This thing of blood

Z okazji faktu, że w tym tygodniu National Theatre daje szerokiej publiczności szansę na obejrzenie Koriolanaktórego ja miałam przyjemność widzieć na scenie, a potem kilkakrotnie w kinie – przypominam swoją recenzję z teatralnej wersji spektaklu, sprzed sześciu lat.

William Shakespeare, “Coriolanus”, reż. Josie Rourke, wyst. Tom Hiddleston (Gajusz Marcjusz Koriolan), Mark Gattiss (Meneniusz), Hadley Fraser (Tullus Aufidiusz), Deborah Findlay (Wolumnia) i inni. Donmar Warehouse Theatre, ja osobiście byłam 03.02.14

Hmmm, spojlery do a) treści, b) realizacji. Kto nie chce wiedzieć – nie czytać przed ewentualnym obejrzeniem transmisji!

Pozwolę sobie na początek na może trochę bardziej osobistą uwagę: zawsze mi się wydawało, że nie jestem osobą, której zdarzają się Takie Rzeczy. Raczej nie znajduję pieniędzy na ulicy (dobra, raz mi się zdarzyło), nie spotykam przypadkiem ulubionych aktorów w kawiarni, nie wygrywam nagród w loteriach i totolotkach. Kupienie online niemożliwego do dostania biletu do teatru, kiedy ma się na to w zasadzie sekundy od rozpoczęcia sprzedaży, normalnie byłoby w moim przypadku niemożliwe.

No i oczywiście, że się okazało niemożliwe, nie dla mnie takie numery. Na szczęście są na świecie ludzie znacznie bardziej lubiani przez Fortunę ode mnie, którzy na dodatek z własnej i nieprzymuszonej woli są gotowi użyczyć swojego szczęścia innym. I tak, Ela Loska kupiła mi bilet i dzięki niej poszłam wczoraj na Szekspirowskiego Koriolana w Donmar Warehouse, na którego chciało pójść pół Londynu. Samej by mi się nie udało – i dlatego Katarzynie, Eli i tym wszystkim innym, którzy starali mi się pomóc i/lub trzymali kciuki, dedykuję ten wpis.

Oczywiście, skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie poszłam na obsadę – i to niekoniecznie tylko na Toma Hiddlestona w tytułowej roli. Od samego początku fakt, że Meneniusza grał Mark Gattiss, też był co najmniej znaczący… no, a potem był ten moment, jeszcze w Polsce, kiedy zdałam sobie sprawę, że grający Aufidiusza Hadley Fraser to jest ten Hadley Fraser… Cóż, tak się składa, że jednego ze swoich ulubionych musicalowych wykonawców widziałam na scenie w roli czysto dramatycznej 🙂

Giovanni Battista Tiepolo, Koriolan u bram Rzymu, olej na płótnie, 1730, obecnie w Ermitażu

No tyle że nie poszłam tylko na obsadę. Moja przygoda z Koriolanem Szekspira sięga studiów i pracy semestralnej pisanej na seminarium z mitologii rzymskiej; pracy poświęconej właśnie klasycznym źródłom do legendy Koriolana, jej formie i jej późniejszej recepcji. W zasadzie od tamtego czasu Koriolan jest moją ulubioną z antycznych tragedii Szekspira: uważam go za lepszego, w sumie, od Juliusza Cezara i dość często zdarza mi się do niego wracać, czy to w postaci lektury, czy przy (nieczęstej) okazji obejrzenia kolejnej adaptacji.

No dobrze, skończę już z tymi wyznaniami i przejdę do rzeczy. Po raz kolejny w teatrze w Londynie miałam wrażenie, że zdecydowanie na pierwszym planie jest tu aktorstwo. Scenografia była pomysłowa, ale zdecydowanie umowna: ot, biało-czerwona, zagryzmolona graffiti ściana. Namalowany na niej na samym początku (jego malowanie w zasadzie otwiera spektakl) biały napis ANNONA PLEBIS plus minus, hasło mocno w rzymskiej tradycji ugruntowane) ginie potem pod wyświetlanymi tam chwilowymi graffiti z hasłami w tym momencie przez lud wykrzykiwanymi i wielbionymi, plus z innymi, minimalnymi wizualnymi komentarzami/uzupełnieniami do wydarzeń (drabiny przy murach w scenie oblężenia Korioli). Jedna realna drabina; rzucająca w jaskrawym świetle cienie szczebli na podłogę. Na podłodze obmalowany na krwawoczerwono kwadrat, wyznaczający miejsce konfrontacji bohaterów (pierwszy pojedynek Koriolana i Aufidiusza, rozmowy z matką); później, już po pojawieniu się trybunów mniejszy, ciemnozielony, jak ława oskarżonych, na której stanie Koriolan, wpędzony przez senat w pułapkę. No i krzesła: wnoszone i wynoszone przez aktorów, stawiane po cichu albo z hukiem, rzucane po scenie w chwilach gniewu: podstawowy rekwizyt w tej sztuce.

Te krzesła są o tyle ważne, że w Koriolanie Josie Rourke w zasadzie (poza sceną kąpieli, o ile pamiętam, i paroma innymi krótkimi) cały czas wszyscy są na scenie. Podczas scen rozgrywających się między kilkoma postaciami reszta siedzi lub stoi pod ścianą, nieruchomo i bez emocji: nie uczestnicząc w akcji, postacie są jednak jej świadkami. Tu nie ma tajemnic i w zasadzie, poza pojedynczymi scenami z trybunami, nie ma knucia i intryg siedzący pod ścianą bohaterowie mogą nie uczestniczyć w samej akcji, ale ich obecność łamie iluzję zagadki, narzucając w zamian inną: że wszystko to, co się dzieje, rozgrywa się przed oczyma publiczności, nie tylko tej spoza świata scenicznego, ale i tej z jego pogranicza, że wszyscy wszystko widzą, wszystko wiedzą… i nic nie mogą z tym zrobić. Ta obecność/nieobecność zostaje złamana raz: w II części (spektakl ma dwie, pierwsza kończy się, przewidywalnie, wygnaniem Marcjusza, druga zaczyna od jego przybycia do Aufidiusza), kiedy Meneniusz przychodzi prosić o spotkanie z Koriolanem i natyka się na niechętne, kpiące z niego straże. Koriolan w towarzystwie Aufidiusza siedzi pod ścianą ale okazuje się jak najbardziej obecny także w akcji: długo nie reagując i patrząc pozornie bez emocji na upokorzenie, jakie znosi dawny przyjaciel i mentor, w końcu decyduje się odpowiedzieć i włączyć się w działania, które dotychczas, z tym nieludzkim wymuszonym spokojem, tylko obserwował.

Ta skromność i nienachalność dekoracji oraz ruchu scenicznego (owszem, bardzo teatralnego w niemal-tanecznych wejściach i wyjściach grup postaci, zwłaszcza na początku, i w scenach pojedynków) sprawia, że kluczowe i bardziej zaskakująco zaaranżowane sceny pozostają w szczególny sposób w pamięci. Pierwsza to scena kąpieli Koriolana w I części spektaklu, jedyna chyba przed finałową konfrontacją z matką, kiedy widzimy bohatera cierpiącego: nie wściekłego, nie miotanego emocjami, nie triumfalnego, nie upokorzonego – cierpiącego. Tu jest to fizyczne cierpienie: półnagi, w potokach wody i jaskrawego światła wydobywającego głównie jego sylwetkę z ciemności pomieszczenia, Koriolan zmywa z siebie krew własną i wrogów, pokazując widzom  – ale nikomu innemu  – te rany, których pokazania dla popisu odmówi potem ludowi. Widzimy go tutaj w intymnej, osobistej, choć bynajmniej nie wyciszonej i subtelnej, on się miota i krzyczy z bólu, odrywając pokryte zakrzepłą krwią bandaże  – scenie, która z jednej strony pokazuje go jako cierpiącą, ludzką istotę (a on nie za bardzo pozwoli sobie nią być w drugiej części), z drugiej  – swojej olśniewająco zrealizowanej warstwie wizualnej podkreśla główny, wiodący koncept tej realizacji: krew, rozpryskującą się dookoła ostrą czerwień kropel strząsanych z włosów Koriolana, skrapiającą ziemię pod jego stopami.

Krew jest bez wątpienia leitmotivem tego spektaklu; nieprzypadkowo w programie  pojawiają się słowa, których użyłam w tytule – i oczywiście widać to dokładnie przede wszystkim drugiej z tych dramatycznie i zaskakująco zaplanowanych scen: w zamykającej spektakl scenie śmierci Koriolana. Tak jak w podczas kąpieli tak i tu Koriolan jest w centrum sceny: tam stojący w strumieniach wody spływającej nań z góry, tu jak zwierzę w rzeźni zawieszony za nogi głową w dół na łańcuchu. Aufidiusz klęczy pod nim, skąpany w ciemnej krwi kapiącej mu na głowę z poderżniętego gardła wroga-towarzysza; to, co widzimy, zgrzytliwie skontrastowane jest ze słodkim głosem dziecka śpiewającego pożegnanie dla Koriolana. Obie te sceny wydają się budowane na kontrastach – wyróżniają się zarówno bardziej wyszukaną wizualną formą, jak i niejednoznacznością tego, co się dzieje z bohaterem: w obu Koriolan, zachowując się, reagując momentami nie do końca ludzko (jak pies otrząsa się po kąpieli, jak rzeźne zwierzę zostaje potraktowany przez Wolsków), jest może najbardziej ludzki, w swoim cierpieniu i słabości.

Ta scena zapowiedziana jest niejako przez trzecią z tych bardziej bo ja wiem jak to ująć, bardziej malarsko zaplanowanych, mających zwracać uwagę kompozycją scen, a mianowicie tą z początku II części, kiedy to Marciusz i Aufidiusz spotykają się po raz drugi w sztuce: kiedy Koriolan przychodzi zaproponować byłemu wrogowi, żeby albo go zabił, albo pozwolił się do siebie przyłączyć. W tej scenie Koriolan klęczy w łachmanach, z otwartymi ramionami, nieludzko spokojny; Aufidiusz przy nim, ze sztyletem przytkniętym do gardła wroga, trudno powiedzieć, czy bardziej gotowy natychmiast go zabić, czy co w końcu zrobi, przycisnąć gwałtownie do siebie.

Hadley Fraser (Aufidiusz) i Tom Hiddleston (Koriolan)

Ale krew rozpryskująca się, rozlana czerwona krew pojawia się nie tylko dosłownie, w tych scenach, ale i symbolicznie: w postaci sypiących się na Marcjusza czerwonych płatków róż, ale i w postaci kart, na których lud miał oddać na niego głosy; te karty, podarte i nieważne, cisną mu w twarz trybunowie, którzy zaplanowali to upokorzenie, i te karty rozrzuci potem w ataku wściekłości sam Marcjusz, a one, czerwone jak krew, zasypią podłogę u jego stóp.

Przy wbrew pozorom prostej scenografii i kostiumach (akcja dzieje się w Rzymie-czyli-nigdzie, kostiumy mocno umowne i każdy trochę z innej bajki fantastyczny, lekko dandysowaty strój Meneniusza, archaiczne pancerze Koriolana i Aufidiusza, sukienka i fryzura Wolumnii prosto z lat 50 i modna mała czarna żony Koriolana, koszula mniej więcej pokutna zamiast toga candida, korpo-kostiumik pani trybun) uwaga widza skupiona jest na aktorstwie i na interpretacji przez wykonawców postaci i relacji między nimi. No i słusznie, tak po prawdzie, bo zagrane jest to wszystko dość koncertowo.

Wybór trzydziestoparoletniego, a wyglądającego przy tym zdecydowanie młodzieńczo (no i jego ostatnia szekspirowska rola to był, na bogów, w 2012 Henryk V, młody król par excellence) Toma Hiddlestona do roli Koriolana musi mieć konkretne konsekwencje. Bogiem a prawdą, moja pierwsza myśl, kiedy prawie rok temu usłyszałam nazwiska obsady jeszcze bez wiedzy o tym, kto gra kogo, to było przekonanie, że Hiddleston będzie świetnym Aufidiuszem dla Gattissowego Koriolana. Winię teatralną adaptację BBC i film z Ralfem Fiennesem, oczywiście, ale też i przekonanie, wyniesione z lektury nie tylko Szekspira, co może nawet bardziej jego źródeł, że mamy do czynienia z historią zdecydowanie dojrzałego mężczyzny, który zdążył już zrobić wojskową karierę i przyzwyczaić się do bycia podziwianym, szanowanym i słuchanym, a zarazem okrzepnąć w nieznośnej dumie i konserwatyzmie i nie być w stanie się dostosować do wymagań rzymskiej Realpolitik. Tutaj fakt, że Koriolan jest młody, z jednej strony dodatkowo podkreśla jego zależność od matki on się ciągle od niej nie uwolnił, ciągle nie całkiem, wbrew pozorom, dorósł – z drugiej, znakomicie tłumaczy niektóre jego zachowania i pozwala je ciekawie rozegrać. Świetnie to widać w scenie, w której Koriolan przychodzi prosić lud rzymski o głosy. Ubrany w ceremonialną koszulę (spłowiałą, kiedyś białą, dzisiaj zszarzałą szmatę do pół łydki, coś w połowie drogi między koszulą nocną Ebenezera Scroodge’a a strojem wariatki ze strychu w podrzędnym horrorze), Marcjusz przychodzi bez przekonania prosić o zatwierdzenie swojej pozycji jako konsula i naturalnie zostaje, po początkowej iluzji sukcesu, odrzucony. W analogicznej scenie Ralph Fiennes grał wybitnego wodza, nieomylnego na polu bitwy, a kompletnie bezradnego i nieporadnego, mimo dobrych chęci, gdy przyjdzie do wymagań polityki. Hiddleston z kolei gra tutaj dumnego, pewnego siebie młodego mężczyznę, głęboko przekonanego, że ci ludzie, których musi prosić o głosy on, prosić, w tym stroju! – są od niego gorsi i że spektakl, którego się od niego wymaga, wydaje mu się upokarzający. Bohater Fiennesa nie zasłużył na oskarżenia, że kpił z ludu bohater Hiddlestona kpił na potęgę i bez wątpienia. On w ogóle gra tę postać z większym humorem, niż można by się było spodziewać; jego Koriolan bywa ironiczny, sarkastyczny, otaczających go ludzi traktuje chwilami z jadowitą złośliwością i nie ma wątpliwości, że ich wykpiwanie sprawia mu przyjemność (patrz: scena ze służącymi Aufidiusza na początku II części).

Hiddleston gra Koriolana niejednoznacznego, nieoczywistego; to jest zresztą przecież bohater niejednoznaczny, tragiczny w greckim niemal rozumieniu tego słowa choć wybitny i wyrastający ponad innych, pychą sam na siebie ściąga zgubę. Hiddleston ogrywa tu pełną gamę emocji. Jego Koriolan to natchniony, fenomenalnie skuteczny wódz (znakomita scena, kiedy ochrypłym, łamiącym się głosem stara się porwać żołnierzy do ataku na mury Korioli, w której momentami mnie osobiście kojarzył się z tym, jak zagrał parę lat temu Henryka V), żołnierz par excellence. W scenie pojedynku z Aufidiuszem wydaje się nieludzko wręcz zwinny on w ogóle wydaje się mieć ten rodzaj charyzmy, od której trudno na scenie oderwać wzrok, świetnie predysponującej go do takich właśnie ról przywódców, liderów, generałów. W tej roli jest pełna gama emocji i stanów psychicznych: od krzyczącego do ochrypnięcia wodza przez dumnego (i tak strasznie, strasznie przez to nieskutecznego) polityka, przez wściekłego mówcę w senacie (i ten moment, kiedy on próbuje być spokojny, próbuje, a potem się zrywa z krzykiem, który wstrząsa całym teatrem: I banish you! do milczącego i nieludzko nad sobą panującego nie-do-końca-człowieka (jak on znakomicie pasuje do opisu Meneniusza z II części:

This Coriolanus is grown from man to dragon: he has wings; he’s more than a creeping thing. (…) The tartness of his face sours ripe grapes: when he walks, he moves like an engine, and the ground shrinks before his treading: he is able to pierce a corslet with his eye; talks like a knell, and his hum is a battery. He sits in his state, as a thing made for Alexander. What he bids be done is finished with his bidding. He wants nothing of a god but eternity and a heaven to throne in.

Jego to zobaczymy złamanego w końcu przez prośby matki, które zrobiły go z powrotem człowiekiem i z powrotem śmiertelnym. A się Hiddlestonowi udało tę najtrudniejszą tu chyba scenę – scenę zmiany decyzji Marcjusza, zmiany, która będzie go kosztować życie i oboje, i on i matka, o tym wiedzą – zagrać tak, że mi się na moment mózg wyłączył. No i fenomenalna jest finałowa scena, niosąca ze sobą ciężar tradycji; Koriolan umiera, w scenie wystylizowanej na finał jednego z najsłynniejszych wystawień tej sztuki – spektaklu Petera Halla z Laurence’em Olivierem z 1959 roku, spektaklu mocno politycznego, w którym ta finałowa scena i jej kompozycja były wyraźną aluzją do słynnego zdjęcia z egzekucji Benito Mussoliniego.

Finałowa scena z Koriolana z Laurencem Olivierem

No, że uważam, iż Hiddleston gra Koriolana fenomenalnie, to pewnie widać z poprzednich akapitów. Ale to nie jest jedyna znakomicie zagrana rola w tym spektaklu. Hadley Fraser jako Aufidiusz jest gorszym, słabszym odbiciem Koriolana i ma na jego punkcie kompletną obsesję, przy czym trudno powiedzieć, czy bardziej chciałby go zabić czy go sobie podporządkować, pokonać go czy stać się nim: walczy z nim, całuje go, na koniec niemal dosłownie kąpie się w jego krwi. Fraser gra Aufidiusza o tę odrobinę dzikszego od Koriolana, bardziej emocjonalnie niestabilnego, o ten jeden krok bliższego obsesji i obłędu i przez to skazanego na klęskę; jego fascynacja wrogiem ma momentami niemal erotyczny ton. Aufidiusz pogrywa sobie z Koriolanem, a raczej próbuje to widać w scenie ich spotkania w domu Audifiusza, kiedy ten wielokrotnie pyta o imię nowo przybyłego, choć ma go przed oczami i jego zachowanie wskazuje, że go rozpoznał, musiał rozpoznać ale przecież mu się to nie uda; ostatecznie i Rzym, i Koriolan wymkną mu się z rąk.

Deborah Findlay (Wolumnia)

Drugą główną, po Koriolanie, postacią tej sztuki zawsze wydawała mi się Wolumnia i tu jest ona znakomita, w pierwszych scenach absurdalnie mamuśkowata, wyliczająca rany syna jak piątki na świadectwie; bezwzględna przy tym i tyrańska, ale daleka od bycia takim potworem, jakiego zrobiła z niej Vanessa Redgrave w filmie Fiennesa. Fantastycznie pomyślane i zagrane są obie role trybunów ludowych, głównych w końcu czarnych charakterów w tym dramacie: ona – cyniczna i manipulatorska pani polityk, kryjąca pod pozorami troski o wyborców własne bezwzględne interesy, on – mały i troszkę tchórzliwy krętacz, kryjący się za jej plecami. Wszystkie zresztą w zasadzie role były zagrane i pomyślane znakomicie (najmniej może mnie przekonywała postać Virgilii  – żony Koriolana, pięknej, cichej i bardzo namiętnie w mężu zakochanej, ale też z tej postaci, przytłoczonej w tekście przez Wolumnię, nie aż tak chyba wiele da się wyciągnąć).

Zawsze wydawało mi się, że to Wolumnia jest drugą główną postacią w tej tragedii w tej chwili, po wczorajszym spektaklu, mam jednakowoż wrażenie, że jest nią i zawsze był Meneniusz Agryppa. Mark Gattiss zagrał go kon-cer-to-wo: jego Meneniusz, na pozór jowialny i czarujący dandys i pozer (jaki on miał obłędny kostium!) to jedyny w tym towarzystwie prawdziwy polityk, w sensie mąż stanu, rozumiejący, jak żeglować po wodach rzymskiej polityki między ludem a senatem, i na dodatek ta postać, która ma tutaj najlepsze teksty do wygłoszenia (na czele z, oczywiście, more of your conversation will infest my brain). Gattis gra go z lekkim dystansem i ironią w pierwszych scenach, przechodząc potem do bardziej emocjonalnych zachowań w scenie w senacie: coraz bardziej wściekły Koriolan przemawia i pogrąża się z każdym słowem, coraz bardziej zadowolona pani trybun się uśmiecha, a Meneniusz siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach, widząc dokładnie przyszłe skutki i konsekwencje tego, co się tu właśnie dzieje i nic nie mogąc na to poradzić. Gattissowy Meneniusz jest błyskotliwy, ironiczny i cholernie inteligentny, szczerze życzliwy Koriolanowi i jego rodzinie (w jednej z pierwszych scen podejmuje nawet grę z szaloną mamuśką w sumowanie ran syna), a jednocześnie gotowy na bardzo wiele dla Rzymu, który kocha, choć w pełni rozumie jego wady. Kiedy raz jeden widzimy go cierpiącego, po tym, jak nie udało mu się przekonać Koriolana do zmiany zdania, czujemy nagle (dobra, ja poczułam), że Rzym jest stracony  – jeżeli ktoś taki jak Meneniusz zaczął tracić nadzieję. Nagle, z postaci, o której istnieniu miałam tendencję zapominać, Meneniusz wyrósł w moich oczach na jednego z głównych bohaterów tej historii.

Mark Gattiss (Meneniusz)

Znakomity był ten spektakl, tak koncepcyjnie, jak i aktorsko, przemyślany, konsekwentny i koncertowo zagrany. Nie może mi od wczoraj wyjść z głowy i pewnie jeszcze długo tam posiedzi.

A, i jeszcze o jednym nie powiedziałam, a trzeba było. Były takie momenty, że uciekały mi moje analityczne refleksje i że miałam dreszcze.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s