Zew Zajdla 2020: opowiadania (6): Agnieszka Hałas, “Róże świętej Elżbiety”

W ramach akcji #ZewZajdla, promującej lekturę polskiej fantastyki i świadome głosowanie na jej najważniejszą przyznawaną przez fanów nagrodę, polecam na tym blogu, w krótkich notkach, te opowiadania, które mnie się szczególnie w 2020 podobały i które sama rozważam jako kandydatury do umieszczenia na mojej własnej liście. Głosuje się, jak w zeszłym roku, online, przy pomocy specjalnego formularza. Na obecnym etapie zgłaszamy nominacje – do pięciu opowiadań i powieści, które, naszym zdaniem, zasługują na wyróżnienie.

Do zestawu postanowiłam – bo przeczytaniu metodą “lepiej późno, niż wcale” – dorzucić, poza olśniewającym tekstem Marty Kisiel, jeszcze jedną rekomendację z tomu Harde baśnie. Tekstem, który zwrócił moją uwagę, było opowiadanie Agnieszki Hałas “Róże świętej Elżbiety”.

Uwaga: dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

W założeniu Harde baśnie oparte są na baśniowych retellingach, ale nawet nie przeczytawszy jeszcze całości widzę wyraźnie, że w rzeczywistości nie wszystkie (by nie rzec: nie aż tak wiele) tekstów tak czyni. Opowiadanie Anny Kańtoch, na przykład, oparte jest raczej na ogólnej idei baśniowości i baśniowej rzeczywistości, tekst Anny Nieznaj odwołuje się do Trylogii Sienkiewicza, bardzo interesujące i świetnie skądinąd napisane Białe Aleksandry Zielińskiej ma Brzydkie Kaczątko doklejone nieco na siłę, bo można je z tekstu wyciąć kompletnie bez żadnej szkody. No a “Róże świętej Elżbiety” oparte są na hagiograficznej legendzie – i na Tannhäuserze Wagnera.

Autorka w posłowiu mówi o inspiracji operą i chęci przetworzenia libretta. Wagnerowską zmysłową Wenus, skontrastowaną z niewinną siostrzenicą landgrafa Hermana, Elżbietą, zastępuje innymi wariacjami tych postaci, na nowo też opowiada o tytułowym herosie-śpiewaku, który nie może się zdecydować, czego chce od życia (1). Wenus, królową miłości, zamienia na Persefonę – tak przynajmniej odczytuję tę drugą śmierć, do której kieruje bohatera ta pierwsza, spotkana podczas strasznej nocy masakry miasta Béziers w czasie krucjaty przeciw Albigensom w roku 1209. Nieprzypadkowo przytaczam te daty i nazwy – kontekst historyczny, ale też kontekst heretyckiej religijności bohatera, jest dla tekstu istotny. W dzieciństwie główny bohater znał dwóch bogów, przed dwiema śmierciami stanie, podwójna jest jego natura, ludzka i magiczna, podwójna rola rycerza i śpiewaka – podwójność gra w tym tekście dużą rolę.

Podwójna jest też inspiracja autorki, z jednej strony wagnerowska, z drugiej – hagiograficzna. Elżbietę z operowego libretta zastępuje jej daleki pierwowzór, Erzsébet, przyszła święta, której bohater przygląda się od jej dzieciństwa i która pozostanie na zawsze w jego pamięci. Cud z różami, który pojawia się jako jeden z kluczowych punktów w jej hagiografiach, jest tu przypisany nie boskiej, a magicznej interwencji: rolę ocaliciela królowej przyjmuje na siebie główny bohater, rycerz-śpiewak wykształcony w zaświatach przez królową umarłych.

Tekst Agnieszki Hałas jest oparty na kulturowych skojarzeniach niekoniecznie dla każdego czytelnych (nie aż tak bardzo wiele osób czytających fantastykę zna się na operze i nieco w Polsce zapomnianych średniowiecznych świętych); ten kontekst go wzbogaca i ubarwia, ale nie jest tak, że bez niego ten tekst jest niezrozumiały – jeśli się lubi lekko poetycką, subtelną fantastykę, to szkoda by było rezygnować. Przy całej makabrze masakry albigensów i krwawej śmierci, jaką w końcu bohater funduje znienawidzonemu Konradowi, opowiadanie Agnieszki Hałas jest raczej spokojne, wyciszone, może dlatego, że opowiadane z daleka, z dystansu lat wobec tego, co się działo w życiu narratora-bohatera, dawno temu.

Relacja między Erzsébet a jej śpiewakiem jest też wyciszona, też oparta na obserwacji z daleka, na tym, co może łączyć wielką panią i minnesängera. To nie jest romans i to opowiadanie nie jest o miłości, w sensie – o zakochaniu, choć jest jednocześnie, jak najbardziej o miłości, o uczuciu – uczuciach – jakie łączą śpiewaka z boginią i z kobietą. Ferrant, bo takiego imienia bohater używa, nie próbuje nawet wpływać na głęboką – i autodestrukcyjną, bez wątpienia – religijność Elżbiety, choć sam poznał inny świat, inną rzeczywistość. Trudno się czytelnikowi do końca w tę relację emocjonalnie zaangażować, ale nawet tam, gdzie emocjonalnie tekst nie do końca przekonuje, jest ciągle wart uwagi ze względu na swoje inne walory: jest pięknie napisany, zanurzony w tradycji w intrygujący sposób i fascynujący w swoich opisach zaświatów, tonących w woni asfodeli i hiacyntów.

(1) Dobra, to jest trochę złośliwe, ale, uwierzcie, nigdzie, nawet w złej fantastyce, nie ma tylu bohaterów-bałwanów, pacanów i, jak mawiała Bridget Jones, czystej wody popaprańców, co w operze. Mam ich prywatny ranking, i tak, Heinrich von Tannhäuser spokojnie mieści się w Top Ten, choć numerowi jeden raczej nie zagrozi. Chcecie wiedzieć, kto jest numerem jeden? Pytajcie XD.

Karl von Blaas, Święta Elżbieta Węgierska: cud z różami, olej na płótnie, 1839

GDZIE ZNALEŹĆ: w tomie Harde baśnie, wydanym przez SQN i dostępnym zarówno w postaci papierowej, jak i elektronicznej.

ZA ILE: Dostępne w rozmaitych zestawach w sklepie SQN, od 55 PLN/ ebook. Ta wysoka cena i trudność dostępu (książkę sprzedaje oficjalnie tylko sklep SQN) to chyba główna bariera dostępności tego tekstu.

DLA KOGO: dla lubiących mitologię, teksty z literackimi i kulturowymi odniesieniami, oryginalne przetworzenia średniowiecza w fantasy.

Podsumowanie 2020 (1): polska fantastyka

Obiecuję NIE ZACZYNAĆ o uwag o tym, że 2020 był to dziwny rok i nie użyć nigdzie poza tym zdaniem zwrotu “coś tam roku zarazy”.

No to co? Ruszamy z podsumowaniem roku 2020? Zacznijmy dzisiaj od tekstów polskich, jutro mam nadzieję zmotywować się do napisania o najlepszych nie-polskich tekstach fantastycznych, jakie w 2020 przeczytałam.

Powiem tak – w roku 2020 wśród moich lektur rodzimych dominowały opowiadania – zarówno te wydane w zbiorach autorskich, jak i te w antologiach i czasopismach. Kilka propozycji do przeczytania / rozważenia pod kątem jakichś przyszłych nominacji nagrodowych przedstawiam poniżej. Od razu też zaznaczę jeszcze jedno – nie zdążyłam oczywiście przeczytać wszystkiego. w W całej notce rozsiane są informacje o powieściach i opowiadaniach z 2020, które mam na liście lektur przed sezonem nagrodowym, ale gdyby ktoś chciał dorzucić coś do tej listy, to polecanki zawsze chętnie przyjmę.

Po pierwsze – zbiory autorskie. Tych przeczytałam niewiele, ale też nie tak wiele ich wychodzi. Przede mną lektura kilku ciekawych zbiorków z zakresu grozy, a z tych już przeczytanych chciałabym wyróżnić “Niebo, ptaki i robaki” Anny Marii Wybraniec: ciążący w stronę weirdu i niesamowitości debiut, zapowiadający bardzo ciekawą autorkę.

Po drugie – antologie. Tu mieliśmy wysyp, jak zresztą od kilku lat. Ukazywały się tomy wydawane przez różne kluby i organizacje związane z fantastyką – z tych nieczytanych dotąd szczególnie napalam się na wydany przez Śląski Klub Fantastyki Iknszy welt (z opowiadaniami m.in. Michała Cholewy i Marty Magdaleny Lasik). Jak zawsze nie zawodziły Fantazmaty – w tegorocznych zbiorach Nanofantazje 2.0 i wydanej niedawno Zbrodni doskonałej czeka sporo ciekawych tekstów – choć, przyznajmy, nie ma wśród nich moich absolutnych faworytów do tytułu opowiadania roku. Czeka na mnie jeszcze całościowa lektura Hardych baśni, w których jest kilka tekstów znanych mi już i cenionych autorek. Znam z nich na razie jeden, udane i nastrojowe “Róże świętej Elżbiety” Agnieszki Hałas, odwołujący się do legendy średniowiecznej węgierskiej świętej królowej i do motywów z Tannhäusera Wangera. Nie zachwyciły mnie antologie cyberpunkowe – choć z tej kobiecej (Cyberpunk Girls Uroborosa) czekają mnie jeszcze oba teksty generalnie bardzo przeze mnie cenionej Martyny Raduchowskiej. Nie ruszyłam jeszcze Gladiatorów z FS – mam w tym tomie upatrzone kilka tekstów, które zdecydowanie chcę przeczytać. W głośnej i bardzo różnie ocenianej antologii Tęczowe i fanastyczne (Grupa Wydawnicza Alpaka) znalazłam jedno ze swoich ulubionych opowiadań roku – malarski, niepokojący “Ogród rozkoszy ziemskich” Olgi Niziołek, które na pewno znajdzie się na mojej liście nagrodowych nominacji za 2020. Nie chcę rozpisywać się o tym zbiorze, ponieważ jest w nim i moje własne opowiadanie, a recenzowanie zbiorku ze swoim tekstem trochę nie ma sensu, ale w tym tomie obiecujące – w kontekście dalszych karier autorów/-ek – są IMHO także teksty, które napisali/ły Paulina Rezanowicz, Ewan Mrozek i A. Szydlik. Literacko warto też zerknąć na zawarte w tym zbiorze teksty Agnieszki Szmatoły oraz cieszącej się już w fandomie sporym uznaniem Krystyny Chodorowskiej. Jedne i drugie to nie do końca moja bajka, ale pod względem literackim warte są uwagi – mogą do kogoś trafić mocniej, niż do mnie. Pierwszy tom pokonkursowej antologii Weird fiction po polsku (Phantom Books) to także tom, w którym jest mój tekst – powstrzymując się więc od szczegółowej recenzji całości, pozwolę sobie zwrócić uwagę na opowiadania Pawła Wącławskiego (zachwycające pomysłowością “Jestem wszystkim i wszystkimi”), docenionego przeze mnie już w zeszłym roku Michała Brzozowskiego (absurdalne, ale i łapiące za serce “Nakręcia głowy”, chyba mój nr 1 w tym zbiorku) oraz Michała Blatkiewicza (enigmatyczne i idące w niepokojącą groteskę “…Będzie futro”). Nie zawiódł mnie również obserwowany już od jakiegoś czasu Sylwester Gdela (mitologiczno-cyberpunkowo-odlotowy “Gegnarok”). Jeszcze przede mną lektura tegorocznych “Snów umarłych”, ale wiem, że zawierają kilka naprawdę dobrych tekstów. A jak już mowa o dobrych tekstach – z czytanych przeze mnie antologii najrówniejszą chyba była ta stworzona z opowiadań wyróżnionych na portalu Nowej Fantastyki (Fantastyczne pióra). Portal ten jest mi bliski i sama się na nim udzielam, nie mam jednak swojego tekstu w zestawie za 2018 (wydanym w 2020). Chciałabym wobec tego zwrócić uwagę na najciekawsze teksty z tego tomu. Pierwszy z nich to “Arecibo” (autorem jest Aleksander Pacion), klimatyczne SF z elementami horroru (?), które ma ogromne szanse znaleźć się na mojej liście Zajdlowych nominacji za 2020. Drugi i trzeci – to dwa teksty obserwowanego przeze mnie od dłuższego czasu Łukasza Redelbacha – oryginalny światotwórczo i koncepcyjnie “Luminescencyjny pokrak” oraz przede wszystkim gęste, ciemne, ponure opowiadanie weirdowe “Smakołyk dla dżdżownicy”, też wysoko na mojej szerokiej liście nagrodowej. Z antologii tej zdecydowanie warto także sięgnąć po inspirowany ilustracjami Jakuba Różalskiego wojenny fresk “Husarz śmierci” Marka Kolendy i na intrygującą, emocjonalną i wizyjną “Kumari” Radosława Puchały. Katarzyna Szymonik, która ma w tym zbiorze dwa teksty, to także bardzo obiecująca autorka o dużych możliwościach – ale poczekajcie na “Fantastyczne pióra” 2019, żeby ją w pełni docenić!

Skoro najwyraźniej nie czytywałam aż tak wielu antologii, to co czytałam? Ano, w tym roku w większych niż kiedykolwiek ilościach – opowiadania w czasopismach. No dobra, głównie w czasopiśmie, jednym. W Nowej Fantastyce. W podsumowaniach roku pewnie przewinie się motyw awantury o tekst Jacka Komudy – ja nie będę o nim pisała, bo na mojej liście najciekawszych raczej by się nie znalazł.

Co by się znalazło, z rzeczy z NF? Klimatyczna, choć chwilami nieco za długa “Podróż do wnętrza psa” Olgi Niziołek. Niby dość tradycyjnie i z szacunkiem dla historii, ale pomysłowo i niebanalnie przerabiający opowieść o spartańskim zdrajcy “Efialtes” Pawła Majki (ale też Majka zawsze umiał bawić się tradycją!). “Głos słońca” Marty Magdaleny Lasik, SF bliskiego zasięgu nawiązujące do japońskich klimatów. No i przede wszystkim “Święci z Vukovaru” duetu Krzysztof Matkowski i Krzysztof Rewiuk, ich drugi wspólny tekst po nominowanej w tym roku do Zajdla “Dziewczynie z papieru i ognia”. Tym razem współczesny, w realiach leczącej wojenne rany byłej Jugosławii, emocjonalny, ale i starannie przemyślany, psychologicznie prawdziwy tekst z odrobiną niesamowitości wdzierającej się w realny świat – to jeden z moich zdecydowanie ulubionych tekstów roku 2020. Z kolei w Esensji zwraca uwagę “Nocna parada stu demonów” Wiktora Orłowskiego – efektowna gra tradycyjnymi klockami (demonologia, Japonia, mroczne zabójstwa), układająca się w trzymającą w napięciu całość.

Gdy chodzi o powieści 2020, konkurencję wygrał wspomniany w poprzednim akapicie Krzysztof Matkowski – jego Trzecia część człowieka (Wydawnictwo Alegoria) to moja ulubiona powieść fantastyczna poprzedniego roku, pisałam o niej zresztą więcej tutaj. Wydarzeniem roku była niewątpliwie pierwsza w historii Nike dla autora fantastyki – za intrygującą, choć w moich oczach nierówną Baśń o wężowym sercu Radka Raka. Powiem szczerze – przy wszelkich wątpliwościach bardzo, ale to bardzo się ucieszyłam z tej nagrody! W 2020 nową powieść wydała także Agnieszka Osikowicz-Chwaja – bardzo się dziwię, że po jej cykl klasycznej fantasy z militarnym skrętem i współczesnymi dylematami w tle nie sięga więcej czytelników, bo jej proza jest tego warta. Lubiący fantastykę dla najmłodszych dostali w 2020 także kolejną część przygód Małego Licha Marty Kisiel, która coraz skuteczniej łączy, także w pisarstwie dla młodego czytelnika, humor i ogrywanie kulturowych tradycji z całkiem poważną, gotycką grozą.

Jeszcze przede mną lektura kilku głośnych tytułów z tego roku – pewnie jak zawsze nazbiera się kilka książek, o których warto pamiętać (na pierwszy ogień – Człowiek, który zniknął. Deus ex machina Kornela Mikołajczyka, bo zapadło mi w pamięć jego opowiadanie w antologii Umieranie to parszywa robota z 2019 i Bieganie po torach Łukasza Krukowskiego, weirdowa powieść chwalona przez kilku recenzentów i czytelników, do których mam zaufanie.

A wy? Macie swoje ulubione polskie teksty?

Zew Zajdla: Opowiadania (3). Aleksandra Janusz, “Dróżniczka”

Z cyklu notek o tekstach, które ja sama w tym roku chciałabym widzieć nagrodzone Nagrodą im. Janusza A. Zajdla, dziś opowiadanie Aleksandry Janusz “Dróżniczka” z tomu Harda Horda.

O tomie opowiadań Harda Horda, wydanym przez SQN, pisałam już na tym blogu jako o całości. Teraz pozwolę sobie wybrać z tego tomu mój Zajdlowy typ, a jednocześnie – zaproponować dwa inne opowiadania, które IMHO na liście nagrodowej spokojnie mogłyby się znaleźć.

UWAGA: Dalsza część analizy zawiera spojlery. Przejdź na koniec (po drugiej ilustracji), po krótką bezspojlerową rekomendację.

Źródło: SQN Store

Mój osobisty typ to „Dróżniczka” Aleksandry Janusz. To spokojne w tonie, melancholijne opowiadanie zrobiło na mnie wrażenie przede wszystkim tym, twórczo autorka posługuje się fantastyką bliskiego zasięgu. Dziś ten tekst o świecie, który niemal na oczach bohaterki zmienił się całkowicie, niekoniecznie tak, jak by chciała, o świecie, który trochę jej uciekł i zostawił ją za sobą, bo ona nie bardzo chciała porzucać coś, co ceniła – czyta się trochę (wybaczcie patetyczne tony) jak zapowiedź czegoś, co i nas może, tak czy inaczej, czekać: kto wie, kiedy obudzimy się w świecie wyglądającym inaczej, niż pamiętamy? Aleksandra Janusz umiejętnie gra tu nostalgicznym nastrojem, tworząc, wiarygodny, psychologicznie prawdziwy obraz bohaterki. Janusz w ogóle, jak pisarka, znakomicie radzi sobie z postaciami – i jej mężczyźni, i zwłaszcza kobiety (a już szczególnie te starsze, starzejące się, doświadczone) w jej prozie są subtelnie, wiarygodnie i oryginalnie portretowani. Bardzo bym chciała, żeby więcej czytelników zauważało i doceniało takie niuanse pisarskiego warsztatu – Aleksandra Janusz to jedna z tych autorek, które IMHO powinny być na topie polskiej fantastyki i trochę nie wiem, czemu (sprzedażowo) nie są… Tutaj – że zacytuję własny tekst z recenzji tej antologii – stworzyła wycieniowaną, wyciszoną wariację postapo, dodała do niej odrobinę gorzkiej, solarpunkowej nadziei i stworzyła intrygującą, nostalgiczną wizję przyszłości – i tego, jak z tej przyszłości zagląda się w przeszłość.

Harda Horda zawiera sporo dobrych opowiadań. Na „nagrodowym” poziomie są tam i teksty Marty Kisiel, i Agnieszki Hałas – ten pierwszy w klimatach subtelnie zrobionej, wkradającej się po cichu w codzienność grozy, która autorce nie od dziś wychodzi świetnie, ten drugi bardzo nietypowy, zupełnie inny fabularnie i koncepcyjnie, niż uniwersum o Krzyczącym – ale ja pozwolę sobie polecić dodatkowo tekst innej autorki: Martyny Raduchowskiej. Jej “Bezduch”, nastrojowy i, przepraszam za dwuznacznik, duszny,  jest w swojej skomplikowanej, “filmowej” narracji niezwykle konsekwentny, a postacie wiarygodne psychologicznie – w efekcie finałowy twist świetnie działa. Raduchowska to jedna z tych autorek, które IMHO bardzo warto śledzić – ma ogromny potencjał i jest literacko wszechstronna.

GDZIE ZNALEŹĆ: Antologia Harda Horda wydawnictwa SQN

ZA ILE: w tej chwili od około 25 PLN

DLA KOGO: jeżeli lubisz wyciszone postapo bez zombie i strzelanin, nostalgiczny, ale nie koszmarnie ponury nastrój, japońskie klimaty, opowieści o niekoniecznie młodych ludziach.

Jeżeli komuś potrzeba informacji, jak nominować i głosować, albo w ogóle, o co chodzi z o co w ogóle chodzi z tą nagrodą, to wszelkie informacje są na początku jednej z poprzednich notek z tego cyklu.

Hordą, moście panie

Harda Horda. Antologia opowiadań, Wydawnictwo SQN 2019

UWAGA: RECENZJA ZAWIERA SPOJLERY

Źródło ilustracji: strona wydawnictwa SQN

Ludziom zdarza się kłócić o to ze mną na Fejsbuku i na żywo, ale mam całkiem poważne wrażenie, że od paru lat polskie autorki fantastyki co najmniej dogoniły swoich kolegów – zarówno pod względem popularności, jak i literackiej wartości i sukcesów swoich tekstów. Wieloletnia praca i ogromna ilość nagród i nominacji wszechstronnej Anny Kańtoch, powrót literacko najciekawszej chyba polskiej autorki – Anny Brzezińskiej, triumfy Marty Kisiel w Zajdlowej kategorii “Opowiadanie” przez dwa lata z rzędu i deszcz nagród dla jej fantastyki dla dzieci, wysoko oceniane przez krytykę cyberpunkowe powieści Martyny Raduchowskiej, fakt, że po naprawdę sporej ilości lat od publikacji pierwszych opowiadań wliczenia do klasyki polskiej fantasy doczekał się cykl Agnieszki Hałas o Krzyczącym w Ciemności, fantastyczny komercyjny sukces kolejnych projektów Anety Jadowskiej to są niewątpliwe oznaki powodzenia – niezależnie od faktu, że sukcesy te mają różny charakter, od artystycznego przez nagrodowy po czysto sprzedażowy, że nie wszystkie z tych tekstów to “moja” fantastyka i nie każdy z nich mam na własnej książkowej półce.

Polskie fantastki nie boją się zresztą także przyznawania do pewnej wspólnoty, opartej chyba przede wszystkim na socjologicznym fenomenie bycia autorką fantastyki w Polsce – bo przecież nie na podobieństwach gatunkowych czy stylowych. Owocem takiej współpracy jest tom opowiadań Harda Horda, niewątpliwie jedna z najgłośniejszych antologii w polskiej fantastyce w 2019.

To nie jest tak, że ten tom jest równy: są w nim teksty lepsze i gorsze, staranniej i mniej starannie dopracowane. Najciekawsze w nim jest chyba to, że powstał i że stanowi swoistą deklarację współpracy między autorkami – dawno (?) nie mieliśmy w polskiej fantastyce świadomej, współpracującej ze sobą, konsekwentnie działającej razem (liczne występy na konwentach i targach, wspólne spotkania, z których jedno miałam przyjemność prowadzić) grupy. A opowiadania – opowiadania są, jak to w antologiach. Lepsze, gorsze, bardzo dobre i słabe, przy czym tym gorszym często niewiele, tak naprawdę, brakuje do tego, żeby mnie jako czytelniczkę i (coś w rodzaju) krytyka zadowolić.

Zacznijmy może od deklaracji: “Dróżniczka” Aleksandry Janusz znajdzie się bezdyskusyjnie na mojej liście nominacji do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. To spokojne w tonie, melancholijne opowiadanie zrobiło na mnie ogromne wrażenie zarówno tym, jak twórczo autorka posługuje się fantastyką bliskiego zasięgu, jak i nastrojem, a także – portretem bohaterki, wiarygodnym i emocjonalnie prawdziwym. Janusz sięgnęła po wariację postapo, dodała do niej odrobinę gorzkiej, solarpunkowej nadziei i stworzyła intrygującą, nostalgiczną wizję przyszłości – i tego, jak z tej przyszłości zagląda się w przeszłość. To jest, jak dla mnie, tekst “nagrodowy” i zrobię wszystko, co w mojej (marnej) mocy, żeby na liście nominacji do nagród się znalazł.

Moim drugim ulubionym tekstem ze zbioru jest opowiadania, stojące tak naprawdę na przeciwnym biegunie fantastyki: “Zielona zemsta” Anety Jadowskiej. Jak na co dzień autorka nie pisze “mojej” fantastyki, tak tym razem czytając jej tekst – ironiczny, złośliwy, humorystyczny i leciutki, a przy tym bardzo sprawnie literacko napisany – bawiłam się setnie. Widać w tym opowiadaniu, że Jadowskiej kilka lat pisania bardzo dużo i szybko dało warsztatową sprawność, której może jej pozazdrościć sporo utytułowanych kolegów i koleżanek po fachu. Jej tekst jest optymistyczny i podnoszący na duchu – jak ktoś ma ochotę na pozytywną a bezpretensjonalną, rozrywkową eko fantasy, to serdecznie polecam.

“Jaworowi ludzie” Marty Kisiel to też tekst zdecydowanie udany – a niewiele mu brakuje do znakomitego. Po sukcesach Dożywocia i Siły niższej, a także ich kontynuacji w literaturze dziecięcej, Kisiel zaliczono, i słusznie, do mistrzyń polskiej fantastyki humorystycznej; a przecież już jej najlepsza chyba literacko dotychczas powieść, Nomen omen z roku 2014, wskazywała równie wyraźnie na predylekcję autorki (Ałtorki?) do gotyckiego horroru i solidną umiejętność straszenia czytelnika. Takim właśnie horrorem, opartym na znanej piosence-wyliczance, jest opowiadanie ze zbioru Harda Horda. Autorka znakomicie buduje w nim nastrój, przedstawia swoich nastoletnich i dziecięcych bohaterów, zderza codzienność wiejskich wakacji z czającą się tuż pod powierzchnią rzeczywistości metafizyczną grozą, a przy tym – sprytnie myli tropy i sugestie, co się dzieje, co komu pisane i kto będzie żył, a kto nie. Wolałabym może w finale wiedzieć jaśniej, co się stało – czy Wika skazała Karola na bycia ofiarą przez to, że sama się wymknęła? Co tak naprawdę zaszło tam między dwójką nastolatków na granicy pierwszego zakochania, dzieckiem, psem i przeklętą górą z jej agentami? – ale może to tylko ja czegoś nie doczytuję i nie dostrzegam… Klimatem grozy w każdym razie tekst Kisiel wygrywa w tym zbiorze ze wszystkimi innymi, aspirującymi do miana tekstów z pogranicza horroru (a kilka ich jest).

Skomplikowane fabularnie i narracyjnie, a przy tym naprawdę ogromnie udane jest opowiadanie Martyny Raduchowskiej “Bezduch”. Raduchowska przez ostatnie parę lat dowiodła, że jest autorką ciekawą, oryginalną i literacko coraz sprawniejszą, a przy tym wszechstronną – radzi sobie świetnie i z urban fantasy, i z cyberpunkiem, a to są przecież dwa gatunki mocno od siebie odległe. Znałam ją dotąd jedynie z powieści, a tu ogromnie zaskoczyła mnie na plus opowiadaniem. “Bezduch” jest w swojej skomplikowanej, “filmowej” narracji niezwykle konsekwentny, a postacie wiarygodne psychologicznie – i może dlatego zaproponowany przez autorkę twist tak świetnie działa? Mnie, przyznam, złapało za gardło. Gdybym miała wskazać na drugie “nagrodowe” opowiadanie w zestawie, to byłby to właśnie ten tekst.

Nastrojowe, z pogranicza new weird opowiadanie Aleksandry Zielińskiej “Po drugie” jest chyba najtrudniejsze do zaklasyfikowania gatunkowego; widać w nim sprawność pisarską autorki – cenionej i nagradzanej także za twórczość głównonurtową – i jej umiejętność kreowania zarówno nastroju, jak i postaci. Konsekwentnie prowadzona narracja z punktu widzenia nie wszystko rozumiejącej, małej dziewczynki żyjącej na zawsze z piętnem nieszczęścia, jakie ściągnęła na rodzinę, zderzona, jak u Kisiel, z pozornie sielskimi realiami wakacji na letnisku i z wdzierającą się nagle w świat dziwacznością i niesamowitością, robi spore wrażenie – choć jest to tekst raczej dla osób lubiących klimat i skupienie na psychologii postaci, a nie dla wielbicieli/ek opowiadań z szybką akcją (znaczy, dla mnie tekst, mnie się zdecydowanie podobał).

“Szanowny panie M” Anny Kańtoch to też tekst bardzo sprawnie napisany, bardzo efektownie grający konwencją – ileż opowieści o dziewiętnastowiecznych pannach umierających na gruźlicę i o rodzinie, tracącej majątek na grand tour, już znamy, a jednak tę kolejną się czyta jednym tchem? – i bardzo nastrojowy. Kańtoch od dawna przecież jest mistrzynią literackiego kreowania klimatu i jedną z najpiękniej, moim zdaniem, piszących polskich autorek (i autorów, żeby nie było – pod względem językowym niewiele osób w polskiej fantastyce może się z nią równać). Tu jednak trochę jakby, moim zdaniem, zbudowała przepiękny kościół, w którym nie ma boga – a przynajmniej bóstwo opowieści trochę się z tekstu wymknęło tylnym wyjściem. Zabrakło mi tu – bo ja wiem, jakiegoś mocniejszego tąpnięcia w zakończeniu? Ładnie rozegrana klamra rozmowy z M. o fiołkach to trochę za mało. Po co mamy w tym tekście niedoszłego narzeczonego i jak się mają historie Salimy i innych ofiar do tego, co się stało z Wiolą? Ile domyślała się zaniedbywana siostra-narratorka, kiedy w tę rozmowę z M.-mordercą się angażowała? Jak bardzo – czy w ogóle? – chciała zabić? Kańtoch, jak zwykle, świetnie rozumie swoje bohaterki i mimochodem, subtelnie a wiarygodnie, kreśli tło, którym tu jest świat ubożejącej europejskiej rodziny i traktowanych przez nich jak powietrze miejscowych mieszkańców – ale ja-czytelniczka finałem jej tekstu nie byłam usatysfakcjonowana.

To samo zresztą odnosi się do opowiadania Magdaleny Kubasiewicz “Dokąd odeszły cienie”. A może ja to powiem od razu: to nie powinno było być opowiadanie, tu jest materiał na krótką powieść i ściśnięcie go do formy opowiadania tekstowi po prostu szkodzi. Z wszystkich dotychczasowych to jest też najbardziej schematyczne i gatunkowo oczywiste: nekromaci, magia, duchy, upiory, nawiedzone domy, lordowie, rycerze… Mam do autorki pretensje o burzące mi zawieszenie niewiary niedodbanie realiów (choćby nie wiem co, dom bez ingerencji z zewnątrz nie osiągnie opisywanego poziomu ruiny w pięć lat) i o to, że IMHO zdecydowanie za słabo wypunktowała końcowy, kluczowy dylemat – co zrobić z dziewczynką i jak odnieść się do ultimatum Liljas. Bohater musiał podjąć jakąś straszną decyzję i naprawdę, wielka szkoda, że autorka nie dała się jemu i nam nad tym chwilę zatrzymać. Miał ten tekst szansę na bycie czymś ciekawszym, niż dość przewidywalna urban fantasy o duchach i nawiedzonym domu, bo autorka opisała chocholi taniec bardzo nastrojowo, a i na dziką nekromantkę wymyśliła efektowny i oryginalny pomysł, ale mocno się to wszystko rozlazło w przyspieszonym zakończeniu. Natomiast, owszem, czytało się bardzo przyjemnie.

“Tylko nie w głowę” Ewy Białołęckiej ciągnęło mi się za to w nieskończoność. Może czytałam w życiu o jeden mniej więcej humorystyczny tekst o zombie za dużo, a może to zupełnie nie dla mnie pisanie, ale męczyłam się z tym opowiadaniem niemożebnie. Wszystko mi w nim zajeżdżało kliszami ogranymi do niemożliwości w gatunku, żarty nie śmieszyły, emocji nie czułam… Nie, zdecydowanie nie.

“Z góry nie patrzą” Anny Hrycyszyn też mnie, zdecydowanie, nie zachwyciło. Ten tekst się świetnie zaczyna – autorka zresztą już kilkakrotnie udowadniała, że pisać opowiadania umie – i jego pierwsza część, opowiadająca o problemach bohaterki z rodziną i bratem w świecie po klimatycznej katastrofie, jest wiarygodna i przekonująca. Męczy mnie, tak naprawdę, ta druga: niby-przygodowa, niby jak z Verne’a z antyutopijnym twistem, a jak do tego dodać jeszcze zakończenie z jego trochę zbyt przewidywalnym i oczywistym twistem jak z filmu Nowej Przygody z lat 80. Fabularnie był dla mnie mało ciekawy, a naddaną literacką wartością (postacie, styl) też nie nadrobił.

“Lot wieloryba” Mileny Wójtowicz to z kolei sprawnie napisane i pomysłowe quasi-urban fantasy ze światami alternatywnymi i Koniunkcją Sfer piknikiem na skraju drogi zderzeniem światów w tle. Widać umiejętności i warsztat w tym, jak Wójtowicz mimochodem wprowadza informacje o świecie, nie obciążając czytelnika zbędnymi infodumpami. Jej tekst jest, owszem, typowo rozrywkowy, z bohaterką-stalkerką (jak z “Pikniku”, nie jak z kryminału!) z gatunku “pyskata, silna, twarda, rzucająca onelinerami, ze starannie ukrytym sercem”, dość w takiej fantastyce przewidywalnego, ale czyta się to bardzo przyjemnie. Największą zaletą tekstu jest kreacja świata – choć nie porażająco oryginalna, to spójna, pomysłowa i rozwojowa (grałabym w erpega w tym świecie!) – i konsekwentny ton pierwszoosobowej narracji bohaterki. Przy okazji: mam wrażenie, że chyba nie powinniśmy tak do końca wierzyć Malwie Sołtysiak, przestępczyni. Zwłaszcza, kiedy mówi, że czegoś nie czuje albo nie planuje. Wiecie co? Poprosiłabym więcej z tego świata.

“Jest nad zatoką dąb zielony” to dowód, że Agnieszka Hałas mogłaby częściej wychodzić poza swoje koronne uniwersum Krzyczącego w Ciemnościach i eksperymentować z innymi gatunkami, bo bardzo dobrze jej to wychodzi. Tu sięgnęła po soft SF bliskiego zasięgu, skupiając się wokół kwestii pamięci, świadomości i pogranicza życia i śmierci. Autorka sięgnęła po znane motywy – unieśmiertelnianie przez tworzenie cyfrowej kopii mózgu, śmiertelna choroba dziecka nieuleczalna nawet w tak zaawansowanym świecie – i w te wątki rodem dziś już z klasyki SF wplotła nastrojowy, baśniowy motyw rodem z Puszkina. Hałas bardzo ładnie buduje tu paralele między dwojgiem rodziców, zagrożonych stratą dzieci. W Leningradzie podczas hitlerowskiej blokady umierający z głodu i zimna Siergiej Chłudow nie ma żadnej nadziei, że jego ewakuowane nagle w środku zimy dzieci przeżyją. Trzy pokolenia później jego prawnuczka Wiera – potomkini córki Siergieja, ewakuowanej i ocalonej wbrew wszystkim nadziejom – mieszkająca w Niemczech programistka, obserwuje powolne i nieuchronne odchodzenie własnego kilkuletniego, śmiertelnie chorego synka, a jednocześnie – sięga we wspomnienia swej niemal stuletniej, cyfrowo unieśmiertelnionej babki, by spotkać w nich innego przodka. Ci dwoje – ojciec, który umrze, nie wiedząc, że jego dzieci żyją i matka, pewna, że jej syn musi umrzeć – spotkają się pół we śnie, pół na jawie w baśniowym miejscu nad zatoką i dowiedzą, że istnieje więcej niż jeden rodzaj nieśmiertelności. “Jest nad zatoką dąb zielony” dowodzi dużych literackich kompetencji autorki – no i brawo za śliczne pogranie Rusłanem i Ludmiłą Puszkina.

Anna Nieznaj w “Ognistym warkoczu” także gra elementami klasyki fantastyki naukowej, tyle że w jej przypadku elementy SF mają więcej wspólnego ze space operą: zagłada Ziemi, ucieczka, kolonizacja obcych światów. W ten świat autorka wpisuje historię dwóch kobiet: postarzałej podczas podróży narratorki i jej wybudzonej z kriogenicznego snu, a w efekcie młodszej od własnego dziecka nieneurotypowej matki, i ich decyzji, by zmienić losy kolonii i, w efekcie, być może świata. To jest, wbrew pozorom, raczej kameralny tekst, skupiony na wiarygodnych postaciach i ich emocjach, całkiem przy tym udany.

Generalnie Harda Horda to dobry zbiór: większość tekstów stoi na wysokim albo co najmniej przyzwoitym poziomie, kilka jest bardzo dobrych, jeden czy dwa – znakomite. Zupełnie nie przeszkadza ogromna różnorodność gatunkowa i literacka (mówię to ja, która preferuję antologie tematyczne). Z dużą ciekawością będę czekać na kolejną antologię autorek, zapowiadaną na rok 2002.

PS. Jeżeli uznać ten blog za kontynuację dawniejszego, tego z blox.pl, to blog właśnie obchodzi dwunaste urodziny. Najlepszego, blogu. Obyśmy się częściej spotykali.