Zew Zajdla 2020: opowiadania (6): Agnieszka Hałas, “Róże świętej Elżbiety”

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Do zestawu postanowiłam – bo przeczytaniu metodą “lepiej późno, niż wcale” – dorzucić, poza olśniewającym tekstem Marty Kisiel, jeszcze jedną rekomendację z tomu Harde baśnie. Tekstem, który zwrócił moją uwagę, było opowiadanie Agnieszki Hałas “Róże świętej Elżbiety”.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

W założeniu Harde baśnie oparte są na baśniowych retellingach, ale nawet nie przeczytawszy jeszcze całości widzę wyraźnie, że w rzeczywistości nie wszystkie (by nie rzec: nie aż tak wiele) tekstów tak czyni. Opowiadanie Anny Kańtoch, na przykład, oparte jest raczej na ogólnej idei baśniowości i baśniowej rzeczywistości, tekst Anny Nieznaj odwołuje się do Trylogii Sienkiewicza, bardzo interesujące i świetnie skądinąd napisane Białe Aleksandry Zielińskiej ma Brzydkie Kaczątko doklejone nieco na siłę, bo można je z tekstu wyciąć kompletnie bez żadnej szkody. No a “Róże świętej Elżbiety” oparte są na hagiograficznej legendzie – i na Tannhäuserze Wagnera.

Autorka w posłowiu mówi o inspiracji operą i chęci przetworzenia libretta. Wagnerowską zmysłową Wenus, skontrastowaną z niewinną siostrzenicą landgrafa Hermana, Elżbietą, zastępuje innymi wariacjami tych postaci, na nowo też opowiada o tytułowym herosie-śpiewaku, który nie może się zdecydować, czego chce od życia (1). Wenus, królową miłości, zamienia na Persefonę – tak przynajmniej odczytuję tę drugą śmierć, do której kieruje bohatera ta pierwsza, spotkana podczas strasznej nocy masakry miasta Béziers w czasie krucjaty przeciw Albigensom w roku 1209. Nieprzypadkowo przytaczam te daty i nazwy – kontekst historyczny, ale też kontekst heretyckiej religijności bohatera, jest dla tekstu istotny. W dzieciństwie główny bohater znał dwóch bogów, przed dwiema śmierciami stanie, podwójna jest jego natura, ludzka i magiczna, podwójna rola rycerza i śpiewaka – podwójność gra w tym tekście dużą rolę.

Podwójna jest też inspiracja autorki, z jednej strony wagnerowska, z drugiej – hagiograficzna. Elżbietę z operowego libretta zastępuje jej daleki pierwowzór, Erzsébet, przyszła święta, której bohater przygląda się od jej dzieciństwa i która pozostanie na zawsze w jego pamięci. Cud z różami, który pojawia się jako jeden z kluczowych punktów w jej hagiografiach, jest tu przypisany nie boskiej, a magicznej interwencji: rolę ocaliciela królowej przyjmuje na siebie główny bohater, rycerz-śpiewak wykształcony w zaświatach przez królową umarłych.

Tekst Agnieszki Hałas jest oparty na kulturowych skojarzeniach niekoniecznie dla każdego czytelnych (nie aż tak bardzo wiele osób czytających fantastykę zna się na operze i nieco w Polsce zapomnianych średniowiecznych świętych); ten kontekst go wzbogaca i ubarwia, ale nie jest tak, że bez niego ten tekst jest niezrozumiały – jeśli się lubi lekko poetycką, subtelną fantastykę, to szkoda by było rezygnować. Przy całej makabrze masakry albigensów i krwawej śmierci, jaką w końcu bohater funduje znienawidzonemu Konradowi, opowiadanie Agnieszki Hałas jest raczej spokojne, wyciszone, może dlatego, że opowiadane z daleka, z dystansu lat wobec tego, co się działo w życiu narratora-bohatera, dawno temu.

Relacja między Erzsébet a jej śpiewakiem jest też wyciszona, też oparta na obserwacji z daleka, na tym, co może łączyć wielką panią i minnesängera. To nie jest romans i to opowiadanie nie jest o miłości, w sensie – o zakochaniu, choć jest jednocześnie, jak najbardziej o miłości, o uczuciu – uczuciach – jakie łączą śpiewaka z boginią i z kobietą. Ferrant, bo takiego imienia bohater używa, nie próbuje nawet wpływać na głęboką – i autodestrukcyjną, bez wątpienia – religijność Elżbiety, choć sam poznał inny świat, inną rzeczywistość. Trudno się czytelnikowi do końca w tę relację emocjonalnie zaangażować, ale nawet tam, gdzie emocjonalnie tekst nie do końca przekonuje, jest ciągle wart uwagi ze względu na swoje inne walory: jest pięknie napisany, zanurzony w tradycji w intrygujący sposób i fascynujący w swoich opisach zaświatów, tonących w woni asfodeli i hiacyntów.

(1) Dobra, to jest trochę złośliwe, ale, uwierzcie, nigdzie, nawet w złej fantastyce, nie ma tylu bohaterów-bałwanów, pacanów i, jak mawiała Bridget Jones, czystej wody popaprańców, co w operze. Mam ich prywatny ranking, i tak, Heinrich von Tannhäuser spokojnie mieści się w Top Ten, choć numerowi jeden raczej nie zagrozi. Chcecie wiedzieć, kto jest numerem jeden? Pytajcie XD.

Karl von Blaas, Święta Elżbieta Węgierska: cud z różami, olej na płótnie, 1839

GDZIE ZNALEŹĆ: w tomie Harde baśnie, wydanym przez SQN i dostępnym zarówno w postaci papierowej, jak i elektronicznej.

ZA ILE: Dostępne w rozmaitych zestawach w sklepie SQN, od 55 PLN/ ebook. Ta wysoka cena i trudność dostępu (książkę sprzedaje oficjalnie tylko sklep SQN) to chyba główna bariera dostępności tego tekstu.

DLA KOGO: dla lubiących mitologię, teksty z literackimi i kulturowymi odniesieniami, oryginalne przetworzenia średniowiecza w fantasy.

Zew Zajdla 2020: opowiadania (4): Marta Magdalena Lasik, “Głos Słońca”

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Dzisiaj chciałabym w paru słowach zareklamować opowiadanie autorki, która pierwszy raz zwróciła moją uwagę kilka lat temu, opowiadaniem “Zwierciadło w dziurce od klucza” opublikowanym w antologii ŚKF Skafander i melonik. Bardzo mnie wtedy zaintrygował ten tekst oryginalnością pomysłu i od tej pory śledzę pisarstwo autorki – która, poza tym, jest także utalentowaną fotograficzką. Jej inspirowane kulturą japońską opowiadanie z NF jest jednym z tych, które bardzo pozytywnie zapamiętałam z Nowej Fantastyki w roku 2020.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka numeru NF z opowiadaniem

Opowiadanie Marty Magdaleny Lasik gatunkowo mieści się gdzieś pomiędzy subtelną niemal-science fiction a lekko naszkicowaną (urban) fantasy. Mocno zanurzone w japońskim klimacie, pełne obcych nazw i określeń, zmusza do lektury uważnej i starannej, ale czytelnik/-czka lubiący taką fantastykę – niespieszną, wysmakowaną, nastrojową, pozbawioną szybkich zwrotów akcji – doceni klimat i pomysł.

Pod pewnymi względami opowiadanie Lasik kojarzy mi się z jednym z moich ulubionych tekstów z Hardej Hordy – “Dróżniczką” Aleksandry Janusz. Te skojarzenia nie wiążą się tylko z japońskim tłem – raczej z nastrojem schyłkowości, nostalgiczności, z kluczową rolą osób starszych jako bohaterów.

Nie każdy młody autor, a z taką osobą piszącą mamy do czynienia, radzi sobie ze skutecznym i wiarygodnym kreowaniem postaci ludzi starszych – nie oszukujmy się, tacy bohaterowie i bohaterki nie są codziennością fantastyki, choć oczywiście są wyjątki. Marcie Magdalenie Lasik wychodzi to bardzo dobrze. Zarówno główna bohaterka, pani Wèi jak i obecny w pamięci bohaterów jej nieżyjący mąż Ootori Mikihiko, a także zauroczony wdową-emigrantką od lat sklepikarz, pan Nishimura, to są postacie prawdziwe i psychologicznie przekonujące, ukazane w subtelnym detalu. Popatrzmy na scenę, kiedy pani Wèi przez pomyłkę tłucze ostatni kupiony przez męża talerzyk i konstatuje smutno z rzeczy jej męża pozostała już tylko ona.

Pani Wèi myśli o sobie jako o rzeczy swojego męża. Choć może ona sama o tym nie wie, jest, w pewnym sensie, ciągle przez niego związana, choć on od dość dawna nie żyje. Tylko pan Nishimura wie, że Ootori Mihiko zakopał pod drzewem w pobliżu wioski serce swojej przywiezionej z podbitej ziemi żony.

Historia w opowiadaniu Lasik obraca się wokół dwóch głównych motywów – tej właśnie kwestii serca pani Wèi i tytułowego Głosu Słońca. To, czym jest Głos, poznajemy powoli, z rozmów bohaterów, z uwag cesarskiego urzędnika Ikeuchi Kaoru, przybyłego do wymierającej, zamieszkałej jedynie przez starców wioski Itoeru – autorka nie serwuje nam przekazywanych wprost informacji, tylko prowadzi nas powoli, krok po kroku, do odkrycia kluczowego fantastycznego tematu, jakim jest taiyō no koe, Głos Słońca, potężna broń związana w jakiś sposób z duszami mieszkańców. Lasik w ogóle prowadzi nas ku sekretom swojego tekstu powoli – o panu Mikihiko na początku wiemy tylko tyle, że był mężem pani Wèi i człowiekiem cenionym za uczciwość, dopiero z czasem poznajemy prawdę o jego działalności jako wielkiego cesarskiego mistrza splatania, twórcy Głosów Słońca, mistrza wojny i jako tego, który – z miłości, tak jak sam ją rozumiał? – zrobił krzywdę ukochanej żonie, wiążąc ją na zawsze z miejscem, w którym żyli. Ta subtelność, to powolne odkrywanie świata, po którego ścieżkach autorka nas prowadzi, to, jak dla mnie, jeden z wielkich uroków tego opowiadania.

Marta Magdalena Lasik to jeden z tych głosów w polskiej fantastyce, który mnie intryguje, autorka, której teksty śledzę i czytam na bieżąco – także wtedy, kiedy odchodzi od będącej jej specjalnością SF w kierunku takich niejednoznacznych gatunkowo tekstów, jak “Głos słońca”.

Kano Sanraku, “Drzewa śliwy”, XVII wiek

GDZIE ZNALEŹĆ: W Nowej Fantastyce 8/2020; PS. W tej samej NF jest też intrygujące i oryginalne opowiadanie Radka Raka, ale szczerze wątpię, żeby laureat Nike potrzebował mojej reklamy 🙂

ZA ILE: 8.99 PLN w aplikacji Nowej Fantastyki

DLA KOGO: dla lubiących fantastykę nieoczywistą gatunkowo, z pogranicza, subtelną. Dla osób, którym mało w fantastyce postaci trochę nietypowych – w tym przypadku, starszych, w jesieni życia. Dla lubiących japońskie klimaty w literaturze.

Zew Zajdla (8). Powieści: Karolina Fedyk, “Skrzydła”

Dzisiejsza rekomendacja to mój pewny typ powieściowy do nominacji. Debiut powieściowy Karoliny Fedyk powinien był, moim zdaniem, doczekać się szerszego docenienia i mam szczerą nadzieję, że uzyskanie przez autorkę nominacji do nagrody im. Macieja Parowskiego dla obiecujących młodych twórców fantastyki będzie pierwszym do tego krokiem.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Jeżeli naprawdę nie chcesz znać żadnych szczegółów, przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Karolina Fedyk to kolejna z młodych stażem twórczyń i twórców w polskiej fantastyce, których nazwiska warto zapamiętać. Jej pierwsza powieść, wydana przez SQN w nierównej i chyba nieco “odpuszczonej” promocyjnie serii Fantastycznie Nieobliczalni, to, w mojej ocenie, na pewno najciekawszy powieściowy debiut fantastyczny 2019 w Polsce, a i nie wiem, czy nie najlepsza polska powieść fantastyczna tego roku (1).

Powieść Fedyk wygrywa przede wszystkim dwoma elementami. Po pierwsze, jest bogata i oryginalna światotwórczo. Autorka ukazuje nam starannie dopracowaną, własną wizję fantastycznego świata. Z jednej strony jej koncepty zakorzenione są w tradycji i najlepszych doświadczeniach gatunku (myślę, że Michał Cetnarowski raczej jej nie docenia, porównując z szalenie popularnym Brandonem Sandersonem, od którego – wiem, paradoks – polska debiutantka jest akurat światotwórczo IMHO ciekawsza i bardziej pomysłowa). Z drugiej strony Fedyk korzysta śmiało, przy budowie swojego świata, z doświadczeń antropologii i mitoznawstwa, odwołuje się też do zwyczajów, tradycji i koncepcji wielu kultur. Efektem jest świat, który nie jest ufantastycznioną wersją jednej ludzkiej kultury, ale barwnym, bogatym (ile tu nazw i miejsc! I ile językowych skojarzeń – fińskich, greckich, innych) konstruktem – obcym, a jednocześnie zbudowanym z elementów, które rozpoznajemy jako znane i wiarygodne; wystarczy spojrzeć na to, jak umiejętnie i pomysłowo Fedyk kreuje religię i mitologię w swojej powieści. Świat Raseny, gdzie magia powoływała do życia rzeczywistość, jest efektowny i dostatecznie obco niezwykły, żeby śnić się potem czytelnikom – a przynajmniej tej czytelniczce – po nocach. Ten świat – fantastyczny, dzięki subtelnej obecności wątków prawie-postapokaliptycznych bliższy momentami pomysłom na świat Andrzeja Sapkowskiego niż typowej secondary world fantasy – to zdecydowanie coś, dzięki czemu nie chcecie przegapić tej książki.

Drugą ogromną zaletą powieści Fedyk jest jej dbałość o kreacje postaci. To nie jest tekst do pochłonięcia w jeden wieczór – także dlatego, że bohaterowie są liczni i zróżnicowani i czytelnikowi zajmuje chwilę ogarnięcie myślą tej grupy. Fedyk stara się dawać nam postacie nieoczywiste, odbiegające od standardowego repertuaru fantasy, a jednocześnie subtelnie zarysowane i psychologicznie wiarygodne. Nieczęsto akurat w takiej fantasy, skupionej na kreacji świata, spotka się aż takie wyczucie do kreowania bohaterów.

Dodajmy do tego złożoną, misterną fabułę i fakt, że po tej powieści czytelnik zostaje z mnóstwem pytań: o relację człowieka i bóstwa, o rolę magii, o kwestie podboju, trwania kultur, osobistej wolności – a będzie chyba oczywiste, skąd moja wysoka ocena.

(1) Nie czytałam powszechnie docenianej powieści Distortion Cezarego Zbierzchowskiego, ale podejrzewam, że dostanie nominację do Zajdla i bez mojego głosu (szczerze mówiąc, patrząc po tym jak była oceniana, typowałabym ją w ogóle do zwycięstwa) – a wtedy ją nadrobię. Mam też lekko mieszane uczucia wobec skądinąd obiektywnie bezdyskusyjnie dobrej Baśni o wężowym sercu Radka Raka, co nie znaczy, że nominacja dla niej by mnie zdziwiła albo zmartwiła – z mojej konkretnej czytelniczej perspektywy każda nominacja dla fantastyki ambitnej, nowatorskiej, kulturowo zakorzenionej w szerokim literackim i społecznym kontekście to zysk 🙂

Ptaki w parku Tête d’Or w Lyonie. Zdjęcie moje.

GDZIE ZNALEŹĆ: Wydawca: SQN, seria Fantastycznie Nieobliczalni. Jest wydanie e-bookowe

ZA ILE: W tej chwili poniżej 25 PLN

DLA KOGO: Dla lubiących bogate światotwórstwo – w tym fantastyczne religie, ustroje, społeczności – skomplikowane i barwne światy, złożonych i nieoczywistych bohaterów. Przy czym – dla tych, którzy szukają w fantasy niekoniecznie tylko powielania modelu niegdyś stworzonego przez Tolkiena. i dla tych, którzy pamiętają “Róże dla Sirocco” Anny Brzezińskiej, bo to podobna światotwórcza wrażliwość.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Zew Zajdla (5): Powieści. Agnieszka Osikowicz-Chwaja, "Pamięć lasu"

W moim Zajdlowym cyklu – powieść, która raczej na pewno znajdzie się na mojej liście, nawet mimo że niekoniecznie reprezentuje typ fantastyki, po jaki najchętniej sięgam.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło ilustracji: strona wydawcy

Pamięć lasu Agnieszki Osikowicz-Chwai, pierwsza część zamierzonej trylogii, mieści się dość spokojnie w konwencji fantasy – choć  niekoniecznie tej klasycznej, post-tolkienowskiej. U Osikowicz-Chwai nie ma mnogości fantastycznych ras i istot, są ludzie – i coś, co być może z nich się rodzi, na nieszczęście ich samych i świata. W tle jest magia – ale specyficzna, obecna-nieobecna, nie tyle kusząca, co groźna. Ta magia jest wprost powiązana z mocą, która w tej powieści zajęła rolę magii jako siły napędowej fabuły: z polityką.

Choć sama akcja Pamięci lasu dzieje się na prowincji, z dala od centrum i stolicy kraju, do którego zabrała nas wyobraźnia autorki, cień polityki – tej wielkiej i tej małej, lokalnej – wisi nad bohaterami i ich światem. Wojna pokazała wszystkim jasno i dobitnie, do czego może prowadzić magia zaprzęgnięta w służbę niepohamowanych ambicji. Być może też stało się coś więcej – być może bycie nieludzkim na wojnie oznacza, że straci się człowieczeństwo także i w życiu powojennym…

Poniekąd od polityki zaczyna  się cała opisana w Pamięci lasu historia. Nie mogłam oderwać swoich refleksji o powieści Osikowicz-Chwai od dyskusji polityczno-historycznych, toczących się od lat w Polsce.  Żołnierze, który w powieści ukryli się w lasach – oddział dowodzony przez legendarnego Sarkina Saprina, kiedyś herosi i wojownicy o wolność, teraz coraz częściej zasługujący w oczach miejscowych mieszkańców na miano bandytów i tracący powoli człowieczeństwo, budzą wśród ludzi uczucia podobne gorące i podobne polaryzujące, jak żołnierze wyklęci w polskiej historii, tym bardziej, że nie tylko oni, ale i ich przeciwnicy działają w sposób, który można byłoby tylko nazwać nieludzkim. Na porządku dziennym są morderstwa, w tym kobiet i dzieci, gwałty, krwawa vendetta – a bohaterowie, żołnierze świeżo przybyłego na te ziemie oddziału, obarczonego trudną misją, muszą określić się i wybrać stronę w tym konflikcie, czy tego chcą, czy nie.

To jest powieść, w której obok polityki ogromną rolę odgrywa armia. Główni bohaterowie to regularni żołnierze – kobiety i mężczyźni – i ich dowódca. Oddział jest tu swego rodzaju bohaterem zbiorowym – postacie (a są liczne i jeśli nie jest się bardzo uważnym, łatwo się w tej mnogości zgubić) charakteryzowane tu są nie tylko indywidualnie, ale też przez swoją rolę w armii i związki z towarzyszami broni. To, że jest ich tak wiele, czasami sprawia, że charaktery troszkę się rozmywają albo pozostają nie do końca dookreślone – to nie jest tekst, który stałby psychologią postaci i ich charakterystyką; to raczej przeżywane przez bohaterów polityczno-etyczne dylematy wydają się ważniejsze.

Uwaga: to ostatnie nie znaczy, że mamy do czynienia z powieścią-traktatem, pełnym przemów postaci! Zupełnie nie: akcja jest dynamiczna, a już zwłaszcza zwolennicy fantastycznej batalistyki (acz takiej na małą skalę, potyczki raczej niż epickie bitwy!) znajdą tu coś dla siebie.

To nie jest do końca „moja” fantastyka – niekoniecznie sięgam akurat po militarnie zorientowaną fantasy, preferuję też narrację prowadzoną w mniej klasyczny sposób, niż u Osikowicz-Chwai – ale Pamięć lasu to niewątpliwie powieść ciekawa i warta uwagi czytelników.

Kiczowate zdjęcie drzew na Korsyce, moje własne

GDZIE ZNALEŹĆ: No niestety. Strona wydawcy, ale tylko w wersji papierowej.

ZA ILE: Od 25 PLN w tej chwili.

DLA KOGO: Dla wielbicieli dość klasycznej i klasycznie opowiedzianej fantasy, choć nie Tolkienowskiej, raczej przefiltrowanej, paradoksalnie, przez doświadczenia dark fantasy (nie jest miło). Dla lubiących fantastykę z wojnami w tle – ale uwaga, nie wojnami na skalę cyklu Wegnera, tu jest znacznie bardziej kameralnie.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.