Zew Zajdla 2020: opowiadania (2). Katarzyna Berenika Miszczuk, “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle”

Na początek, krótkie streszczenie, o co w tej serii postów chodzi. Od kilku lat otóż biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że po pierwsze, sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody. Po drugie, kiedy przychodzi pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Bachanalia Fantastyczne.

Rozpoczęłam już swój cykl recenzji z nominowanych tekstów – udało mi się podzielić wrażeniami z lektury opowiadania Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa RewiukaŚwięci z Vukovaru” (to było jeszcze przed ogłoszeniem nominacji, bo to był mój typ, który nominowałam), z opowiadania Magdaleny Kubasiewicz “Sen nocy miejskiej” oraz z intrygującej powieści Macieja Głowackiego Pieśni Chołów; na stronie Esensji jest ponadto moja recenzja powieści Krzysztofa Matkowskiego Trzecia część człowieka.

Dzisiaj zamierzam napisać parę słów o opowiadaniu Katarzyny Bereniki Miszczuk “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle”.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka antologii Wigilijne opowieści Wydawnictwa W. A. B., w której oryginalnie ukazało się opowiadanie Miszczuk. Źródło: Lubimy Czytać

Te czerwono-zielone barwy, prezenty i gałązki choinki? Razem z tytułem nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do klimatu i okazji, z jakiej antologia powstała. A opowiadanie Katarzyny Bereniki Miszczuk znakomicie się w ten wigilijny klimat wpisuje.

Szczerze mówiąc, właśnie dlatego zastanawia mnie obecność tego tekstu na liście nominacyjnej. Nie budzi moich zastrzeżeń fakt, że jest na niej tekst tej autorki – Miszczuk jest pisarką popularną, mającą oddane fanki i wiernych czytelników, dziwi mnie więc raczej fakt, że doczekała się Zajdlowej nominacji dopiero teraz (wiem, wiem, krąg osób czytających Miszczuk i krąg głosujących na Zajdla niekoniecznie się przecinają). Nie dziwi mnie to również ze względu na jakość tekstu, bo “Gdzie Mikołaj nie może…” to opowiadanie całkiem udane, sprawnie napisane i przyjemne w lekturze. Nie. Dziwi mnie głównie fakt, że ten tekst jest tak bardzo okazjonalny, tak mocno związany z tym, co się w mediach i reklamie nazywa “świąteczną atmosferą”.

Opowiadanie Miszczuk zawiera w zasadzie wszystko to, co mogłoby znaleźć się w świątecznym odcinku jakiegoś miłego serialu zatrącającego o fantastykę. Fabuła jest dość prosta. Demon Azazel z litości nad pijanym Mikołajem bierze na siebie jego obowiązki i saniami zaprzężonymi w renifery rozwozi prezenty dzieciom; minęło już kilka tygodni jego misji, ale na szczęście dzięki cudownemu gadżetowi ciągle jest prawie północ tego właściwego dnia. No tyle że tym jednym razem Azazela ktoś zaskakuje – i nie wiem, czy was z kolei zaskakuje fakt, że to jest małe dziecko, konkretnie ośmioletni chłopczyk, bo mnie jakoś nie bardzo. Podobnie jak nie dziwi fakt, że Azazel odchodzi z jakimś dziwnym uczuciem w tym, czego nigdy by nie nazwał sercem, a chłopiec zostaje z cudownymi wspomnieniami spotkania z nie całkiem świętym dawcą prezentów.

I wiecie co? Okej, są w tym tekście uwagi o bardzo dobrej koleżance taty, która śpi z nim w jednym łóżku pod nieobecność mamy, i klątwa, wskutek której co ma stać, będzie wisieć, plus uwagi o piciu i leżeniu w kałuży własnych wymiocin – ale tak poza tym, mam wrażenie, ten tekst jest w stu procentach dla dzieci. Nawet to, że nie bardzo potrafię odczytać, czego szukał w ludzkich domach diabeł, czyli pewna komplikacja dorzucona pod koniec akcji (bo odpowiedź, że szukał czegoś w rodzaju iskierki dobra, odrzucam jako zbyt banalną nawet jak na tekst wigilijny) nie zmienia mojego poczucia, że “Gdzie Mikołaj nie może…” doskonale sprawdziłoby się jako – czytanka.

W tym stwierdzeniu chodzi mi nie tyle o ciepły, pozytywny klimat, jaki emanuje z tego opowiadania, w którym diabeł szybko i bez problemów dogaduje się z zamożnym (ładne mieszkanie, designerska choinka, drogi ekspres do kawy), ale smutnym i samotnym dzieciakiem. Chodzi mi raczej o to, jak wyraźnie wybrzmiewa w tym tekście – no, dydaktyka.

W opowiadaniu mamy przytoczoną in extenso, ujętą w opowieść Azazela, historię autentycznego świętego Mikołaja, która, choć przekazana z lekką dezynwolturą, jest na tyle szczegółowa, że dzieciak po lekturze powinien móc ją powtórzyć. Ale to nie wszystko – do tego mamy jeszcze polskie legendy związane z Mikołajem, uwagi o życiu dawnych Słowian, a nawet mini-wykład o tym, skąd w popkulturze wzięły się sanie, renifery i czerwony strój stereotypowego Świętego Mikołaja. Wszystko to podane jest po bożemu, jak na lekcji – owszem, w lekko ironicznym tonie przypisanym demonowi, ale jest to ironia i obrazoburstwo na poziomie mniej więcej Mitologii według Percy’ego Jacksona.

“Gdzie Mikołaj nie może…” to zdecydowanie najlżejszy z tegorocznych Zajdlowych tekstów, zarówno jak chodzi o pomysł, jak i realizację. To jest udany tekst, w sensie konstrukcyjnym, dobrze i szybko się go czyta. Postacie ma, jak chodzi o ich charaktery, owszem, wprost nie tyle z rekwizytorni popularnej prozy, co z zasobów Hallmarkowych filmów świątecznych, ale ci konwencjonalni bohaterowie w tej akurat formule nieźle się sprawdzają. Cieszę się, że popularna i lubiana jako autorka Katarzyna Berenika Miszczuk się w zestawieniu Zajdlowym znalazła – ale że akurat tym tekstem, to mnie ciągle nieco dziwi. I nie chodzi o to, że nie do końca jestem czytelniczką, dla której takie teksty się pisze – chodzi raczej o to, jak wyraźnie i typowo świąteczny się on wydaje, jak mało typowo nagrodowy

Fresk przedstawiający św. Mikołaja z Mirry; dzieło jest autorstwa Dionizego, a znajduje się w Monasterze Terapontowskim. Źródło: Wikipedia

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Wigilijne opowieści Wydawnictwa W. A. B. oraz w antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla za rok 2020

ZA ILE: Opowieści wigilijne są do kupienia w papierze i ebooku (ceny odpowiednio od około 29 – 31 PLN). Antologia Zajdlowa jest natomiast do końca roku dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej.

DLA KOGO: dla lubiących baśnie (takie dla młodszych dzieci) i świąteczne klimaty. Dla osób mających ochotę na lekką, przyjemną i pozytywną lekturę, utrzymaną w pogodnym, bożonarodzeniowym nastroju.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (1). Magdalena Kubasiewicz, “Sen nocy miejskiej”

Od kilku lat regularnie biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody, ale też, kiedy przyjdzie pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Bachanalia Fantastyczne w Zielonej Górze, albo wykupując akredytację wspierającą (w poprzednich latach koszt wynosił 20 PLN) i głosując korespondencyjnie, przez internet.

Rozpoczęłam już swój cykl recenzji z nominowanych tekstów – udało mi się podzielić wrażeniami z lektury opowiadania Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa RewiukaŚwięci z Vukovaru” (to było jeszcze przed ogłoszeniem nominacji, bo to był mój typ, który nominowałam) oraz z intrygującej powieści Macieja Głowackiego Pieśni Chołów. Dzisiaj chciałabym kontynuować ten cykl krótkich notek

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka tomu Harde baśnie,w którym oryginalnie ukazało się opowiadanie Kubasiewicz

Kiedy przeczytałam listę tegorocznych Zajdlowych nominacji i znalazłam na niej “Sen nocy miejskiej” Magdaleny Kubasiewicz, to trochę pokręciłam głową z lekkim rozczarowaniem, a trochę powiedziałam Nareszcie!

Skąd to rozczarowanie? Ano stąd, że bardzo sprawnie napisane, umiejętnie skomponowane i pomysłowe opowiadanie Kubasiewicz, z wciągającą fabułą domkniętą ciekawym twistem, jest – no, dokładnie tym. Udanym opowiadaniem, realizującym w 110% konwencję urban fantasy. Mamy tu wszystko, czego można by się było spodziewać po takim tekście. Jest wielkie, współczesne miasto, ale jest i magia, wpisana w jego system funkcjonowania i stanowiąca integralną część rzeczywistości. Jest twarda, pyskata i niezależna bohaterka o złotym, w sumie, sercu i magicznych zdolnościach, wplątana w rodzinne układy familii, której musi pomóc odczynić klątwę – a nie jest to, powiem wam, najsympatyczniejsza rodzina pod słońcem…

Fabuła tekstu jest spójna i logicznie się, w ramach przyjętych założeń świata przedstawionego, rozwijająca: główna bohaterka, Jagoda Wilczek, czarownica, dostaje zadanie. Ma mianowicie zdjąć nietypową klątwę z młodej dziewczyny, która zapadła w sen pod wpływem uroku; może tak spać nawet sto lat bez uszczerbku dla zdrowia, ale sama się nie wybudzi…

Brzmi znajomo? I owszem. Tom Harde baśnie miał w założeniu składać się z retellingów klasycznych baśniowych fabuł, choć w praktyce nie wszystkie autorki trzymały się aż tak ściśle założeń teoretycznych. Na tle większości opowiadań ze zbioru tekst Kubasiewicz wyróżnia się pozytywnie także tym, jak traktuje materiał wyjściowy. Autorka korzysta z wybranej baśni, czyniąc zaczerpnięte z niej motywy podstawą swojego konceptu (bez Śpiącej królewny nie byłoby tego tekstu), ale jednocześnie twórczo ją przetwarza, unowocześnia i przekształca, dodając do klasycznej historii zdecydowanie bardziej współczesne postacie. Pomysłowym motywem, który mnie ujął, był element, powiedzmy, jakoś tam autotematyczny, czyli kluczowy, jak się później okazało, fakt, że ofiara jest jednocześnie autorką-amatorką, taką spod znaku mniej więcej fanfiction.

To jest, powtórzę, w swojej konwencji naprawdę udany tekst. Czemu więc byłam nieco rozczarowana? Bo to opowiadanie jest tak naprawdę tylko fajnie zrobioną rozrywką. Tylko tyle i aż tyle. Ja sobie dobrą literacką rozrywkę bardzo cenię, owszem, ale tu akurat, gdyby decyzja należała do mnie, z tej antologii wybrałabym inne teksty: albo poetycką, twórczo przetwarzającą motywy nie tyle baśniowe, co operowe i hagiograficzne opowieść “Róże świętej Elżbiety” Agnieszki Hałas, albo, przede wszystkim, “Idzie, powtarzał wiatrMarty Kisiel. Oba te teksty mają jakąś wartość dodaną, są – zwłaszcza w przypadku opowiadania Kisiel – czymś więcej niż tylko umiejętnym, sprawnym zrealizowaniem konwencji. Nie chcę zrobić wrażenia, że mi się opowiadanie Kubasiewicz nie podobało – bo to nieprawda, uważam je za naprawdę przyjemne i sprawne literacko – ale tekst Kisiel, który swoją wybraną konwencję również realizuje błyskotliwie, mówi przy tym coś o sprawach jakoś tam dla mnie, i nie tylko, ważnych, a ja-jako-czytelniczka bardzo sobie cenię, jeśli tekst ma tę dodatkową warstwę znaczeń wychodzącą poza samą fabułę. Opowiadanie Kisiel zrobiło na mnie ogromne wrażenie i oczywiście, że wolałabym mieć “Idzie, powtarzał wiatr” wśród nominacji.

Niemniej jednak, powiedziałam sobie Nareszcie! A dlaczego? Ano dlatego, że urban fantasy w tej właśnie postaci, jaką reprezentuje między innymi Kubasiewicz, ale i inne autorki współpracujące z nią w ramach Hardej Hordy: Milena Wójtowicz, Martyna Raduchowska w części swej twórczości, także przecież wspomniana powyżej Marta Kisiel, a przede wszystkim – naprawdę popularna Aneta Jadowska, cieszy się wśród czytających sporym uznaniem, co widać w wynikach sprzedaży. Poza Hordą też są pisarki i pisarze sięgający po tę konwencję – Marcin Jamiołkowski czy Katarzyna Berenika Miszczuk, o której będzie jeszcze w tym cyklu mowa, to tylko pojedyncze przykłady. Zaryzykuję stwierdzenie, że bez urban fantasy nie ma dzisiejszej, AD 2021, polskiej fantastyki. Do tej pory teksty urban fantasy, zwłaszcza w takiej klasycznej formie, pojawiały się wśród nominacji do Zajdla sporadycznie – reprezentowała tę konwencję głównie Anna Hrycyszyn (której tekst o detektywie Fiksie był nominowany w roku 2018) i nagrodzona dwukrotnie za opowiadania (a kilkakrotnie nominowana za powieść) Marta Kisiel, z tym, że z jej nagrodzonych opowiadań urban fantasy można ewentualnie nazwać “Szaławiłę”, bo już nagrodzone w 2018 roku “Pierwsze słowo” już niekoniecznie. Bardzo więc mnie cieszy, że bardzo klasyczny w ramach gatunku, a jednocześnie dobrze napisany “Sen nocy miejskiej” trafił na listę Zajdlowych nominacji obok literacko odmiennych propozycji w rodzaju “Świętych z Vukovaru” – bo polskiej urban fantasy ten sukces się po prostu należy. Plus, naprawdę, widać w tym tekście, jak Kubasiewicz rozwija się jako autorka – o ile sprawniejsza literacko jest teraz, niż była w momencie debiutu!

Źródł: wikipedia

GDZIE ZNALEŹĆ: W tomie Harde baśnie (są wydania papierowe i elektroniczne) oraz w antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla za rok 2020

ZA ILE: Harde Baśnie w cenach wydawcy (17.09 było to 70 PLN za papierowe wydanie i 55 PLN za ebooka), do kupienia np. na stronie sklepu SQN. Antologia Zajdlowa jest natomiast do końca roku dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej.

DLA KOGO: dla lubiących klasyczną urban fantasy w stylistyce Laurell Hamilton czy naszej Anety Jadowskiej. Dla osób chętnie sięgających po lekką, rozrywkową fantastykę z elementami obyczajowymi i lekko kryminalnymi.

Zew Zajdla 2020

Długo mnie tu nie było, ale też długo w tym roku czekaliśmy na nominacje do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Dzisiaj w końcu dostaliśmy wyniki – i chciałabym je w kilku słowach skomentować.

Opowiadania

Z opowiadań bardzo, ale to bardzo cieszę się z nominacji dla “Świętych z Vukovaru” Krzysztofa Rewiuka i Krzysztofa Matkowskiego – to jedno z moich dwóch ulubionych opowiadań roku 2020, a że to drugie nie dostało nominacji, sprawa mojego głosu w tej kategorii jest jasna :). Więcej o tym tekście pisałam tutaj.

Krzysztof Rewiuk rozbił w tym roku bank – ma poza tą współdzieloną dwie samodzielne nominacje, i tak się składa, że oba te teksty znam. “Al”, pochodzący z Fantazmatowego zbioru Zbrodnia doskonała, to tekst rzetelny i jak zwykle u tego autora napisany z dużą warsztatową swobodą; czytałam z przyjemnością, ale mnie nie zachwycił – może dlatego, że urywa się w najciekawszym dla mnie miejscu? Bardziej podobała mi się lekko pastiszowa “Córka poławiacza żachw”, znana z tomu Weird Fiction po polsku 1 (hej, jest tam też mój tekst!), nagrodzona swego czasu na portalu Nowej Fantastyki.

Za rzecz dla polskiej fantastyki dobrą uważam fakt, że nominacje, choć zdominowane przez jednego autora (2,5 /5), są różnorodne, jak chodzi o miejsca publikacji – jest i Nowa Fantastyka, i darmowa antologia Fantazmatów, i pokonkursowa książka weirdowa wydawnictwa Phantom Books, i antologia świąteczna W.A.B. Jest też, i bardzo mnie to cieszy, tom Harde Baśnie Wydawnictwa SQN. Nominacji z tego tomu doczekał się “Sen nocy miejskiej”, udane urban fantasy Magdaleny Kubasiewicz. Sama, przyznam, pewnie nominowałabym poetyckie i efektowne “Róże świętej Elżbiety” Agnieszki Hałas, a przede wszystkim – wstrząsające “Idzie, powtarzał wiatr” Marty Kisiel, tekst, który dla mnie jest arcydziełem polskiej fantastyki. Niemniej cieszę się, że tekst z tego tomu znalazł się w stawce – autorki Hordy są w polskiej fantastyce zjawiskiem nieco innym od jej typowego, wyznaczanego przez Fabrykę Słów z jednej, a klasyczną fantastykę pod znaku Michała Cholewy i Roberta Wegnera z drugiej strony, oblicza. Miejsce jest na wszystkie te zjawiska, ale docenienie tych trochę innych bardzo mnie cieszy.

Jedynym opowiadaniem ze stawki, którego jeszcze nie czytałam, jest “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośle” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Przyznam, że się dość paradoksalnie cieszę z tej nominacji – paradoksalnie, bo Miszczuk to bardzo nie moja autorka, jej proza jak dotąd do mnie kompletnie nie trafiała. Niemniej, to jedna z tych popularnych twórczyń fantastyki, które istnieją jakoś obok fandomu (czymkolwiek fandom jest) – i cieszy mnie, że w tym fandomowym / nagrodowym obiegu zaistniała, bo jeśli w proces nominowania i czytania nominowanych wkręcą się nowe osoby, które do fantastyki trafiały innymi drogami – w tym, przez inne czytelnicze doświadczenia, to będzie to zawsze coś dobrego. Nawet jeśli tekst jest nie dla mnie.

Czego zabrakło? Poza moim ulubionym tekstem Kisiel z Hardych Baśni – przede wszystkim świetnych opowiadań Olgi Niziołek, Michała Brzozowskiego, Marty Magdaleny Lasik i Łukasza Redelbacha.

Jak chodzi o powieści, ogromnie się cieszę z nominacji dla Trzeciej części człowieka Krzysztofa Matkowskiego. Entuzjastycznie zrecenzowałam tę powieść dla Esensji, autora uważam za ogromnie utalentowany, cenny nowy głos w polskiej prozie fantastycznej i bardzo się cieszę, że znalazł się wśród nominacji w dwóch kategoriach. No i ma mój głos 🙂

Nominacja dla V tomu Teatru węży Agnieszki Hałas tak naprawdę powinna była być nominacją w nieistniejącej u nas, a znanej m in. z nagród Hugo kategorii “cykl powieściowy”. Autorce nominacja w tej kategorii należała się dawno, bo jej seria o Krzyczącym w ciemności stała się dla polskiej dark fantasy jednym z kluczowych tekstów i wydaje się, że mainstream polskiej fantastyki zaczął w końcu dostrzegać, że dość niepostrzeżenie Agnieszka Hałas wyrosła na polski autorytet w dark fantasy.

Marta Kisiel dostaje nominacje i nagrody Zajdla dość regularnie – i dobrze. Cenię jej pisanie za to, że Kisiel sięga po mniej oczywiste inspiracje, nie boi się zestawiania swoich fantastycznych pomysłów i postaci z codziennością ani wybierania na bohaterów tak zwanych zwykłych ludzi (co na przykład może oznaczać, że bohaterka będzie używać obciachowego pseudonimu i zachowywać się nie najmądrzej); mnie również bardzo pasuje jej język i styl, który lokuje się gdzieś na przecięciu między Chmielewską a Sapkowskim. Płacz to też tekst kontynuujący wcześniejsze powieści, dobrze pokazujący specyfikę pisania autorki, jej mocne (umiejętność ogrywania emocji czytelnika, łączenia tragizmu z komedią, błyskotliwą sprawność językową, umiejętność budowania wiarygodnych wizerunków postaci) i słabsze (czasami urwane, niedociągnięte wątki) strony.

O Pieśniach Chołów Macieja Głowackiego (i o jego wydawcy), przyznam, usłyszałam dziś po raz pierwszy – to będzie ta powieść, którą muszę nadrobić.

Czego mi zabrakło w tej kategorii? Polskiej grozy i weirdu. To był dla tych konwencji dobry rok i przyznam, że trochę mnie dziwi brak w zestawieniu Wojciecha Guni, Jakuba Bielawskiego czy debiutującego Łukasza Krukowskiego.

Cóż, pozostaje tylko jak co roku zgłosić się do akcji Zew Zajdla, doczytać zaległości i zagłosować!

Czekoladka z wkładką

Marta Kisiel, Dywan z wkładką, Wydawnictwo W. A. B., 2021

Między polskimi opowiadaniami fantastycznymi a kolejną lekturą Ady Palmer łyknęłam – sama nie wiem, kiedy – komedyjkę kryminalną Marty Kisiel.

UWAGA: Dalsza część recenzji zawiera niewielkie spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Serio, sama nie zauważyłam, kiedy ze strony piętnastej zrobiła się przedostatnia i skończyłam.

Dywan z wkładką to pierwsza powieść autorki Dożywocia i Toń bez elementów fantastycznych (za to z wkładką w postaci antypatycznego trupa), ale to nie znaczy, że znajdziemy tu jakąś rewolucję konceptualną czy stylistyczną w porównaniu do wcześniejszych tekstów autorki. Kisiel nadal skupia się przede wszystkim na tym, co od początku wychodziło jej najlepiej: humorze językowym, związanym z mocną stylizacją tekstu, i ogrywaniu typów postaci z klasycznego repozytorium komedii. Trup i jego dzieje są w tym wszystkim, powiedzmy sobie szczerze, raczej drugorzędnym elementem.

Na spotkaniu autorskim, w którym uczestniczyłam, Marta Kisiel mówiła o roli powieści Joanny Chmielewskiej w swojej własnej czytelniczej edukacji, ale nawet gdybyśmy nie wiedzieli tego od autorki, słychać to w jej prozie – także w tej fantastycznej. Pisząc Dywan z wkładką, Kisiel stworzyła powieść a la Chmielewska, ale na nasze czasy.

Historia w Dywanie… koncentruje się wokół bohaterek (co zresztą u Chmielewskiej też bywało): księgowej Tereski, którą szalony pomysł męża skazał na mieszkanie w wiejskim domu, jej energicznej i pełnej życia (i to jeszcze jak!) sześćdziesięcioletniej teściowej Miry, nastoletniej, a mocno przejętej problemami całego świata córki Zoi, a także sąsiadek – gadatliwej pani Edziowej i ochrzczonej przez Tereskę Stefcią idealnej żony pretensjonalnego marudy z sąsiedztwa (odpowiednio przezwanego przez panie Ordynatem) – a, i nie zapominajmy o dwóch innych fabularnie ważnych postaciach płci żeńskiej, suczkach Fifi i Pindzi! Ta pierwsza ma do odegrania małą, ale ważną rólkę, ta druga zaś to pełnoprawna i pierwszoplanowa postać, bez której cała fabuła wyglądałaby zupełnie inaczej.

Bohaterki są główną atrakcją – i główną siłą – tej powieści. Kisiel umie w bardzo skuteczny sposób ogrywać konwencjonalne komediowe typy i nadawać im ludzkie, sympatyczne oblicze. Daleko jesteśmy już od karykaturalnej wielbicielki Konrada z Dożywocia: w nowszych tekstach siłą autorki stało się właśnie odważne pożyczanie postaci z lamusa konwencji i mówienie “A teraz zobaczcie, jakiego fajnego człowieka można z tej kupy schematów zrobić”. Z sympatią podchodzi autorka do nastoletnich emocji Zoi, pokazując jej troskę o środowisko i o problemy wszystkich ludzi na całym świecie nie jako coś, z czego można się pośmiać, ale jako szczere, nawet jeśli naiwne i młodzieńcze, zaangażowanie. Mira, wesoła wdówka 60+, nie jest siwiuteńką babuleńką z fotela, ale pełną energii i zawsze gotową na ognisty romans kobietą. Kisiel bardzo zresztą udanie ogrywa w jej postaci stereotyp męczącej matki i teściowej: Mira ma tendencje do narzucania swojej woli, syna traktuje jak dziecko, a z Tereską się, najoględniej mówiąc, nie do końca dogaduje, ale nie dlatego, że jest schematyczną Straszną Babą, tylko dlatego, że długo musi uczyć się akceptować fakt, że nie wszyscy ludzie lubią to, co ona i są do niej podobni. Z kolei w postaci Tereski Kisiel dała nam detektyw-amatorkę o dość, hmm, nieoczekiwanym profilu: Tereska, mniej więcej czterdziestolatka, jest kochającą wygody i czekoladki księgową o obfitych kształtach, szczęśliwą żoną nieidealnego męża i matką zupełnie zwykłych dzieci. Owszem, to, co robi, robi świetnie, cyfry są jej ucieczką od chaosu świata, ale poza tym nadaje się na detektywa jak ja na primabalerinę (1). Bardzo mi się podoba to, jak Kisiel konsekwentnie czyni swoim bohaterkami zwykłe dziewczyny i kobiety, niekoniecznie zachwycające mądrością i głębokimi zrozumieniem świata, czasem porywcze, często naiwne, robiące zwykłe, codzienne rzeczy i pracujące w zupełnie nieromantycznych zawodach.

Mężczyźni z kolei odgrywają w Dywanie albo role ofiar (trup, znany też jako Olszyna lub dziad olchowy), albo wręcz damsels in distress. Mira i Tereska podejmują niechętną współpracę, ponieważ ich pierwszym podejrzanym o dokonanie zabójstwa jest Andrzej, koncyliacyjny, spokojny i generalnie nie stanowiący materiału na zabójcę mąż jednej, a syn drugiej z nich. Maciejka, młodsze dziecko Tereski, jest ciągłą ofiarą a to matki (jak można zabrać dwunastolatkowi internet potrzebny do grania z powodu konieczności robienia czegoś tak przyziemnego, jak praca, no jak?!), a to energicznej i skłonnej do komenderowania wszystkimi starszej siostry. Nawet ostateczny motyw zabójstwa Olszyny wiąże się z nadopiekuńczością pewnej żony wobec mężusia…

To bardzo zdecydowanie nie jest powieść dla wielbicieli skandynawskich kryminałów czy zwolenniczek Raymonda Chandlera. Dywan z wkładką jest, jak w moim tytule, gorącą czekoladą z pianką i odrobiną pikantnego chili: lekką, przyjemną, poprawiającą humor w ponury dzień, nie mającą ambicji mówienia czegoś wprost o społeczeństwie i rzeczywistości dookoła (choć, oczywiście, sam dobór postaci i ich charakterystyka coś jednak o naszej rzeczywistości i sympatiach autorki mówi). Fabularnie jest nieco przewidywalny – ale w tego typu komedii kryminalnej to raczej typowe.

Czytało mi się bardzo przyjemnie, ładnych parę razy zachichotałam głośno przy co bardziej udanych powiedzonkach i cały czas dręczyła mnie jedna myśl. A mianowicie pytanie, czy między kolejnymi odsłonami popularnego i udanego Małego licha a bawieniem nas naprawdę fajnymi komediami kryminalnymi Marta Kisiel będzie jeszcze mieć czas, ochotę i w ogóle plan, żeby napisać tę książkę, którą sobie ja, egoistycznie i nie pytając autorki o zgodę, u niej wymarzyłam. To arcydzieło nieoczywistej fantasy, wokół którego Kisiel krążyła w pojedynczych scenach swoich dotychczasowych tekstów, które gdzieś majaczyło w tle jej dobrych, udanych powieści i opowiadań, w takich momentach, kiedy czytając, czułam dreszcz na plecach albo łzy w oczach. Nie wiem, czy taka powieść – podkarmiona gotyckimi nastrojami i grozą, które Kisiel pisze świetnie, ubrana w klimaty polskiego romantyzmu, które akurat ta autorka rozumie jak mało kto, skupiona wokół postaci, których kreacja, niebanalna i pełna zrozumienia dla ludzkiej natury, zawsze była jej mocną stroną, opowiedziana aluzyjnym, a jednocześnie charakterystycznie humorystycznym stylem autorki, która, jak dla mnie, pierwsza po Sapkowskim i Brzezińskiej ma w polskiej fantasy własną, natychmiast rozpoznawalną stylistykę – jest czymś, co Marta Kisiel by chciała pisać, ale możliwości ma na to z całą pewnością. A ja bym czytała jak potłuczona.

(1) Przez lata nawet kroków do walca się nie nauczyłam, taki mam talent.

Dywan z wkładką. Obrazek niepowiązany.

DLA KOGO: Dla wielbicieli/ek Joanny Chmielewskiej i ogólnie osób lubiących cosy mysteries i komedie kryminalne. Dla fanów/-ek autorki, bo mimo braku fantastyki to bardzo charakterystyczna dla niej powieść. Dla czytelników/-czek lubiących skupiać się na postaciach. Niekoniecznie dla osób preferujących skomponowaną jak złożona maszyneria fabułę kryminalną albo dla wielbicieli kryminałów z zacięciem społecznym. Na pewno nie dla osób szukających w kryminale elementów gore (to jest dosłownie drugi koniec tej osi, na pierwszym końcu której jest Max Czornyj).

Podsumowanie 2020 (1): polska fantastyka

Obiecuję NIE ZACZYNAĆ o uwag o tym, że 2020 był to dziwny rok i nie użyć nigdzie poza tym zdaniem zwrotu “coś tam roku zarazy”.

No to co? Ruszamy z podsumowaniem roku 2020? Zacznijmy dzisiaj od tekstów polskich, jutro mam nadzieję zmotywować się do napisania o najlepszych nie-polskich tekstach fantastycznych, jakie w 2020 przeczytałam.

Powiem tak – w roku 2020 wśród moich lektur rodzimych dominowały opowiadania – zarówno te wydane w zbiorach autorskich, jak i te w antologiach i czasopismach. Kilka propozycji do przeczytania / rozważenia pod kątem jakichś przyszłych nominacji nagrodowych przedstawiam poniżej. Od razu też zaznaczę jeszcze jedno – nie zdążyłam oczywiście przeczytać wszystkiego. w W całej notce rozsiane są informacje o powieściach i opowiadaniach z 2020, które mam na liście lektur przed sezonem nagrodowym, ale gdyby ktoś chciał dorzucić coś do tej listy, to polecanki zawsze chętnie przyjmę.

Po pierwsze – zbiory autorskie. Tych przeczytałam niewiele, ale też nie tak wiele ich wychodzi. Przede mną lektura kilku ciekawych zbiorków z zakresu grozy, a z tych już przeczytanych chciałabym wyróżnić “Niebo, ptaki i robaki” Anny Marii Wybraniec: ciążący w stronę weirdu i niesamowitości debiut, zapowiadający bardzo ciekawą autorkę.

Po drugie – antologie. Tu mieliśmy wysyp, jak zresztą od kilku lat. Ukazywały się tomy wydawane przez różne kluby i organizacje związane z fantastyką – z tych nieczytanych dotąd szczególnie napalam się na wydany przez Śląski Klub Fantastyki Iknszy welt (z opowiadaniami m.in. Michała Cholewy i Marty Magdaleny Lasik). Jak zawsze nie zawodziły Fantazmaty – w tegorocznych zbiorach Nanofantazje 2.0 i wydanej niedawno Zbrodni doskonałej czeka sporo ciekawych tekstów – choć, przyznajmy, nie ma wśród nich moich absolutnych faworytów do tytułu opowiadania roku. Czeka na mnie jeszcze całościowa lektura Hardych baśni, w których jest kilka tekstów znanych mi już i cenionych autorek. Znam z nich na razie jeden, udane i nastrojowe “Róże świętej Elżbiety” Agnieszki Hałas, odwołujący się do legendy średniowiecznej węgierskiej świętej królowej i do motywów z Tannhäusera Wangera. Nie zachwyciły mnie antologie cyberpunkowe – choć z tej kobiecej (Cyberpunk Girls Uroborosa) czekają mnie jeszcze oba teksty generalnie bardzo przeze mnie cenionej Martyny Raduchowskiej. Nie ruszyłam jeszcze Gladiatorów z FS – mam w tym tomie upatrzone kilka tekstów, które zdecydowanie chcę przeczytać. W głośnej i bardzo różnie ocenianej antologii Tęczowe i fanastyczne (Grupa Wydawnicza Alpaka) znalazłam jedno ze swoich ulubionych opowiadań roku – malarski, niepokojący “Ogród rozkoszy ziemskich” Olgi Niziołek, które na pewno znajdzie się na mojej liście nagrodowych nominacji za 2020. Nie chcę rozpisywać się o tym zbiorze, ponieważ jest w nim i moje własne opowiadanie, a recenzowanie zbiorku ze swoim tekstem trochę nie ma sensu, ale w tym tomie obiecujące – w kontekście dalszych karier autorów/-ek – są IMHO także teksty, które napisali/ły Paulina Rezanowicz, Ewan Mrozek i A. Szydlik. Literacko warto też zerknąć na zawarte w tym zbiorze teksty Agnieszki Szmatoły oraz cieszącej się już w fandomie sporym uznaniem Krystyny Chodorowskiej. Jedne i drugie to nie do końca moja bajka, ale pod względem literackim warte są uwagi – mogą do kogoś trafić mocniej, niż do mnie. Pierwszy tom pokonkursowej antologii Weird fiction po polsku (Phantom Books) to także tom, w którym jest mój tekst – powstrzymując się więc od szczegółowej recenzji całości, pozwolę sobie zwrócić uwagę na opowiadania Pawła Wącławskiego (zachwycające pomysłowością “Jestem wszystkim i wszystkimi”), docenionego przeze mnie już w zeszłym roku Michała Brzozowskiego (absurdalne, ale i łapiące za serce “Nakręcia głowy”, chyba mój nr 1 w tym zbiorku) oraz Michała Blatkiewicza (enigmatyczne i idące w niepokojącą groteskę “…Będzie futro”). Nie zawiódł mnie również obserwowany już od jakiegoś czasu Sylwester Gdela (mitologiczno-cyberpunkowo-odlotowy “Gegnarok”). Jeszcze przede mną lektura tegorocznych “Snów umarłych”, ale wiem, że zawierają kilka naprawdę dobrych tekstów. A jak już mowa o dobrych tekstach – z czytanych przeze mnie antologii najrówniejszą chyba była ta stworzona z opowiadań wyróżnionych na portalu Nowej Fantastyki (Fantastyczne pióra). Portal ten jest mi bliski i sama się na nim udzielam, nie mam jednak swojego tekstu w zestawie za 2018 (wydanym w 2020). Chciałabym wobec tego zwrócić uwagę na najciekawsze teksty z tego tomu. Pierwszy z nich to “Arecibo” (autorem jest Aleksander Pacion), klimatyczne SF z elementami horroru (?), które ma ogromne szanse znaleźć się na mojej liście Zajdlowych nominacji za 2020. Drugi i trzeci – to dwa teksty obserwowanego przeze mnie od dłuższego czasu Łukasza Redelbacha – oryginalny światotwórczo i koncepcyjnie “Luminescencyjny pokrak” oraz przede wszystkim gęste, ciemne, ponure opowiadanie weirdowe “Smakołyk dla dżdżownicy”, też wysoko na mojej szerokiej liście nagrodowej. Z antologii tej zdecydowanie warto także sięgnąć po inspirowany ilustracjami Jakuba Różalskiego wojenny fresk “Husarz śmierci” Marka Kolendy i na intrygującą, emocjonalną i wizyjną “Kumari” Radosława Puchały. Katarzyna Szymonik, która ma w tym zbiorze dwa teksty, to także bardzo obiecująca autorka o dużych możliwościach – ale poczekajcie na “Fantastyczne pióra” 2019, żeby ją w pełni docenić!

Skoro najwyraźniej nie czytywałam aż tak wielu antologii, to co czytałam? Ano, w tym roku w większych niż kiedykolwiek ilościach – opowiadania w czasopismach. No dobra, głównie w czasopiśmie, jednym. W Nowej Fantastyce. W podsumowaniach roku pewnie przewinie się motyw awantury o tekst Jacka Komudy – ja nie będę o nim pisała, bo na mojej liście najciekawszych raczej by się nie znalazł.

Co by się znalazło, z rzeczy z NF? Klimatyczna, choć chwilami nieco za długa “Podróż do wnętrza psa” Olgi Niziołek. Niby dość tradycyjnie i z szacunkiem dla historii, ale pomysłowo i niebanalnie przerabiający opowieść o spartańskim zdrajcy “Efialtes” Pawła Majki (ale też Majka zawsze umiał bawić się tradycją!). “Głos słońca” Marty Magdaleny Lasik, SF bliskiego zasięgu nawiązujące do japońskich klimatów. No i przede wszystkim “Święci z Vukovaru” duetu Krzysztof Matkowski i Krzysztof Rewiuk, ich drugi wspólny tekst po nominowanej w tym roku do Zajdla “Dziewczynie z papieru i ognia”. Tym razem współczesny, w realiach leczącej wojenne rany byłej Jugosławii, emocjonalny, ale i starannie przemyślany, psychologicznie prawdziwy tekst z odrobiną niesamowitości wdzierającej się w realny świat – to jeden z moich zdecydowanie ulubionych tekstów roku 2020. Z kolei w Esensji zwraca uwagę “Nocna parada stu demonów” Wiktora Orłowskiego – efektowna gra tradycyjnymi klockami (demonologia, Japonia, mroczne zabójstwa), układająca się w trzymającą w napięciu całość.

Gdy chodzi o powieści 2020, konkurencję wygrał wspomniany w poprzednim akapicie Krzysztof Matkowski – jego Trzecia część człowieka (Wydawnictwo Alegoria) to moja ulubiona powieść fantastyczna poprzedniego roku, pisałam o niej zresztą więcej tutaj. Wydarzeniem roku była niewątpliwie pierwsza w historii Nike dla autora fantastyki – za intrygującą, choć w moich oczach nierówną Baśń o wężowym sercu Radka Raka. Powiem szczerze – przy wszelkich wątpliwościach bardzo, ale to bardzo się ucieszyłam z tej nagrody! W 2020 nową powieść wydała także Agnieszka Osikowicz-Chwaja – bardzo się dziwię, że po jej cykl klasycznej fantasy z militarnym skrętem i współczesnymi dylematami w tle nie sięga więcej czytelników, bo jej proza jest tego warta. Lubiący fantastykę dla najmłodszych dostali w 2020 także kolejną część przygód Małego Licha Marty Kisiel, która coraz skuteczniej łączy, także w pisarstwie dla młodego czytelnika, humor i ogrywanie kulturowych tradycji z całkiem poważną, gotycką grozą.

Jeszcze przede mną lektura kilku głośnych tytułów z tego roku – pewnie jak zawsze nazbiera się kilka książek, o których warto pamiętać (na pierwszy ogień – Człowiek, który zniknął. Deus ex machina Kornela Mikołajczyka, bo zapadło mi w pamięć jego opowiadanie w antologii Umieranie to parszywa robota z 2019 i Bieganie po torach Łukasza Krukowskiego, weirdowa powieść chwalona przez kilku recenzentów i czytelników, do których mam zaufanie.

A wy? Macie swoje ulubione polskie teksty?

Małe Licho i całkiem spore kłopoty

Marta Kisiel, Małe Licho i lato z diabłem, il. Paulina Wyrt, Wydawnictwo Wilga 2020

Uwaga: recenzja zawiera spojlery.

Okładka “Małego Licha i lata z diabłem”. Źródło: strona autorki

W trzeciej odsłonie przygód Bożka (który oprócz dwóch aniołów dorobił się również diabła – no, biesa – stróża) dziesięcioletniemu bohaterowi przyjdzie zmierzyć się z dwoma poważnymi problemami. Pierwszym są potwory z zaświatów, drugim, w sumie co najmniej równie skomplikowanym – nielubiany kolega z klasy, spotkany w mocno niefortunnych okolicznościach.

Marta Kisiel debiutowała prozą raczej lekką i humorystyczną – i tę umiejętność bawienia czytelnika widać nadal w jej twóczości, zwłaszcza w tej dla dzieci. Element humorystyczny przede wszystkim stanowią tu postacie poboczne, w tym te fantastyczne – Licho, czort Bazyl, obecne trzecioplanowo istoty z domu Bożka. Autorka ogrywa znanych już czytelnikom bohaterów i ich charakterystyczne, rozpoznawalne cechy. Licho nadal ma alergię na własne pierze, uwielbia słodycze i kocha sprzątać, Bazyl dalej sepleni i ma dar pakowania się w kłopoty, widma ze strychu nadal bawią swoją mocno filmową niemczyzną, a Krakers gotuje. Druga sfera to oczywiście humor języka, od specyficznej dla tego cyklu Kisiel narracji po żarty słowne.

Narracja jest w cyklu o Lichu prowadzona, że się tak wyrażę, konsekwentnie zmiennie. Narracja z punktu widzenia bohaterów – głównie Bożka, ale tutaj, chwilami, także jego, powiedzmy, arcywroga imieniem Witek – uzupełniona jest spojrzeniem narratora wszechwiedzącego, z sympatią, ale też z odrobiną lekkiej pobłażliwości i takiego trochę baśniowego dystansu, co nadaje całości tekstu lekko bajkowy ton. Ton, który bardzo sympatycznie współgra z jednym głównym wątkiem książki – i bardzo efektownie kontrastuje z tym drugim.

Ten pierwszy wątek to – lato. Lato i wakacje. Ten wątek jest bardzo klasyczny, w literaturze dziecięcej i wczesnomłodzieżowej pojawia się wielokrotnie, a Marta Kisiel ładnie i subtelnie go tutaj ogrywa. Widać to jej umiejętności pisania i z humorem, i lirycznie – opis łąki cioci Ody, rowerowych przejażdżek, lodów, noclegów pod namiotem mają klimat klasycznej dziecięcej prozy.

No ale.

Zaczęłam od wzmianki o humorze w pisarstwie Kisiel, ale przecież tam jest nie tylko humor i nie tylko pogoda. Ona zarówno swoimi powieściami dla dorosłych (zwłaszcza cyklem wrocławskim), jak i tym, jak ograła na przykład Króla olch w pierwszej części przygód Bożka udowodniła już dawno, że potrafi znakomicie tworzyć nastrój gotyckiej, opresyjnej grozy. I – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w kontekście książki dla dzieci – tu też wychodzi jej to znakomicie. Bo przygody Bożka i wplątanego w nie trochę z przypadku Witka bynajmniej nie ograniczą się tym razem do słodyczy, słońca i spania pod namiotem.

Obok jednak codziennych przyjemności i fantastyczno-niesamowitych przygód w powieści Marty Kisiel jest jeszcze jedna historia: a mianowicie historia spotkania z Witkiem. I to jest coś, za co ja, czytelniczka dorosła, ale literaturę dziecięcą lubiąca, dodatkowo tę powieść cenię.

Tak jak w poprzednich częściach, tak i Małym lichu i lecie z diabłem autorka porusza – nienachalnie i subtelnie – także i tematy, że tak powiem, życiowe. Tu akurat jest to problem niechęci Brożka do Witka – chłopcy znają się ze szkoły, a serdeczną niechęć, jaką z niej wynieśli, twórczo rozwijają na wakacjach. Bardzo się cieszę, że autorka nie poszła w najprostsze rozwiązanie, że nie zrobiła Witka klasowym przemocowym chuliganem. Witek to inny rodzaj klasowego nerda niż Bożek – kocha przyrodę i został wychowany w poczuciu absolutnej wyższości swoich “dorosłych” zainteresowań nad pasjami kolegów, w tym – nad Bożkową miłością do mitów i baśni. Obaj jednak są raczej szkolnymi outsiderami, obaj też są, z tych czy innych powodów, samotni; i kiedy się przekonają, że jednak jakoś się dogadują, uczyni to ich życie ich obu – a przynajmniej wakacje – zdecydowanie przyjemniejszymi.

Generalnie – to jest bardzo sympatyczna, pogodna i niegłupia książka dla dzieciaków. Dorosłej mnie się – w swojej kategorii – podobała, teraz zamierzam przetestować ją na rówieśniczce Bożka. I z przyjemnością poczekam na kolejną część.

Zew Zajdla: Opowiadania (3). Aleksandra Janusz, “Dróżniczka”

Z cyklu notek o tekstach, które ja sama w tym roku chciałabym widzieć nagrodzone Nagrodą im. Janusza A. Zajdla, dziś opowiadanie Aleksandry Janusz “Dróżniczka” z tomu Harda Horda.

O tomie opowiadań Harda Horda, wydanym przez SQN, pisałam już na tym blogu jako o całości. Teraz pozwolę sobie wybrać z tego tomu mój Zajdlowy typ, a jednocześnie – zaproponować dwa inne opowiadania, które IMHO na liście nagrodowej spokojnie mogłyby się znaleźć.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło: SQN Store

Mój osobisty typ to „Dróżniczka” Aleksandry Janusz. To spokojne w tonie, melancholijne opowiadanie zrobiło na mnie wrażenie przede wszystkim tym, twórczo autorka posługuje się fantastyką bliskiego zasięgu. Dziś ten tekst o świecie, który niemal na oczach bohaterki zmienił się całkowicie, niekoniecznie tak, jak by chciała, o świecie, który trochę jej uciekł i zostawił ją za sobą, bo ona nie bardzo chciała porzucać coś, co ceniła – czyta się trochę (wybaczcie patetyczne tony) jak zapowiedź czegoś, co i nas może, tak czy inaczej, czekać: kto wie, kiedy obudzimy się w świecie wyglądającym inaczej, niż pamiętamy? Aleksandra Janusz umiejętnie gra tu nostalgicznym nastrojem, tworząc, wiarygodny, psychologicznie prawdziwy obraz bohaterki. Janusz w ogóle, jak pisarka, znakomicie radzi sobie z postaciami – i jej mężczyźni, i zwłaszcza kobiety (a już szczególnie te starsze, starzejące się, doświadczone) w jej prozie są subtelnie, wiarygodnie i oryginalnie portretowani. Bardzo bym chciała, żeby więcej czytelników zauważało i doceniało takie niuanse pisarskiego warsztatu – Aleksandra Janusz to jedna z tych autorek, które IMHO powinny być na topie polskiej fantastyki i trochę nie wiem, czemu (sprzedażowo) nie są… Tutaj – że zacytuję własny tekst z recenzji tej antologii – stworzyła wycieniowaną, wyciszoną wariację postapo, dodała do niej odrobinę gorzkiej, solarpunkowej nadziei i stworzyła intrygującą, nostalgiczną wizję przyszłości – i tego, jak z tej przyszłości zagląda się w przeszłość.

Harda Horda zawiera sporo dobrych opowiadań. Na „nagrodowym” poziomie są tam i teksty Marty Kisiel, i Agnieszki Hałas – ten pierwszy w klimatach subtelnie zrobionej, wkradającej się po cichu w codzienność grozy, która autorce nie od dziś wychodzi świetnie, ten drugi bardzo nietypowy, zupełnie inny fabularnie i koncepcyjnie, niż uniwersum o Krzyczącym – ale ja pozwolę sobie polecić dodatkowo tekst innej autorki: Martyny Raduchowskiej. Jej “Bezduch”, nastrojowy i, przepraszam za dwuznacznik, duszny,  jest w swojej skomplikowanej, “filmowej” narracji niezwykle konsekwentny, a postacie wiarygodne psychologicznie – w efekcie finałowy twist świetnie działa. Raduchowska to jedna z tych autorek, które IMHO bardzo warto śledzić – ma ogromny potencjał i jest literacko wszechstronna.

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Harda Horda wydawnictwa SQN

ZA ILE: w tej chwili od około 25 PLN

DLA KOGO: jeżeli lubisz wyciszone postapo bez zombie i strzelanin, nostalgiczny, ale nie koszmarnie ponury nastrój, japońskie klimaty, opowieści o niekoniecznie młodych ludziach.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z o co w ogóle chodzi z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Hordą, moście panie

Harda Horda. Antologia opowiadań, Wydawnictwo SQN 2019

UWAGA: RECENZJA ZAWIERA SPOJLERY

Źródło ilustracji: strona wydawnictwa SQN

Ludziom zdarza się kłócić o to ze mną na Fejsbuku i na żywo, ale mam całkiem poważne wrażenie, że od paru lat polskie autorki fantastyki co najmniej dogoniły swoich kolegów – zarówno pod względem popularności, jak i literackiej wartości i sukcesów swoich tekstów. Wieloletnia praca i ogromna ilość nagród i nominacji wszechstronnej Anny Kańtoch, powrót literacko najciekawszej chyba polskiej autorki – Anny Brzezińskiej, triumfy Marty Kisiel w Zajdlowej kategorii “Opowiadanie” przez dwa lata z rzędu i deszcz nagród dla jej fantastyki dla dzieci, wysoko oceniane przez krytykę cyberpunkowe powieści Martyny Raduchowskiej, fakt, że po naprawdę sporej ilości lat od publikacji pierwszych opowiadań wliczenia do klasyki polskiej fantasy doczekał się cykl Agnieszki Hałas o Krzyczącym w Ciemności, fantastyczny komercyjny sukces kolejnych projektów Anety Jadowskiej to są niewątpliwe oznaki powodzenia – niezależnie od faktu, że sukcesy te mają różny charakter, od artystycznego przez nagrodowy po czysto sprzedażowy, że nie wszystkie z tych tekstów to “moja” fantastyka i nie każdy z nich mam na własnej książkowej półce.

Polskie fantastki nie boją się zresztą także przyznawania do pewnej wspólnoty, opartej chyba przede wszystkim na socjologicznym fenomenie bycia autorką fantastyki w Polsce – bo przecież nie na podobieństwach gatunkowych czy stylowych. Owocem takiej współpracy jest tom opowiadań Harda Horda, niewątpliwie jedna z najgłośniejszych antologii w polskiej fantastyce w 2019.

To nie jest tak, że ten tom jest równy: są w nim teksty lepsze i gorsze, staranniej i mniej starannie dopracowane. Najciekawsze w nim jest chyba to, że powstał i że stanowi swoistą deklarację współpracy między autorkami – dawno (?) nie mieliśmy w polskiej fantastyce świadomej, współpracującej ze sobą, konsekwentnie działającej razem (liczne występy na konwentach i targach, wspólne spotkania, z których jedno miałam przyjemność prowadzić) grupy. A opowiadania – opowiadania są, jak to w antologiach. Lepsze, gorsze, bardzo dobre i słabe, przy czym tym gorszym często niewiele, tak naprawdę, brakuje do tego, żeby mnie jako czytelniczkę i (coś w rodzaju) krytyka zadowolić.

Zacznijmy może od deklaracji: “Dróżniczka” Aleksandry Janusz znajdzie się bezdyskusyjnie na mojej liście nominacji do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. To spokojne w tonie, melancholijne opowiadanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie zarówno tym, jak twórczo autorka posługuje się fantastyką bliskiego zasięgu, jak i nastrojem, a także – portretem bohaterki, wiarygodnym i emocjonalnie prawdziwym. Janusz sięgnęła po wariację postapo, dodała do niej odrobinę gorzkiej, solarpunkowej nadziei i stworzyła intrygującą, nostalgiczną wizję przyszłości – i tego, jak z tej przyszłości zagląda się w przeszłość. To jest, jak dla mnie, tekst “nagrodowy” i zrobię wszystko, co w mojej (marnej) mocy, żeby na liście nominacji do nagród się znalazł.

Moim drugim ulubionym tekstem ze zbioru jest opowiadania, stojące tak naprawdę na przeciwnym biegunie fantastyki: “Zielona zemsta” Anety Jadowskiej. Jak na co dzień autorka nie pisze “mojej” fantastyki, tak tym razem czytając jej tekst – ironiczny, złośliwy, humorystyczny i leciutki, a przy tym bardzo sprawnie literacko napisany – bawiłam się setnie. Widać w tym opowiadaniu, że Jadowskiej kilka lat pisania bardzo dużo i szybko dało warsztatową sprawność, której może jej pozazdrościć sporo utytułowanych kolegów i koleżanek po fachu. Jej tekst jest optymistyczny i podnoszący na duchu – jak ktoś ma ochotę na pozytywną a bezpretensjonalną, rozrywkową eko fantasy, to serdecznie polecam.

“Jaworowi ludzie” Marty Kisiel to też tekst zdecydowanie udany – a niewiele mu brakuje do znakomitego. Po sukcesach Dożywocia i Siły niższej, a także ich kontynuacji w literaturze dziecięcej, Kisiel zaliczono, i słusznie, do mistrzyń polskiej fantastyki humorystycznej; a przecież już jej najlepsza chyba literacko dotychczas powieść, Nomen omen z roku 2014, wskazywała równie wyraźnie na predylekcję autorki (Ałtorki?) do gotyckiego horroru i solidną umiejętność straszenia czytelnika. Takim właśnie horrorem, opartym na znanej piosence-wyliczance, jest opowiadanie ze zbioru Harda Horda. Autorka znakomicie buduje w nim nastrój, przedstawia swoich nastoletnich i dziecięcych bohaterów, zderza codzienność wiejskich wakacji z czającą się tuż pod powierzchnią rzeczywistości metafizyczną grozą, a przy tym – sprytnie myli tropy i sugestie, co się dzieje, co komu pisane i kto będzie żył, a kto nie. Wolałabym może w finale wiedzieć jaśniej, co się stało – czy Wika skazała Karola na bycia ofiarą przez to, że sama się wymknęła? Co tak naprawdę zaszło tam między dwójką nastolatków na granicy pierwszego zakochania, dzieckiem, psem i przeklętą górą z jej agentami? – ale może to tylko ja czegoś nie doczytuję i nie dostrzegam… Klimatem grozy w każdym razie tekst Kisiel wygrywa w tym zbiorze ze wszystkimi innymi, aspirującymi do miana tekstów z pogranicza horroru (a kilka ich jest).

Skomplikowane fabularnie i narracyjnie, a przy tym naprawdę ogromnie udane jest opowiadanie Martyny Raduchowskiej “Bezduch”. Raduchowska przez ostatnie parę lat dowiodła, że jest autorką ciekawą, oryginalną i literacko coraz sprawniejszą, a przy tym wszechstronną – radzi sobie świetnie i z urban fantasy, i z cyberpunkiem, a to są przecież dwa gatunki mocno od siebie odległe. Znałam ją dotąd jedynie z powieści, a tu ogromnie zaskoczyła mnie na plus opowiadaniem. “Bezduch” jest w swojej skomplikowanej, “filmowej” narracji niezwykle konsekwentny, a postacie wiarygodne psychologicznie – i może dlatego zaproponowany przez autorkę twist tak świetnie działa? Mnie, przyznam, złapało za gardło. Gdybym miała wskazać na drugie “nagrodowe” opowiadanie w zestawie, to byłby to właśnie ten tekst.

Nastrojowe, z pogranicza new weird opowiadanie Aleksandry Zielińskiej “Po drugie” jest chyba najtrudniejsze do zaklasyfikowania gatunkowego; widać w nim sprawność pisarską autorki – cenionej i nagradzanej także za twórczość głównonurtową – i jej umiejętność kreowania zarówno nastroju, jak i postaci. Konsekwentnie prowadzona narracja z punktu widzenia nie wszystko rozumiejącej, małej dziewczynki żyjącej na zawsze z piętnem nieszczęścia, jakie ściągnęła na rodzinę, zderzona, jak u Kisiel, z pozornie sielskimi realiami wakacji na letnisku i z wdzierającą się nagle w świat dziwacznością i niesamowitością, robi spore wrażenie – choć jest to tekst raczej dla osób lubiących klimat i skupienie na psychologii postaci, a nie dla wielbicieli/ek opowiadań z szybką akcją (znaczy, dla mnie tekst, mnie się zdecydowanie podobał).

“Szanowny panie M” Anny Kańtoch to też tekst bardzo sprawnie napisany, bardzo efektownie grający konwencją – ileż opowieści o dziewiętnastowiecznych pannach umierających na gruźlicę i o rodzinie, tracącej majątek na grand tour, już znamy, a jednak tę kolejną się czyta jednym tchem? – i bardzo nastrojowy. Kańtoch od dawna przecież jest mistrzynią literackiego kreowania klimatu i jedną z najpiękniej, moim zdaniem, piszących polskich autorek (i autorów, żeby nie było – pod względem językowym niewiele osób w polskiej fantastyce może się z nią równać). Tu jednak trochę jakby, moim zdaniem, zbudowała przepiękny kościół, w którym nie ma boga – a przynajmniej bóstwo opowieści trochę się z tekstu wymknęło tylnym wyjściem. Zabrakło mi tu – bo ja wiem, jakiegoś mocniejszego tąpnięcia w zakończeniu? Ładnie rozegrana klamra rozmowy z M. o fiołkach to trochę za mało. Po co mamy w tym tekście niedoszłego narzeczonego i jak się mają historie Salimy i innych ofiar do tego, co się stało z Wiolą? Ile domyślała się zaniedbywana siostra-narratorka, kiedy w tę rozmowę z M.-mordercą się angażowała? Jak bardzo – czy w ogóle? – chciała zabić? Kańtoch, jak zwykle, świetnie rozumie swoje bohaterki i mimochodem, subtelnie a wiarygodnie, kreśli tło, którym tu jest świat ubożejącej europejskiej rodziny i traktowanych przez nich jak powietrze miejscowych mieszkańców – ale ja-czytelniczka finałem jej tekstu nie byłam usatysfakcjonowana.

To samo zresztą odnosi się do opowiadania Magdaleny Kubasiewicz “Dokąd odeszły cienie”. A może ja to powiem od razu: to nie powinno było być opowiadanie, tu jest materiał na krótką powieść i ściśnięcie go do formy opowiadania tekstowi po prostu szkodzi. Z wszystkich dotychczasowych to jest też najbardziej schematyczne i gatunkowo oczywiste: nekromaci, magia, duchy, upiory, nawiedzone domy, lordowie, rycerze… Mam do autorki pretensje o burzące mi zawieszenie niewiary niedodbanie realiów (choćby nie wiem co, dom bez ingerencji z zewnątrz nie osiągnie opisywanego poziomu ruiny w pięć lat) i o to, że IMHO zdecydowanie za słabo wypunktowała końcowy, kluczowy dylemat – co zrobić z dziewczynką i jak odnieść się do ultimatum Liljas. Bohater musiał podjąć jakąś straszną decyzję i naprawdę, wielka szkoda, że autorka nie dała się jemu i nam nad tym chwilę zatrzymać. Miał ten tekst szansę na bycie czymś ciekawszym, niż dość przewidywalna urban fantasy o duchach i nawiedzonym domu, bo autorka opisała chocholi taniec bardzo nastrojowo, a i na dziką nekromantkę wymyśliła efektowny i oryginalny pomysł, ale mocno się to wszystko rozlazło w przyspieszonym zakończeniu. Natomiast, owszem, czytało się bardzo przyjemnie.

“Tylko nie w głowę” Ewy Białołęckiej ciągnęło mi się za to w nieskończoność. Może czytałam w życiu o jeden mniej więcej humorystyczny tekst o zombie za dużo, a może to zupełnie nie dla mnie pisanie, ale męczyłam się z tym opowiadaniem niemożebnie. Wszystko mi w nim zajeżdżało kliszami ogranymi do niemożliwości w gatunku, żarty nie śmieszyły, emocji nie czułam… Nie, zdecydowanie nie.

“Z góry nie patrzą” Anny Hrycyszyn też mnie, zdecydowanie, nie zachwyciło. Ten tekst się świetnie zaczyna – autorka zresztą już kilkakrotnie udowadniała, że pisać opowiadania umie – i jego pierwsza część, opowiadająca o problemach bohaterki z rodziną i bratem w świecie po klimatycznej katastrofie, jest wiarygodna i przekonująca. Męczy mnie, tak naprawdę, ta druga: niby-przygodowa, niby jak z Verne’a z antyutopijnym twistem, a jak do tego dodać jeszcze zakończenie z jego trochę zbyt przewidywalnym i oczywistym twistem jak z filmu Nowej Przygody z lat 80. Fabularnie był dla mnie mało ciekawy, a naddaną literacką wartością (postacie, styl) też nie nadrobił.

“Lot wieloryba” Mileny Wójtowicz to z kolei sprawnie napisane i pomysłowe quasi-urban fantasy ze światami alternatywnymi i Koniunkcją Sfer piknikiem na skraju drogi zderzeniem światów w tle. Widać umiejętności i warsztat w tym, jak Wójtowicz mimochodem wprowadza informacje o świecie, nie obciążając czytelnika zbędnymi infodumpami. Jej tekst jest, owszem, typowo rozrywkowy, z bohaterką-stalkerką (jak z “Pikniku”, nie jak z kryminału!) z gatunku “pyskata, silna, twarda, rzucająca onelinerami, ze starannie ukrytym sercem”, dość w takiej fantastyce przewidywalnego, ale czyta się to bardzo przyjemnie. Największą zaletą tekstu jest kreacja świata – choć nie porażająco oryginalna, to spójna, pomysłowa i rozwojowa (grałabym w erpega w tym świecie!) – i konsekwentny ton pierwszoosobowej narracji bohaterki. Przy okazji: mam wrażenie, że chyba nie powinniśmy tak do końca wierzyć Malwie Sołtysiak, przestępczyni. Zwłaszcza, kiedy mówi, że czegoś nie czuje albo nie planuje. Wiecie co? Poprosiłabym więcej z tego świata.

“Jest nad zatoką dąb zielony” to dowód, że Agnieszka Hałas mogłaby częściej wychodzić poza swoje koronne uniwersum Krzyczącego w Ciemnościach i eksperymentować z innymi gatunkami, bo bardzo dobrze jej to wychodzi. Tu sięgnęła po soft SF bliskiego zasięgu, skupiając się wokół kwestii pamięci, świadomości i pogranicza życia i śmierci. Autorka sięgnęła po znane motywy – unieśmiertelnianie przez tworzenie cyfrowej kopii mózgu, śmiertelna choroba dziecka nieuleczalna nawet w tak zaawansowanym świecie – i w te wątki rodem dziś już z klasyki SF wplotła nastrojowy, baśniowy motyw rodem z Puszkina. Hałas bardzo ładnie buduje tu paralele między dwojgiem rodziców, zagrożonych stratą dzieci. W Leningradzie podczas hitlerowskiej blokady umierający z głodu i zimna Siergiej Chłudow nie ma żadnej nadziei, że jego ewakuowane nagle w środku zimy dzieci przeżyją. Trzy pokolenia później jego prawnuczka Wiera – potomkini córki Siergieja, ewakuowanej i ocalonej wbrew wszystkim nadziejom – mieszkająca w Niemczech programistka, obserwuje powolne i nieuchronne odchodzenie własnego kilkuletniego, śmiertelnie chorego synka, a jednocześnie – sięga we wspomnienia swej niemal stuletniej, cyfrowo unieśmiertelnionej babki, by spotkać w nich innego przodka. Ci dwoje – ojciec, który umrze, nie wiedząc, że jego dzieci żyją i matka, pewna, że jej syn musi umrzeć – spotkają się pół we śnie, pół na jawie w baśniowym miejscu nad zatoką i dowiedzą, że istnieje więcej niż jeden rodzaj nieśmiertelności. “Jest nad zatoką dąb zielony” dowodzi dużych literackich kompetencji autorki – no i brawo za śliczne pogranie Rusłanem i Ludmiłą Puszkina.

Anna Nieznaj w “Ognistym warkoczu” także gra elementami klasyki fantastyki naukowej, tyle że w jej przypadku elementy SF mają więcej wspólnego ze space operą: zagłada Ziemi, ucieczka, kolonizacja obcych światów. W ten świat autorka wpisuje historię dwóch kobiet: postarzałej podczas podróży narratorki i jej wybudzonej z kriogenicznego snu, a w efekcie młodszej od własnego dziecka nieneurotypowej matki, i ich decyzji, by zmienić losy kolonii i, w efekcie, być może świata. To jest, wbrew pozorom, raczej kameralny tekst, skupiony na wiarygodnych postaciach i ich emocjach, całkiem przy tym udany.

Generalnie Harda Horda to dobry zbiór: większość tekstów stoi na wysokim albo co najmniej przyzwoitym poziomie, kilka jest bardzo dobrych, jeden czy dwa – znakomite. Zupełnie nie przeszkadza ogromna różnorodność gatunkowa i literacka (mówię to ja, która preferuję antologie tematyczne). Z dużą ciekawością będę czekać na kolejną antologię autorek, zapowiadaną na rok 2002.

PS. Jeżeli uznać ten blog za kontynuację dawniejszego, tego z blox.pl, to blog właśnie obchodzi dwunaste urodziny. Najlepszego, blogu. Obyśmy się częściej spotykali.