Lem i inne osoby

Przetacza się przez polski internet dyskusja związana jakoś tam z Rokiem Lema, ale może i jeszcze bardziej – z kwestią rynku i pozycji polskiej fantastyki, autorów i autorek, osób piszących SF i ich szans publikacyjnych, a w tle – szans na pojawienie się “drugiego Lema”. Marcin Zwierzchowski, od którego tekstu zamieszczonego na Lubimy Czytać ta faza debaty się zaczęła – choć tak naprawdę zaczęła się od polemiki tegoż Zwierzchowskiego z tekstem Krzysztofa Zajasa z Czasu Literatury – rozumie tego “nowego Lema” nie tyle jako autora piszącego w Lemowskiej tradycji, co raczej – pisarza o pozycji takiej, jaką cieszył się twórca Solaris, a jednocześnie nie odżegnującego się od pisania SF. Wychodzi od tegorocznego Festiwalu Conrada, który mimo tematu “Natura przyszłości”, aż proszącego się o zaproszenie fantastów, woli prowadzić tę dyskusję również w inny sposób, niefantastyczny. Również, choć ani jednej osoby piszącej SF nie zaprosili. Zwierzchowski słusznie zauważa, że bardzo słaba pozycja polskiej SF w szerokiej debacie o kulturze odrzuca zdolnych debiutantów od pisania w tej konwencji (żeby było jasne – w innych formułach fantastyki nie jest łatwiej) i że nowego Lema w tej sytuacji się nie doczekamy.

Dalsza dyskusja zmierza w nieco inną stronę – felieton Ginny Nawrockiej na stronie Whosome poszedł raczej w stronę polemiki z wymienionymi przez Zwierzchowskiego propozycjami nazwisk kandydatów na ciekawych polskich twórców i twórczyń SF. Tam, gdzie Zwierzchowski wymienia , cytuję (wybierając autorów z ostatnich lat, jego lista jest dłuższa),

Jacka Dukaja, Rafała Kosika, Cezarego Zbierzchowskiego, Michała Protasiuka, Martynę Raduchowską, Krystynę Chodorowską, Michała Cholewę, Jakuba Nowaka, Marcina Przybyłka,

Ginny N. piszą przede wszystkim o debiutujących autorkach: w ich tekście, obok potraktowanych jako wzorce negatywne Dukaja i Radka Raka (który skądinąd SF pisze dość rzadko – choć gdzieś w tę stronę sięga jego opowiadanie “Kraina piasku” z NF 8/2020), jako pozytywne przykłady wymienione są Marta Magdalena Lasik, Joanna Krystyna Radosz, Krystyna Chodorowska, Marta Potocka, Anna Kańtoch, Karolina Fedyk, Anna Łagan, Olga Niziołek i Weronika Mamuna.

Nie do końca akurat całość tej listy mnie przekonuje (Fedyk to IMHO bardzo dobra już pisarka, której najmocniejszym obszarem jest jednak zdecydowanie fantasy, a niekoniecznie SF, Radosz pisze bardzo dobre obyczajówki z elementami kryminalnymi i ma duży talent do opisywania postaci i ich relacji, ale do fantastyki ucieka się dość okazjonalnie), ale sam pomysł jej stworzenia wydał mi się inspirujący.

Nie czuję się na siłach dyskutować o tym, co musiałoby się zmienić w polskim rynku wydawniczym, żeby osoby piszące fantastykę zaczęto traktować serio – co było osią tekstu Marcina Zwierzchowskiego. Czuję się dużo bardziej kompetentna do pójścia drogą felietonu Ginny N. i wskazania, gdzie tym razem ja widzę nadzieje polskiej SF. Podobnie jak wybór Ginny, mój też będzie subiektywny i na pewno niepełny.

Skupię się na kilku ostatnich latach – nie będę więc wspominać na przykład o Annie Kańtoch, która w ostatnich latach skupiła się na konwencjach innych niż SF (która w jej wykonaniu też była raczej z pogranicza weirdu i specyficznie rozumianej vintage space opery, za której patrona można byłoby pewnie uznać bardziej Żuławskiego niż Lema). Nie omówię też dokładniej twórców znanych i znaczących, jak na przykład Paweł Majka czy Romuald Pawlak. W sporej większości sięgnę bowiem po twórczość osób, które karierę pisarską dopiero zaczynają, mają w dorobku opowiadania albo pojedyncze powieści – choć, owszem, wskażę też jedną czy drugą osobę z większym uznaniem i dorobkiem.

Kto więc z młodych stażem twórców i twórczyń w Polsce zwrócił moją uwagę jako autor(ka) SF?

Niewątpliwie wymieniona przez Ginny Marta Magdalena Lasik. Zaintrygowało mnie parę lat temu jej “Zwierciadło w dziurce od klucza“, umieszczone w antologii ŚKF “Skafander i melonik”, i od tej pory śledzę jej twórczość. W tym roku na mojej liście nominacji do Nagrody im. Janusza A. Zajdla znalazł się jej tekst z NF, “Głos Słońca” . Lasik, sama z wykształcenia związana z nauką, pisze SF dość bliskiego zasięgu, inteligentne, nie uciekające także od emocji i skupienia na postaciach. Równie wysoko cenię inną wymienioną przez Ginny autorkę, Olgę Niziołek. Niziołek to autorka wszechstronna, której pisarstwo lokuje się gdzieś między SF bliskiego zasięgu a motywami gdzieś podchodzącymi pod new weird. Jej tekst (“Ogród rozkoszy ziemskich” z antologii Tęczowe i fantastyczne) również był na mojej tegorocznej liście Zajdlowych nominacji.

Z wymienionych zarówno przez Zwierzchowskiego, jak i przez Ginny twórczyń niewątpliwie warto pamiętać o Krystynie Chodorowskiej – to nie jest autorka, z którą mnie osobiście, jako czytelniczce, byłoby jakoś bardzo po drodze, ale niewątpliwie jako twórczyni jest ona dojrzała i ciekawa. Nieco podobnie mam zresztą z inną autorką, której pozycja rośnie, i słusznie, a która w tych zestawieniach się nie pojawiła – a mianowicie z Magdaleną Kucenty. Może nie zawsze mnie jej cyber-punkujące teksty w 100% przekonują, ale uważam, że jest to pisarka ciekawa, pomysłowa i warta uwagi. Elementy cyberpunku widoczne są także w twórczości Anny Nieznaj, członkini grupy Harda Horda, której zbiór Błąd warunkowania zawiera teksty tą konwencją inspirowane. Skądinąd w polskim cyberpunku – który przecież jak najbardziej jest częścią konwencji SF – mamy też przecież pisarkę, o której można bez większego wahania powiedzieć, że jest królową: Martynę Raduchowską.

A jak już mowa o cyberpunku – warto wymienić, wśród młodych stażem jego twórców, także Kornela Mikołajczyka (którego zeszłoroczna powieść, Człowiek, który zniknął. Deus Ex Machina, flirtuje i z cyberpunkiem, i z elementami humoru, i z czarnym kryminałem), a także oryginalnego w swoim (inspirowanym często muzyką i artystycznymi zainteresowaniami samego autora, który również tworzy grafikę) podejściu do SF Sylwestra Gdelę, któremu też zdarza się do konwencji cyberpunku odwoływać, a którego opowiadanie “Mgły nad Atlantis” z tomu Nowoświaty raczej na pewno będzie jedną z moich nominacji Zajdlowych za 2021. W tym samym tomie jest też udane opowiadanie Marka Kolendy, autora opowiadań, którego dorobek jest jeszcze niezbyt duży, ale który w tekście “Dzieci Marii” pokazuje się jako ciekawy twórca SF. Warto zapamiętać to nazwisko.

Nagrodę Zajdla za opowiadanie za rok 2020 otrzymała Marta Potocka, która w konwencjach związanych z SF porusza się umiejętnie – warto zerknąć choćby na jej “Flauna” z antologii Skafander i melonik, który bardzo sprawnie i efektownie ogrywa konwencję horroru w kosmosie. A jak już mowa o nominacjach do Zajdla – warto wspomnieć o wielokrotnym nominowanym z tego roku, Krzysztofie Rewiuku. Współtworzone z Krzysztofem Matkowskim opowiadania “Dziewczyna z papieru i ognia” (nominacja dla Zajdla 2019) i “Święci z Vukovaru” bliższe są konwencjom może trochę weirdu, może – w przypadku “Dziewczyny…” – swoistej historyzującej fantasy i po ich lekturze nie tak łatwo wyobrazić sobie Rewiuka jako autora SF. Tymczasem jest on pisarzem SF pełną gębą – i ma w dorobku opowiadania SF naprawdę znakomite. Bardzo umiejętnie rozmaite powiązane z SF, głównie bliskiego zasięgu, konwencje ogrywa też w swojej twórczości Wiktor Orłowski – warto zerknąć na przykład do zawartego w Fantazjach zielonogórskich IX opowiadania “Śmierć w Mountain Green”, by się przekonać.

Umiejętnie i skutecznie posługuje się konwencjami związanymi z SF także Bartek Biedrzycki, którego zeszłoroczny zbiór Zimne światło gwiazd pokazuje, że ma on i warsztat, i pomysły. Ciekawym głosem w polskiej SF jest Magdalena Świerczek-Gryboś – autorka pisząca i wydająca dużo, nie zawsze równo, ale mająca twórcze i oryginalne pomysły; jej pisarstwo wychodzi zresztą często poza konwencje SF.

EDIT, bo poniewczasie przypomniałam sobie jeszcze dwa nazwiska. Znana m. in. z NF Anna Łagan, autorka pisząca w różnych konwencjach, pisuje również SF, podobnie jak publikujący w wielu różnych mediach (m.in. w Silmarisie Jerzy Bogusławski. Oboje są jak najbardziej warci wpisania na listę obserwowanych.

Na koniec chciałabym wspomnieć o jeszcze dwojgu autorach, których kariery – no, w zasadzie dopiero startują. Kamila Regel ma w dorobku na razie głównie II miejsce w plebiscycie portalu Nowa Fantastyka na opowiadanie tekstem “Siedem wrót ki-gal” – ale serio, poświęćcie chwilę na ten tekst, bo niewiele osób w naszym kraju, moim skromnym zdaniem, potrafi tak łączyć kosmiczne SF z głębokim wyczuciem dla mitu. I zapamiętajcie to nazwisko, bo moim zdaniem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to Regel może w polskiej SF sporo namieszać. A jak już jesteście na forum, zerknijcie na odlotowe, niesamowite, jakoś tam spokrewnione z najbardziej szalonymi tekstami Dukaja “Kwantowego serca ostinato”, bo jego autor, jeśli wytrwa przy pisaniu, też ma szanse stać się w polskiej SF głosem odrębnym i szalenie ciekawym.

Czego tu brakuje? Hard SF w stylu Egana czy Wattsa. Space opery takiej, jaką dziś pisze się na świecie – polskiego Yoona Ha Lee czy polskiej Arkady Martine na tej liście nie ma. Ale przede wszystkim – brakuje, tak naprawdę, szans, żeby to grono utalentowanych i różnorodnych osób miało szanse wypłynąć na szersze wody i się pokazać. Bo sam(a) z siebie fantast(k)a o pozycji i dorobku Lema nam się nie narodzi, to jest pewne.

Przestępstwo doskonałe w fantastycznych światach

Fantazmaty rok 2020 zakończyły publikacją tomu Zbrodnia doskonała. Założeniem było połączenie fantastyki z klasycznym motywem kryminalnym, jakim jest opowieść o niewykrywalnym, idealnie wykonanym przestępstwie. W zbiorze znalazły się zarówno opowiadania autorów i autorek mających już dorobek i poważne nagrodowe nominacje, jak i teksty twórców na początku autorskiej drogi.

Okładka autorstwa Vivi Ekhart. Źródło: strona Fantazmatów

Konwencje kryminalna i fantastyczna lubią się nie od dziś. Są wręcz takie formy fantastyki – jak urban fantasy, na przykład – dla których motywy kryminalne to dość oczywista składowa. Pod względem motywów fantastycznych zbiór Fantazmatów jest mocno urozmaicony: mamy i SF bliskiego zasięgu (Krzysztof Rewiuk), i różne formy grozy (Alicja Korzewska, Marianna Szygoń, Wiktor Orłowski), i nietypową, powiedzmy, space operę (Magdalena Świerczek-Gryboś i Magdalena Kucenty), i popularne miejskie legendy z dawką niesamowitości (Agnieszka Biskup), i podszytą horrorem specyficzną fantasy (Agnieszka Osikowicz-Chwaja). Ze zbrodnią trochę gorzej: klasyczne elementy kryminalne mają głównie teksty Agnieszki Biskup i Wiktora Orłowskiego, w pozostałych przestępstwo doskonałe i próba jego wykrycia pojawia się bądź w tle, bądź jako motyw o drugoplanowym znaczeniu wobec na przykład rozważań o tym, co je umożliwia (Krzysztof Rewiuk), historii istot, w przypadku których zbrodnia nie do końca może być po ludzku rozumiana (Magdalena Kucenty i Magdalena Świerczek-Gryboś) czy opisu społeczności i jej funkcjonowania (Agnieszka Osikowicz-Chwaja). Czy to źle? Niekoniecznie – w zbiorze mamy w zasadzie równe, niezłe lub dobre teksty. Niemniej – ktoś, kto sięgnie po Zbrodnię doskonałą, szukając fantastycznej Agathy Christie, raczej się rozczaruje, podczas gdy czytelnik chcący po prostu poczytać przyzwoite opowiadania fantastyczne niewątpliwie znajdzie tu coś dla siebie.   

A jak prezentują się poszczególne teksty? „Al” Krzysztofa Rewiuka to bardzo starannie zaplanowane, poukładane opowiadanie – tu naprawdę każde zdanie jest na swoim miejscu, każda autorska decyzja (jak np. użycie czasu przyszłego  w narracji) to przemyślany i konkretny wybór. Autor wychodzi od pomysłu i otoczenia dobrze w fantastyce znanego – jesteśmy w laboratorium, gdzie dwoje młodych uczonych prowadzi doświadczenie, obserwując wędrującego po labiryncie szczurka, który dostał imię po najsłynniejszej myszy w historii fantastyki. Czytelnik, wędrujący przez labirynt opowieści razem z bohaterami, zastanawia się: jakie w tym znakomicie działającym literackim mechanizmie (a ten tekst jest, tak naprawdę, o przewidywaniu zachowań i byciu przewidywalnym!) jest przełożenie między narratorką a jej dwoma zwierciadłami – szczurem Alem w labiryncie i oskarżoną o morderstwo pacjentką, którą narratorka obserwuje jako jej psychiatra? Zbrodnia  – ta konkretna, popełniona na mężu przez kochającą żonę – jest w tym tekście w zasadzie pretekstowa i autor nam to wyraźnie sygnalizuje, bo nawet nie dowiemy się, czy ofiara przeżyła. W centrum stoi inne pytanie: o wolną wolę i o przyczyny naszych decyzji. O to, co może sprawić, że pewnego dnia, nie chcąc tego, popełnimy zbrodnię… Brakuje mi w tym tekście domknięcia – mam wrażenie, że się urywa w pewnym momencie, trochę, jak dla mnie, za szybko, autor, mam wrażenie, wybrał domknięcie tekstu sceną, która jest bardzo efektowna, ale mnie raczej wybiła z rytmu czytania niż dała odpowiedzi – niemniej, generalnie uważam go za udany.

„Inspicjent Brzeszczot” Alicji Korzewskiej też nie jest tekstem kryminalnym. Gdy chodzi o konwencję, trochę się on miota między niemal-pastiszową i chwilami dość przerysowaną opowieścią o pomniejszym mafiosku z półświatka, który trafia na mocno stereotypową podlaską wieś, a klimatycznym i bardzo dobrze napisanym gotyckim horrorem o czuwaniu nad ciałem zmarłego, który gdzieś wśród dalekich, pewnie nawet nieświadomych przodków ma „Wija” Gogola. Tekst jest nierówny, ale autorka bardzo obiecująca, zdecydowanie będę śledzić jej kolejne teksty.

„Oko Henrietty” Marianny Szygoń zaczyna się jak pastisz czarnego kryminału – upiorna baronowa żąda od bohatera-detektywa, by odzyskał jej serce, które podczas pobytu w astralnym wymiarze rzekomo ukradł niewierny mąż. Już jednak w otwierających scenach widać dużą wyobraźnię i literacką pomysłowość autorki, która wyróżnia ten tekst. On jest niespieszny, powolny, z ładnie zbudowanym retro klimatem. Autorka prowadzi nas przez świat, który starannie nam objaśnia; ja bym chyba wolała nieco krótsze opowiadanie, w którym część natury świata muszę odgadnąć sama, ale niewątpliwie „Oko Henrietty” to tekst udany i literacko, i koncepcyjnie.

„Baran, gwiazda podwójna i morze w cynowej wannie” dwóch Magdalen – Świerczek-Gryboś i Kucenty  – to dziwna, pokrętna i napisana z ogromną wyobraźnią wariacja na temat pewnej powszechnie znanej opowieści. Puzzle, z których ją złożono, są jednak rozsypane i nieoczywiste, tak że mija dłuższa chwila, zanim z rozsypanych kawałeczków – drapieżny egoistyczny kwiat z kolcami, samiec gatunku Ovis aries, osoba o inicjałach MK, planety, podróże i zawikłane relacje osobiste  – zaczniemy składać całość. Ale i wtedy nie mamy przed sobą prostego zadania, bo narracja w tym tekście jest zapętlona i zapośredniczona, prowadzona na kilku poziomach. Świetnie się to, przy całym szaleństwie tej opowieści, czyta – przynajmniej do pewnego momentu. Pod koniec akcja przyspiesza i część narracji jest niemal streszczająca, a autorki upychają tam o jedno popkulturowe skojarzenie i jeden średniej jakości dowcip (i jedną scenę seksu) za dużo. Przyczepię się jeszcze czysto pro forma, że i zbrodnia też dość specyficznie rozumiana, niemniej uważam ten tekst za zdecydowanie intrygujący, nawet jeśli chwilami budził we mnie lekką czytelniczą frustrację.

Agnieszka Osikowicz-Chwaja w opowiadaniu „Cmentarz doskonałych” zabiera nas do raczej nietypowego świata fantasy, gdzie są samochody i szosy, ale też obcy świat ze swoistymi formami medycyny i drapieżnym, żywym lasem. W tę scenografię autorka wpisuje dość klasyczną opowieść grozy – z gatunku tych historii z dziwacznych małych miasteczek, które  wydają się pozornie senne i leniwe, ale poskrob lekko po powierzchni, a dogrzebiesz się do mrocznych rytuałów i przeklętych tajemnic. Jeśli autorka pokazuje nam na początku strzelbę – na przykład sugerując, z czego zawsze znane było to miasteczko – to ta strzelba ma spore szanse wystrzelić, zanim akcja  się zamknie. Bardzo klasyczny, dobrze napisany tekst.

W opowiadaniu „Śmierć starszej pani” Agnieszka Biskup odwołuje się do kilku popularnych motywów – opowieści o kotach, pożerających zmarłych państwa, historii o kociej przemyślności, miejskich legend o nawiedzonych kociarach – tworząc lekko groteskową całość, w której głównym bohaterem jest perfidny i przebiegły przyszły spadkobierca, któremu nie chce się czekać na spadek… „Śmierć starszej pani” to sprawnie napisany tekst, który w pamięci mi jednak raczej na dłużej nie zostanie, może właśnie ze względu na to, jak mocno ogrywa znane już opowieści i motywy.

„De profundis” Wiktora Orłowskiego zaczyna się od uwag o amerykańskich serialach i wzmianki o tym, że bohater opowiadania nie jest bohaterem jednego z nich – ale to nie do końca prawda. Tekst ma wyraźnie serialowy, a może nawet bardziej – filmowy, klimat. Zaczyna się jak modne, wysokobudżetowe thrillery z gwiazdorską obsadą i pięknymi zdjęciami: w montażu krótkich, efektownych, ciętych scenek dostajemy wprowadzenie w sprawę tajemniczego morderstwa w Watykanie. Czy to zbrodnia na tle religijnym? A może ktoś sprytnie zaciera ślady? Na dodatek trup leży – jak w serialu Most nad Sundem – pół na pół na terenie jurysdykcji dwóch rywalizujących sił policyjnych. Sprawę musi pomóc rozwiązać przybyły nie wiadomo skąd tajemniczy Isidore Montenegro, watykański śledczy o podejrzanie młodej twarzy i równie podejrzanych kompetencjach i koneksjach. Bo przecież gdzieś w tym wszystkim musiał pojawić się powiedzmy-sobie-egzorcysta, czyż nie? Który jest zdecydowanie czymś więcej, niż tylko nadnaturalnym detektywem? Bohaterowie filmowo wymieniają się efektownymi onelinerami („La Scala” już go wpisała w repertuar na lipiec jako odpowiedź na uwagę kolegi, że trup na schodach to niezły spektakl, co za moment zostanie skontrowane uwagą inspektora, że jeśli wszyscy z Neapolu są równie bystrzy, to nic dziwnego, że waszą spuścizną dziejową jest pizza lub później wymiana X: To się nazywa brzytwa Okhama, Y: Raczej jajko Kolumba), nawet mimo że zbrodnia jest z tych nienaturalnie odrażających – nie na co dzień nawet w filmach o Hannibalu Lecterze widuje się ofiary bez twarzy, które przed śmiercią zdołały jakimś cudem de facto wywrócić sobie wnętrzności na drugą stronę… Oczywiście zaraz się okaże, że ofiara nie była byle kim, oczywiście za chwilę padnie uwaga, że należy oczekiwać następnej… “De profundis” to szalenie efektowny tekst, zmontowany jak blockbuster (ta scena, kiedy zbrodniarz nagrany na kamerę przemysłową spogląda z nagrania wprost w oczy detektywa!), z motywami (wycięty na ciele ofiary kod, który okazuje się… no, chyba jasne, czym się musi okazać), metafizyką i klimatem thrillerów spod znaku lepszej wersji adaptacji Dana Browna, którego nazwisko pada zresztą explicite w tekście – nieprzypadkowo ciągle używam tych filmowych skojarzeń, bo one ten tekst dobrze charakteryzują. Postacie, zwłaszcza drugoplanowe, są też mocno filmowe – owszem, stereotypowe, przewidywalne, ale każda na swoim miejscu, Rzym wygląda jak z pocztówek albo z teledysków. Czysta rozrywka, solidnie zrobiona.

Zbrodnia doskonała to przyzwoity zbiór niezłych tekstów – żaden z nich nie powalił mnie na kolana, ale też ani jeden nie jest rzeczywiście słaby, a opracowanie całej antologii jest bardzo profesjonalne: opowiadania, nawet te, które mnie nie zachwyciły, są solidnie zredagowane, do korekty nie ma się o co przyczepić, a okładka intryguje. Generalnie jak najbardziej do polecenia, choć raczej zwolennikom fantastyki niż kryminału.