Taka prawie róża

Anna Lewicka, Pełnik, Wydawnictwo Jaguar, 2021

Tytułowy Pełnik to fikcyjne miasteczko, nazwane na cześć kwiatu pełnika (Trollius europaeus L.), określanego lokalnie kłodzką różą, choć tak naprawdę z różą niewiele ma wspólnego, bo należy do rodziny jaskrowatych. Trochę to zawikłane, prawda? I to, powiem wam, w jakiś metaforyczny sposób to zamieszanie z nazwami oddaje część moich problemów z tą książką. Bo Pełnik Lewickiej to taka, no, prawie róża. A raczej – prawie groza, prawie udana.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji) po krótką bezspojlerową opinię.

Okładka. Źródło: Lubimy Czytać

Powiem może od razu tak: Pełnik mi się nie podobał. Część z tej opinii jest całkowicie subiektywna – nie mam wątpliwości, że czytelnik / czytelniczka szukający czegoś innego, niż ja lubię, może poczuć satysfakcję z lektury. Część zarzutów z kolei ma charakter bardziej, powiedzmy, obiektywny – cóż, jak człowiek jest z wykształcenia literaturoznawcą, to trochę mu się pewne rzeczy w oczy rzucają.

No to zacznijmy od początku. Od okładki. A konkretniej – od określenia na niej widocznego, określenia powieść grozy.

No więc nie. To nie jest powieść grozy, a już reklama na Lubimy Czytać (“Jeśli kochasz Edgara Allana Poe, to pokochasz tę powieść”) to , hmmm, zwodzenie czytelnika. I wcale nie chodzi o to, że nie wypada porównywać się z mistrzami, bo w sumie czemu nie. Chodzi raczej o to, że powieścią grozy to Pełnik raczej nie jest.

A czym jest? Ano, romansem paranormalnym. To zdecydowanie wyznaczniki tego gatunku przeważają w fabule.

Emilia, młoda prawniczka, rzuca karierę w Warszawie i wraca do rodzinnego Pełnika. Nie lubiła tego miasta, a wobec ciotki, która właśnie zmarła tragicznie (i zostawiła jej podupadłą willę-pensjonat) żywiła uczucia ambiwalentne – z jednej strony często słyszymy, jak bardzo bohaterka ją kochała, z drugiej – nieraz w powieści powtarza, że od czasów licealnych zaczęła czuć się nieswojo w dziwacznym domu z kostyczną, starszą, noszącą się w wiktoriańskich ciuchach ciotką. Do ciotki i jej strojów jeszcze wrócimy.

W każdym razie Emilia w Pełniku spotyka ludzi z pokolenia ciotki, którzy nadal jej nie lubią, oraz dwóch mężczyzn. Jednym jest ciepły, szalenie opiekuńczy, życzliwy, cholernie przystojny i znakomity w łóżku Krzysztof, drugim – mroczny, tajemniczy, widoczny tylko dla bohaterki (w czym chyba mamy się nie zorientować, ale przynajmniej ja zorientowałam się dość szybko), emanujący dzikim seksapilem i zdecydowanie będący czymś więcej niż człowiekiem Konstanty. Bohaterka randkuje z Krzysztofem, fantazjuje o Konstantym, nie wie, którego woli. Wokół jej emocji i perypetii romansowych kręci się spora część powieści.

Powiedzmy sobie od razu: żeby mnie wątek romansowy, na dodatek okraszony mnóstwem opisów seksu, kupił, to jest dość rzadkie. Tu mnie nie przekonał: opisy erotycznych uniesień bohaterki i cudownej atrakcyjności jej obiektów uczuć raczej mnie irytowały niż podniecały – ale to jest właśnie ta część subiektywna. Zdaję sobie doskonale sprawę, że dla osoby, która takich właśnie motywów szuka, powieść jak najbardziej może być atrakcyjna, nawet mimo sztampowości kontrastu między idealnym partnerem Krzysztofem a zwierzęco pociągającym Konstantym, reprezentującymi typy wyjątkowo często w romansie paranormalnym spotykane.

A te elementy rodem z typowej grozy, a raczej – z powieści gotyckiej? No więc to tu włącza mi się zmysł krytyczny.

Narracja w Pełniku jest pierwszoosobowa, realistyczna w tym sensie, że bohaterka nie wątpi w świadectwo swoich zmysłów i choć czasami teatralnie obawia się, czy aby nie popada w obłęd, czytelnik raczej pozostaje z poczuciem, że choć w świecie wokół Emki (jak określają główną bohaterkę znajomi) dzieją się dziwne rzeczy, to dzieją się one naprawdę. Nie ma tu nic z onirycznej narracji ani ucieczek w nieoczywistość.

No i w tej narracji, na śmiertelnie poważnie, mamy między innymi tajną świątynię z marmurowymi schodami i uchwytami na pochodnie, a w niej posąg boga-Karkonosza; świątynia ukryta jest pod domem i dostępna po odsunięciu regału, a zbudowano ją ewidentnie w latach 40. XX wieku, razem z tym marmurem i uchwytami na pochodnie. Sekretne bractwo w małym miasteczku, przebierające się w szaty i kaptury. Przeklęty, a raczej wybrany ród. Próbę złożenia bohaterki w czymś w rodzaju ofiary, kiedy leży ona (bohaterka, nie ofiara) naga na ołtarzu, a nad nią stoją w kręgu zakapturzeni członkowie bractwa. Które się oczywiście nazywa po łacinie, bo quidquid Latine dictum sit, altum videtur (1). I to wszystko jest na śmiertelnie serio, w jednej krótkiej powieści – i jest tego dla mnie trochę za dużo.

Nie mam żadnych wątpliwości: te wątki rodem z klasyki gotycyzmu kupiłabym w tekście bardziej siebie świadomym, napisanym z poczuciem ich sztampowości, oczywistości i kompletnej nierealistyczności. W tekście, w którym bohaterka czułaby nie że popada w erotyczny szał, a raczej – że jej życie zaczyna przypominać mocno trącącą myszką hollywoodzką fabułę opartą na dziewiętnastowiecznych pomysłach na grozę. Wszystko można, nawet najbardziej ograne wątki da się wprowadzić i pokazać tak, że czytelnikowi buty spadną z wrażenia, ale trzeba mieć na nie pomysł. Tymczasem ta powieść składa się z takich stereotypów gatunkowych powieści gotyckiej i romansu paranormalnego, że przy jej realistycznym (a nie np. onirycznym) ujęciu fabuły i przezroczystym stylu nie byłam w stanie traktować jej na serio (a takie jest ewidentnie odautorskie założenie) i momentami chichotałam jak szalona, co raczej nie było odautorską intencją (a przynajmniej w stylu i fabule nic na to nie wskazuje).

Dodajmy niezbyt czasem przekonująco poprowadzone wątki – jak ten, w którym przyjaciółka z miasta olewa bohaterkę, kiedy ta rzuca korpo i wyjeżdża odziedziczyć dom po ciotce, nie oddzwania, Emka ma wrażenie, że przyjaźń się skończyła, ale potem nagle przyjeżdża nieproszona ratować Emkę (o której sądzi, że jest nieszczęśliwa), po czym ginie w tej samej scenie. Problemem bywa też nie najlepszy chwilami research (nie ma zbyt wielu szans, żeby na nowym grobie położyć kamienną płytę nagrobną w dniu pogrzebu). Lewicka ma też skłonność do trochę za łatwych i zbyt przewidywalnych rozwiązań (jak godna schematycznego serialu kryminalnego śmierć pana Marka zaraz po tym, jak próbował się z czymś ważnym dodzwonić do bohaterki, czy pochodząca z rekwizytorni romansu kłótnia między Krzysztofem a Emilią po tym, jak Emilia w erotycznym uniesieniu pomyliła imiona i jęknęła “Konstanty” podczas seksu z Krzysztofem). No i dodajmy, że czasami autorka miewa jakiś ciekawy pomysł, ale nie zawsze jej wychodzi realizacja. I tu powraca ciotka i jej wiktoriańskie ciuchy. Rozumiem, że w planach było założenie, że ciotka Edna, wpisana w historię paktu miasteczka z bogiem gór, jest niejako nie z naszej epoki, zawieszona w czasie, co by tłumaczyło niekonsekwencje związane z jej wiekiem. I gdyby było to wypunktowane nieco mocniej, to pewnie mniej irytowałyby mnie te opisy zmarłej w wieku pięćdziesięciu trzech lat kostycznej starszej damy. W Pełniku w ogóle jest tak, że tam sporo rzeczy mogło zadziałać, i to bardzo fajnie, ale coś nie do końca wyszło, niestety, na poziomie czysto literackiej realizacji.

Jeśli spojrzeć na recenzowane przeze mnie poprzednio Pieśni Chołów Macieja Głowackiego, to – jak chodzi o wykorzystanie mitów, legend i lokalności – to pod pewnymi względami te dwie powieści, Pieśni Chołów i Pełnik, są na przeciwnych biegunach, pod innymi zaś są podobne. Głowacki miesza, łączy różne odniesienia, wplata postacie ze słowiańskiego bestiariusza (mamuna) między swoje własne kreacje. Lewicka sięga po lokalne legendy,przetwarzając je zgodnie z konwencjami romansu paranormalnego i powieści gotyckiej (Konstanty- Liczyrzepa – Kronos ukazuje się w postaci seksownego mężczyzny, a jego posąg w świątyni pod domem Edny jest opisany jako groźny, fascynujący i przerażający). Lokalna opowieść o strażniku gór zostaje przy tym wpisana w szeroki i głęboki mityczny kontekst (i powiem od razu, dużo lepiej wychodzi to w samej powieści, konkretniej w jej końcowych partiach, niż w odwołującym się do Junga odautorskim posłowiu). Głowacki bardziej kreuje własny mit ze znanych i nieznanych klocków, Lewicka w większym stopniu dostosowuje istniejące opowieści do konwencji, w których pisze.

Szkoda mi trochę tej powieści. Tu był potencjał, IMHO, na więcej, niż wyszło – przede wszystkim na coś mniej oczywistego, w mniejszym stopniu związanego gatunkowymi schematami traktowanymi śmiertelnie serio. To nie zmienia faktu, że pewnie będzie całkiem sporo czytających, którym się spodoba, i dobrze. Nie wszystko jest dla wszystkich. Ale i tak mi szkoda, bo autorka ma przebłyski i są w tej powieści sceny i motywy, które pokazują, że to pisarka z potencjałem.

(1) Skądinąd, omnia paribus znaczy raczej wszystko dla równych niż wszystko jest stałe, przypadki się nie zgadzają. Wszystko jest stałe powiedziałabym raczej omnia constantia albo omne constans, co by autorce bardzo ładnie pasowało do fabuły, skądinąd 🙂

Pełnik europejski. Źródło: Wikipedia

GDZIE KUPIĆ: Wszędzie, dla odmiany recenzuję powieść wydaną w regularnej dystrybucji przez wydawnictwo, a nie darmową antologię czy self-puba.

DLA KOGO: IMHO głównie dla osób, które zdecydowanie chcą poczytać romans w polskich, lokalnych dekoracjach rodem z tradycyjnej gotycyzującej grozy.

Małe Licho i całkiem spore kłopoty

Marta Kisiel, Małe Licho i lato z diabłem, il. Paulina Wyrt, Wydawnictwo Wilga 2020

Uwaga: recenzja zawiera spojlery.

Okładka “Małego Licha i lata z diabłem”. Źródło: strona autorki

W trzeciej odsłonie przygód Bożka (który oprócz dwóch aniołów dorobił się również diabła – no, biesa – stróża) dziesięcioletniemu bohaterowi przyjdzie zmierzyć się z dwoma poważnymi problemami. Pierwszym są potwory z zaświatów, drugim, w sumie co najmniej równie skomplikowanym – nielubiany kolega z klasy, spotkany w mocno niefortunnych okolicznościach.

Marta Kisiel debiutowała prozą raczej lekką i humorystyczną – i tę umiejętność bawienia czytelnika widać nadal w jej twóczości, zwłaszcza w tej dla dzieci. Element humorystyczny przede wszystkim stanowią tu postacie poboczne, w tym te fantastyczne – Licho, czort Bazyl, obecne trzecioplanowo istoty z domu Bożka. Autorka ogrywa znanych już czytelnikom bohaterów i ich charakterystyczne, rozpoznawalne cechy. Licho nadal ma alergię na własne pierze, uwielbia słodycze i kocha sprzątać, Bazyl dalej sepleni i ma dar pakowania się w kłopoty, widma ze strychu nadal bawią swoją mocno filmową niemczyzną, a Krakers gotuje. Druga sfera to oczywiście humor języka, od specyficznej dla tego cyklu Kisiel narracji po żarty słowne.

Narracja jest w cyklu o Lichu prowadzona, że się tak wyrażę, konsekwentnie zmiennie. Narracja z punktu widzenia bohaterów – głównie Bożka, ale tutaj, chwilami, także jego, powiedzmy, arcywroga imieniem Witek – uzupełniona jest spojrzeniem narratora wszechwiedzącego, z sympatią, ale też z odrobiną lekkiej pobłażliwości i takiego trochę baśniowego dystansu, co nadaje całości tekstu lekko bajkowy ton. Ton, który bardzo sympatycznie współgra z jednym głównym wątkiem książki – i bardzo efektownie kontrastuje z tym drugim.

Ten pierwszy wątek to – lato. Lato i wakacje. Ten wątek jest bardzo klasyczny, w literaturze dziecięcej i wczesnomłodzieżowej pojawia się wielokrotnie, a Marta Kisiel ładnie i subtelnie go tutaj ogrywa. Widać to jej umiejętności pisania i z humorem, i lirycznie – opis łąki cioci Ody, rowerowych przejażdżek, lodów, noclegów pod namiotem mają klimat klasycznej dziecięcej prozy.

No ale.

Zaczęłam od wzmianki o humorze w pisarstwie Kisiel, ale przecież tam jest nie tylko humor i nie tylko pogoda. Ona zarówno swoimi powieściami dla dorosłych (zwłaszcza cyklem wrocławskim), jak i tym, jak ograła na przykład Króla olch w pierwszej części przygód Bożka udowodniła już dawno, że potrafi znakomicie tworzyć nastrój gotyckiej, opresyjnej grozy. I – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało w kontekście książki dla dzieci – tu też wychodzi jej to znakomicie. Bo przygody Bożka i wplątanego w nie trochę z przypadku Witka bynajmniej nie ograniczą się tym razem do słodyczy, słońca i spania pod namiotem.

Obok jednak codziennych przyjemności i fantastyczno-niesamowitych przygód w powieści Marty Kisiel jest jeszcze jedna historia: a mianowicie historia spotkania z Witkiem. I to jest coś, za co ja, czytelniczka dorosła, ale literaturę dziecięcą lubiąca, dodatkowo tę powieść cenię.

Tak jak w poprzednich częściach, tak i Małym lichu i lecie z diabłem autorka porusza – nienachalnie i subtelnie – także i tematy, że tak powiem, życiowe. Tu akurat jest to problem niechęci Brożka do Witka – chłopcy znają się ze szkoły, a serdeczną niechęć, jaką z niej wynieśli, twórczo rozwijają na wakacjach. Bardzo się cieszę, że autorka nie poszła w najprostsze rozwiązanie, że nie zrobiła Witka klasowym przemocowym chuliganem. Witek to inny rodzaj klasowego nerda niż Bożek – kocha przyrodę i został wychowany w poczuciu absolutnej wyższości swoich “dorosłych” zainteresowań nad pasjami kolegów, w tym – nad Bożkową miłością do mitów i baśni. Obaj jednak są raczej szkolnymi outsiderami, obaj też są, z tych czy innych powodów, samotni; i kiedy się przekonają, że jednak jakoś się dogadują, uczyni to ich życie ich obu – a przynajmniej wakacje – zdecydowanie przyjemniejszymi.

Generalnie – to jest bardzo sympatyczna, pogodna i niegłupia książka dla dzieciaków. Dorosłej mnie się – w swojej kategorii – podobała, teraz zamierzam przetestować ją na rówieśniczce Bożka. I z przyjemnością poczekam na kolejną część.