Zew Zajdla 2020: opowiadania (1): Michał Brzozowski, “Nakręcia głowy”

W zeszłym roku, po od-zombieniu bloga, postanowiłam podzielić się z czytelnikami swoimi typami do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Konkretniej – na tym etapie – tekstami, które mam w swojej szerokiej puli do nominacji i z których wybiorę swoją piątkę. W tym roku też postanowiłam kontynuować ten pomysł. A że właśnie dziś zaczyna się sezon nominowania do nagrody – wydaje mi się to najlepszym momentem, by zacząć.

Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla przyznaje się ją co roku, a w głosowaniu biorą udział osoby, które albo obecne są na Polconie, albo wykupiły akredytację wspierającą i głosują zdalnie – co zapewne w tym roku będzie ciągle oznaczać głosowanie zdalne. Nominować jednak może absolutnie każdy. Wystarczy wybrać do pięciu swoich ulubionych opowiadań i do pięciu powieści i zagłosować na nie przy pomocy specjalnego formularza, dostępnego online.  Te teksty, które dostaną najwięcej głosów, uzyskają oficjalną nominację i to spośród nich realni i korespondencyjni uczestnicy Polconu – albo, jak w 2020, ci, którzy zdecydowali się na wykupienie za kilka PLN (dosłownie) akredytacji do głosowanie – wybiorą nagrodzone teksty. 

I tu pojawia się pytanie: jak wybierać? Listy pomocnicze, opracowane przez niezastąpioną ekipę Zewu Zajdla, liczą po solidne kilkaset opowiadań i powieści. Nie oszukujmy się, jako całość to jest nie do przeczytania dla 99, 99% z nas. I oczywiście, jakąś metodą wyboru jest po prostu zagłosowanie na ulubieńców. Większość z nas pewnie ma takich pisarzy, na których nowy tekst zagłosuje w ciemno, zakładając, że cokolwiek XY napisze, będzie lepsze niż reszta. Żeby nie być gołosłowną – podejrzewam, że dowolna powieść fantastyczna Anny Brzezińskiej będzie miała u mnie zapewnione miejsce na nagrodowej liście.

Ale… ale można próbować poszerzyć swoje normalne czytelnicze wybory. Nie twierdzę, że zrobienie niemożliwego założenia “Przeczytam WSZYSTKO, potem nominuję” jest realistyczne albo sensowne, ale może warto zerknąć szerzej? Rok 2020 obfitował w dobre a dostępne antologie, także te darmowe – być może zajrzenie do którejś i poświęcenie czasu na przeczytanie jednego czy drugiego opowiadania w lubianym gatunku – albo wręcz przeciwnie, w nowym, którego nie znamy – to dobry pomysł? Lektura powieści to spora inwestycja czasu, ale opowiadania czyta się zazwyczaj dość szybko. Kto wie, może znajdziemy kolejnego interesującego autora lub autorkę?

Moje zamiłowanie do czytania sporej ilości polskich antologii i zbiorów wiąże się, po części, z faktem, że od samego początku biorę udział w akcji Zew Zajdla, mającej na celu propagowanie polskiej fantastyki i świadomego nominowania do nagród. I oczywiście wiem, że nie każdy ma na przeglądanie – nawet darmowych – antologii czas i ochotę, ale ponieważ ja akurat lubię, to pozwolę sobie na tę prywatę i zareklamuję na blogu kilka tekstów, które uważam za warte nominacji. Zacznę od opowiadania Michała Brzozowskiego “Nakręcia głowy”, które ukazało się w antologii Weird fiction po polsku (Phantom Books Horror, 2020).

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka antologii, autorstwa Vladislava Chenchika

“Nakręcia głowy” znakomicie wpisały się w formułę weirdowego tomu, w którym się znalazły. Tekst Michała Brzozowskiego balansuje między absurdem (od którego wychodzi) i elementami groteski a emocjonalnie wiarygodną historią o dojrzewaniu nietypowego bohatera.

Punktem wyjścia autora jest ogranie podwójnego znaczenia słowa “błyskotliwy”. Nie, to, które nam najpierw przychodzi na myśl, nie jest w tym świecie znaczeniem prymarnym. Główny bohater, Zygmunt, od urodzenia jest jednym z nielicznych błyskotliwych. Co to znaczy tak naprawdę, być człowiekiem-lampą i swym blaskiem oślepiać innych? Skąd bierze się taka odmienność? Zgodnie z założeniami weirdowej konwencji, autor nie wyjaśnia, bo i nie musi – wszystko, co nam potrzebne, to fakt, że Zygmuntowi już w dzieciństwie przykręcono na głowie abażur, tytułowe nakręcie głowy.

Błyskotliwych jest niewielu, a mimo to kultura w ich świecie przedstawia ich jako potwory. Zygmunta i jemu podobnych od dzieciństwa uczono, jakie bestie kryją się pod abażurami. Jak bardzo błyskotliwi są niebezpieczni, jak bardzo powinni być wdzięczni, że w ogóle pozwala im się przebywać wśród zdrowych i poza abażurami nie zakłada się im na pyski kagańców. Również wzorce, jakie tamtejsza kultura pokazuje błyskotliwym, są jednoznaczne – społeczeństwo widzi w nich potencjalnych zamachowców, morderców i potwory, gdyż wybuch światła błyskotliwego jest zabójczy dla znajdujących się w pobliżu zwykłych ludzi (dla samego błyskotliwego takoż, ale kogo to obchodzi…).

Historię Zygmunta w “Nakręciach głowy” opowiada nam zdystansowany, wszechwiedzący, lekko ironiczny trzecioosobowy narrator, zmieniający się czasami w narrację z punktu widzenia bohatera. Oczyma narratora oglądamy historię bohatera – od narodzin do śmierci – skupioną wokół klasycznych problemów dojrzewania: poszukiwania bratniej duszy, prób romansu, buntu przeciwko ograniczeniom i przeciw społeczeństwu, próbę znalezienia swojego miejsca w świecie… Brzozowski nigdy nie ześlizguje się w tym tekście w prostą alegorię, w próbę wskazania, metaforą kogo mieliby być błyskotliwi – i dzięki za to wszelkim bogom literatury, bo dzięki temu jego tekst pozostaje niejednoznaczny i zagadkowy, wymykający się prostym, moralizującym interpretacjom.

Na schemat obyczajowej de facto opowiastki o dziejach bohatera nakłada się w pewnym momencie drugi typ konwencji. Z rozczarowanym do świata i ludzi Zygmuntem nawiązuje kontakt sekretna, znana tylko z awanturniczych opowieści organizacja: Stowarzyszeniu Abażurzystów, będące zbrojnym podziemiem błyskotliwych. Oczywiście okazuje się, że w tym wszystkim czai się i spisek normalnych, i wielka rola, jaką błuyskotliwi odegrali w historii świata…. Brzozowski pomysłowo ogrywa tu (i odwraca) konwencje szpiegowskiego thrillera. Zwerbowany metodami znanymi doskonale z powieści szpiegowskich, Zygmunt zaczyna eksplorować swoją wrodzoną błyskotliwość, by w końcu zrzucić okowy abażuru, spuścić ogary idei ze smyczy i – no cóż, łatwo mu poszło znalezienie tej super-zakonspirowanej organizacji, prawda? A każdy, kto czytał/oglądał dobre thrillery polityczne, wie, co to znaczy, kiedy za łatwo idzie nam dostanie się do supertajnej komórki agentury…

Za bodaj najmocniejszą stronę opowiadania Brzozowskiego, poza nieokiełznaną wyobraźnią (która spodobała mi się u tego autora już wcześniej) uważam to, jak udało mu się, nie rezygnując z absurdu i groteskowości, poprowadzić swoje postacie tak, by budziły w czytelnikach sympatię i rzeczywiste współczucie. Ani szukający swego miejsca i buntujący się przeciw własnej kondycji Zygmunt, ani za wszelką cenę próbująca wpisać się w społeczne konwencje Natalia, która, choć sama błyskotliwa, nazywa normalnymi zwykłych ludzi i stara się żyć, jak oni, nie są tylko autorskimi zabawkami ani rekwizytami w opowiadaniu: przy całym absurdzie punktu wyjścia autor charakteryzuje ich subtelnie i wiarygodnie, a dzięki temu sprawia, że ich losy obchodzą czytelnika i wywołują wzruszenie, gniew, przejęcie. To jest przy tym bardzo udany tekst także stylistycznie, ogrywający pomysłowo dwuznaczność błyskotliwości i wypalenia, twórczo pogrywający konwencjami. Na pewno zalicza się do moich ulubionych w tym tomiku i uważam, że zdecydowanie wart jest uwagi w kontekście ewentualnych nagrodowych nominacji.

Ilustracja stąd

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Weird Fiction po polsku, tom I, wydawnictwa Phantom Books. To samo opowiadanie we wcześniejszej wersji można przeczytać na stronie portalu Nowej Fantastyki.

ZA ILE: Obecnie w sklepie Okolicy Strachu za 28 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących weird fiction, absurd, lekką groteskę – ale niekoniecznie już np. bizarro. Dla osób ceniących inteligentne gry z językiem i konwencjami oraz wiarygodne, nawet jeśli dziwne, postacie.

UWAGI: Na liście pomocniczej do Nagrody im. Janusza A. Zajdla są jeszcze dwa inne opowiadania tego autora: szort “Śladami Kartezjusza” w “NanoFantazjach 2” (Fantazmaty) i błyskotliwe (pun intended) “Smuteczkowe promieniowanie tła” w Snach umarłych 2020, t. 1, o którym to tekście prawdopodobnie jeszcze tu napiszę.

Uwaga dla dociekliwych: tak, w tym samym zbiorze, co “Nakręcia głowy”, jest i moje opowiadanie. Nie, nie dlatego chwalę teksty z tego zbioru XD.

 

Gdzie te pisarki?

Maria Głowacka, Kobieca proza science fiction w Polsce: teoria trzech kręgów, Wrocław 2017

W naszym kraju (1) to już tak jest, że pisanie zarówno fantastyki, jak o fantastyce może skończyć się sporego kalibru awanturą. Lat będę mieć za chwilę czterdzieści osiem, mimo namiętnego czytywania fantastyki w fandomie za bardzo nigdy nie siedziałam czynnie, a pamiętam takich większych sporów całkiem, no pun intended, sporo. Co parę lat mniejsze lub większe kontrowersje wokół Nagrody Zajdla (mini-wersja była w tym roku). Spory o nagrody dla Antoniny Liedtke i Anny Brzezińskiej. Ciągnące się od dwudziestu już niemal lat dyskusje wokół tekstu Piróg, albo nie ma złota w Szarych Górach Andrzeja Sapkowskiego i zawartej w nim zjadliwej krytyki projektu słowiańskiej fantasy. Debaty wokół dobrych opowiadań. Debaty wokół złych i bardzo złych opowiadań (patrz 2020). Kłótnie o wpływowość poszczególnych postaci redaktorów i publicystów. Odgrzewanie co jakiś czas problemu istnienia/nieistnienia prawicowego wychyłu polskiej fantastyki – i pewnie jeszcze parę by się znalazło.

Mały kawałek tej dyskusji o temperaturze chwilami zbliżonej do awantury rozegrał się też wokół opublikowanej w 2017 roku pracy naukowej Marii Głowackiej o polskich pisarkach science fiction. Książka ta – powstała na podstawie pracy doktorskiej autorki – ma naukowo brzmiący tytuł, co jednak nie powinno odstraszyć zainteresowanych problematyką niespecjalistów, bo jest napisana zdecydowanie przystępnie. Z rozważań teoretyczno-literackich zostaje w zasadzie głównie zaproponowana przez autorkę (a zaadaptowana chyba z koncepcji Bourdieu) idea trzech kręgów, w jakich funkcjonować mogą autorzy/-rki: pierwszego, lokalnego i związanego z konkretnym środowiskiem, pismem, miastem itd.; drugiego, związanego z polskim mainstreamem fantastyki; wreszcie trzeciego – ogólnokrajowego, ogólnoliterackiego obiegu związanego z głównonurtowymi nagrodami, wydawnictwami itd.

To, co nastąpi poniżej, to nie jest sensu stricto recenzja – bliżej temu pewnie do refleksji na kanwie pracy niż do szczegółowej, naukowej analizy książki Głowackiej. Przynajmniej tym razem nie muszę ostrzegać przed spojlerami 🙂

Koncept trzech kręgów porządkuje rozważania autorki o miejscu, roli i karierach polskich autorek SF od lat 70. aż po moment powstania Hardej Hordy (2017), przy czym zdecydowanie najwięcej uwagi w tej analizie otrzymują lata 80. i 90. Wydaje się to dobrym wyborem – autorka skupia się dzięki temu na momentach przełomowych (powstanie i rozwój Fantastyki / Nowej Fantastyki, wzrost popularności gatunku, pierwsze etapy samoorganizacji fandomu, koncepcyjne i komercyjne przewartościowania po roku 1989). Mniej skuteczne jest, IMHO, zawężenie narracji do autorek science fiction. Jako osoba, która też w pewnym momencie swojego życia (na)pisała doktorat, całkowicie rozumiem, że w takiej pracy należy skupić się na jakimś wycinku, bo jak nie, to będziemy pisać przez lat dziesięć i narobimy sobie (i recenzentom…) mnóstwo kłopotów z objętością pracy :). Autorka nie zostawia nas zresztą bez odpowiedzi w tej kwestii i podaje swoje argumenty na rzecz takiego wyboru (z których część jest przekonująca – specyfika SF jako najbardziej stereotypowo “męskiej” fantastyki, szczególnie cenionej przez redakcje, w tym redakcję Fantastyki /Nowej Fantastyki – część nieco mnie). Mam jednak wrażenie, że w przypadku, kiedy, jak w tej pracy, w centrum problemu stoi socjologiczno-literacki problem traktowania i miejsca autorek, a nie kwestie związane z uprawianą konwencją, ten podział jest o tyle nieco sztuczny, że niejako “przecina” twórczość niektórych omawianych czasem dość szczegółowo twórczyń – przede wszystkim Anny Kańtoch i Mai Lidii Kossakowskiej i Magdaleny Kozak, które pisują i SF, i inne formy. Pozostawia też poza nawiasem dyskusji ogromnie ważną Annę Brzezińską – ważną nie tylko dlatego, że to znakomita, ceniona i nagradzana pisarka, ale dlatego, że wokół niej i współprowadzonego m.in. przez nią Wydawnictwa Runa skupiły się w pewnym momencie kontrowersje; pozostawia także na przykład Ewę Białołęcką, pierwszą laureatkę Nagrody Zajdla.

Niemniej, nieuwzględnienie tych autorek nie zmienia, jak sądzę, całościowej wymowy tekstu, a ta jest następująca. Po pierwsze – tu streszczam koncepcje autorki – pisarkom fantastyki w PL nie było łatwo; z jednej strony dlatego, że generalnie trudno było dotrzeć z fantastyką do krytyki mainstreamowej, z drugiej, ponieważ polska fantastyka długo stanowiła męski klub, do którego kobiety mogły dostać się jedynie pod specyficznymi warunkami. Po drugie, tym, który za ten stan odpowiadał, był w dużym stopniu jeden konkretny człowiek: Maciej Parowski, wieloletni legendarny redaktor (i potem naczelny) Fantastyki / Nowej Fantastyki. Autorka uprawomocnia swoją tezę licznymi cytatami z tekstów krytycznych Parowskiego, wskazując na to, jak pomniejszają one teksty pisane przez autorki, jak traktują je protekcjonalnie i z góry, a także odnoszą się do kobiet-pisarek, wychodząc od założonych wcześniej stereotypów.

Autorka szczególnie dużo miejsca poświęca pisarstwu Gabrieli Górskiej (i jej sporowi z Maciejem Parowskim), Julii Nideckiej, Małgorzaty Kondas / Margaret Todd, Katarzyny Urbanowicz, a z późniejszych twórczyń – Antoninie Liedtke (a konkretniej, głównie sporom wokół jej jedynego, za to nagrodzonego kilkoma ważnymi nagrodami, opowiadania), Emmie Popik, Annie Kańtoch, Mai Lidii Kossakowskiej, Magdalenie Kozak, jak również nieco dziś już zapomnianym Jadze Rydzewskiej i Iwonie Michałowskiej. Analizując ich twórczość, zwraca uwagę na pewne powtarzające się motywy i tropy – problemy związane z macierzyństwem i płodnością, zamknięcie/ uwięzienie, konstrukcja bohaterek jako wpisujących sie lub zrywających z konwencjonalnymi wzorcami kobiecości, dystopijność – a także na ogrywanie przez nie konwencji SF. Przede wszystkim jednak przygląda się ich biografiom twórczym i drogom kariery, starając się określić, jaką rolę odegrała w tych karierach specyfika polskiego środowiska fantastycznego, głównie tego związanego z pismem Fantastyka / Nowa Fantastyka.

Wiecie co? Nie zamierzam pisać o tym, czy uważam, że autorka Macieja Parowskiego i innych polskich autorów i redaktorów traktuje sprawiedliwie, czy też nie. Nie zamierzam, bo tego nie wiem. Nie byłam w fandomie. Tak, czytałam fantastykę (i Fantastykę) jeszcze dłuższą chwilę ZANIM zadebiutował w niej Andrzej Sapkowski, to kawał czasu i literacko bardzo znaczące dla mnie doświadczenie – ale z fandomowym, konwentowym środowiskiem miałam pierwszy raz w życiu do czynienia po czterdziestce. Z bohaterów i bohaterek wspomnianych w pracy poznałam – lepiej niż na uścisk dłoni po spotkaniu autorskim – jedną osobę, której autorka pracy poświęca, z racji jej dorobku nie mieszczącego się w kategorii SF, mało miejsca, i jedną, wspomnianą jako krytyk. Wiem na pewno z czytelniczej perspektywy, że Parowski jako redaktor zapisał się bardzo znacząco w historii polskiej fantastyki i że potrafił często podejmować decyzje dobre, ba, znakomite; że był ceniony także przez ludzi, od których mocno różnił się poglądami i podejściem do świata. Z drugiej strony wiem też na pewno, z rozmów z różnymi pisarkami, w tym – sporo młodszymi od w pracy opisanych – że bycie autorką fantastyki, nie tylko SF, w Polsce jest trudniejsze niż bycie autorem, a kiedyś bywało jeszcze bardziej niewdzięczne. Czy są wyjątki? Jasne, że są. Czy autorki są znaczącą grupą np. wśród laureatek nagród? Oczywiście, od 1994, a od 1997 nie ma edycji Zajdla bez nominacji dla którejś z nich. Czy to znaczy, że było im łatwo, albo wręcz łatwiej, niż autorom, bo były traktowane miło i szarmancko, zgodnie z polską tradycją – a takie opinie pojawiały się w debatach wokół książki? Spora część z nich mówi, że nie i przytacza konkretne sytuacje: traktowanie z góry, pobłażliwe lekceważenie, odmawianie wartości ich twórczości, problemy z publikacją. Czy bardzo różniło się to od rzeczywistości, z jaką zderzały się romansopisarki, autorki popularnych powieści historycznych, pisarki dla dzieci i młodzieży? Podejrzewam, że niekoniecznie – mechanizm traktowania autorek nieco pobłażliwie, przypisywania im z marszu, jako zalet, łagodności, poetyckości, subtelności, czasem wartości ogólnohumanistycznych przy odmawianiu szerszej wizji, oryginalności, wielkiej skali talentu zapewne był podobny i w innych sferach literatury, zwłaszcza tej popularnej. Czy to zmienia fakt, że być fantastką ewidentnie było niełatwo? Nie.

Co jest w pracy Głowackiej szczególnie cenne, to zebranie sporego materiału, odgrzebanego w prasie, w publikacjach zbiorowych, pracach publicystycznych i krytycznych. Na ich podstawie czytelnik – nawet jeżeli nie zaufa wnioskom autorki – sam może wyrobić sobie opinię w kwestii omawianych przez nią zjawisk.

I wiecie co, ja rozumiem złość i oburzenie osób, które pojawiają się w tle książki, a które poczuły się urażone zaliczeniem do grona seksistów, uznaniem za tępicieli kobiet, kiedy oni sami pamiętają to inaczej – pamiętają, że pomagali, podpowiadali, ciepło i życzliwie przyjmowali koleżanki do środowiska, udzielając dobrych rad. To musi być cholernie przykre uczucie. Zawsze jest takie ryzyko, kiedy się pisze (i czyta) o wydarzeniach z niedawnej przeszłości. Pewnie nie da się wytłumaczyć osobom, które się tak po lekturze czują, że to, jak tamte czasy postrzegają, to jest ich perspektywa – i że wiele ich koleżanek (choć też nie wszystkie!) ma ogląd inny, a ich ogląd też ma znaczenie. Oraz że to, co ktoś osobiście dobrze zrobił, to jedno – a pewne uwagi, które zostały na piśmie (i tak, wiem, część z nich, jak np. konwencja mówienia o pisarkach per “nasze (drogie) panie”, to spuścizna czasów) są dziś odczytywane inaczej. Scripta manent, a wyjaśnienie “bo wtedy to tak było”, choć częściowo na pewno prawdziwe, nie jest wystarczające. Skądinąd: oglądanie własnego doświadczenia ujętego pokolenie później w metodologię i wpisanego w szersze ramy dyskursu (w tym przypadku – feministycznego dyskursu o seksizmie i dyskryminacji) przez kogoś patrzącego z zewnątrz, spoza środowiska i czasów, na pewno jest niełatwe; szeroka a spokojna konfrontacja poglądów i wspomnień (konfrontacja, nie awantura!) wywołana przez pracę Głowackiej mogłaby dać impuls do dyskusji o historii polskiej fantastyki, w której dopuszczono by do głosu liczne a różne perspektywy.

Rozumiem, skąd biorą się pretensje do autorki, że nie wnika we wszystkie niuanse, nie pokazuje szczegółowo każdej kariery, nie analizuje wszystkich wypowiedzi, jakich np. Maciej Parowski udzielił wszędzie i wszystkim: każdy, kto się wtedy obracał w środowisku, ma zapewne swoje zdanie na temat tego, jakie pobudki i motywy kierowały Parowskim, Rafałem A. Ziemkiewiczem, Jackiem Dukajem czy Agnieszką Fulińską, kiedy w 1999 komentowali awanturę (bo tego już inaczej nazwać się nie da) wokół opowiadania Antoniny Liedtke “Cyber JolyDrim” i zajmowali w tej sprawie skrajne stanowiska. Tyle że Głowacka nie pisze reportażu ani nie kompiluje bazy danych wypowiedzi na ten temat (choć, cholera, warto byłoby zrobić i jedno, i drugie!) – ona ma pewne ramy, w które chce pracę wpisać, pewne mniej lub bardziej konkretne założenia metodologiczne, które sprawiają, że wybiera pewne grupy świadectw (np. oficjalne publikacje), a pomija inne (Liedtke, Fulińska, Ziemkiewicz, Dukaj są nadal mniej lub bardziej aktywni w fantastyce / kulturze i pewnie przynajmniej niektórzy z nich udzieliliby autorce prywatnej wypowiedzi, gdyby się do nich zwróciła – zwłaszcza że końcowa część pracy zawiera wywiady, choć inne, o anonimowym charakterze, bardziej warsztatowe). Jednocześnie ta metoda sprawia, że praca Głowackiej podatna jest na ataki, związane właśnie z tym, że nie uwzględniła absolutnie wszystkiego – cóż, taki urok książek o żywych ludziach i o tym, co tu i teraz.

Pracę Głowackiej bardzo dobrze się czyta i aż się boję napisać następne zdanie – a mianowicie to, w którym stwierdzam, że to nie tyle zaleta samej metody i podejścia, co dobór tekstów, fragmentów wywiadów, cytatów z recenzji, opowiadań, polemik. Ten aspekt środowiskowo – (powiedzmy to) plotkarski sprawia, że to jest lekka lektura – lekka nie w sensie zagadnienia, co w znaczeniu konstrukcji tekstu; inaczej niż wiele prac literaturoznawczych, które dla niespecjalisty są, ze względu na nagromadzenie fachowej terminologii, nieprzystępne. Ta łatwość lektury, obok opisów i interpretacji sporej ilości częściowo zapoznanych tekstów polskich fantastek, to spore zalety lektury.

A wiecie, co zostanie we mnie najbardziej po tej lekturze? Chęć powrotu do części tych – czasem całkiem zapomnianych, czasem wspominanych gdzieś na marginesach dyskusji – autorek i ich tekstów. Zobaczenia, jak to pisarstwo wygląda dziś – także na tle dorobku ich kolegów.

(1) I wiem, że nie tylko naszym 🙂

Zew Zajdla (8). Powieści: Karolina Fedyk, “Skrzydła”

Dzisiejsza rekomendacja to mój pewny typ powieściowy do nominacji. Debiut powieściowy Karoliny Fedyk powinien był, moim zdaniem, doczekać się szerszego docenienia i mam szczerą nadzieję, że uzyskanie przez autorkę nominacji do nagrody im. Macieja Parowskiego dla obiecujących młodych twórców fantastyki będzie pierwszym do tego krokiem.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Jeżeli naprawdę nie chcesz znać żadnych szczegółów, przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Karolina Fedyk to kolejna z młodych stażem twórczyń i twórców w polskiej fantastyce, których nazwiska warto zapamiętać. Jej pierwsza powieść, wydana przez SQN w nierównej i chyba nieco “odpuszczonej” promocyjnie serii Fantastycznie Nieobliczalni, to, w mojej ocenie, na pewno najciekawszy powieściowy debiut fantastyczny 2019 w Polsce, a i nie wiem, czy nie najlepsza polska powieść fantastyczna tego roku (1).

Powieść Fedyk wygrywa przede wszystkim dwoma elementami. Po pierwsze, jest bogata i oryginalna światotwórczo. Autorka ukazuje nam starannie dopracowaną, własną wizję fantastycznego świata. Z jednej strony jej koncepty zakorzenione są w tradycji i najlepszych doświadczeniach gatunku (myślę, że Michał Cetnarowski raczej jej nie docenia, porównując z szalenie popularnym Brandonem Sandersonem, od którego – wiem, paradoks – polska debiutantka jest akurat światotwórczo IMHO ciekawsza i bardziej pomysłowa). Z drugiej strony Fedyk korzysta śmiało, przy budowie swojego świata, z doświadczeń antropologii i mitoznawstwa, odwołuje się też do zwyczajów, tradycji i koncepcji wielu kultur. Efektem jest świat, który nie jest ufantastycznioną wersją jednej ludzkiej kultury, ale barwnym, bogatym (ile tu nazw i miejsc! I ile językowych skojarzeń – fińskich, greckich, innych) konstruktem – obcym, a jednocześnie zbudowanym z elementów, które rozpoznajemy jako znane i wiarygodne; wystarczy spojrzeć na to, jak umiejętnie i pomysłowo Fedyk kreuje religię i mitologię w swojej powieści. Świat Raseny, gdzie magia powoływała do życia rzeczywistość, jest efektowny i dostatecznie obco niezwykły, żeby śnić się potem czytelnikom – a przynajmniej tej czytelniczce – po nocach. Ten świat – fantastyczny, dzięki subtelnej obecności wątków prawie-postapokaliptycznych bliższy momentami pomysłom na świat Andrzeja Sapkowskiego niż typowej secondary world fantasy – to zdecydowanie coś, dzięki czemu nie chcecie przegapić tej książki.

Drugą ogromną zaletą powieści Fedyk jest jej dbałość o kreacje postaci. To nie jest tekst do pochłonięcia w jeden wieczór – także dlatego, że bohaterowie są liczni i zróżnicowani i czytelnikowi zajmuje chwilę ogarnięcie myślą tej grupy. Fedyk stara się dawać nam postacie nieoczywiste, odbiegające od standardowego repertuaru fantasy, a jednocześnie subtelnie zarysowane i psychologicznie wiarygodne. Nieczęsto akurat w takiej fantasy, skupionej na kreacji świata, spotka się aż takie wyczucie do kreowania bohaterów.

Dodajmy do tego złożoną, misterną fabułę i fakt, że po tej powieści czytelnik zostaje z mnóstwem pytań: o relację człowieka i bóstwa, o rolę magii, o kwestie podboju, trwania kultur, osobistej wolności – a będzie chyba oczywiste, skąd moja wysoka ocena.

(1) Nie czytałam powszechnie docenianej powieści Distortion Cezarego Zbierzchowskiego, ale podejrzewam, że dostanie nominację do Zajdla i bez mojego głosu (szczerze mówiąc, patrząc po tym jak była oceniana, typowałabym ją w ogóle do zwycięstwa) – a wtedy ją nadrobię. Mam też lekko mieszane uczucia wobec skądinąd obiektywnie bezdyskusyjnie dobrej Baśni o wężowym sercu Radka Raka, co nie znaczy, że nominacja dla niej by mnie zdziwiła albo zmartwiła – z mojej konkretnej czytelniczej perspektywy każda nominacja dla fantastyki ambitnej, nowatorskiej, kulturowo zakorzenionej w szerokim literackim i społecznym kontekście to zysk 🙂

Ptaki w parku Tête d’Or w Lyonie. Zdjęcie moje.

GDZIE ZNALEŹĆ: Wydawca: SQN, seria Fantastycznie Nieobliczalni. Jest wydanie e-bookowe

ZA ILE: W tej chwili poniżej 25 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących bogate światotwórstwo – w tym fantastyczne religie, ustroje, społeczności – skomplikowane i barwne światy, złożonych i nieoczywistych bohaterów. Przy czym – dla tych, którzy szukają w fantasy niekoniecznie tylko powielania modelu niegdyś stworzonego przez Tolkiena. i dla tych, którzy pamiętają “Róże dla Sirocco” Anny Brzezińskiej, bo to podobna światotwórcza wrażliwość.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla (7): Opowiadania. Krzysztof Rewiuk, “Der Fischerkönig”

Ostatnie chwile na głosowanie, ostatnie rekomendacje Zajdlowe. Dzisiaj – opowiadanie dla tych, którzy tęsknią za arturiańskimi klimatami – choć, powiem od razu, to nie jest tak do końca tekst o rycerzach, damach i Świętym Graalu. Spodziewajcie się dworzan w tużurkach raczej niż w turniejowych zbrojach.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Jeżeli naprawdę nie chcesz znać żadnych szczegółów, przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło: strona Fantazmatów

„Der Fischerkönig” Krzysztofa Rewiuka pomysłowo zderza fantastyczne elementy ze światem dziewiętnastowiecznej Europy, a konkretniej – z dworem szalonego króla Ludwika Bawarskiego: dworem człowieka popadającego w obłęd, zakochanego w baśniach i rycerskich opowieściach, będącego przy tym protektorem i mecenasem Richarda Wagnera. Ten konkret jest ważny: w opowiadaniu Rewiuka operowe skojarzenie z Lohengrinem Wagnera jest świadomie umieszczone wewnątrz świata przedstawionego. W końcu bohaterami są Ludwik II Bawarski i Lohengrin, mistyczny rycerz z opery pod tym samym tytułem, a muzyka Wagnera pełni funkcję łącznika pomiędzy światami: to jej odtworzenie sprowadza rycerza z zamku Graala na smutny bal na dworze szalonego króla. Lohengrin jest tu zresztą w roli podobnej raczej do Parsifala, tytułowego bohatera innej opery Wagnera: pojawia się, nie rozumiejąc świata dookoła i nie wiedząc, co to za miejsce i jaka ma w nim być jego rola, a przychodzi nie tyle po to, by ratować króla (jak Lohengrin operową Elzę), co by przynieść mu paradoksalnie i dziwacznie rozumiane wybawienie i odkupienie – tak jak mityczny Parsifal raczej niż Lohengrin (ojciec, a nie syn) daje nieszczęsnemu, dotkniętemu nieuleczalną raną Królowi Rybakowi, do którego tytuł tekstu Rewiuka się odwołuje.

Rewiuk pisze bardzo sprawnie, ciekawie literacko i jego tekst niewątpliwie ma szansę trafić do czytelników, których męczy z jednej strony literacka awangarda, ale z drugiej – banalnie proste historyjki, opowiadane i dopowiadane od początku do końca , bez pozostawienia pola wyobraźni czytelnika. Paradoksalnie, ten tekst ma niski “próg wejścia”, inaczej niż opowiadania przywoływanej tu wcześniej Agnieszki Fulińskiej – nie trzeba wiele wiedzieć o epoce, żeby cieszyć się lekturą tego opowiadania.

Ilustracja Zuzanny Malkowskiej do opowiadania Rewiuka

GDZIE ZNALEŹĆ: antologia Fantazmatów Ja, legenda

ZA ILE: Za darmo, do ściągnięcia w licznych formatach

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę historyczną, ale niekoniecznie chcących czytać z otwartą w drugim oknie Wikipedią. Dla osób ceniących literaturę arturiańską i retellingi. Dla tych, których cieszą historyczne i muzyczne nawiązania. Dla lubiących elegancką, staranną prozę.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla (6): Opowiadania. Krzysztof Matkowski, “Słowa, których nie powiem Łucji”

Głosowanie na Nagrodę imienia Janusza A. Zajdla powoli zbliża się do końca. Ale nie martwcie się, parę opowiadań jeszcze zdążycie przeczytać – a ja podpowiadam, że warto spróbować sięgnąć akurat po to.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery, choć bardzo nieduże. Jeżeli naprawdę nie chcesz znać żadnych szczegółów, przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło ilustracji: strona Fantazmatów

Opowiadanie Matkowskiego to labirynt – labirynt imion, przeszłości, świadomości i postaci, przez który szukamy drogi razem z bohaterem, choć on wie, mimo wszystko, więcej, niż czytelnik.

To nie jest pierwszy raz, kiedy uderza mnie w tekście tego autora jego zrozumienie dla ludzkiej natury. Matkowski nawet pisząc do antologii Ja, legenda nie kreuje postaci herosów – ani, tak po prawdzie, nie stara się ukazywać swoich bohaterów jako szczególnie miłych, sympatycznych czy sugerujących, że czytelnik mógłby ich pokochać. To nie znaczy, że nie można się z nimi identyfikować. Tak jak w poprzednim polecanym tu opowiadaniu Matkowskiego, tak i tu bohater jest, tu bardzo paradoksalnie, głodny życia – głodny zmysłowo, gwałtownie i z całej siły; i tę zmysłowość, ten głód czytelnik czuje niemal namacalnie, dzięki obrazowemu a jednocześnie oszczędnemu stylowi autora i jego bezbłędnemu panowaniu nad językiem. Odkładając ten tekst, czułam bohatera – czułam, wiedziałam, że gdzieś we mnie i pewnie w większości z nas siedzi ten sam rodzaj pragnienia: jeszcze krok, jeszcze raz skosztować potrawy, której zapach drażni umierające zmysły, jeszcze raz odjechać daleko, w zapamiętane z zapomnianego życia miejsce, jeszcze raz przekształcić kogoś na swój obraz i podobieństwo, jeszcze raz szukać, jeszcze raz – żyć. Nawet w umieraniu.

Nie chcę zdradzać konceptu, na którym ten tekst jest oparty – to za dobry pomysł, żeby go popsuć czytelnikowi w krótkiej polecankowej notce. Mogę powiedzieć jedno: tytułowe założenie antologii ten tekst realizuje aż za dobrze.

Matkowski jest oszczędny w opisywaniu emocji, nie popada w sentymentalizm ani w uczuciowe szantaże wobec czytelników, ale to nie znaczy, że tych emocji u niego nie ma: jeżeli chce, umie złapać czytelnika za gardło jednym zdaniem, tak jak łapie nieoczywistą historią miłosną, którą wplata w swój tekst. Koncept fantastyczny ogrywa niebanalnie i pomysłowo, zaczepiając go – jak już mówiłam – w starannie i wiarygodnie oddanych realiach psychologicznych. Jednocześnie nigdy nie pozwala nam zgubić z oczu faktu, że przy tym wszystkim jego tekst ma w sobie sporo z opowieści drogi, a nawet – z kryminału (jak bohater lekko ironicznie nazywa się Sherlockiem Holmesem, to pod pewnymi względami nie jest daleki od prawdy – poszukiwanie konkretnego wyjaśnienia i zrozumienia jest w końcu celem jego egzystencji, czymkolwiek by nie była).

I, widzicie, tak się złożyło, że wyszło mi z rachunków, że Krzysztof Matkowski napisał moje dwa ulubione opowiadania 2019. Serio, zapiszcie sobie to nazwisko.

Ilustracja Zuzanny Malkowskiej do opowiadania Matkowskiego

 

GDZIE ZNALEŹĆ: antologia Fantazmatów Umieranie to parszywa robota

ZA ILE: Za darmo, do ściągnięcia w licznych formatach

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę osadzoną mocno w psychologii postaci – niebanalnych, niekoniecznie łatwo miłych i sympatycznych. Dla wielbicieli literatury fantastycznej nie uciekającej od realizmu w opisie rzeczywistości, odważnej przy tym literacko. Dla tych, dla którzy lubią efektowne rozwiązania w prowadzeniu narracji i niekoniecznie chcą mieć wszystko kawę na ławę i po kolei, z objaśnieniami.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla (5): Powieści. Agnieszka Osikowicz-Chwaja, "Pamięć lasu"

W moim Zajdlowym cyklu – powieść, która raczej na pewno znajdzie się na mojej liście, nawet mimo że niekoniecznie reprezentuje typ fantastyki, po jaki najchętniej sięgam.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło ilustracji: strona wydawcy

Pamięć lasu Agnieszki Osikowicz-Chwai, pierwsza część zamierzonej trylogii, mieści się dość spokojnie w konwencji fantasy – choć  niekoniecznie tej klasycznej, post-tolkienowskiej. U Osikowicz-Chwai nie ma mnogości fantastycznych ras i istot, są ludzie – i coś, co być może z nich się rodzi, na nieszczęście ich samych i świata. W tle jest magia – ale specyficzna, obecna-nieobecna, nie tyle kusząca, co groźna. Ta magia jest wprost powiązana z mocą, która w tej powieści zajęła rolę magii jako siły napędowej fabuły: z polityką.

Choć sama akcja Pamięci lasu dzieje się na prowincji, z dala od centrum i stolicy kraju, do którego zabrała nas wyobraźnia autorki, cień polityki – tej wielkiej i tej małej, lokalnej – wisi nad bohaterami i ich światem. Wojna pokazała wszystkim jasno i dobitnie, do czego może prowadzić magia zaprzęgnięta w służbę niepohamowanych ambicji. Być może też stało się coś więcej – być może bycie nieludzkim na wojnie oznacza, że straci się człowieczeństwo także i w życiu powojennym…

Poniekąd od polityki zaczyna  się cała opisana w Pamięci lasu historia. Nie mogłam oderwać swoich refleksji o powieści Osikowicz-Chwai od dyskusji polityczno-historycznych, toczących się od lat w Polsce.  Żołnierze, który w powieści ukryli się w lasach – oddział dowodzony przez legendarnego Sarkina Saprina, kiedyś herosi i wojownicy o wolność, teraz coraz częściej zasługujący w oczach miejscowych mieszkańców na miano bandytów i tracący powoli człowieczeństwo, budzą wśród ludzi uczucia podobne gorące i podobne polaryzujące, jak żołnierze wyklęci w polskiej historii, tym bardziej, że nie tylko oni, ale i ich przeciwnicy działają w sposób, który można byłoby tylko nazwać nieludzkim. Na porządku dziennym są morderstwa, w tym kobiet i dzieci, gwałty, krwawa vendetta – a bohaterowie, żołnierze świeżo przybyłego na te ziemie oddziału, obarczonego trudną misją, muszą określić się i wybrać stronę w tym konflikcie, czy tego chcą, czy nie.

To jest powieść, w której obok polityki ogromną rolę odgrywa armia. Główni bohaterowie to regularni żołnierze – kobiety i mężczyźni – i ich dowódca. Oddział jest tu swego rodzaju bohaterem zbiorowym – postacie (a są liczne i jeśli nie jest się bardzo uważnym, łatwo się w tej mnogości zgubić) charakteryzowane tu są nie tylko indywidualnie, ale też przez swoją rolę w armii i związki z towarzyszami broni. To, że jest ich tak wiele, czasami sprawia, że charaktery troszkę się rozmywają albo pozostają nie do końca dookreślone – to nie jest tekst, który stałby psychologią postaci i ich charakterystyką; to raczej przeżywane przez bohaterów polityczno-etyczne dylematy wydają się ważniejsze.

Uwaga: to ostatnie nie znaczy, że mamy do czynienia z powieścią-traktatem, pełnym przemów postaci! Zupełnie nie: akcja jest dynamiczna, a już zwłaszcza zwolennicy fantastycznej batalistyki (acz takiej na małą skalę, potyczki raczej niż epickie bitwy!) znajdą tu coś dla siebie.

To nie jest do końca „moja” fantastyka – niekoniecznie sięgam akurat po militarnie zorientowaną fantasy, preferuję też narrację prowadzoną w mniej klasyczny sposób, niż u Osikowicz-Chwai – ale Pamięć lasu to niewątpliwie powieść ciekawa i warta uwagi czytelników.

Kiczowate zdjęcie drzew na Korsyce, moje własne

GDZIE ZNALEŹĆ: No niestety. Strona wydawcy, ale tylko w wersji papierowej.

ZA ILE: Od 25 PLN w tej chwili.

DLA KOGO: Dla wielbicieli dość klasycznej i klasycznie opowiedzianej fantasy, choć nie Tolkienowskiej, raczej przefiltrowanej, paradoksalnie, przez doświadczenia dark fantasy (nie jest miło). Dla lubiących fantastykę z wojnami w tle – ale uwaga, nie wojnami na skalę cyklu Wegnera, tu jest znacznie bardziej kameralnie.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla: Opowiadania (4). Agnieszka Fulińska, “Zima”

W ramach Zajdlowej serii pozwolę sobie zaproponować jeszcze jedno opowiadanie autorki, którą już polecałam. Dzisiejsza polecanka jest specyficzna, zawiera bowiem aż dwa disclaimery. Po pierwsze, patrz poprzednia notka – polecam tekst mojej przyjaciółki i współpracowniczki, i przyznaję się do tego głośno także dlatego, żeby wszystko było jasne: polecam, bo lubię to opowiadanie, a nie dlatego, że przyjaźnię się z jego autorką. Po drugie – o ile poprzednie polecanki były ze zbiorów albo rozreklamowanych i łatwo dostępnych w sprzedaży, albo wręcz z antologii odległych od czytelnika jedynie o jeden przycisk „pobierz za darmo”, o tyle tu sprawa jest bardziej skomplikowana i Sny umarłych wcale nie jest bardzo łatwo znaleźć.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

„Zima” Fulińskiej ukazała się w edycji 2019 polskiego rocznika weird fiction Sny umarłych, choć nie jest typowym weirdowym opowiadaniem: bliżej jej do onirycznej, sennej stylistyki realizmu magicznego niż do pomysłów z gatunku bizzarro. Wybrałam „Zimę”, mimo że w stosunku do innych opublikowanych w 2019 opowiadań autorki jest trudno dostępna, zwłaszcza w obecnych czasach zamkniętych księgarń i zawieszonych kontaktów ze znajomymi i ich biblioteczkami, bo w całej dotychczasowej twórczości Agnieszki Fulińskiej jest to tekst dość nietypowy, i w swej nietypowości bardzo dla mnie ciekawy.

Większość publikowanych tekstów Fulińskiej – z wyjątkiem dostępnego w Esensji Auto da fe – składa się na jedno uniwersum, wpisane w konkretny czas: lata od rewolucji francuskiej do II połowy XIX wieku. „Zima” teoretycznie nie jest tu wyjątkiem: także i ona ma w tle wielką historię i tragedię odwrotu wojsk napoleońskich spod Moskwy. To stamtąd – choć nie wiadomo tak do końca, w jaki sposób – ranny bohater, Alexandre Meunier, zawędrował pod Kraków, na granicę Księstwa Warszawskiego, i przywlókł ze sobą coś, czego ani on, ani goszcząca go młoda Polka, Marianna Kruszewska, nie rozumieją i przed czym nie umieją się bronić. Tylko pytanie, czy w ogóle można się jeszcze bronić.

W opowiadaniu Fulińskiej dzieje się niewiele: w uporządkowane, smutne życie dziewczyny, której wszyscy bliscy wyruszyli na beznadziejną wojnę, powoli wpełza niepokój, a za nim – wszechogarniający mróz i chłód. Tekst stoi nastrojem – autorka umie budować klimat niepewności i nieokreślonego lęku, nie wchodząc przy tym nigdy do końca na terytorium horroru czy grozy sensu stricto, choć jej inne teksty dowodzą, że potrafi i to. Tu skupia się z jednej strony na budowaniu niepojącego, a jednocześnie fascynującego nastroju miejsca, które w fatalistyczny, powolny sposób poddaje się nadchodzącej zimie, z drugiej – na subtelnej historii relacji między bohaterami: nieznającymi się przecież (bo on, półprzytomny, długo bierze ją za pozostawioną we Francji zupełnie inną dziewczynę), a jednak jakoś, wbrew wszystkiemu, lgnącymi do siebie. Wiele tu niedopowiedzeń, sugestii raczej niż stwierdzeń i wyjaśnień. To ten oniryczny, senny nastrój i brak wyraźnego nacisku na historyczność odróżnia „Zimę” od innych tekstów autorki.     

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Sny umarłych.

ZA ILE: No i tu pojawia się pewien problem: nie czuję się dobrze, że polecam Wam tekst, który lubię i cenię, ale który jest dość trudno dostępny – o ile wiem, w tej chwili zakup Snów umarłych możliwy jest głównie na stronie wydawcy, choć jak z dostępnością, nie wiem. Gdyby jednak ktoś zapłonął namiętną chęcią przeczytania, podejrzewam, że może napisać do Autorki na Forum Nowej Fantastyki i zapytać o możliwości kontaktu z tekstem 🙂

DLA KOGO: Jeżeli lubisz narastający opresyjny klimat, historie z zimą w tle, nietypowe opowieści o uczuciach, nie będące klasycznymi romansami, fantastykę z XIX wiekiem w tle. Nie dla wielbicieli/ek szybkiego tempa akcji, krwistych opisów, grozy w typie gore.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla: Opowiadania (3). Aleksandra Janusz, “Dróżniczka”

Z cyklu notek o tekstach, które ja sama w tym roku chciałabym widzieć nagrodzone Nagrodą im. Janusza A. Zajdla, dziś opowiadanie Aleksandry Janusz “Dróżniczka” z tomu Harda Horda.

O tomie opowiadań Harda Horda, wydanym przez SQN, pisałam już na tym blogu jako o całości. Teraz pozwolę sobie wybrać z tego tomu mój Zajdlowy typ, a jednocześnie – zaproponować dwa inne opowiadania, które IMHO na liście nagrodowej spokojnie mogłyby się znaleźć.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło: SQN Store

Mój osobisty typ to „Dróżniczka” Aleksandry Janusz. To spokojne w tonie, melancholijne opowiadanie zrobiło na mnie wrażenie przede wszystkim tym, twórczo autorka posługuje się fantastyką bliskiego zasięgu. Dziś ten tekst o świecie, który niemal na oczach bohaterki zmienił się całkowicie, niekoniecznie tak, jak by chciała, o świecie, który trochę jej uciekł i zostawił ją za sobą, bo ona nie bardzo chciała porzucać coś, co ceniła – czyta się trochę (wybaczcie patetyczne tony) jak zapowiedź czegoś, co i nas może, tak czy inaczej, czekać: kto wie, kiedy obudzimy się w świecie wyglądającym inaczej, niż pamiętamy? Aleksandra Janusz umiejętnie gra tu nostalgicznym nastrojem, tworząc, wiarygodny, psychologicznie prawdziwy obraz bohaterki. Janusz w ogóle, jak pisarka, znakomicie radzi sobie z postaciami – i jej mężczyźni, i zwłaszcza kobiety (a już szczególnie te starsze, starzejące się, doświadczone) w jej prozie są subtelnie, wiarygodnie i oryginalnie portretowani. Bardzo bym chciała, żeby więcej czytelników zauważało i doceniało takie niuanse pisarskiego warsztatu – Aleksandra Janusz to jedna z tych autorek, które IMHO powinny być na topie polskiej fantastyki i trochę nie wiem, czemu (sprzedażowo) nie są… Tutaj – że zacytuję własny tekst z recenzji tej antologii – stworzyła wycieniowaną, wyciszoną wariację postapo, dodała do niej odrobinę gorzkiej, solarpunkowej nadziei i stworzyła intrygującą, nostalgiczną wizję przyszłości – i tego, jak z tej przyszłości zagląda się w przeszłość.

Harda Horda zawiera sporo dobrych opowiadań. Na „nagrodowym” poziomie są tam i teksty Marty Kisiel, i Agnieszki Hałas – ten pierwszy w klimatach subtelnie zrobionej, wkradającej się po cichu w codzienność grozy, która autorce nie od dziś wychodzi świetnie, ten drugi bardzo nietypowy, zupełnie inny fabularnie i koncepcyjnie, niż uniwersum o Krzyczącym – ale ja pozwolę sobie polecić dodatkowo tekst innej autorki: Martyny Raduchowskiej. Jej “Bezduch”, nastrojowy i, przepraszam za dwuznacznik, duszny,  jest w swojej skomplikowanej, “filmowej” narracji niezwykle konsekwentny, a postacie wiarygodne psychologicznie – w efekcie finałowy twist świetnie działa. Raduchowska to jedna z tych autorek, które IMHO bardzo warto śledzić – ma ogromny potencjał i jest literacko wszechstronna.

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Harda Horda wydawnictwa SQN

ZA ILE: w tej chwili od około 25 PLN

DLA KOGO: jeżeli lubisz wyciszone postapo bez zombie i strzelanin, nostalgiczny, ale nie koszmarnie ponury nastrój, japońskie klimaty, opowieści o niekoniecznie młodych ludziach.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z o co w ogóle chodzi z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla: opowiadania (2). Krzysztof Matkowski, “Siej kwiaty, zbieraj ogień”

Z cyklu notek o tekstach, które ja sama w tym roku chciałabym widzieć nagrodzone Nagrodą im. Janusza A. Zajdla, dziś jeszcze jeden tekst z Fantazmatowego zbioru Dragoneza: opowiadanie Krzysztofa Matkowskiego “Siej kwiaty, zbieraj ogień.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Ilustrator: Zuzanna Malkowska (Siej kwiaty, zbieraj ogień). Źródło: strona Fantazmatów

Dragoneza to tom opowiadań o smokach, mniej lub bardziej oryginalnie podchodzących do tematu – a nie ma w tym zbiorze, moim zdaniem, tekstu oryginalniejszego koncepcyjnie i fabularnie niż opowiadanie Matkowskiego.

Smok w tym tekście niesie ze sobą skojarzenia z ogniem, czerwienią, dymem, żółcią, wieloma głowami. Oczywiste, na pozór – ale idźcie i zobaczcie, co Matkowski z tym robi. Jak, ogrywając klasyczne motywy związane z wyglądem smoka, jednocześnie im zaprzecza, neguje je i tworzy coś nowego. Sporo czytam, ale takiego smoka, wdzierającego się w codzienną rzeczywistość dziecięcych wakacji gdzieś we wschodniej Polsce, wrastającego w życie bohaterów tysiącem apokaliptycznych kwiatów – takiego smoka jeszcze nie widziałam.

Jednocześnie, odmieniając wizerunek smoka, Matkowski nie przemienia jego natury. To nie jest tekst z gatunku „sympatyczne smoki a la Naomi Novik” ani nawet opowieść o pradawnych, przemądrych, nieludzkich istotach. Matkowski sięga w „Siej kwiaty…” do tradycji opowieści o smoku-potworze, o kusicielskiej bestii, która daje, odbiera i uzależnia. Potwór Matkowskiego nie mówi, ani razu w tekście nie słyszymy jego głosu, ale jednocześnie przez cały czas czujemy jego obecność: suchy, gorący oddech chciwości, gorzki posmak klęski i niespełnienia.

To jest tekst o smoku, ale i, przecież, o ludziach. To nie jest pierwsze opowiadanie tego autora, jakie czytam, i nie pierwszy raz pokazuje on, że potrafi kreować postacie jednocześnie mało sympatyczne, niespecjalnie miłe, a jednak – budzące przy tym emocje czytelnika, angażujące, domagające się zrozumienia, a i nieraz współczucia. Takie jest główny bohater tego opowiadania – chętna ofiara smoka, nieoczekiwany smokobójca.  Trochę trudno mu się jednak dziwić, że tą ofiarą został, że uległ pokusie, i trudno po zakończeniu lektury nie pozostać z pamięcią ceny, jaką za to zapłacił. Z kolei postacie poboczne w tym tekście, często naszkicowane paroma kreskami, obecne przez chwilę – kuzyni, Sara, wuj Konrad, rodzice bohatera – żyją; są wiarygodni i psychologicznie prawdziwi.  

Do tego dochodzi jeszcze jedno: bezbłędne IMHO wyczucie stylistyczne autora. Matkowski tam, gdzie chce, potrafi być impresyjny i poetycki, ale moment potem przechodzi do potocznego, codziennego i naturalnego rytmu i stylu dialogów albo do zmysłowości opisów takich, jak otwierająca i zamykająca tekst klamra ze wspomnieniem smaku czereśni. Narracyjnie opowiadanie też jest konsekwentne i przemyślane: opowiadając, teoretycznie, w prostej chronologii od początku do końca, narrator jednak co jakiś czas rzuca nam sugestie co do dalszych wydarzeń, podpowiedzi tego, co nas i jego samego jego czeka – jak w tym impresyjnym momencie, kiedy mówiąc o swoich wspomnieniach bohater-narrator jednocześnie je przywołuje i dystansuje się od nich, mówi o ich prawdziwości i o tym, jak wyblakły, podsumowując to krótkim Smok daje i smok odbiera.  

I może na koniec powtórzę coś, co napisałam kiedyś, komentując to opowiadanie na Facebooku. Dla mnie ono, przy wszystkich ogromnych różnicach stylu, realiów i literackiej koncepcji, wywodzi się z podobnego myślenia o przetwarzaniu legend, co pierwszy tekst w “Wodach głębokich jak niebo” Anny Brzezińskiej. I tak, uważam Brzezińską za jedną z najwybitniejszych postaci obecnej polskiej literatury, nie tylko fantastycznej – i to trochę mówi o nadziejach, jakie, jako czytelniczka, wiążę z dalszą karierą autora „Siej kwiaty, zbieraj ogień”. Jest to jedno z moich dwóch opowiadań roku, i to chyba nie tylko w skali polskiej fantastyki – a o tym drugim pewnie też napiszę niedługo.

Okładka antologii Dragoneza. Źródło: strona Fantazmatów

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Dragoneza, opublikowana przez Fantazmaty.

ZA ILE: do ściągnięcia za darmo

DLA KOGO: jeżeli lubisz nietypowe opowieści o smokach, od mega-szybkiej akcji ważniejsza jest dla ciebie gęsta atmosfera i klimat, istotna jest dla ciebie psychologiczna wiarygodność postaci, cenisz autorów o wyrazistym, artystycznym stylu, lubisz pisarstwo Harlana Ellisona i sposób myślenia o przetwarzaniu legend Anny Brzezińskiej, zastosowany do współczesnych realiów. Albo jeżeli znasz i lubisz dowolne inne opowiadanie tego samego autora.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z o co w ogóle chodzi z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku poprzedniej notki z tego cyklu.

Zew Zajdla: opowiadania (1): Agnieszka Fulińska, “Kobieta, która słyszała smoki”

Jest taka akcja, bardzo bliska mojemu sercu czytelniczki i obserwatorki (bo nie jakiejś bardzo aktywnej uczestniczki…) życia fandomowego w Polsce. Nazywa się “Zew Zajdla”.

Wiele osób, zaglądających tu, pewnie wie, o czym mowa, ale dla tych, co nie znają, wyjaśnię. Akcja ta wiąże się z najpoważniejszą z polskich nagród, przyznawanych tekstom fantastycznym: Nagrodą Fandomu Polskiego im. Janusza A. ZAjdla. Przyznaje się ją co roku, a w głosowaniu biorą udział osoby, które albo obecne są na Polconie, albo wykupiły akredytację wspierającą i głosują zdalnie. Nominować jednak może absolutnie każdy. Wystarczy wybrać do pięciu swoich ulubionych opowiadań i do pięciu powieści i zagłosować na nie przy pomocy specjalnego formularza. Te teksty, które dostaną najwięcej głosów, uzyskają oficjalną nominację i to spośród nich realni i korespondencyjni uczestnicy Polconu wybiorą nagrodzone teksty. 

I tu pojawia się pytanie: jak wybierać? Listy pomocnicze, opracowane przez niezastąpioną ekipę Zewu Zajdla, liczą pod tysiąk opowiadań i kilkaset powieści. Nie łudźmy się – niewiele osób ma szansę przeczytać to wszystko. Ale… ale można próbować poszerzyć swoje normalne czytelnicze wybory. Może w tym roku nie głosować tylko na pewniaków? Albo wręcz przeciwnie – sprawić przyjemność ulubionym twórcom i zapronowować ich kolejne dzieła? Może warto sięgnąć po jedną czy drugą antologię – sporo z nich dostępnych jest w sieci za darmo – i zerknąć na ich ofertę? Czasami dzieki temu udaje się znaleźć nowego ulubionego autora lub autorkę? 

Czasu nie jest wiele – zgłaszanie nominacji trwa do końca marca – ale ciągle jeszcze można poszukać jakichś ciekawych uzupełnień do swojej listy!  

W akcji “Zew Zajdla” biorę udział w zasadzie od jej początku. W tym roku zaczynam także tutaj serię Zajdlową. Nie chcę obiecywać, że zrobię wszystko dokładnie tak, jak planowałam, że przedstawię  po 10-15 ulubionych tekstów, z których w końcu wybiorę – w obecnej sytuacji wiele się może zdarzyć, począwszy od pożarcia czasu przez platformę do zdalnego nauczania – ale na pewno spróbuję przez następny tydzień w miarę regularnie dzielić się polecankami.

Nie, nie uważam się za autorytet i nie planuję robić tu wykładów pt. “Na co TRZEBA głosować, bo jest literacko wybitne”. Chcę raczej podzielić się własnymi typami, trochę może poobnosić z własnym gustem, a przy okazji – zrobić reklamę kilkorgu autorów. Większość – choć nie wszystkie! – z polecanek tutaj będzie dotyczyła autorów mniej znanych, młodych, debiutujących, albo takich, dla których rynek niekoniecznie był przychylny. I tak, cieszyłabym się, gdyby dostali nagrody. Ale jeszcze bardziej będę się cieszyć, jeżeli dzięki temu zyskają nowych czytelników.

Na początek, na dzisiejsze Idy Marcowe: opowiadanie należące do fantastyki historycznej. “Kobieta, która słyszała smoki” Agnieszki Fulińskiej.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Fragment ilustracji do opowiadania (autorka: Alicja “Kruffachi” Tempłowicz – profil autorski)

Agnieszka to, jak wiele osób wie, autorka napisanej razem ze mną młodzieżowej powieści (a nawet dwóch). Ale jej opowiadania nie polecam dlatego, że to moja przyjaciółka.Polecam dlatego, że wydaje mi się ciekawe, oryginalne i nieco inne od tego, co polska fantastyka ma nam na co dzień do zaoferowania. 

Opowiadanie Fulińskiej mieści się gdzieś na przecięciu fantastyki historyzującej, lekko może nawet steampunkowej, osadzonej w mniej lub bardziej fikcyjnie przekształconych wersjach naszego świata, i urban fantasy. Z tej pierwszej ma warunki i świat przedstawiony – alternatywną Francję połowy XIX stulecia. W świecie tym jednak aktywne – choć ukryte przed większością społeczeństwa – są pewne siły o nadnaturalnym charakterze, nadprzyrodzone istoty i postacie z legend – co z kolei typowe jest m. in. dla urban fantasy. 

Agnieszka Fulińska kreuje swój świat z obsesyjną dbałością o historyczne detale i szczegóły. Choć w jej tekście mamy gadające stwory, ożywione postacie z baskijskich mitów i quasi-Lovecraftowską grozę, obok nich na czytelników czeka historyczna Francja, odtworzona przy pomocy lektur i ilustracji z epoki.Jeżeli autorka opisuje nam stroje bohaterów, jeżeli mówi, co i gdzie jedli, to można być pewnym, że sprawdziła dokładnie kwestie tego, co jadano i jak się noszono w tym konkretnym momencie historii; jeżeli sięga po legendy, to te legendy zna Ten realizm odnosi się także do kreacji postaci i ich nie tylko historycznej, ale i psychologicznej wiarygodności.    

Teoretycznie głównym bohaterem opowiadania jest Adam Cardelli, znany także z innych tekstów Fulińskiej detektyw-dżentelmen, rodzinnie i towarzysko powiązany z cesarskim dworem Francji. Adam jest bohaterem nieco odstającym od sztancy typowego powieściowego/filmowego detektywa: spokojny, raczej introwertyczny i wychowany zgodnie z konwenansami i zasadami epoki, niewiele ma w sobie z twardziela albo złamanego życiem bohatera czarnego kryminału. Jego rola w tekście też jest dość specyficzna. Z jednej strony to on jest głównym detektywem, rozwiązującym zagadki; z drugiej, sam przecież ciągle uczy się tego fachu od swego mentora, inspektora Vidocqa.

Sięgając po postać Vidocqa, Fulińska z jednej strony zrobiła rzecz dla steampunku typową, z drugiej zaś – obeszła po swojemu znaną regułę. Wprowadzenie do steampunkowych światów zmityzowanych postaci realnych jest dla tej konwencji bardzo typowe – w powieściach i opowiadaniach steampunkowych mamy całe stada Richardów Burtonów, Isambardów Brunelów i im podobnych; bardzo często są to te same postacie, powtarzane w kolejnych tekstach i nieodmiennie brane z tradycji kulturowej Imperium Brytyjskiego. Fulińska z kolei sięgnęła do innej ważnej dziewiętnastowiecznej mitologii kulturowej, a mianowicie do tradycji francuskiej: Verne i Dumas są dla niej, jako inspiracje, ważniejsi od Dickensa, a legendarny francuski przestępca-policjant-prywatny detektyw Vidocq zastępuje jej Burtona czy Brunela. 

W “Kobiecie, która słyszała smoki” na pierwszy plan wybija się jednak tytułowa postać, napisana z sympatią i szacunkiem praczka w średnim wieku, która prosi bohaterów-detektywów o pomoc w dość nietypowej sprawie. Ma otóż od lat wrażenie, że z wizerunków świętego Jerzego przemawiają do niej pokonywane przez świętego herosa smoki… To jest bardzo dobrze pomyślana, konsekwentna postać, a przy tym dość nietypowa – ile mamy fantastyki, skupionej wokół postaci zwyczajnych, niemagicznych, nie należących do wyższych sfer ani intelektualnych elit kobiet w wieku 50+? Fulińskiej ta bohaterka wyszła żywa i barwna, pozytywna, ale nie przesłodzona. Kreacja postaci Adèle Mollard to jedna z, moim zdaniem, największych zalet tego opowiadania.  

To nie jest tekst dla wielbicieli fantastyki akcji ani dla fanów opowiadań opartych na jednym, błyskotliwym koncepcie. Tu widać, że tekst należy do szerszego uniwersum, choć jego znajomość nie jest wymagana do zrozumienia całości. Opowiadanie spodoba się raczej osobom lubiącym refleksyjną, niespiesznie toczącą się narrację, budowanie klimatu i kreację postaci, a także – ciepłe, pozytywne emocje, jakie ten tekst budzi.

Okładka antologii Dragoneza. Źródło: strona Fantazmatów

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Dragoneza, opublikowana przez Fantazmaty.

ZA ILE: do ściągnięcia za darmo

DLA KOGO: Jeżeli lubisz fantastykę osadzoną w historii, historię alternatywną, urban fantasy, ale zakorzenione w XIX wieku, nie współcześnie. Jeżeli lubisz smoki i jest ci żal, że fantastyka często traktuje je jak bezmyślne bestie. Jeżeli utraszybka akcja nie jest dla ciebie priorytetem. Jeżeli szukasz w fantastyce wyrazistych, barwnych bohaterek i bohaterów wykraczających poza najbardziej przewidywalne standardy zachowań i typów męskich postaci. Jeżeli w swoich lekturach steampunkowych i urban fantasy chcesz wyjść poza krąg polsko-brytyjski.