Zew Zajdla 2020: opowiadania (4): Marta Magdalena Lasik, “Głos Słońca”

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Dzisiaj chciałabym w paru słowach zareklamować opowiadanie autorki, która pierwszy raz zwróciła moją uwagę kilka lat temu, opowiadaniem “Zwierciadło w dziurce od klucza” opublikowanym w antologii ŚKF Skafander i melonik. Bardzo mnie wtedy zaintrygował ten tekst oryginalnością pomysłu i od tej pory śledzę pisarstwo autorki – która, poza tym, jest także utalentowaną fotograficzką. Jej inspirowane kulturą japońską opowiadanie z NF jest jednym z tych, które bardzo pozytywnie zapamiętałam z Nowej Fantastyki w roku 2020.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Okładka numeru NF z opowiadaniem

Opowiadanie Marty Magdaleny Lasik gatunkowo mieści się gdzieś pomiędzy subtelną niemal-science fiction a lekko naszkicowaną (urban) fantasy. Mocno zanurzone w japońskim klimacie, pełne obcych nazw i określeń, zmusza do lektury uważnej i starannej, ale czytelnik/-czka lubiący taką fantastykę – niespieszną, wysmakowaną, nastrojową, pozbawioną szybkich zwrotów akcji – doceni klimat i pomysł.

Pod pewnymi względami opowiadanie Lasik kojarzy mi się z jednym z moich ulubionych tekstów z Hardej Hordy – “Dróżniczką” Aleksandry Janusz. Te skojarzenia nie wiążą się tylko z japońskim tłem – raczej z nastrojem schyłkowości, nostalgiczności, z kluczową rolą osób starszych jako bohaterów.

Nie każdy młody autor, a z taką osobą piszącą mamy do czynienia, radzi sobie ze skutecznym i wiarygodnym kreowaniem postaci ludzi starszych – nie oszukujmy się, tacy bohaterowie i bohaterki nie są codziennością fantastyki, choć oczywiście są wyjątki. Marcie Magdalenie Lasik wychodzi to bardzo dobrze. Zarówno główna bohaterka, pani Wèi jak i obecny w pamięci bohaterów jej nieżyjący mąż Ootori Mikihiko, a także zauroczony wdową-emigrantką od lat sklepikarz, pan Nishimura, to są postacie prawdziwe i psychologicznie przekonujące, ukazane w subtelnym detalu. Popatrzmy na scenę, kiedy pani Wèi przez pomyłkę tłucze ostatni kupiony przez męża talerzyk i konstatuje smutno z rzeczy jej męża pozostała już tylko ona.

Pani Wèi myśli o sobie jako o rzeczy swojego męża. Choć może ona sama o tym nie wie, jest, w pewnym sensie, ciągle przez niego związana, choć on od dość dawna nie żyje. Tylko pan Nishimura wie, że Ootori Mihiko zakopał pod drzewem w pobliżu wioski serce swojej przywiezionej z podbitej ziemi żony.

Historia w opowiadaniu Lasik obraca się wokół dwóch głównych motywów – tej właśnie kwestii serca pani Wèi i tytułowego Głosu Słońca. To, czym jest Głos, poznajemy powoli, z rozmów bohaterów, z uwag cesarskiego urzędnika Ikeuchi Kaoru, przybyłego do wymierającej, zamieszkałej jedynie przez starców wioski Itoeru – autorka nie serwuje nam przekazywanych wprost informacji, tylko prowadzi nas powoli, krok po kroku, do odkrycia kluczowego fantastycznego tematu, jakim jest taiyō no koe, Głos Słońca, potężna broń związana w jakiś sposób z duszami mieszkańców. Lasik w ogóle prowadzi nas ku sekretom swojego tekstu powoli – o panu Mikihiko na początku wiemy tylko tyle, że był mężem pani Wèi i człowiekiem cenionym za uczciwość, dopiero z czasem poznajemy prawdę o jego działalności jako wielkiego cesarskiego mistrza splatania, twórcy Głosów Słońca, mistrza wojny i jako tego, który – z miłości, tak jak sam ją rozumiał? – zrobił krzywdę ukochanej żonie, wiążąc ją na zawsze z miejscem, w którym żyli. Ta subtelność, to powolne odkrywanie świata, po którego ścieżkach autorka nas prowadzi, to, jak dla mnie, jeden z wielkich uroków tego opowiadania.

Marta Magdalena Lasik to jeden z tych głosów w polskiej fantastyce, który mnie intryguje, autorka, której teksty śledzę i czytam na bieżąco – także wtedy, kiedy odchodzi od będącej jej specjalnością SF w kierunku takich niejednoznacznych gatunkowo tekstów, jak “Głos słońca”.

Kano Sanraku, “Drzewa śliwy”, XVII wiek

GDZIE ZNALEŹĆ: W Nowej Fantastyce 8/2020; PS. W tej samej NF jest też intrygujące i oryginalne opowiadanie Radka Raka, ale szczerze wątpię, żeby laureat Nike potrzebował mojej reklamy 🙂

ZA ILE: 8.99 PLN w aplikacji Nowej Fantastyki

DLA KOGO: dla lubiących fantastykę nieoczywistą gatunkowo, z pogranicza, subtelną. Dla osób, którym mało w fantastyce postaci trochę nietypowych – w tym przypadku, starszych, w jesieni życia. Dla lubiących japońskie klimaty w literaturze.

Zew Zajdla: Opowiadania (3). Aleksandra Janusz, “Dróżniczka”

Z cyklu notek o tekstach, które ja sama w tym roku chciałabym widzieć nagrodzone Nagrodą im. Janusza A. Zajdla, dziś opowiadanie Aleksandry Janusz “Dróżniczka” z tomu Harda Horda.

O tomie opowiadań Harda Horda, wydanym przez SQN, pisałam już na tym blogu jako o całości. Teraz pozwolę sobie wybrać z tego tomu mój Zajdlowy typ, a jednocześnie – zaproponować dwa inne opowiadania, które IMHO na liście nagrodowej spokojnie mogłyby się znaleźć.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło: SQN Store

Mój osobisty typ to „Dróżniczka” Aleksandry Janusz. To spokojne w tonie, melancholijne opowiadanie zrobiło na mnie wrażenie przede wszystkim tym, twórczo autorka posługuje się fantastyką bliskiego zasięgu. Dziś ten tekst o świecie, który niemal na oczach bohaterki zmienił się całkowicie, niekoniecznie tak, jak by chciała, o świecie, który trochę jej uciekł i zostawił ją za sobą, bo ona nie bardzo chciała porzucać coś, co ceniła – czyta się trochę (wybaczcie patetyczne tony) jak zapowiedź czegoś, co i nas może, tak czy inaczej, czekać: kto wie, kiedy obudzimy się w świecie wyglądającym inaczej, niż pamiętamy? Aleksandra Janusz umiejętnie gra tu nostalgicznym nastrojem, tworząc, wiarygodny, psychologicznie prawdziwy obraz bohaterki. Janusz w ogóle, jak pisarka, znakomicie radzi sobie z postaciami – i jej mężczyźni, i zwłaszcza kobiety (a już szczególnie te starsze, starzejące się, doświadczone) w jej prozie są subtelnie, wiarygodnie i oryginalnie portretowani. Bardzo bym chciała, żeby więcej czytelników zauważało i doceniało takie niuanse pisarskiego warsztatu – Aleksandra Janusz to jedna z tych autorek, które IMHO powinny być na topie polskiej fantastyki i trochę nie wiem, czemu (sprzedażowo) nie są… Tutaj – że zacytuję własny tekst z recenzji tej antologii – stworzyła wycieniowaną, wyciszoną wariację postapo, dodała do niej odrobinę gorzkiej, solarpunkowej nadziei i stworzyła intrygującą, nostalgiczną wizję przyszłości – i tego, jak z tej przyszłości zagląda się w przeszłość.

Harda Horda zawiera sporo dobrych opowiadań. Na „nagrodowym” poziomie są tam i teksty Marty Kisiel, i Agnieszki Hałas – ten pierwszy w klimatach subtelnie zrobionej, wkradającej się po cichu w codzienność grozy, która autorce nie od dziś wychodzi świetnie, ten drugi bardzo nietypowy, zupełnie inny fabularnie i koncepcyjnie, niż uniwersum o Krzyczącym – ale ja pozwolę sobie polecić dodatkowo tekst innej autorki: Martyny Raduchowskiej. Jej “Bezduch”, nastrojowy i, przepraszam za dwuznacznik, duszny,  jest w swojej skomplikowanej, “filmowej” narracji niezwykle konsekwentny, a postacie wiarygodne psychologicznie – w efekcie finałowy twist świetnie działa. Raduchowska to jedna z tych autorek, które IMHO bardzo warto śledzić – ma ogromny potencjał i jest literacko wszechstronna.

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Harda Horda wydawnictwa SQN

ZA ILE: w tej chwili od około 25 PLN

DLA KOGO: jeżeli lubisz wyciszone postapo bez zombie i strzelanin, nostalgiczny, ale nie koszmarnie ponury nastrój, japońskie klimaty, opowieści o niekoniecznie młodych ludziach.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z o co w ogóle chodzi z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Hordą, moście panie

Harda Horda. Antologia opowiadań, Wydawnictwo SQN 2019

UWAGA: RECENZJA ZAWIERA SPOJLERY

Źródło ilustracji: strona wydawnictwa SQN

Ludziom zdarza się kłócić o to ze mną na Fejsbuku i na żywo, ale mam całkiem poważne wrażenie, że od paru lat polskie autorki fantastyki co najmniej dogoniły swoich kolegów – zarówno pod względem popularności, jak i literackiej wartości i sukcesów swoich tekstów. Wieloletnia praca i ogromna ilość nagród i nominacji wszechstronnej Anny Kańtoch, powrót literacko najciekawszej chyba polskiej autorki – Anny Brzezińskiej, triumfy Marty Kisiel w Zajdlowej kategorii “Opowiadanie” przez dwa lata z rzędu i deszcz nagród dla jej fantastyki dla dzieci, wysoko oceniane przez krytykę cyberpunkowe powieści Martyny Raduchowskiej, fakt, że po naprawdę sporej ilości lat od publikacji pierwszych opowiadań wliczenia do klasyki polskiej fantasy doczekał się cykl Agnieszki Hałas o Krzyczącym w Ciemności, fantastyczny komercyjny sukces kolejnych projektów Anety Jadowskiej to są niewątpliwe oznaki powodzenia – niezależnie od faktu, że sukcesy te mają różny charakter, od artystycznego przez nagrodowy po czysto sprzedażowy, że nie wszystkie z tych tekstów to “moja” fantastyka i nie każdy z nich mam na własnej książkowej półce.

Polskie fantastki nie boją się zresztą także przyznawania do pewnej wspólnoty, opartej chyba przede wszystkim na socjologicznym fenomenie bycia autorką fantastyki w Polsce – bo przecież nie na podobieństwach gatunkowych czy stylowych. Owocem takiej współpracy jest tom opowiadań Harda Horda, niewątpliwie jedna z najgłośniejszych antologii w polskiej fantastyce w 2019.

To nie jest tak, że ten tom jest równy: są w nim teksty lepsze i gorsze, staranniej i mniej starannie dopracowane. Najciekawsze w nim jest chyba to, że powstał i że stanowi swoistą deklarację współpracy między autorkami – dawno (?) nie mieliśmy w polskiej fantastyce świadomej, współpracującej ze sobą, konsekwentnie działającej razem (liczne występy na konwentach i targach, wspólne spotkania, z których jedno miałam przyjemność prowadzić) grupy. A opowiadania – opowiadania są, jak to w antologiach. Lepsze, gorsze, bardzo dobre i słabe, przy czym tym gorszym często niewiele, tak naprawdę, brakuje do tego, żeby mnie jako czytelniczkę i (coś w rodzaju) krytyka zadowolić.

Zacznijmy może od deklaracji: “Dróżniczka” Aleksandry Janusz znajdzie się bezdyskusyjnie na mojej liście nominacji do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. To spokojne w tonie, melancholijne opowiadanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie zarówno tym, jak twórczo autorka posługuje się fantastyką bliskiego zasięgu, jak i nastrojem, a także – portretem bohaterki, wiarygodnym i emocjonalnie prawdziwym. Janusz sięgnęła po wariację postapo, dodała do niej odrobinę gorzkiej, solarpunkowej nadziei i stworzyła intrygującą, nostalgiczną wizję przyszłości – i tego, jak z tej przyszłości zagląda się w przeszłość. To jest, jak dla mnie, tekst “nagrodowy” i zrobię wszystko, co w mojej (marnej) mocy, żeby na liście nominacji do nagród się znalazł.

Moim drugim ulubionym tekstem ze zbioru jest opowiadania, stojące tak naprawdę na przeciwnym biegunie fantastyki: “Zielona zemsta” Anety Jadowskiej. Jak na co dzień autorka nie pisze “mojej” fantastyki, tak tym razem czytając jej tekst – ironiczny, złośliwy, humorystyczny i leciutki, a przy tym bardzo sprawnie literacko napisany – bawiłam się setnie. Widać w tym opowiadaniu, że Jadowskiej kilka lat pisania bardzo dużo i szybko dało warsztatową sprawność, której może jej pozazdrościć sporo utytułowanych kolegów i koleżanek po fachu. Jej tekst jest optymistyczny i podnoszący na duchu – jak ktoś ma ochotę na pozytywną a bezpretensjonalną, rozrywkową eko fantasy, to serdecznie polecam.

“Jaworowi ludzie” Marty Kisiel to też tekst zdecydowanie udany – a niewiele mu brakuje do znakomitego. Po sukcesach Dożywocia i Siły niższej, a także ich kontynuacji w literaturze dziecięcej, Kisiel zaliczono, i słusznie, do mistrzyń polskiej fantastyki humorystycznej; a przecież już jej najlepsza chyba literacko dotychczas powieść, Nomen omen z roku 2014, wskazywała równie wyraźnie na predylekcję autorki (Ałtorki?) do gotyckiego horroru i solidną umiejętność straszenia czytelnika. Takim właśnie horrorem, opartym na znanej piosence-wyliczance, jest opowiadanie ze zbioru Harda Horda. Autorka znakomicie buduje w nim nastrój, przedstawia swoich nastoletnich i dziecięcych bohaterów, zderza codzienność wiejskich wakacji z czającą się tuż pod powierzchnią rzeczywistości metafizyczną grozą, a przy tym – sprytnie myli tropy i sugestie, co się dzieje, co komu pisane i kto będzie żył, a kto nie. Wolałabym może w finale wiedzieć jaśniej, co się stało – czy Wika skazała Karola na bycia ofiarą przez to, że sama się wymknęła? Co tak naprawdę zaszło tam między dwójką nastolatków na granicy pierwszego zakochania, dzieckiem, psem i przeklętą górą z jej agentami? – ale może to tylko ja czegoś nie doczytuję i nie dostrzegam… Klimatem grozy w każdym razie tekst Kisiel wygrywa w tym zbiorze ze wszystkimi innymi, aspirującymi do miana tekstów z pogranicza horroru (a kilka ich jest).

Skomplikowane fabularnie i narracyjnie, a przy tym naprawdę ogromnie udane jest opowiadanie Martyny Raduchowskiej “Bezduch”. Raduchowska przez ostatnie parę lat dowiodła, że jest autorką ciekawą, oryginalną i literacko coraz sprawniejszą, a przy tym wszechstronną – radzi sobie świetnie i z urban fantasy, i z cyberpunkiem, a to są przecież dwa gatunki mocno od siebie odległe. Znałam ją dotąd jedynie z powieści, a tu ogromnie zaskoczyła mnie na plus opowiadaniem. “Bezduch” jest w swojej skomplikowanej, “filmowej” narracji niezwykle konsekwentny, a postacie wiarygodne psychologicznie – i może dlatego zaproponowany przez autorkę twist tak świetnie działa? Mnie, przyznam, złapało za gardło. Gdybym miała wskazać na drugie “nagrodowe” opowiadanie w zestawie, to byłby to właśnie ten tekst.

Nastrojowe, z pogranicza new weird opowiadanie Aleksandry Zielińskiej “Po drugie” jest chyba najtrudniejsze do zaklasyfikowania gatunkowego; widać w nim sprawność pisarską autorki – cenionej i nagradzanej także za twórczość głównonurtową – i jej umiejętność kreowania zarówno nastroju, jak i postaci. Konsekwentnie prowadzona narracja z punktu widzenia nie wszystko rozumiejącej, małej dziewczynki żyjącej na zawsze z piętnem nieszczęścia, jakie ściągnęła na rodzinę, zderzona, jak u Kisiel, z pozornie sielskimi realiami wakacji na letnisku i z wdzierającą się nagle w świat dziwacznością i niesamowitością, robi spore wrażenie – choć jest to tekst raczej dla osób lubiących klimat i skupienie na psychologii postaci, a nie dla wielbicieli/ek opowiadań z szybką akcją (znaczy, dla mnie tekst, mnie się zdecydowanie podobał).

“Szanowny panie M” Anny Kańtoch to też tekst bardzo sprawnie napisany, bardzo efektownie grający konwencją – ileż opowieści o dziewiętnastowiecznych pannach umierających na gruźlicę i o rodzinie, tracącej majątek na grand tour, już znamy, a jednak tę kolejną się czyta jednym tchem? – i bardzo nastrojowy. Kańtoch od dawna przecież jest mistrzynią literackiego kreowania klimatu i jedną z najpiękniej, moim zdaniem, piszących polskich autorek (i autorów, żeby nie było – pod względem językowym niewiele osób w polskiej fantastyce może się z nią równać). Tu jednak trochę jakby, moim zdaniem, zbudowała przepiękny kościół, w którym nie ma boga – a przynajmniej bóstwo opowieści trochę się z tekstu wymknęło tylnym wyjściem. Zabrakło mi tu – bo ja wiem, jakiegoś mocniejszego tąpnięcia w zakończeniu? Ładnie rozegrana klamra rozmowy z M. o fiołkach to trochę za mało. Po co mamy w tym tekście niedoszłego narzeczonego i jak się mają historie Salimy i innych ofiar do tego, co się stało z Wiolą? Ile domyślała się zaniedbywana siostra-narratorka, kiedy w tę rozmowę z M.-mordercą się angażowała? Jak bardzo – czy w ogóle? – chciała zabić? Kańtoch, jak zwykle, świetnie rozumie swoje bohaterki i mimochodem, subtelnie a wiarygodnie, kreśli tło, którym tu jest świat ubożejącej europejskiej rodziny i traktowanych przez nich jak powietrze miejscowych mieszkańców – ale ja-czytelniczka finałem jej tekstu nie byłam usatysfakcjonowana.

To samo zresztą odnosi się do opowiadania Magdaleny Kubasiewicz “Dokąd odeszły cienie”. A może ja to powiem od razu: to nie powinno było być opowiadanie, tu jest materiał na krótką powieść i ściśnięcie go do formy opowiadania tekstowi po prostu szkodzi. Z wszystkich dotychczasowych to jest też najbardziej schematyczne i gatunkowo oczywiste: nekromaci, magia, duchy, upiory, nawiedzone domy, lordowie, rycerze… Mam do autorki pretensje o burzące mi zawieszenie niewiary niedodbanie realiów (choćby nie wiem co, dom bez ingerencji z zewnątrz nie osiągnie opisywanego poziomu ruiny w pięć lat) i o to, że IMHO zdecydowanie za słabo wypunktowała końcowy, kluczowy dylemat – co zrobić z dziewczynką i jak odnieść się do ultimatum Liljas. Bohater musiał podjąć jakąś straszną decyzję i naprawdę, wielka szkoda, że autorka nie dała się jemu i nam nad tym chwilę zatrzymać. Miał ten tekst szansę na bycie czymś ciekawszym, niż dość przewidywalna urban fantasy o duchach i nawiedzonym domu, bo autorka opisała chocholi taniec bardzo nastrojowo, a i na dziką nekromantkę wymyśliła efektowny i oryginalny pomysł, ale mocno się to wszystko rozlazło w przyspieszonym zakończeniu. Natomiast, owszem, czytało się bardzo przyjemnie.

“Tylko nie w głowę” Ewy Białołęckiej ciągnęło mi się za to w nieskończoność. Może czytałam w życiu o jeden mniej więcej humorystyczny tekst o zombie za dużo, a może to zupełnie nie dla mnie pisanie, ale męczyłam się z tym opowiadaniem niemożebnie. Wszystko mi w nim zajeżdżało kliszami ogranymi do niemożliwości w gatunku, żarty nie śmieszyły, emocji nie czułam… Nie, zdecydowanie nie.

“Z góry nie patrzą” Anny Hrycyszyn też mnie, zdecydowanie, nie zachwyciło. Ten tekst się świetnie zaczyna – autorka zresztą już kilkakrotnie udowadniała, że pisać opowiadania umie – i jego pierwsza część, opowiadająca o problemach bohaterki z rodziną i bratem w świecie po klimatycznej katastrofie, jest wiarygodna i przekonująca. Męczy mnie, tak naprawdę, ta druga: niby-przygodowa, niby jak z Verne’a z antyutopijnym twistem, a jak do tego dodać jeszcze zakończenie z jego trochę zbyt przewidywalnym i oczywistym twistem jak z filmu Nowej Przygody z lat 80. Fabularnie był dla mnie mało ciekawy, a naddaną literacką wartością (postacie, styl) też nie nadrobił.

“Lot wieloryba” Mileny Wójtowicz to z kolei sprawnie napisane i pomysłowe quasi-urban fantasy ze światami alternatywnymi i Koniunkcją Sfer piknikiem na skraju drogi zderzeniem światów w tle. Widać umiejętności i warsztat w tym, jak Wójtowicz mimochodem wprowadza informacje o świecie, nie obciążając czytelnika zbędnymi infodumpami. Jej tekst jest, owszem, typowo rozrywkowy, z bohaterką-stalkerką (jak z “Pikniku”, nie jak z kryminału!) z gatunku “pyskata, silna, twarda, rzucająca onelinerami, ze starannie ukrytym sercem”, dość w takiej fantastyce przewidywalnego, ale czyta się to bardzo przyjemnie. Największą zaletą tekstu jest kreacja świata – choć nie porażająco oryginalna, to spójna, pomysłowa i rozwojowa (grałabym w erpega w tym świecie!) – i konsekwentny ton pierwszoosobowej narracji bohaterki. Przy okazji: mam wrażenie, że chyba nie powinniśmy tak do końca wierzyć Malwie Sołtysiak, przestępczyni. Zwłaszcza, kiedy mówi, że czegoś nie czuje albo nie planuje. Wiecie co? Poprosiłabym więcej z tego świata.

“Jest nad zatoką dąb zielony” to dowód, że Agnieszka Hałas mogłaby częściej wychodzić poza swoje koronne uniwersum Krzyczącego w Ciemnościach i eksperymentować z innymi gatunkami, bo bardzo dobrze jej to wychodzi. Tu sięgnęła po soft SF bliskiego zasięgu, skupiając się wokół kwestii pamięci, świadomości i pogranicza życia i śmierci. Autorka sięgnęła po znane motywy – unieśmiertelnianie przez tworzenie cyfrowej kopii mózgu, śmiertelna choroba dziecka nieuleczalna nawet w tak zaawansowanym świecie – i w te wątki rodem dziś już z klasyki SF wplotła nastrojowy, baśniowy motyw rodem z Puszkina. Hałas bardzo ładnie buduje tu paralele między dwojgiem rodziców, zagrożonych stratą dzieci. W Leningradzie podczas hitlerowskiej blokady umierający z głodu i zimna Siergiej Chłudow nie ma żadnej nadziei, że jego ewakuowane nagle w środku zimy dzieci przeżyją. Trzy pokolenia później jego prawnuczka Wiera – potomkini córki Siergieja, ewakuowanej i ocalonej wbrew wszystkim nadziejom – mieszkająca w Niemczech programistka, obserwuje powolne i nieuchronne odchodzenie własnego kilkuletniego, śmiertelnie chorego synka, a jednocześnie – sięga we wspomnienia swej niemal stuletniej, cyfrowo unieśmiertelnionej babki, by spotkać w nich innego przodka. Ci dwoje – ojciec, który umrze, nie wiedząc, że jego dzieci żyją i matka, pewna, że jej syn musi umrzeć – spotkają się pół we śnie, pół na jawie w baśniowym miejscu nad zatoką i dowiedzą, że istnieje więcej niż jeden rodzaj nieśmiertelności. “Jest nad zatoką dąb zielony” dowodzi dużych literackich kompetencji autorki – no i brawo za śliczne pogranie Rusłanem i Ludmiłą Puszkina.

Anna Nieznaj w “Ognistym warkoczu” także gra elementami klasyki fantastyki naukowej, tyle że w jej przypadku elementy SF mają więcej wspólnego ze space operą: zagłada Ziemi, ucieczka, kolonizacja obcych światów. W ten świat autorka wpisuje historię dwóch kobiet: postarzałej podczas podróży narratorki i jej wybudzonej z kriogenicznego snu, a w efekcie młodszej od własnego dziecka nieneurotypowej matki, i ich decyzji, by zmienić losy kolonii i, w efekcie, być może świata. To jest, wbrew pozorom, raczej kameralny tekst, skupiony na wiarygodnych postaciach i ich emocjach, całkiem przy tym udany.

Generalnie Harda Horda to dobry zbiór: większość tekstów stoi na wysokim albo co najmniej przyzwoitym poziomie, kilka jest bardzo dobrych, jeden czy dwa – znakomite. Zupełnie nie przeszkadza ogromna różnorodność gatunkowa i literacka (mówię to ja, która preferuję antologie tematyczne). Z dużą ciekawością będę czekać na kolejną antologię autorek, zapowiadaną na rok 2002.

PS. Jeżeli uznać ten blog za kontynuację dawniejszego, tego z blox.pl, to blog właśnie obchodzi dwunaste urodziny. Najlepszego, blogu. Obyśmy się częściej spotykali.