Zew Zajdla 2020: opowiadania (3). Krzysztof Rewiuk, “Al”

Na początek – wiem, powtarzam się od kilku wpisów, ale to dlatego, że ludzie czasem zaglądają nie na cały cykl notek, ale na informacje o konkretnych tekstach – krótkie streszczenie, o co w tej serii postów chodzi. Od kilku lat biorę udział w akcji Zew Zajdla – co oznacza, że po pierwsze, sama wysyłam propozycje nominacji do najważniejszej polskiej fandomowej nagrody. Po drugie, kiedy przychodzi pora ogłoszenia, jakie powieści i opowiadania zostały oficjalnie nominowane, czytam te propozycje, by wybrać z nich w końcu moje ulubione i zagłosować. To głosowanie można zrealizować na dwa sposoby: albo wybierając się na konwent w randze Polconu, w tym roku – Bachanalia Fantastyczne, albo głosując online po wykupieniu akredytacji wspierającej (koszt to 20 PLN, a zasady głosowania opisane są tutaj).

Rozpoczęłam już swój cykl recenzji z nominowanych tekstów – udało mi się podzielić wrażeniami z lektury opowiadań: Krzysztofa Matkowskiego i Krzysztofa RewiukaŚwięci z Vukovaru”, Magdaleny Kubasiewicz “Sen nocy miejskiej”, oraz “Gdzie Mikołaj nie może… tam diabła pośleKatarzyny Bereniki Miszczuk. Spisałam też już swoje refleksje z lektury powieści Macieja Głowackiego Pieśni Chołów, a na stronie Esensji dostępna jest moja recenzja powieści Krzysztofa Matkowskiego Trzecia część człowieka.

Dzisiaj z kolei sięgnęłam po antologię Fantazmatów Zbrodnia doskonała i po otwierające ją opowiadanie Krzysztofa Rewiuka “Al”. Całą antologię recenzowałam tutaj – mój dzisiejszy tekst o opowiadaniu Rewiuka jest rozwinięciem uwag, jakie zawarłam w tamtej analizie.

Uwaga: recenzja zawiera spojlery. Przejdź na dół, do tekstu po drugiej ilustracji, po krótką bezspojlerową rekomendację.

Al” Krzysztofa Rewiuka to tekst science fiction bliskiego zasięgu, bardzo klasyczny w swojej koncepcji, osadzony w dość przewidywalnych realiach i mający jako głównych bohaterów postacie raczej dla SF typowe – młodego uczonego i stażystkę-psycholożkę. W fantastyczno-naukową (naukową w więcej niż jednym znaczeniu) autor wpisuje ciekawy, i szczerze mówiąc dość niepokojący problem etyczny, związany z kwestią woli i odpowiedzialności.

To bardzo starannie zaplanowane, poukładane opowiadanie – tu naprawdę każde zdanie jest na swoim miejscu, każda autorska decyzja (jak np. użycie czasu przyszłego  w narracji) to przemyślany i konkretny wybór. Rewiuk wychodzi od pomysłu i otoczenia dobrze w fantastyce znanego – jesteśmy w laboratorium, gdzie dwoje młodych uczonych prowadzi doświadczenie, obserwując wędrującego po labiryncie szczurka, który dostał imię po najsłynniejszej myszy w historii fantastyki. Choć w zasadzie to doświadczenie prowadzi on, Michał. Ona, Anka, jest gościem, a jednocześnie – partnerką Michała. Sama Anka za chwilę też stanie przed ważnym zawodowym wyzwaniem, jako że będzie musiała ocenić poczytalność kobiety, która pozornie bez żadnych motywów zaatakowała nożem męża…

Czytelnik, wędrujący przez labirynt opowieści razem z bohaterami, zastanawia się: jakie w tym bardzo płynnie działającym literackim mechanizmie (a ten tekst jest, tak naprawdę, o przewidywaniu zachowań i byciu przewidywalnym!) jest przełożenie między narratorką a jej dwoma zwierciadłami – szczurem Alem w labiryncie i oskarżoną o morderstwo pacjentką, którą narratorka obserwuje jako jej psychiatra? Fabularnie historia Ala jest nieco inna niż jego imiennika w opowiadaniu Daniela Keyesa, ale rola, jaką obie laboratoryjne myszy odgrywają w fabule, jest poniekąd podobna, obie bowiem służą jako poniekąd odpowiednik głównej postaci i zwierciadło jej losów.

Opowiadanie pochodzi, jak wspomniałam, z temu poświęconego fantastycznym zbrodniom doskonałym. Zbrodnia  – ta konkretna, popełniona na mężu przez kochającą żonę – jest w tym akurat tekście w zasadzie pretekstowa i autor nam to wyraźnie sygnalizuje, bo nawet nie dowiemy się, czy ofiara przeżyła. W centrum stoi inne pytanie: o wolną wolę i o przyczyny naszych decyzji. O to, co może sprawić, że pewnego dnia, nie chcąc tego, popełnimy zbrodnię…

Skoro tak wcześniej chwaliłam – to teraz może powiem coś pozornie niekonsekwentnego. Nie zachwycił mnie ten tekst. “Al” kończy się mocną, zaskakującą sceną, a mimo to – brakuje mi w nim domknięcia. Mam wrażenie, że opowiadanie się urywa w pewnym momencie, trochę, jak dla mnie, za szybko. Trochę wygląda to tak, jakby autor wybrał zakończenie tekstu sceną, która jest bardzo efektowna, ale mnie raczej wybiła z rytmu czytania niż dała odpowiedzi. i jak generalnie uważam “Ala” za udany tekst, tak jednocześnie nie ukrywam jednak, że wolę inne opowiadania Rewiuka.

Algernon nie jest jedynym popkulturowym szczurkiem wspomnianym w opowiadaniu. Obrazek stąd

GDZIE ZNALEŹĆ: W darmowej antologii Fantazmatów Zbrodnia doskonała oraz w antologii opowiadań nominowanych do Nagrody Zajdla za rok 2020

ZA ILE: Za darmo w obu postaciach. Uwaga: antologia Zajdlowa jest dostępna za darmo do ściągnięcia pod adresem widocznym powyżej do końca tego roku.

DLA KOGO: dla lubiących klasyczną, elegancko napisaną science fiction bez zbyt wielkiego skupienia na science.

Przestępstwo doskonałe w fantastycznych światach

Fantazmaty rok 2020 zakończyły publikacją tomu Zbrodnia doskonała. Założeniem było połączenie fantastyki z klasycznym motywem kryminalnym, jakim jest opowieść o niewykrywalnym, idealnie wykonanym przestępstwie. W zbiorze znalazły się zarówno opowiadania autorów i autorek mających już dorobek i poważne nagrodowe nominacje, jak i teksty twórców na początku autorskiej drogi.

Okładka autorstwa Vivi Ekhart. Źródło: strona Fantazmatów

Konwencje kryminalna i fantastyczna lubią się nie od dziś. Są wręcz takie formy fantastyki – jak urban fantasy, na przykład – dla których motywy kryminalne to dość oczywista składowa. Pod względem motywów fantastycznych zbiór Fantazmatów jest mocno urozmaicony: mamy i SF bliskiego zasięgu (Krzysztof Rewiuk), i różne formy grozy (Alicja Korzewska, Marianna Szygoń, Wiktor Orłowski), i nietypową, powiedzmy, space operę (Magdalena Świerczek-Gryboś i Magdalena Kucenty), i popularne miejskie legendy z dawką niesamowitości (Agnieszka Biskup), i podszytą horrorem specyficzną fantasy (Agnieszka Osikowicz-Chwaja). Ze zbrodnią trochę gorzej: klasyczne elementy kryminalne mają głównie teksty Agnieszki Biskup i Wiktora Orłowskiego, w pozostałych przestępstwo doskonałe i próba jego wykrycia pojawia się bądź w tle, bądź jako motyw o drugoplanowym znaczeniu wobec na przykład rozważań o tym, co je umożliwia (Krzysztof Rewiuk), historii istot, w przypadku których zbrodnia nie do końca może być po ludzku rozumiana (Magdalena Kucenty i Magdalena Świerczek-Gryboś) czy opisu społeczności i jej funkcjonowania (Agnieszka Osikowicz-Chwaja). Czy to źle? Niekoniecznie – w zbiorze mamy w zasadzie równe, niezłe lub dobre teksty. Niemniej – ktoś, kto sięgnie po Zbrodnię doskonałą, szukając fantastycznej Agathy Christie, raczej się rozczaruje, podczas gdy czytelnik chcący po prostu poczytać przyzwoite opowiadania fantastyczne niewątpliwie znajdzie tu coś dla siebie.   

A jak prezentują się poszczególne teksty? „Al” Krzysztofa Rewiuka to bardzo starannie zaplanowane, poukładane opowiadanie – tu naprawdę każde zdanie jest na swoim miejscu, każda autorska decyzja (jak np. użycie czasu przyszłego  w narracji) to przemyślany i konkretny wybór. Autor wychodzi od pomysłu i otoczenia dobrze w fantastyce znanego – jesteśmy w laboratorium, gdzie dwoje młodych uczonych prowadzi doświadczenie, obserwując wędrującego po labiryncie szczurka, który dostał imię po najsłynniejszej myszy w historii fantastyki. Czytelnik, wędrujący przez labirynt opowieści razem z bohaterami, zastanawia się: jakie w tym znakomicie działającym literackim mechanizmie (a ten tekst jest, tak naprawdę, o przewidywaniu zachowań i byciu przewidywalnym!) jest przełożenie między narratorką a jej dwoma zwierciadłami – szczurem Alem w labiryncie i oskarżoną o morderstwo pacjentką, którą narratorka obserwuje jako jej psychiatra? Zbrodnia  – ta konkretna, popełniona na mężu przez kochającą żonę – jest w tym tekście w zasadzie pretekstowa i autor nam to wyraźnie sygnalizuje, bo nawet nie dowiemy się, czy ofiara przeżyła. W centrum stoi inne pytanie: o wolną wolę i o przyczyny naszych decyzji. O to, co może sprawić, że pewnego dnia, nie chcąc tego, popełnimy zbrodnię… Brakuje mi w tym tekście domknięcia – mam wrażenie, że się urywa w pewnym momencie, trochę, jak dla mnie, za szybko, autor, mam wrażenie, wybrał domknięcie tekstu sceną, która jest bardzo efektowna, ale mnie raczej wybiła z rytmu czytania niż dała odpowiedzi – niemniej, generalnie uważam go za udany.

„Inspicjent Brzeszczot” Alicji Korzewskiej też nie jest tekstem kryminalnym. Gdy chodzi o konwencję, trochę się on miota między niemal-pastiszową i chwilami dość przerysowaną opowieścią o pomniejszym mafiosku z półświatka, który trafia na mocno stereotypową podlaską wieś, a klimatycznym i bardzo dobrze napisanym gotyckim horrorem o czuwaniu nad ciałem zmarłego, który gdzieś wśród dalekich, pewnie nawet nieświadomych przodków ma „Wija” Gogola. Tekst jest nierówny, ale autorka bardzo obiecująca, zdecydowanie będę śledzić jej kolejne teksty.

„Oko Henrietty” Marianny Szygoń zaczyna się jak pastisz czarnego kryminału – upiorna baronowa żąda od bohatera-detektywa, by odzyskał jej serce, które podczas pobytu w astralnym wymiarze rzekomo ukradł niewierny mąż. Już jednak w otwierających scenach widać dużą wyobraźnię i literacką pomysłowość autorki, która wyróżnia ten tekst. On jest niespieszny, powolny, z ładnie zbudowanym retro klimatem. Autorka prowadzi nas przez świat, który starannie nam objaśnia; ja bym chyba wolała nieco krótsze opowiadanie, w którym część natury świata muszę odgadnąć sama, ale niewątpliwie „Oko Henrietty” to tekst udany i literacko, i koncepcyjnie.

„Baran, gwiazda podwójna i morze w cynowej wannie” dwóch Magdalen – Świerczek-Gryboś i Kucenty  – to dziwna, pokrętna i napisana z ogromną wyobraźnią wariacja na temat pewnej powszechnie znanej opowieści. Puzzle, z których ją złożono, są jednak rozsypane i nieoczywiste, tak że mija dłuższa chwila, zanim z rozsypanych kawałeczków – drapieżny egoistyczny kwiat z kolcami, samiec gatunku Ovis aries, osoba o inicjałach MK, planety, podróże i zawikłane relacje osobiste  – zaczniemy składać całość. Ale i wtedy nie mamy przed sobą prostego zadania, bo narracja w tym tekście jest zapętlona i zapośredniczona, prowadzona na kilku poziomach. Świetnie się to, przy całym szaleństwie tej opowieści, czyta – przynajmniej do pewnego momentu. Pod koniec akcja przyspiesza i część narracji jest niemal streszczająca, a autorki upychają tam o jedno popkulturowe skojarzenie i jeden średniej jakości dowcip (i jedną scenę seksu) za dużo. Przyczepię się jeszcze czysto pro forma, że i zbrodnia też dość specyficznie rozumiana, niemniej uważam ten tekst za zdecydowanie intrygujący, nawet jeśli chwilami budził we mnie lekką czytelniczą frustrację.

Agnieszka Osikowicz-Chwaja w opowiadaniu „Cmentarz doskonałych” zabiera nas do raczej nietypowego świata fantasy, gdzie są samochody i szosy, ale też obcy świat ze swoistymi formami medycyny i drapieżnym, żywym lasem. W tę scenografię autorka wpisuje dość klasyczną opowieść grozy – z gatunku tych historii z dziwacznych małych miasteczek, które  wydają się pozornie senne i leniwe, ale poskrob lekko po powierzchni, a dogrzebiesz się do mrocznych rytuałów i przeklętych tajemnic. Jeśli autorka pokazuje nam na początku strzelbę – na przykład sugerując, z czego zawsze znane było to miasteczko – to ta strzelba ma spore szanse wystrzelić, zanim akcja  się zamknie. Bardzo klasyczny, dobrze napisany tekst.

W opowiadaniu „Śmierć starszej pani” Agnieszka Biskup odwołuje się do kilku popularnych motywów – opowieści o kotach, pożerających zmarłych państwa, historii o kociej przemyślności, miejskich legend o nawiedzonych kociarach – tworząc lekko groteskową całość, w której głównym bohaterem jest perfidny i przebiegły przyszły spadkobierca, któremu nie chce się czekać na spadek… „Śmierć starszej pani” to sprawnie napisany tekst, który w pamięci mi jednak raczej na dłużej nie zostanie, może właśnie ze względu na to, jak mocno ogrywa znane już opowieści i motywy.

„De profundis” Wiktora Orłowskiego zaczyna się od uwag o amerykańskich serialach i wzmianki o tym, że bohater opowiadania nie jest bohaterem jednego z nich – ale to nie do końca prawda. Tekst ma wyraźnie serialowy, a może nawet bardziej – filmowy, klimat. Zaczyna się jak modne, wysokobudżetowe thrillery z gwiazdorską obsadą i pięknymi zdjęciami: w montażu krótkich, efektownych, ciętych scenek dostajemy wprowadzenie w sprawę tajemniczego morderstwa w Watykanie. Czy to zbrodnia na tle religijnym? A może ktoś sprytnie zaciera ślady? Na dodatek trup leży – jak w serialu Most nad Sundem – pół na pół na terenie jurysdykcji dwóch rywalizujących sił policyjnych. Sprawę musi pomóc rozwiązać przybyły nie wiadomo skąd tajemniczy Isidore Montenegro, watykański śledczy o podejrzanie młodej twarzy i równie podejrzanych kompetencjach i koneksjach. Bo przecież gdzieś w tym wszystkim musiał pojawić się powiedzmy-sobie-egzorcysta, czyż nie? Który jest zdecydowanie czymś więcej, niż tylko nadnaturalnym detektywem? Bohaterowie filmowo wymieniają się efektownymi onelinerami („La Scala” już go wpisała w repertuar na lipiec jako odpowiedź na uwagę kolegi, że trup na schodach to niezły spektakl, co za moment zostanie skontrowane uwagą inspektora, że jeśli wszyscy z Neapolu są równie bystrzy, to nic dziwnego, że waszą spuścizną dziejową jest pizza lub później wymiana X: To się nazywa brzytwa Okhama, Y: Raczej jajko Kolumba), nawet mimo że zbrodnia jest z tych nienaturalnie odrażających – nie na co dzień nawet w filmach o Hannibalu Lecterze widuje się ofiary bez twarzy, które przed śmiercią zdołały jakimś cudem de facto wywrócić sobie wnętrzności na drugą stronę… Oczywiście zaraz się okaże, że ofiara nie była byle kim, oczywiście za chwilę padnie uwaga, że należy oczekiwać następnej… “De profundis” to szalenie efektowny tekst, zmontowany jak blockbuster (ta scena, kiedy zbrodniarz nagrany na kamerę przemysłową spogląda z nagrania wprost w oczy detektywa!), z motywami (wycięty na ciele ofiary kod, który okazuje się… no, chyba jasne, czym się musi okazać), metafizyką i klimatem thrillerów spod znaku lepszej wersji adaptacji Dana Browna, którego nazwisko pada zresztą explicite w tekście – nieprzypadkowo ciągle używam tych filmowych skojarzeń, bo one ten tekst dobrze charakteryzują. Postacie, zwłaszcza drugoplanowe, są też mocno filmowe – owszem, stereotypowe, przewidywalne, ale każda na swoim miejscu, Rzym wygląda jak z pocztówek albo z teledysków. Czysta rozrywka, solidnie zrobiona.

Zbrodnia doskonała to przyzwoity zbiór niezłych tekstów – żaden z nich nie powalił mnie na kolana, ale też ani jeden nie jest rzeczywiście słaby, a opracowanie całej antologii jest bardzo profesjonalne: opowiadania, nawet te, które mnie nie zachwyciły, są solidnie zredagowane, do korekty nie ma się o co przyczepić, a okładka intryguje. Generalnie jak najbardziej do polecenia, choć raczej zwolennikom fantastyki niż kryminału.   

Zew Zajdla (6): Opowiadania. Krzysztof Matkowski, “Słowa, których nie powiem Łucji”

Głosowanie na Nagrodę imienia Janusza A. Zajdla powoli zbliża się do końca. Ale nie martwcie się, parę opowiadań jeszcze zdążycie przeczytać – a ja podpowiadam, że warto spróbować sięgnąć akurat po to.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery, choć bardzo nieduże. Jeżeli naprawdę nie chcesz znać żadnych szczegółów, przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło ilustracji: strona Fantazmatów

Opowiadanie Matkowskiego to labirynt – labirynt imion, przeszłości, świadomości i postaci, przez który szukamy drogi razem z bohaterem, choć on wie, mimo wszystko, więcej, niż czytelnik.

To nie jest pierwszy raz, kiedy uderza mnie w tekście tego autora jego zrozumienie dla ludzkiej natury. Matkowski nawet pisząc do antologii Ja, legenda nie kreuje postaci herosów – ani, tak po prawdzie, nie stara się ukazywać swoich bohaterów jako szczególnie miłych, sympatycznych czy sugerujących, że czytelnik mógłby ich pokochać. To nie znaczy, że nie można się z nimi identyfikować. Tak jak w poprzednim polecanym tu opowiadaniu Matkowskiego, tak i tu bohater jest, tu bardzo paradoksalnie, głodny życia – głodny zmysłowo, gwałtownie i z całej siły; i tę zmysłowość, ten głód czytelnik czuje niemal namacalnie, dzięki obrazowemu a jednocześnie oszczędnemu stylowi autora i jego bezbłędnemu panowaniu nad językiem. Odkładając ten tekst, czułam bohatera – czułam, wiedziałam, że gdzieś we mnie i pewnie w większości z nas siedzi ten sam rodzaj pragnienia: jeszcze krok, jeszcze raz skosztować potrawy, której zapach drażni umierające zmysły, jeszcze raz odjechać daleko, w zapamiętane z zapomnianego życia miejsce, jeszcze raz przekształcić kogoś na swój obraz i podobieństwo, jeszcze raz szukać, jeszcze raz – żyć. Nawet w umieraniu.

Nie chcę zdradzać konceptu, na którym ten tekst jest oparty – to za dobry pomysł, żeby go popsuć czytelnikowi w krótkiej polecankowej notce. Mogę powiedzieć jedno: tytułowe założenie antologii ten tekst realizuje aż za dobrze.

Matkowski jest oszczędny w opisywaniu emocji, nie popada w sentymentalizm ani w uczuciowe szantaże wobec czytelników, ale to nie znaczy, że tych emocji u niego nie ma: jeżeli chce, umie złapać czytelnika za gardło jednym zdaniem, tak jak łapie nieoczywistą historią miłosną, którą wplata w swój tekst. Koncept fantastyczny ogrywa niebanalnie i pomysłowo, zaczepiając go – jak już mówiłam – w starannie i wiarygodnie oddanych realiach psychologicznych. Jednocześnie nigdy nie pozwala nam zgubić z oczu faktu, że przy tym wszystkim jego tekst ma w sobie sporo z opowieści drogi, a nawet – z kryminału (jak bohater lekko ironicznie nazywa się Sherlockiem Holmesem, to pod pewnymi względami nie jest daleki od prawdy – poszukiwanie konkretnego wyjaśnienia i zrozumienia jest w końcu celem jego egzystencji, czymkolwiek by nie była).

I, widzicie, tak się złożyło, że wyszło mi z rachunków, że Krzysztof Matkowski napisał moje dwa ulubione opowiadania 2019. Serio, zapiszcie sobie to nazwisko.

Ilustracja Zuzanny Malkowskiej do opowiadania Matkowskiego

 

GDZIE ZNALEŹĆ: antologia Fantazmatów Umieranie to parszywa robota

ZA ILE: Za darmo, do ściągnięcia w licznych formatach

DLA KOGO: Dla lubiących fantastykę osadzoną mocno w psychologii postaci – niebanalnych, niekoniecznie łatwo miłych i sympatycznych. Dla wielbicieli literatury fantastycznej nie uciekającej od realizmu w opisie rzeczywistości, odważnej przy tym literacko. Dla tych, dla którzy lubią efektowne rozwiązania w prowadzeniu narracji i niekoniecznie chcą mieć wszystko kawę na ławę i po kolei, z objaśnieniami.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla: opowiadania (1): Agnieszka Fulińska, “Kobieta, która słyszała smoki”

Jest taka akcja, bardzo bliska mojemu sercu czytelniczki i obserwatorki (bo nie jakiejś bardzo aktywnej uczestniczki…) życia fandomowego w Polsce. Nazywa się “Zew Zajdla”.

Wiele osób, zaglądających tu, pewnie wie, o czym mowa, ale dla tych, co nie znają, wyjaśnię. Akcja ta wiąże się z najpoważniejszą z polskich nagród, przyznawanych tekstom fantastycznym: Nagrodą Fandomu Polskiego im. Janusza A. ZAjdla. Przyznaje się ją co roku, a w głosowaniu biorą udział osoby, które albo obecne są na Polconie, albo wykupiły akredytację wspierającą i głosują zdalnie. Nominować jednak może absolutnie każdy. Wystarczy wybrać do pięciu swoich ulubionych opowiadań i do pięciu powieści i zagłosować na nie przy pomocy specjalnego formularza. Te teksty, które dostaną najwięcej głosów, uzyskają oficjalną nominację i to spośród nich realni i korespondencyjni uczestnicy Polconu wybiorą nagrodzone teksty. 

I tu pojawia się pytanie: jak wybierać? Listy pomocnicze, opracowane przez niezastąpioną ekipę Zewu Zajdla, liczą pod tysiąk opowiadań i kilkaset powieści. Nie łudźmy się – niewiele osób ma szansę przeczytać to wszystko. Ale… ale można próbować poszerzyć swoje normalne czytelnicze wybory. Może w tym roku nie głosować tylko na pewniaków? Albo wręcz przeciwnie – sprawić przyjemność ulubionym twórcom i zapronowować ich kolejne dzieła? Może warto sięgnąć po jedną czy drugą antologię – sporo z nich dostępnych jest w sieci za darmo – i zerknąć na ich ofertę? Czasami dzieki temu udaje się znaleźć nowego ulubionego autora lub autorkę? 

Czasu nie jest wiele – zgłaszanie nominacji trwa do końca marca – ale ciągle jeszcze można poszukać jakichś ciekawych uzupełnień do swojej listy!  

W akcji “Zew Zajdla” biorę udział w zasadzie od jej początku. W tym roku zaczynam także tutaj serię Zajdlową. Nie chcę obiecywać, że zrobię wszystko dokładnie tak, jak planowałam, że przedstawię  po 10-15 ulubionych tekstów, z których w końcu wybiorę – w obecnej sytuacji wiele się może zdarzyć, począwszy od pożarcia czasu przez platformę do zdalnego nauczania – ale na pewno spróbuję przez następny tydzień w miarę regularnie dzielić się polecankami.

Nie, nie uważam się za autorytet i nie planuję robić tu wykładów pt. “Na co TRZEBA głosować, bo jest literacko wybitne”. Chcę raczej podzielić się własnymi typami, trochę może poobnosić z własnym gustem, a przy okazji – zrobić reklamę kilkorgu autorów. Większość – choć nie wszystkie! – z polecanek tutaj będzie dotyczyła autorów mniej znanych, młodych, debiutujących, albo takich, dla których rynek niekoniecznie był przychylny. I tak, cieszyłabym się, gdyby dostali nagrody. Ale jeszcze bardziej będę się cieszyć, jeżeli dzięki temu zyskają nowych czytelników.

Na początek, na dzisiejsze Idy Marcowe: opowiadanie należące do fantastyki historycznej. “Kobieta, która słyszała smoki” Agnieszki Fulińskiej.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Fragment ilustracji do opowiadania (autorka: Alicja “Kruffachi” Tempłowicz – profil autorski)

Agnieszka to, jak wiele osób wie, autorka napisanej razem ze mną młodzieżowej powieści (a nawet dwóch). Ale jej opowiadania nie polecam dlatego, że to moja przyjaciółka.Polecam dlatego, że wydaje mi się ciekawe, oryginalne i nieco inne od tego, co polska fantastyka ma nam na co dzień do zaoferowania. 

Opowiadanie Fulińskiej mieści się gdzieś na przecięciu fantastyki historyzującej, lekko może nawet steampunkowej, osadzonej w mniej lub bardziej fikcyjnie przekształconych wersjach naszego świata, i urban fantasy. Z tej pierwszej ma warunki i świat przedstawiony – alternatywną Francję połowy XIX stulecia. W świecie tym jednak aktywne – choć ukryte przed większością społeczeństwa – są pewne siły o nadnaturalnym charakterze, nadprzyrodzone istoty i postacie z legend – co z kolei typowe jest m. in. dla urban fantasy. 

Agnieszka Fulińska kreuje swój świat z obsesyjną dbałością o historyczne detale i szczegóły. Choć w jej tekście mamy gadające stwory, ożywione postacie z baskijskich mitów i quasi-Lovecraftowską grozę, obok nich na czytelników czeka historyczna Francja, odtworzona przy pomocy lektur i ilustracji z epoki.Jeżeli autorka opisuje nam stroje bohaterów, jeżeli mówi, co i gdzie jedli, to można być pewnym, że sprawdziła dokładnie kwestie tego, co jadano i jak się noszono w tym konkretnym momencie historii; jeżeli sięga po legendy, to te legendy zna Ten realizm odnosi się także do kreacji postaci i ich nie tylko historycznej, ale i psychologicznej wiarygodności.    

Teoretycznie głównym bohaterem opowiadania jest Adam Cardelli, znany także z innych tekstów Fulińskiej detektyw-dżentelmen, rodzinnie i towarzysko powiązany z cesarskim dworem Francji. Adam jest bohaterem nieco odstającym od sztancy typowego powieściowego/filmowego detektywa: spokojny, raczej introwertyczny i wychowany zgodnie z konwenansami i zasadami epoki, niewiele ma w sobie z twardziela albo złamanego życiem bohatera czarnego kryminału. Jego rola w tekście też jest dość specyficzna. Z jednej strony to on jest głównym detektywem, rozwiązującym zagadki; z drugiej, sam przecież ciągle uczy się tego fachu od swego mentora, inspektora Vidocqa.

Sięgając po postać Vidocqa, Fulińska z jednej strony zrobiła rzecz dla steampunku typową, z drugiej zaś – obeszła po swojemu znaną regułę. Wprowadzenie do steampunkowych światów zmityzowanych postaci realnych jest dla tej konwencji bardzo typowe – w powieściach i opowiadaniach steampunkowych mamy całe stada Richardów Burtonów, Isambardów Brunelów i im podobnych; bardzo często są to te same postacie, powtarzane w kolejnych tekstach i nieodmiennie brane z tradycji kulturowej Imperium Brytyjskiego. Fulińska z kolei sięgnęła do innej ważnej dziewiętnastowiecznej mitologii kulturowej, a mianowicie do tradycji francuskiej: Verne i Dumas są dla niej, jako inspiracje, ważniejsi od Dickensa, a legendarny francuski przestępca-policjant-prywatny detektyw Vidocq zastępuje jej Burtona czy Brunela. 

W “Kobiecie, która słyszała smoki” na pierwszy plan wybija się jednak tytułowa postać, napisana z sympatią i szacunkiem praczka w średnim wieku, która prosi bohaterów-detektywów o pomoc w dość nietypowej sprawie. Ma otóż od lat wrażenie, że z wizerunków świętego Jerzego przemawiają do niej pokonywane przez świętego herosa smoki… To jest bardzo dobrze pomyślana, konsekwentna postać, a przy tym dość nietypowa – ile mamy fantastyki, skupionej wokół postaci zwyczajnych, niemagicznych, nie należących do wyższych sfer ani intelektualnych elit kobiet w wieku 50+? Fulińskiej ta bohaterka wyszła żywa i barwna, pozytywna, ale nie przesłodzona. Kreacja postaci Adèle Mollard to jedna z, moim zdaniem, największych zalet tego opowiadania.  

To nie jest tekst dla wielbicieli fantastyki akcji ani dla fanów opowiadań opartych na jednym, błyskotliwym koncepcie. Tu widać, że tekst należy do szerszego uniwersum, choć jego znajomość nie jest wymagana do zrozumienia całości. Opowiadanie spodoba się raczej osobom lubiącym refleksyjną, niespiesznie toczącą się narrację, budowanie klimatu i kreację postaci, a także – ciepłe, pozytywne emocje, jakie ten tekst budzi.

Okładka antologii Dragoneza. Źródło: strona Fantazmatów

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Dragoneza, opublikowana przez Fantazmaty.

ZA ILE: do ściągnięcia za darmo

DLA KOGO: Jeżeli lubisz fantastykę osadzoną w historii, historię alternatywną, urban fantasy, ale zakorzenione w XIX wieku, nie współcześnie. Jeżeli lubisz smoki i jest ci żal, że fantastyka często traktuje je jak bezmyślne bestie. Jeżeli utraszybka akcja nie jest dla ciebie priorytetem. Jeżeli szukasz w fantastyce wyrazistych, barwnych bohaterek i bohaterów wykraczających poza najbardziej przewidywalne standardy zachowań i typów męskich postaci. Jeżeli w swoich lekturach steampunkowych i urban fantasy chcesz wyjść poza krąg polsko-brytyjski.