czy po prostu fizycznie w miejscu takim, jak otoczony murem, dostępny dla posiadaczy biletów Ogród – to jeden z kluczowych tematów opowiadania. I chyba nie jest przypadkiem, że przy całym smutku, jaki dominuje w tekście Olgi Niziołek, ostatecznie prawie każda postać ze swojego więzienia się uwalnia: Marta odchodzi z dzieckiem, by związać się z Dariuszem, Dariusz wydaje tom wierszy, narratorka wypuszcza z ogrodu Sfinksa, a sama robi pierwsze kroki jednocześnie ku zerwaniu z obsesyjnym chodzeniem po śladach siostry i, być może, odzyskania z nią jakiegoś rodzaju porozumienia, na które po cichu liczy. Nie ma tu łatwego happy endu, ale jest wyraźnie wyartykułowana nadzieja na małe, powolne, pozbawione dramatyzmu, ale jednak – zmiany.

Weirdowy świat stworzony przez Niziołek nie domaga się dookreślenia ani wyjaśnień – czemu bohaterka ma fizyczne cechy dzika, a jej partnerka – sowy, czemu ich synek wygląda jak porośnięty sierścią należącą do młodego warchlaczka? Czym jest Ogród i żyjące w nim istoty – ludzką kreacją? A może czymś, co jest sednem tego świata i źródłem jego dziwacznej natury? Niesamowitość zderza się w tym opowiadaniu z codziennością pociągów, przedszkoli i finansowych kłopotów, fantastyczność idzie ręka w rękę z realizmem – i tworzy to wszystko efektowną i zapadającą w pamięć całość.

Ogród rozkoszy ziemskich” Hieronima Boscha (1450 – 1516), ze zbiorów muzeum Prado w Madrycie. Jak się dobrze przyjrzymy, to będziemy w stanie zrekonstruować miejsca odwiedzane przez bohaterki.

GDZIE ZNALEŹĆ: W antologii Tęczowe i fantastyczne

ZA ILE: do ściągnięcia za darmo w wybranym formacie.

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction i mocno psychologizującą fantastykę, dla której kluczowe są ludzkie charaktery i natura. Dla lubiących sztukę i jej ogrywanie w fantastyce. Nie dla czytelników szukających szybkiej akcji i dramatycznych twistów w fabule.

Podsumowanie 2020 (1): polska fantastyka

Obiecuję NIE ZACZYNAĆ o uwag o tym, że 2020 był to dziwny rok i nie użyć nigdzie poza tym zdaniem zwrotu “coś tam roku zarazy”.

No to co? Ruszamy z podsumowaniem roku 2020? Zacznijmy dzisiaj od tekstów polskich, jutro mam nadzieję zmotywować się do napisania o najlepszych nie-polskich tekstach fantastycznych, jakie w 2020 przeczytałam.

Powiem tak – w roku 2020 wśród moich lektur rodzimych dominowały opowiadania – zarówno te wydane w zbiorach autorskich, jak i te w antologiach i czasopismach. Kilka propozycji do przeczytania / rozważenia pod kątem jakichś przyszłych nominacji nagrodowych przedstawiam poniżej. Od razu też zaznaczę jeszcze jedno – nie zdążyłam oczywiście przeczytać wszystkiego. w W całej notce rozsiane są informacje o powieściach i opowiadaniach z 2020, które mam na liście lektur przed sezonem nagrodowym, ale gdyby ktoś chciał dorzucić coś do tej listy, to polecanki zawsze chętnie przyjmę.

Po pierwsze – zbiory autorskie. Tych przeczytałam niewiele, ale też nie tak wiele ich wychodzi. Przede mną lektura kilku ciekawych zbiorków z zakresu grozy, a z tych już przeczytanych chciałabym wyróżnić “Niebo, ptaki i robaki” Anny Marii Wybraniec: ciążący w stronę weirdu i niesamowitości debiut, zapowiadający bardzo ciekawą autorkę.

Po drugie – antologie. Tu mieliśmy wysyp, jak zresztą od kilku lat. Ukazywały się tomy wydawane przez różne kluby i organizacje związane z fantastyką – z tych nieczytanych dotąd szczególnie napalam się na wydany przez Śląski Klub Fantastyki Iknszy welt (z opowiadaniami m.in. Michała Cholewy i Marty Magdaleny Lasik). Jak zawsze nie zawodziły Fantazmaty – w tegorocznych zbiorach Nanofantazje 2.0 i wydanej niedawno Zbrodni doskonałej czeka sporo ciekawych tekstów – choć, przyznajmy, nie ma wśród nich moich absolutnych faworytów do tytułu opowiadania roku. Czeka na mnie jeszcze całościowa lektura Hardych baśni, w których jest kilka tekstów znanych mi już i cenionych autorek. Znam z nich na razie jeden, udane i nastrojowe “Róże świętej Elżbiety” Agnieszki Hałas, odwołujący się do legendy średniowiecznej węgierskiej świętej królowej i do motywów z Tannhäusera Wangera. Nie zachwyciły mnie antologie cyberpunkowe – choć z tej kobiecej (Cyberpunk Girls Uroborosa) czekają mnie jeszcze oba teksty generalnie bardzo przeze mnie cenionej Martyny Raduchowskiej. Nie ruszyłam jeszcze Gladiatorów z FS – mam w tym tomie upatrzone kilka tekstów, które zdecydowanie chcę przeczytać. W głośnej i bardzo różnie ocenianej antologii Tęczowe i fanastyczne (Grupa Wydawnicza Alpaka) znalazłam jedno ze swoich ulubionych opowiadań roku – malarski, niepokojący “Ogród rozkoszy ziemskich” Olgi Niziołek, które na pewno znajdzie się na mojej liście nagrodowych nominacji za 2020. Nie chcę rozpisywać się o tym zbiorze, ponieważ jest w nim i moje własne opowiadanie, a recenzowanie zbiorku ze swoim tekstem trochę nie ma sensu, ale w tym tomie obiecujące – w kontekście dalszych karier autorów/-ek – są IMHO także teksty, które napisali/ły Paulina Rezanowicz, Ewan Mrozek i A. Szydlik. Literacko warto też zerknąć na zawarte w tym zbiorze teksty Agnieszki Szmatoły oraz cieszącej się już w fandomie sporym uznaniem Krystyny Chodorowskiej. Jedne i drugie to nie do końca moja bajka, ale pod względem literackim warte są uwagi – mogą do kogoś trafić mocniej, niż do mnie. Pierwszy tom pokonkursowej antologii Weird fiction po polsku (Phantom Books) to także tom, w którym jest mój tekst – powstrzymując się więc od szczegółowej recenzji całości, pozwolę sobie zwrócić uwagę na opowiadania Pawła Wącławskiego (zachwycające pomysłowością “Jestem wszystkim i wszystkimi”), docenionego przeze mnie już w zeszłym roku Michała Brzozowskiego (absurdalne, ale i łapiące za serce “Nakręcia głowy”, chyba mój nr 1 w tym zbiorku) oraz Michała Blatkiewicza (enigmatyczne i idące w niepokojącą groteskę “…Będzie futro”). Nie zawiódł mnie również obserwowany już od jakiegoś czasu Sylwester Gdela (mitologiczno-cyberpunkowo-odlotowy “Gegnarok”). Jeszcze przede mną lektura tegorocznych “Snów umarłych”, ale wiem, że zawierają kilka naprawdę dobrych tekstów. A jak już mowa o dobrych tekstach – z czytanych przeze mnie antologii najrówniejszą chyba była ta stworzona z opowiadań wyróżnionych na portalu Nowej Fantastyki (Fantastyczne pióra). Portal ten jest mi bliski i sama się na nim udzielam, nie mam jednak swojego tekstu w zestawie za 2018 (wydanym w 2020). Chciałabym wobec tego zwrócić uwagę na najciekawsze teksty z tego tomu. Pierwszy z nich to “Arecibo” (autorem jest Aleksander Pacion), klimatyczne SF z elementami horroru (?), które ma ogromne szanse znaleźć się na mojej liście Zajdlowych nominacji za 2020. Drugi i trzeci – to dwa teksty obserwowanego przeze mnie od dłuższego czasu Łukasza Redelbacha – oryginalny światotwórczo i koncepcyjnie “Luminescencyjny pokrak” oraz przede wszystkim gęste, ciemne, ponure opowiadanie weirdowe “Smakołyk dla dżdżownicy”, też wysoko na mojej szerokiej liście nagrodowej. Z antologii tej zdecydowanie warto także sięgnąć po inspirowany ilustracjami Jakuba Różalskiego wojenny fresk “Husarz śmierci” Marka Kolendy i na intrygującą, emocjonalną i wizyjną “Kumari” Radosława Puchały. Katarzyna Szymonik, która ma w tym zbiorze dwa teksty, to także bardzo obiecująca autorka o dużych możliwościach – ale poczekajcie na “Fantastyczne pióra” 2019, żeby ją w pełni docenić!

Skoro najwyraźniej nie czytywałam aż tak wielu antologii, to co czytałam? Ano, w tym roku w większych niż kiedykolwiek ilościach – opowiadania w czasopismach. No dobra, głównie w czasopiśmie, jednym. W Nowej Fantastyce. W podsumowaniach roku pewnie przewinie się motyw awantury o tekst Jacka Komudy – ja nie będę o nim pisała, bo na mojej liście najciekawszych raczej by się nie znalazł.

Co by się znalazło, z rzeczy z NF? Klimatyczna, choć chwilami nieco za długa “Podróż do wnętrza psa” Olgi Niziołek. Niby dość tradycyjnie i z szacunkiem dla historii, ale pomysłowo i niebanalnie przerabiający opowieść o spartańskim zdrajcy “Efialtes” Pawła Majki (ale też Majka zawsze umiał bawić się tradycją!). “Głos słońca” Marty Magdaleny Lasik, SF bliskiego zasięgu nawiązujące do japońskich klimatów. No i przede wszystkim “Święci z Vukovaru” duetu Krzysztof Matkowski i Krzysztof Rewiuk, ich drugi wspólny tekst po nominowanej w tym roku do Zajdla “Dziewczynie z papieru i ognia”. Tym razem współczesny, w realiach leczącej wojenne rany byłej Jugosławii, emocjonalny, ale i starannie przemyślany, psychologicznie prawdziwy tekst z odrobiną niesamowitości wdzierającej się w realny świat – to jeden z moich zdecydowanie ulubionych tekstów roku 2020. Z kolei w Esensji zwraca uwagę “Nocna parada stu demonów” Wiktora Orłowskiego – efektowna gra tradycyjnymi klockami (demonologia, Japonia, mroczne zabójstwa), układająca się w trzymającą w napięciu całość.

Gdy chodzi o powieści 2020, konkurencję wygrał wspomniany w poprzednim akapicie Krzysztof Matkowski – jego Trzecia część człowieka (Wydawnictwo Alegoria) to moja ulubiona powieść fantastyczna poprzedniego roku, pisałam o niej zresztą więcej tutaj. Wydarzeniem roku była niewątpliwie pierwsza w historii Nike dla autora fantastyki – za intrygującą, choć w moich oczach nierówną Baśń o wężowym sercu Radka Raka. Powiem szczerze – przy wszelkich wątpliwościach bardzo, ale to bardzo się ucieszyłam z tej nagrody! W 2020 nową powieść wydała także Agnieszka Osikowicz-Chwaja – bardzo się dziwię, że po jej cykl klasycznej fantasy z militarnym skrętem i współczesnymi dylematami w tle nie sięga więcej czytelników, bo jej proza jest tego warta. Lubiący fantastykę dla najmłodszych dostali w 2020 także kolejną część przygód Małego Licha Marty Kisiel, która coraz skuteczniej łączy, także w pisarstwie dla młodego czytelnika, humor i ogrywanie kulturowych tradycji z całkiem poważną, gotycką grozą.

Jeszcze przede mną lektura kilku głośnych tytułów z tego roku – pewnie jak zawsze nazbiera się kilka książek, o których warto pamiętać (na pierwszy ogień – Człowiek, który zniknął. Deus ex machina Kornela Mikołajczyka, bo zapadło mi w pamięć jego opowiadanie w antologii Umieranie to parszywa robota z 2019 i Bieganie po torach Łukasza Krukowskiego, weirdowa powieść chwalona przez kilku recenzentów i czytelników, do których mam zaufanie.

A wy? Macie swoje ulubione polskie teksty?

Dwadzieścia sposobów na umieranie

Umieranie to parszywa robota, Fantazmaty Grupa Wydawnicza, Kraków 2019

Antologia Fantazmatów Umieranie to parszywa robota ze swej natury nie mogła być jednolita. Interpretacja tytułowej formuły-inspiracji jest – i musi być – szeroka. Trudno byłoby oczekiwać jednolitości gatunku, literackiej formy czy podejścia do tematu. Efektem jest antologia wielogłosowa, bardzo zróżnicowana i taka, w której ciężko odnaleźć jakieś łączące cechy czy wątki przewodnie. W takiej sytuacji najsprawiedliwiej – z punktu widzenia recenzenta – będzie chyba poświęcić trochę miejsca każdemu z tekstów, jakie się w niej pojawiły. Wydaje się to tym słuszniejsze, że powiedzmy od razu: w Umieraniu… jest, obok tekstów niezłych i średnich – także kilka opowiadań znakomitych, które po prostu szkoda byłoby przegapić.

Przyjrzyjmy się więc kolejnym tekstom, wchodzącym w skład antologii. Omówienia mogą zawierać niewielkie spojlery, choć celem recenzji było raczej unikać zdradzania szczegółów fabuły; ciężko jednak zrezygnować z podawania pewnych podstawowych informacji o omawianych opowiadaniach.

Okładka z grafiką autorstwa Diany Franco Campos. Źródło: strona Fantazmatów

Katja Tomczyk, „Jedenaste słowo”

Tekst Katji Tomczyk opiera się na jednym, skądinąd błyskotliwym, pomyśle: w tym przypadku na zakazie zatruwania środowiska zbytecznym hałasem, z czym wiąże się limit dziesięciu słów dziennie, przyznany każdemu człowiekowi. Jego przekroczenie grozi śmiercią; wokół tego limitu i idei śmierci za słowa obraca się fabuła opowiadania. Paradoksalnie, w pierwszej chwili wydaje się, że ten tekst jest znacznie bardziej o życiu bohatera w milczącym antyutopijnym świecie niż o umieraniu – nie ma jednak wątpliwości, że dla głównej postaci życie stało się już nie do zniesienia i że tylko śmierć będzie go w stanie od tego umierania za życia uwolnić. W przypadku tego opowiadania kluczowa jest jego alegoryczność. Czytelnik, który będzie zastanawiał się nad politycznym sensem i społecznymi zasadami istnienia takiego świata, łatwo znajdzie w wizji autorki luki i nielogiczności. Ciężko jednak w przypadku takiego tekstu poczytywać to za znaczącą wadę: w końcu zarówno dość pretekstowa fabuła, z gatunku „Jeden dzień w antyutopii”, jak i wyraźnie symboliczny świat służą głównie wzbudzeniu u czytelnika refleksji, a także – zaskoczenia go autorskim konceptem. Doceniam ten tekst, ale mnie nie zachwycił. Może gdyby część symboliki nie była tak oczywista i chwilami popadająca w banał (narastająca popularność słowa „wolność”, fakt, że i główny bohater nosi nazwisko „Wolny”), byłoby łatwiej mnie przekonać – zwłaszcza że na przykład sceny wymieniania dziwnych, starych, długich słów, by nacieszyć się faktem mówienia, dowodzą jasno, że autorka ma talent i dryg do komponowania intrygujących, trochę onirycznych scen.

 „Szarość, odcień czerni” Olgi Niziołek to tekst bardzo sprawnie napisany, intrygujący pomysłem,  i ze sprawnie poprowadzonym twistem fabularnym, związanym z naturą bohaterki. W bardzo ciekawy sposób odwołuje się do tytułowego hasła antologii. Parszywie i w mękach umierają ofiary Lili, małej tajskiej (?) dziewczynki, która po śmierci stała się upiorem-mścicielką krzywd podobnych sobie dzieci, wykorzystanych przez bezwzględny świat dorosłych. Ale tak naprawdę w centrum tej historii jest sama Lili i jej paradoksalne  umieranie po śmierci – tracenie, krok po kroku, resztek człowieczeństwa, zmienianie się z mścicielki w potwora i próba walki z tą przemianą.  Przy całej stereotypowości i kartonowości tego, jak ukazane tu są realia seks-turystyki w Azji, tekst się broni dzięki literackiej sprawności autorki, spójności narracji i dobrym pomysłom na kreacje bohaterów. 

Kornel Mikołajczyk napisał dla tej antologii opowiadanie zatytułowane  „Pamięć kamieni” i jest to tekst zdecydowanie wart uwagi – głównie dlatego, że napisany jest z niezwykłą wyobraźnią światotwórczą. W jego centrum stoi fantastyczny pomysł na żywe twierdze i złączonych z nimi ludzi – kamień zrośnięty z ludzką świadomością, człowiek zdolny świadomie współ-odczuwać z rzeczywistością, jaka go otacza. Jego, a raczej, w tym przypadku, ją – główną bohaterką jest młoda uczennica kasztelana twierdzy, niegotowa jeszcze do podjęcia obowiązków, a postawiona przed niemożliwą decyzją. Ten tekst bardziej niż fabułą  czy dość przewidywalnymi postaciami stoi błyskotliwym – i pomysłowo przez autora wykorzystanym – konceptem żywej twierdzy i swoistym pomysłem na magię i magiczny związek między człowiekiem a kamieniem. Szczerze mówiąc, chętnie przeczytałabym więcej tekstów osadzonych w tym świecie.

 „T4N2M1” Marka Zychli mnie, przyznam, zmęczyło. Autor ma już spory dorobek powieściopisarski i własnych wiernych czytelników, ale ten tekst – rozdzielony na monolog anioła od nowotworu lewego płuca i monolog palacza na tenże nowotwór umierającego – nie przekonał mnie. Ani koncepcyjnie, ani fabularnie nie wydał mi się szczególnie ciekawy. Nie wiem, może ja coś przegapiam, ale miałam chwilami wrażenie, że – mimo celowo chropawego języka – czytam szantażującą mnie emocjonalnie, a przy tym momentami w „anielskich” fragmentach raczej pretensjonalną czytankę umoralniającą na temat szkodliwości palenia i ulotności ludzkiego życia.  Albo ja czegoś nie widzę w tym tekście, albo faktycznie czegoś w nim brak: elementu zaskoczenia, oryginalnego pomysłu, jakiegoś rozwiązania, które chwyciłoby mnie za serce. Być może jednak jest to kwestia indywidualna, bo tekstowi konstrukcyjnie i stylistycznie trudno stawiać zarzuty, zapewne innym czytelnikom spasuje bardziej ode mnie.  

A potem następuje „Gniew inspektora” Jakuba Sokołowskiego. Ech, byłam pewna, że gdzieś w tym zbiorze musi się czaić ona. Humoreska. I to, na moje recenzenckie nieszczęście, mitologiczna. Niestety, jako współautorka książki o mitologii greckiej znam się na niej i jej literackich przetworzeniach trochę za dobrze, w efekcie bardzo, ale to bardzo trudno zrobić na mnie wrażenie tekstem w tej mitologii zahaczonym. Na dodatek napisanie tekstu komicznego do antologii o umieraniu to droga przez pole minowe: jeden niewłaściwy krok i cały pomysł wybucha w twarz autorowi i czytelnikom.  To jest niestety trochę przypadek tego tekstu: pomysł na spotkanie udręczonego Prometeusza z biurokratą z Europejskiego Inspektoratu do spraw Wiecznej Kary i Nieludzkich Mąk, okręg Olimp-Peloponez jest trochę za bardzo jak z polskiego kabaretu: niespecjalnie oryginalny i częściej żenujący niż zabawny. Nie przekonało mnie, niestety. Podejrzewam zresztą, że gdyby ten tekst-żarcik był o połowę krótszy, tylko by na tym zyskał.

Ilustracja Adriana Mechockiego do opowiadania Jakuba Rewiuka “Prędkość duszy”

Opowiadanie Michała Renca, „Bosman Przędziorek musi umrzeć” z kolei bardzo mnie wciągnęło. Przez większą część jest on bardziej o zbrodni doskonałej, niż o umieraniu, ale jest pomysłowy i w swojej kryminalnej intrydze wciągający – zwłaszcza że dostajemy szansę przyjrzenia się, jak przyszły zabójca planuje swój czyn. Mamy tu, tak naprawdę, kilka różnych planów zabójstwa doskonałego – i parszywą robotę, jaką jest planowanie śmierci kogoś innego… Już za tę oryginalność podejścia do konkursowego hasła autorowi należy się wyróżnienie. Ten tekst nie jest wybitny – są w antologii bardziej udane, niewątpliwie – trochę zawodzi w przyspieszonej końcówce, ale trzyma solidny poziom.

Bezwątpienia mocnym punktem antologii jest opowiadanie „Pamiętasz mit o Tanatosie?”, którego autorem jest Wiktor Orłowski. Ta historia – nowe i pomysłowe ujęcie znanego i mocno ogranego motywu – wygrywa wiarygodnością charakterów i oryginalnością ujęcia. To nie jest proste: napisać dziś pomysłowy tekst o zombie, a jeszcze trudniej jest stworzyć psychologicznie prawdopodobną wariację postaci-zombie, funkcjonującej, lepiej lub gorzej, w ludzkim społeczeństwie. Tu taka bohaterka wpisana jest w klasyczną thrillerowo-policyjną narrację i wplatana w swoistą historię o nie zabójstwie, nie samobójstwie i nie do końca eksperymencie. Na uwagę zasługuje językowy słuch autora – zdania takie, jak opis bohaterki wyglądającej jak nieumarła święta z ruskiej ikony pozostają na długo w pamięci. Hasło antologii stało się tu punktem wyjścia do skonstruowania intrygującej, pomysłowej wizji świata i ciekawego thrillera w futurystycznych realiach. Orłowski to autor, którego warto mieć w czytelniczej pamięci – jego angażujące, często emocjonalnie wręcz przerysowane opowiadania (autor nie bierze jeńców, to jest pewne…) coraz częściej pojawiają się na listach zwycięzców konkursów i – niech się pobawię w prorokinię – nominacje nagrodowe są tu tylko kwestią czasu.

Teoretycznie tekst Justyny LechKrew Śpiącej Królewny przyzywa moją duszę” jest space operą: akcja toczy się wokół Aurory, planety zachowującej się wbrew prawom fizyki i osiągalnej jedynie raz na tysiąc osiemdziesiąt dziewięć dni, a poza tym – de facto nieistniejącej; jej planeta-sąsiadka, Eresh, gdzie dzieje się większość akcji, to z kolei pozbawiona własnych atrakcji stacja postojowa dla turystów, wybierających się na Aurorę. Tekst jednak, mimo pozorów fantastyki, tak naprawdę skupia się wokół tematyki obyczajowej i ukazywanych w poszczególnych migawkach dziejów bohatera. Mam wrażenie, że trochę szkoda efektownego tytułu i naprawdę intrygującego pomysłu na istniejącą-nieistniejącą planetę, już nie mówiąc o niestety nie rozwiniętym w tekście tytułowym koncepcie krwi Śpiącej Królewny, czyli planetarnego pyłu z Aurory, na prostą w sumie opowiastkę o korporacyjnym zabójstwie. Zamykająca tekst scena jest pięknie napisana, ale na mnie spadła trochę jak grom z jasnego nieba i wydała się raczej nieuzasadniona; szkoda, tekst miał ogromny potencjał, który moim zdaniem nie w całości udało się wykorzystać.

Teraz może powiem od razu – „Słowa, których nie powiem Łucji” Krzysztofa Matkowskiego to najlepszy tekst tego zbioru i jedno, moim zdaniem, z najlepszych polskich opowiadań roku 2019. Matkowski w oryginalny i emocjonalnie przejmujący sposób odnosi się do motta-tytułu antologii, kreśląc nam dzieje bohatera, który w ciągłym umieraniu stara się jakoś żyć i odkryć, czym jest-było-miało być jego życie. Jesteśmy gdzieś na granicy starannie odtwarzanego realizmu i specyficznej, kluczowej dla opowiadania, ale dalekiej od typowych gatunków, nieoczywistej fantastyki. Ten tekst wygrywa jednak nie tylko konceptem i nie tylko tym, że Matkowski ma świetne wyczucie psychologiczne do bohaterów i potrafi kreować postacie może niekoniecznie miłe, na pewno nie heroiczne, ale bardzo prawdziwe. Tutaj jednym z kluczy do sukcesu jest to, w jaki sposób ta historia jest opowiedziana: w szarpanych fragmentach, skrótach, z których czytelnik rekonstruuje historię narratora i Łucji, a które wydają się idealną formą dla opowieści o jaźni i pamięci poszatkowanej, pokawałkowanej między różnych ludzi, różne żywoty i różne umierania. Jednocześnie styl prozy Matkowskiego jest zmysłowy, bardzo obrazowy, sprawiający, że niemal czuje się smaki i widzi sceny, kluczowe dla życia bohatera. To jeden z tych autorów, których zdecydowanie warto zapamiętać i śledzić jego dalszą twórczą drogę: będę bardzo rozczarowana, jeżeli za rok-dwa nie zacznę znajdować jego tekstów w literackich czasopismach, a nazwiska – na listach nominacji do nagród.

Grzegorz Gajek miał pomysł na „Lot Dedala” – wcielenie w przetworzone realia kojarzące się z ogólnie pojętą starożytnością (raz Minos i Dedal, raz rzymskie sabińskie wino) umysłów uwolnionych kiedyś od cielesnej egzystencji i pragnienie Ikara, by przez symboliczną śmierć ciała do tej infosfery wrócić – ale coś nie zagrało do końca. Może Gajek za blisko trzyma się mitu? Może przeszkadza zamierzona sztuczność całej sytuacji – wszyscy, i bohaterowie, i czytelnik, wiedzą, że odgrywają swoje role w micie? Może podniosłe rozmowy Dedala i Minosa o duszy albo niczym nie skontrowany patos ostatnich scen? Nie jestem pewna, co nie zagrało, ale mnie to opowiadanie, eleganckie przy tym i ładnie napisane, pozostawiło obojętną – może poza lekką irytacją pretensjonalnością, która co jakiś czas z tych nieco infodumpowych debat o tożsamości i duszy przeziera…

„Inwazja Obcych! Hip, hip, hurra!” Wojciecha Terleckiego toznowu humoreska, tym razem celowo pogrywająca oklepanymi motywami SF: pierwszy kontakt, mózg uczonego w słoiku, inwazja Obcych… Wszystko to podane w sosie dość przewidywanego, ciężkawego (aluzje do Rona Hubbarda) i wątpliwego chwilami humoru (Noc kuchennych noży jako nazwa dnia ataku na Obcych, serio?), a opowiedziane przez narratora, który dzięki byciu chłopkiem-roztropkiem ma być zabawny, ale niekoniecznie zawsze jest. Natomiast kiedy już czytelnik przebrnie przez te żarciki, to zostanie z całkiem niezłym i rzeczywiście oryginalnym pomysłem na wyczerpanie cywilizacyjnej puli umierania i z poczuciem, że szkoda, że taki pomysłowy motyw pojawia się tak późno w tekście. Generalnie, to opowiadanie zdecydowanie lepiej się kończy niż zaczyna.

Sam pomysł, od którego wyszła Aleksandra Stanisz w swoim opowiadaniu „Ofiara” – w cywilizacji składającej ofiary strzegącym jej rzekomo Monstrom pojawia się osoba znikąd, która chce zostać ofiarą dobrowolną, po czym przekonujemy się, że nie wszystko jest takie, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało  – nie jest specjalnie nowy, ale autorka wpisuje go w ciekawie pomyślany świat fantasy. To opowiadanie stoi konceptami i światotwórstwem – i może szkoda, że stylowo, konstrukcyjnie czy literacko jest chwilami nieco nierównie i nie do końca konsekwentne. Mimo tych zastrzeżeń zaliczyłabym je jednak do jasnych stron antologii.

 „Odpoczniesz po śmierci” Agnieszki Sudomir to udany tekst o nieco humorystycznym charakterze. Pomysł na opowiadanie – lekko ironiczna, sprawnie napisana, zdystansowana opowieść sprzątaczki nieustannie sprzątającej produkowane przez ludzi pokłady snów i marzeń, dręczonej przez (jakże by inaczej!) przypisaną do jej pracy biurokrację, a na końcu ujawniającej swoją zaskakującą tożsamość – jest bardzo dobry, a i broni się po części dzięki temu, że autorka nie bała się małej formy i nie rozciągała tekstu niepotrzebnie. Z tekstów humorystycznych i ocierających się o taką konwencje w tej antologii ten z pewnością można uznać za najbardziej udany. 

Monika Glibowska miała na „Lustra śmierci” naprawdę efektowny pomysł, rodem z literatury grozy – tajemnicza kobieta, która przez lustra widzi i maluje ofiary porwań i morderstw. Natomiast muszę przyznać szczerze: rozumiem, jaką naturę ma narrator tego opowiadania, ale i tak odrzuca mnie to, jak autorka jego ustami opowiada wprowadzającą w opowiadanie historie porwanej dziewczynki. Zaginiona i zamordowana  Bianka ma czternaście lat. Nie uważam, by zaproponowany przez fabułę rozwój jej historii – kombo „seks, narkotyki i pożarcie przez szczury” – był tu motywowany czymkolwiek poza chęcią epatowania. A prawda jest taka, że ten tekst, przy rewelacyjnym pomyśle wyjściowym, fabularnie wydaje się nieco puszczony, zwłaszcza gdy chodzi o mało przekonujące i trochę przyspieszone, moim zdaniem, zakończenie. Szkoda, bo koncepcyjnie jest naprawdę bardzo udany.

 „Ultra hardkor” Łukasza Skonecznego zdecydowanie mi się podobał. W zbiorze zatytułowanym Umieranie to parszywa robota człowiek spodziewałby się przynajmniej kilku tekstów z pogranicza weird fiction i groteski i aż dziwne, że w tę konwencję wpisuje się dopiero czternasty z recenzowanych tu tekstów! Cóż, lepiej późno, niż wcale – i w tym przypadku słowo lepiej pasuje również do literackiej jakości tekstu. „Ultra hardkor” ma pomysłowy, oryginalny świat, w którym umarła śmierć, a ludzkości wcale nie jest z tym jakoś specjalnie dobrze. Ten pokręcony koncept został tu zrealizowany przy pomocy równie absurdalnej fabuły, do której dobrany jest odważny, grający na zgrzytach i kontrastach styl. Zdecydowanie „Utra hardkor” to jeden z jaśniejszych punktów antologii.

„Prędkość duszy” Jakuba Rewiuka fabularnie zaczyna się od bardzo klasycznego punktu wyjścia. Space operowe klimaty, obce światy, hibernacja podczas kosmicznej podróży to tematy i motywy w SF ograne, ale dające się wdzięcznie dostosować do całego mnóstwa autorskich pomysłów i założeń. Od nich wychodzi w swoim opowiadaniu Jakub Rewiuk, ale interesuje go nie tyle eksploracja kosmosu, co eschatologia, poszukiwanie duszy i jej właściwej natury. Ten tekst – SF o tym, co się może stać z ludzką duszą w kontakcie z fizycznym absolutem czarnej dziury – jest bardzo klasyczny w swoim pomyśle (to ten typ religijnej fantastyki, który pojawiał się w twórczości mistrzów gatunku od bardzo dawna. Tekst Rewiuka do tych klasycznych ujęć się odnosi, choć w centrum stawia kwestie związane z buddyzmem i hinduizmem, w tym kwestie oczyszczenia i wyrwania się z kręgu wcieleń. Rozważania trochę przeważają tu nad wydarzeniami, a na filozofię i teologię położony jest chwilami większy nacisk, niż na charaktery postaci, ale tekst mimo to jest udany i czytelniczo intrygujący.

Ilustracja Emilii Baczyńskiej do opowiadania Michała Renca “Bosman Przędziorek musi umrzeć”

Agnieszka Fulińska, której obecność w antologiach i tomach opowiadań jest coraz bardziej zauważalna, powraca w opowiadaniu  „Ostatnia bitwa Franza Maira” do uniwersum, w którym dzieje się akcja większości jej tekstów, a mianowicie do alternatywnej wersji Europy końca XVIII – połowy XIX wieku, w której losy świata potoczyły się po wojnach napoleońskich nieco inaczej, niż w znanej nam historii realnej. W „Ostatniej bitwie…” punktem wyjścia dla autorki są wydarzenia z okresu wojen francuskiej I Republiki, ale akcja, niespiesznie, krok po kroku rozwijana, sięga kilka lat później, do roku 1800 i bitwy pod Marengo. Na starannie choć subtelnie zarysowanym historycznym tle (próżno tu szukać konkretnych dat i wymienionych z nazwy bitew, Fulińska poddaje pierwszy trop, a potem raczej polega na wiedzy czytelnika niż stara się ją najprostszymi środkami poszerzać) autorka szkicuje dzieje rekruta Franza Maira, walczącego przeciw Francuzom Tyrolczyka. To Mair będzie bohaterem, któremu los udowodni, jak parszywą robotą potrafi być umieranie – i to udowodni niejeden raz… „Ostatnia bitwa…” w pomysłowy sposób łączy klimaty historii alternatywnej z nastrojami rodem z opowieści niesamowitych i chwilami weird fiction. Czytelnicy lubiący podobne klimaty powinni mieć oko na tę autorkę.  

„Dziecko” Grzegorza Piórkowskiego to niezły kryminał w cyberpunkowych klimatach. Tekst rozpoczyna się zaskakującą sceną psychoterapii – jeżeli to spotkanie posługującego się wysoce niekonwencjonalnymi metodami narratora z pewnym multimilionerem-gangsterem w ogóle można tak nazwać – i szybko skręca ku pograniczu cyberpunkowego thrillera i kryminału, osadzonego w futurystycznej rzeczywistości pełnej SI, wynalazków przedłużających życie i androidów. Kontekstem sprawy, do której narrator zostaje wezwany jako konsultant, jest swoiście rozumiany motyw buntu maszyn i kwestia tego, czy świadoma sztuczna inteligencja w ciele androida jest człowiekiem, czy też nie. Opowiadanie – z szybką i spójną akcją, charakterystycznym pierwszoosobowym narratorem i rozważaniami o naturze androida i człowieczeństwie – złożone jest ze znanych elementów i fabularnie niewiele w nim oryginalności, ale nie przeszkadza mu to być zdecydowanie udanym, wciągającym tekstem.

Sylwia Błach w „Kresie Adama” takżeposługuje się klockami, którymi bawiło się już wielu twórców. Niemniej, o ile kryminalny mniej więcej cyberpunk z awanturniczą akcją wymagał głównie wyrazistych postaci i spójnej akcji, żeby okazać się przyjemną i ciekawą lekturą, o tyle z polityczną dystopią jest gorzej. W ogóle to jest, moim zdaniem, konwencja niełatwa, grożąca popadnięciem w publicystyczne uproszczenia i powtarzanie kilku tych samych, uzależnionych od światopoglądu autora, zestawów diagnoz. Tu zaczynamy od piekła kobiet – łagodniejszej wariacji Opowieści podręcznej – i szybko dostajemy zestaw innych, sięgających tym razem gdzieś w rejony znane z Roku 1984: zniewolenie przez totalitarną władzę, kontrolę myśli przez obowiązkowe wszczepione chipy, program Eutanazja +, rozbicie więzi rodzinnych… Łapałam się przy lekturze na tym, że zamiast czytać, odhaczałam w myślach motywy, które muszą się pojawić w konwencjonalnym antyutopijnym świecie. Szkoda, że z tych odhaczonych pojawia się tu aż tak wiele. Może gdyby było ich mniej, ciekawy psychologicznie i koncepcyjnie pomysł na głównego bohatera – którego bunt przeciw systemowi ma polegać na dobrowolnym poddaniu się eutanazji z powodu wszechogarniającej, morderczej nudy świata, w jakim żyje – wybrzmiałby mocniej. Trzeba też podkreślić, że ten tekst, z jego greckimi tragediowymi odniesieniami, niebanalnie i ciekawie realizuje motto-tytuł antologii. Przed bohaterem, zaiste, parszywa robota, i to nie taka, o jakiej marzył…

Ostatni tekst zbioru, „Pokój z widokiem na wojnę” Marleny i Mariana Siwiaków, odwołuje się z kolei wprost do konwencji postapo. Mamy tu wszelkie elementy, jakiej po militarnym wariancie tejże możemy się spodziewać: ruiny miast, walkę o przetrwanie, bezwzględnych żołnierzy, dawną wojnę, swoiście rozumiane zombie… To nie jest do końca moja ulubiona tematyka, ale muszę przyznać, że przy całym ogrywaniu znanych już motywów tekst jest bardzo sprawnie napisany, trzyma w napięciu i dobrze się go czyta.

Ilustracja Adama Bieniasa do “Ostatniej bitwy Franza Maira” Agnieszki Fulińskiej

Generalnie, podobnie jak w przypadku poprzednich zbiorów opowiadań, firmowanych przez Fantazmaty, mamy tu do czynienia z zestawem udanym i ciekawym. Teksty pełne mniej lub bardziej czarnego humoru sąsiadują tu z trzymającymi w napięciu thrillerami i dziełkami o refleksyjnym czy filozoficznym charakterze. Antologia, mimo kilku nieco słabszych tekstów, generalnie trzyma równy poziom, a przy tym – zawiera kilka tekstów naprawdę bardzo dobrych i znakomitych. Warto też podkreślić w tym miejscu staranność korekty, redakcji i wydania, a także oddać sprawiedliwość ilustratorom, których praca także przyczynia się do dobrego wrażenia, jakie ten zbiór robi. By podsumować wyświechtanym, ale tu akurat nieźle pasującym sformułowaniem, w Umieraniu… każdy czytelnik znajdzie coś dla siebie.

KRÓTKIE PODSUMOWANIE

Ocena zbiorcza: 7/10

Jeżeli masz mało czasu:

Chcesz psychologiczne/fantastyczne z lekko weirdowym konceptem: wybierz “Słowa, których nie powiem Łucji” Krzysztofa Matkowskiego; mój typ do Nagrody Zajdla 2019

Chcesz epickie z historią i wojną w tle: wybierz “Ostatnią bitwę Franza Maira” Agnieszki Fulińskiej

Chcesz fantasy z błyskotliwym światotwórstwem: wybierz “Pamięć kamieni” Kornela Mikołajczyka

Chcesz opowieść niesamowitej z lekkim klimatem grozy: wybierz “Szarość, odcień czerni” Olgi Niziołek

Chcesz oryginalny tekst kryminalny? Wybierz “Pamiętasz mit o Tanatosie” Wiktora Orłowskiego

Chcesz lekkie i humorystyczne? Wybierz “Odpoczniesz po śmierci” Agnieszki Sudomir.

Chcesz groteskę/weird fiction? Wybierz “Ultra hardkor” Łukasza Skonecznego